Brazylijska przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Niewielki odrzutowiec zaczął podchodzić do lądowania, gwałtownie wytracając wysokość. Liz zacisnęła dłonie na poręczach fotela, koncentrując się na tym, żeby oddychać głęboko i spokojnie. Samolot to najbezpieczniejszy środek transportu, jaki istnieje, powtarzała sobie, łudząc się, że zdoła przekonać samą siebie. Niestety, nie było to łatwe. Samolocik dygotał jak zabawka miotana przez tornado. Wciąż skupiona na oddechu, zacisnęła powieki. Jeśli tylko przeżyje następne minuty… postawi stopy na brazylijskiej ziemi.

Spełni się jedno z jej skrytych marzeń.

Dopiero kiedy samolot wyhamował i zatrzymał się, Liz puściła poręcze fotela i pozwoliła sobie na głębokie, drżące westchnienie. A potem otworzyła oczy.

Najpierw zobaczyła światło. Wlewało się przez niewielkie okna samolotu szerokimi potokami, jasne, złociste, nieprawdopodobnie wręcz obfite i tak potężne, że musiała zmrużyć powieki. Powietrze nad pasem startowym zdawało się płonąć niewidocznym ogniem, falując od skwaru, a wokół wąskiej linii asfaltu kolory wybuchały niczym jaskrawe, niemal oślepiające fajerwerki. Zieleń drzew o grubych pniach i gęstym listowiu, odpornym na suszę i upał. Kępy wysokich, płowych traw na bezkresnej równinie. Dalekie wzgórza, które wyglądały jak wykute w czystym złocie. I królewski błękit nieba, tak głęboki i nasycony, jak potężne było słońce w tej szerokości geograficznej.

Kiedy przyszła jej kolej, stanęła w drzwiach samolotu i zrobiła krok naprzód, wchodząc w sferę intensywnego światła, nasyconych barw i egzotycznych woni.

Była w Brazylii.

Tyle że nie bardzo miała czas analizować swoje odczucia i wrażenia. Nie była turystką na wakacjach. Miała konkretną pracę do wykonania i, co ważniejsze, nie przyjechała tu sama. Szybko przebiegła do tylnej części samolotu, gdzie przewożono konie. Choć każdy gracz potrzebował kilku wierzchowców, żeby rozegrać partię polo, na szkolenie uczestnicy mogli przywieźć tylko po jednym koniu. Liz zabrała ze sobą dzikiego Villemo, swojego ukochanego ogiera. Choć koń nie miał jeszcze czterech lat, widziała w nim niesamowity potencjał. Był diabelnie silny, wytrzymały i inteligentny, posłuszny jak anioł i aż rwał się do współpracy ze swoją właścicielką. Chciała, żeby to właśnie on zapoczątkował w Rottingdean linię hodowanych najlepszych wierzchowców do polo. Teraz jednak, po długim locie i niezbyt gładkim lądowaniu, młody koń na pewno szalał z przerażenia, pomimo środków uspokajających, które podała mu przed podróżą. Jej pierwszym obowiązkiem było zadbać o Villema. Chciała być przy nim, ukoić jego lęk, sama wyprowadzić go z ciemnego doku na ziemię, pod słońce Brazylii.

Konie rżały, stawały dęba, niebezpiecznie tłukły kopytami, kiedy miejscowi stajenni wyprowadzali je z luku.

Desculpe, przepraszam. – Liz, nie zważając na niebezpieczeństwo, przepchnęła się pomiędzy rozhukanymi zwierzętami. Nie chciała, żeby ktokolwiek poza nią dotykał Villema. Znalazła go w głębi pomieszczenia. Ciemny, gniady koń z białą strzałką na czole kładł uszy po sobie, dziko rzucając łbem.

– Dobrze, już dobrze – powiedziała śpiewnie, kojąco, unosząc ku niemu ręce. Podeszła powoli i zdecydowanym, płynnym ruchem położyła mu dłonie na karku. – Spokojnie, mój piękny. Spokojnie. Jesteś bezpieczny. Teraz już wszystko będzie tak jak trzeba.

Villemo zarżał, rzucił łbem, prychnął, rozdymając chrapy. Liz wzmocniła uścisk, nie przestając głaskać jedwabistą sierść ogiera. Była zdecydowana robić to tak długo, aż zwierzę przestanie drżeć i nerwowo przestępować z nogi na nogę. Nie obchodziło jej, że inni kursanci już dawno opuścili samolot, towarzysząc stajennym, którzy prowadzili wciąż roztrzęsione konie do przeznaczonych dla nich boksów.

– Tak, taaak – powtarzała cicho, obejmując kark ogiera, opierając się o niego całym ciałem, tak żeby czuł jej bliskość. – Nie trzeba się denerwować. Nie ma się czego bać.

Quem é que na parte de trás congeladas em pedra? Tremos trabalho a fazer! – Niski, lekko schrypnięty głos wtargnął w ciszę, zdecydowany, pełen skupionej energii. Liz rozpoznała go od razu. Wypełnił jej świadomość gorącym dreszczem, tak potężnym, że znieruchomiała jak rażona gromem. Serce tłukło się w jej piersi, głusząc myśli, pozbawiając tchu.

Chico.

Dwanaście lat przestało istnieć. Znowu była nieśmiałą, szaleńczo zakochaną nastolatką. Wystarczyło, żeby się odwróciła, a zobaczyłaby go. Ale nie mogła się poruszyć. Nie mogła oddychać. Nie mogła jasno myśleć.

Villemo schylił łeb, trącił swoją panią w ramię, chuchnął ciepłym oddechem w jej policzek. Objęła go mocniej za szyję, ukryła twarz w gęstwinie grzywy. Teraz to ona potrzebowała wsparcia, a ogier zdawał się bezbłędnie odczytywać jej nastrój.

Spokojnie, powtarzała sobie, starając się wyciszyć szalejące emocje. Musiała wziąć się w garść. Nie miała żadnego powodu, żeby się rumienić, a jej onieśmielenie było absolutnie nie na miejscu. Przeszłość powinna zostawić daleko w tyle, podobnie jak zrobił to Fernandez. Nie była już naiwną piętnastolatką, nie przyjechała tutaj, żeby narzucać się ze swoim głupim uczuciem chłopakowi, który jej nie chciał. Przyjechała jako studentka, na kurs, który on organizował. Jej nazwisko było na liście, którą on zatwierdził. Miała prawo się tu znaleźć, a on miał obowiązek traktować ją tak, jak każdego innego uczestnika kursu.

Nabrała głęboko powietrza i, wciąż słysząc echo jego głosu, obróciła się powoli. Czy bardzo się zmienił przez te wszystkie lata? Wtedy był dzikim, mrukliwym wyrostkiem, teraz ponad trzydziestoletnim mężczyzną, który przeszedł długą drogę i osiągnął niebywały sukces jako sportowiec, hodowca i biznesmen. Miała wrażenie, że słyszy w jego głosie tę dorosłość, siłę, która pozwoliła mu się wybić, i determinację, która doprowadziła go na szczyt. Podniosła wzrok, żeby spojrzeć w oczy chłopcu, którego kiedyś znała. Chłopcu, który stał się obcym mężczyzną.

Ale pas startowy był pusty. Grupa stajennych prowadzących konie oddalała się, kursanci, zbici w ciasną grupę, dreptali niczym stado spłoszonych kurcząt za mężczyzną, który pokazywał im drogę szerokim gestem, coś przy tym tłumacząc.

Czy to był on? Chyba tak… Zapuścił włosy. Pamiętała go z grzywą rozwichrzonych kosmyków, opadających na oczy. Teraz splatał je w gruby, smoliście czarny warkocz. Choć słońce stało właśnie w zenicie i paliło niemiłosiernie, on wydawał się w ogóle tym nie przejmować. Miał na sobie skórzane buty do konnej jazdy, spłowiałe dżinsy i kurtkę z brązowego zamszu. Jak każdy gracz polo nie był imponująco wysoki, ale cała jego postać emanowała skupioną, spokojną energią, tak że zdawał się dominować nad otoczeniem.

– Liz! Pospiesz się! – Danny, koleżanka ze studiów, stanęła w wejściu do luku. – Co ty tu jeszcze robisz? Wszyscy już poszli!

– Wiem – westchnęła, czując prawdziwą ulgę na widok szczupłej, króciutko ostrzyżonej blondynki. Danny była praktyczna, zdroworozsądkowa i pełna optymizmu. Zaprzyjaźniły się już na pierwszym roku studiów, a kiedy okazało się, że obydwie są na liście przyjętych na kurs Fernandeza, szalały z radości. Teraz Liz zaczynała rozumieć, jak bardzo potrzebuje przyjaźni Danny. Dzięki niej wiedziała, że nie jest sama. We dwie na pewno sprostają wyzwaniu, jakim było zaliczenie szkolenia. – Już idę. Musiałam uspokoić Villema. Chodź, mój piękny – dodała pieszczotliwie, ujmując kantar i stanowczo skłaniając ogiera, żeby ruszył z miejsca. – Czas odkryć Brazylię!

ROZDZIAŁ TRZECI

Chico Fernandez był w znakomitym humorze. Lubił rozgrywać gościnne mecze polo w Europie, Azji albo Stanach Zjednoczonych, ale jeszcze bardziej lubił wracać do domu. Brazylijska posiadłość była jego oczkiem w głowie. Tutaj wszystko działało jak w zegarku. Dokładnie tak, jak to zaplanował. Konie kochały porządek, przewidywalność i powtarzalność, a on kochał konie, więc taki układ całkowicie mu odpowiadał. Dwa razy do roku prowadził „kurs Fernandeza”, szkolenie, o które ubiegali się najlepsi adepci gry w polo z całego świata. Kurs trwał sześć tygodni – czterdzieści dwa dni ciężkiej pracy, pełne wysiłku, gwaru i zamieszania. Ale to też lubił. Czuł ogromną satysfakcję, widząc zapał w oczach młodych sportowców. Wiedział, że ci, którzy podołają żelaznej dyscyplinie i morderczemu tempu treningów, które narzucał, zrobią błyskawiczne postępy, i ta świadomość napawała go dumą. Tutaj, w brazylijskiej pampie, w pełni czuł, że znalazł swoje miejsce na świecie. Owszem, był czas, kiedy cierpiał z powodu biedy, samotności i odrzucenia, ale tamte dni minęły i nigdy nie wrócą. Udało mu się chwycić życie niczym rozhukanego ogiera, za grzywę, utrzymać się na jego grzbiecie i poprowadzić tam, dokąd chciał. Był panem swojego losu.

– Maria? – zawołał, przekraczając drewniany próg starego domostwa i wchodząc w chłodny półmrok wielkiej kuchni. – Chciałbym zerknąć na listę nowoprzybyłych.

– Listę masz w gabinecie. – Gospodyni podniosła się zza wielkiego dębowego stołu, przy którym odpoczywała po porannej krzątaninie, popijając kawę i wertując opasły zeszyt z przepisami kuchennymi. – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jeszcze jej nie widziałeś? O ile wiem, twoim obowiązkiem jest sprawdzanie kandydatur i zatwierdzanie ostatecznej listy.

– Nie patrz na mnie takim wzrokiem – poprosił, unosząc dłonie w geście kapitulacji. – Oszalałbym, gdybym musiał sam sprawdzać wszystkich chętnych na szkolenie. Tych ludzi są setki. Do tej roboty mam selekcjonerów, to oni wybierają zwycięską dwudziestkę spośród wszystkich zgłoszeń. Ale masz rację, powinienem był zerknąć na listę, i na pewno bym to zrobił, gdybym miał choć moment dla siebie. Rano wróciłem ze Stanów, ledwo zdążyłem przywitać się z końmi i wskoczyć pod prysznic, a już trzeba było wziąć do galopu nową grupę żółtodziobów.

 

– Już się tak nie użalaj nad sobą. – Gospodyni wzięła się pod boki, błysnęła ciemnymi oczami, a kiedy potrząsnęła głową, długie, srebrne kolczyki zatańczyły przy jej uszach. – Wiem, że uwielbiasz wyżywać się na tych nieszczęsnych młodych zapaleńcach i nie możesz się doczekać, aż zaczniesz treningi. Ale jednego ci nie daruję: że z końmi się przywitałeś, a ze mną nie.

– Wybacz. – Rozłożył szeroko ramiona i po chwili gospodyni wpadła w jego objęcia. Przytulił ją do siebie mocno, serdecznie, a ona wycisnęła na jego policzku głośnego całusa. Pachniała olejkiem różanym i świeżo parzoną kawą. Chico Fernandez, znawca koni, mistrz polo i multimilioner, uniósł głowę i roześmiał się głośnym, szczęśliwym śmiechem. Był w domu.

Maria, przystojna Latynoska z gęstwiną siwiejących, mocno kręconych włosów upiętych w tradycyjny kok, była jego gospodynią, kierownikiem aprowizacji, szefową personelu i dyrektorem do spraw organizacyjnych. Ale przede wszystkim była jego zastępczą matką. Znał ją od zawsze – w barrio, biednej dzielnicy Rio de Janeiro mieszkali po sąsiedzku, w slumsach zbudowanych z dykty, blachy i brezentowych płacht. Jego starszy brat, Augusto, i syn Marii, Felipe, należeli do jednego gangu. Chico uciekał, kiedy tylko mógł, z lekcji w miejscowej, kiepskiej podstawówce, żeby grać w piłkę na dziurawym asfalcie przecinającej barrio ulicy. Maria groziła mu palcem, ale co mogła zrobić więcej? Rodzice Augusta i Chica Fernandeza nie żyli, on zmarł z przedawkowania, a ona zginęła w pożarze szwalni, w której pracowała, żeby zapewnić utrzymanie synom. Dwaj chłopcy byli sierotami; starszy, jako żołnierz gangu, przynosił do domu pieniądze. Młodszy robił, co chciał. Zresztą, własny syn Marii, Felipe, też przestał słuchać się matki, odkąd dowódcy gangu dali mu broń. Śmiał się tylko z pogardą, gdy mu powtarzała, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Nie zdążył wydorośleć na tyle, żeby przyznać jej rację. Nie zdążył, bo pewnego dnia śmierć przyszła po niego, obojętna, bezmyślna i przerażająco skuteczna. Śmierć miała szesnaście lat, dziurawe adidasy i zmęczone oczy, w których już dawno zgasł blask niewinności. Wybiło właśnie południe; dzień był słoneczny, więc Maria wywieszała przed domem pranie, obserwując spod oka Chica, który uganiał się za piłką. Augusto i Felipe wracali z miasta, powolnym, rozkołysanym krokiem mężczyzn, którymi jeszcze nie zdążyli się stać. Śmierć wyszła im na przeciw, uniosła pistolet i nacisnęła spust. Mały Chico nie zdążył krzyknąć; Maria dopadła go, gdy bezgłośnie otwierał usta, wpatrzony w nieruchome, podziurawione kulami ciało brata. W chwili, kiedy jej własny syn, rozciągnięty na asfalcie, walczył o ostatni oddech, ona tuliła do siebie cudze dziecko, kryjąc je przed wzrokiem wymachującej pistoletem śmierci. Tego dnia oboje przeżyli. I zostali sami na świecie.

Chico nie pamiętał zbyt dokładnie, co się tamtego dnia wydarzyło – adrenalina przesłoniła mu świadomość gęstą, czerwoną mgłą. Przypominał sobie tylko, że kiedy chłopcy z wrogiego gangu zniknęli, zostawiając dwa nieruchome ciała na rozgrzanym asfalcie, wyrwał się z objęć Marii. Wściekłość i potworny, zwierzęcy ból zdławiły wszelką myśl, zagłuszyły nawet strach. Zignorował nawoływania sąsiadki i popędził ku bratu. Rzucił tylko jedno spojrzenie na jego nienaturalnie bladą twarz, na niewidzące oczy i półotwarte usta, z których sączyła się gęstniejąca strużka ciemnej krwi. Nie zatrzymał się, żeby pożegnać Augusta, zamknąć mu powieki. W ogóle o tym nie pomyślał. Wiedział, że brat ma broń ukrytą pod bluzą. Gdyby tamci nie zaatakowali z zaskoczenia, na pewno zdążyłby ją wyciągnąć i załatwiłby ich wszystkich na cacy. Ale teraz leżał cały podziurawiony i Chico czuł, bez cienia wątpliwości, że musi go pomścić. Właśnie przestał być dzieckiem. Teraz on był mężczyzną z rodu Fernandezów, w jego rękach spoczywał honor rodziny.

Zabije tych obcych chłopaków. Dogoni ich i zabije wszystkich, co do jednego!

Pamiętał czerwone plamy furii migoczące przed oczami i chłodny ciężar pistoletu w dłoni. Pamiętał, że biegł ulicami tak szybko, jak tylko mógł, oddychając czystą nienawiścią. Nie wiedział, jak to się stało, że znalazł się w części miasta, której zupełnie nie znał. Przepychał się przez tłum, starając się nie stracić z oczu czerwonej bejsbolówki najwyższego chłopaka z obcego gangu. Wąska ulica skończyła się, biegł teraz przez szeroki, dziwny plac, porośnięty gęstą, równiutko przyciętą trawą. Jacyś ludzie próbowali go zatrzymać, ale zmylił ich zręcznym zwodem, a potem rzucił się naprzód, szybki i zwinny jak jaszczurka. Nie zauważył, kiedy wokół niego zrobiło się pusto. Nie usłyszał pełnych przerażenia nawoływań. Zatrzymał się dopiero, kiedy poczuł, że ziemia pod jego nogami zaczyna dygotać, a w uszach narasta dziwny, ogłuszający tętent. Kiedy podniósł głowę, zamarł z przerażenia.

Sześć rozpędzonych koni szarżowało prosto na niego.

Krzyk zgromadzonych ostrzegł jeźdźców, którzy ściągnęli cugle, ale było już za późno na jakikolwiek manewr. Zwłaszcza że konie, spłoszone nagłym zamieszaniem, zaczęły stawać dęba, a dzieciaki, które siedziały w siodłach, nie miały pojęcia, jak je opanować.

I wtedy, kiedy, logicznie rzecz biorąc, nic już nie mogło uratować dziesięcioletniego Chica przed stratowaniem, wmieszało się przeznaczenie. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie, ale wyrzut adrenaliny do krwi spowodował, że widział całą akcję jak w zwolnionym tempie. Od razu zrozumiał, że nie zdąży uciec. Miał akurat tyle czasu, żeby podnieść głowę i spojrzeć własnej śmierci prosto w oczy.

Ale nie zobaczył śmierci. Napotkał oszalały wzrok najbliższego konia i poczuł, że żyje. W wielkich, błyszczących oczach zwierzęcia dostrzegł coś, co go całkowicie zaskoczyło. To była… obietnica więzi. W ułamku sekundy zrozumiał, że zrobi wszystko, żeby ta obietnica się spełniła.

Najpierw jednak musiał przeżyć.

Czy kiedykolwiek wcześniej widział, choćby w telewizji, jak radzić sobie ze spłoszonym koniem? Jeśli nawet, to zupełnie tego nie pamiętał. Nie miał pojęcia, skąd wiedział, co zrobić. Przemówił instynkt, potężnym głosem, który zmusił do posłuchu każdy mięsień jego ciała.

Zwodniczo płynnym, błyskawicznym ruchem rzucił się naprzód i złapał konia za uprząż, tuż przy pysku. Chwycił rzemień mocno, tak mocno, jak tylko potrafił, a kiedy wierzchowiec szarpnął łbem, odbił się stopami od ziemi i skoczył. W następnej chwili siedział już na końskim grzbiecie, z całej siły oplatając jego kark ramionami.

– Dobrze, już dobrze. Wszystko będzie dobrze. – Coś kazało mu powtarzać te słowa kojącym tonem, choć zwierzę stanęło dęba, a nastolatka, która siedziała w siodle, już dawno spadła na ziemię. Koń przebiegł jeszcze parę metrów, zatańczył nerwowo, a potem zatrzymał się, tak samo wyczerpany jak chłopak, który kurczowo trzymał się jego grzbietu.

– Proszę, proszę. Cóż za widowiskowy popis. – Z tłumu wyszedł niewysoki mężczyzna o imponującej muskulaturze i magnetycznym spojrzeniu. Ujął konia za uzdę, bezwiednym ruchem pogłaskał go po pysku, a potem podał rękę chłopcu. Chico zsunął się na ziemię i byłby upadł, gdyby nie podtrzymało go silne ramię mężczyzny. Nogi miał jak z waty. – Widzę, że potrafisz jeździć konno, młody przyjacielu.

Chico pokręcił tylko głową. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć głosu.

– A co to takiego?

Mężczyzna zmarszczył brwi, widząc kolbę pistoletu wystającą zza paska postrzępionych spodni dziesięciolatka. Chico szarpnął się w tył, ale tamten zacisnął palce na jego nadgarstku, zamykając go w żelaznym uścisku.

– Niech pan mnie puści! Muszę…

– Nic nie musisz – uciął tamten, przeszywając go świdrującym spojrzeniem swoich czarnych oczu, które dostrzegały zdecydowanie za dużo. – Wyruszyłeś na wojenną ścieżkę, młody przyjacielu? Będę musiał cię rozczarować. Nigdzie się nie wybierasz z tą zabawką.

– Ale… – Chico targnął się, jednak mężczyzna ani myślał go puścić. Wolną ręką sięgnął po pistolet i błyskawicznym ruchem ukrył go w kieszeni swojej zamszowej kurtki.

– Nie ma żadnego „ale”. – W łagodnym głosie tamtego była żelazna stanowczość. – Teraz pójdziesz ze mną. Jeżeli będziesz chciał, powiesz mi, dokąd biegłeś z odbezpieczonym rewolwerem, ale na razie po prostu się ciesz, że nie odstrzeliłeś sobie jaj.

Chico nie wiedział wtedy, że mężczyzna nazywa się Eduardo Cortez i jest jednym z najlepszych trenerów polo na świecie. Po prostu poczuł, że ogromny ciężar spada mu z serca. Oto znalazł się człowiek silny i zdecydowany, który proponował, że się nim zaopiekuje. A on bardzo, bardzo chciał wrócić choć na chwilę do bezpiecznej krainy dzieciństwa.

Potem wydarzenia potoczyły się szybko. Chico został zabrany do domu, tak wielkiego i eleganckiego, że nie mógł uwierzyć, że to nie sen. Posadzono go za stołem, podano czystą szklankę pełną zimnej lemoniady z kawałkami prawdziwej cytryny, a kiedy głośno zaburczało mu w brzuchu, pojawił się przed nim talerz z górą frytek i prawdziwym soczystym stekiem, który był tak ogromny, że kiedy go zobaczył, ze zdumienia aż otworzył buzię.

Dosłownie rzucił się na jedzenie, a kiedy pałaszował cudownie chrupiące frytki i soczyste mięso, naprzeciwko niego usiadła młoda kobieta o uważnym, pełnym troski spojrzeniu. Nie pamiętał, o co go zapytała, ale wystarczyło dziesięć minut, a powiedział jej wszystko – o Auguście i Felipe, których załatwili chłopcy z wrogiego gangu, i o tym, że musi pomścić brata, bo to sprawa honoru.

– Właśnie go pomściłeś. – Kobieta uśmiechnęła się do niego krzepiąco, ale w jej głosie brzmiała żelazna determinacja. – Bardzo dokładnie opisałeś sprawców. Jestem z policji i daję ci słowo, że zrobię wszystko, żeby ich zatrzymano. Ale póki co, nie powinieneś wracać do domu, bo to niebezpieczne. Powiedz mi, czy jest ktoś, kto mógłby się tobą zaopiekować?

– Tylko Maria. Ale ona mieszka tam gdzie ja. To znaczy, w sąsiednim… – zawahał się – domu. Maria też wszystko widziała.

– Jedziemy po nią. – Kobieta natychmiast podniosła się z miejsca. – Jeżeli tamci pójdą po rozum do głowy, na pewno wrócą, żeby zlikwidować świadków strzelaniny. Musimy zdążyć przed nimi. Czy mógłbyś pojechać z nami i pokazać nam drogę?

– Bardzo bym chciał – popatrzył bezradnie na policjantkę – ale nie wiem, jak trafić do domu. To jest w barrio

– Nie mamy chwili do stracenia. – Ciemnowłosa kobieta wzięła go za rękę i ruszyła do drzwi. – Jedziemy do barrio. Powiesz mi, kiedy rozpoznasz swoją okolicę.

Tego samego dnia Chico Fernandez na zawsze opuścił dzielnicę slumsów, w której spędził pierwsze dziesięć lat życia. Wtedy jeszcze był zbyt młody, żeby zrozumieć, jak niesamowite miał szczęście. Nie trafił do domu dziecka, bo Maria oświadczyła po prostu, że jeśli będą chcieli go zabrać, to po jej trupie. Jej syn nie żył, a Chico stracił całą rodzinę. Teraz mieli tylko siebie; zamierzała sama zaopiekować się chłopcem. Kto zrobiłby to lepiej? Znała go wszak niemal od urodzenia.

Pracownica opieki społecznej uśmiechnęła się kwaśno.

– Przykro mi, ale to absolutnie wykluczone. Nie ma pani stałego zameldowania ani odpowiedniego dochodu, żeby…

– Ale mam dwie ręce – zaperzyła się Maria. – Potrafię uczciwie pracować i kocham tego chłopca jak własnego syna!

– Mieszkanie i pieniądze nie będą problemem. – W drzwiach stanął Eduardo Cortez. – Zamierzam udzielić gościny tym dwojgu tak długo, jak będzie to potrzebne. Chłopak ma wybitny talent jeździecki. Niech mnie licho, jeśli pozwolę, żeby zgnił w domu dziecka.

Chico słuchał tego wszystkiego jak bajki, zbyt pięknej, żeby mogła być prawdziwa. Z wrażenia kręciło mu się w głowie. Dorośli musieli podpisać całą stertę papierzysk. Nie dostrzegł ukradkowych, zaintrygowanych spojrzeń, które posyłali sobie Maria i Eduardo.

A potem zaczęło się nowe życie – o wiele bardziej kolorowe, ale i o wiele trudniejsze niż to, które wiódł do tej pory. Musiał zostawić za sobą wszystko, co znał do tej pory – swoje miasto, dzielnicę slumsów, w której spędził dzieciństwo – i wyprowadzić się na daleką prowincję, gdzie znajdowała się prowadzona przez Eduarda stadnina. Zamieszkał z Marią w bocznym skrzydle wielkiego domu, który od ponad dwustu lat rozpierał się dumnie w samym sercu brazylijskiej pampy. Chico na początku nie mógł uwierzyć, że horyzont może być tak zawrotnie szeroki, a niebo tak intensywnie niebieskie. Nie mógł się też nadziwić, że można mieć w kuchni tyle jedzenia, ale do nowej diety, bogatej w owoce i warzywa, szybko się przyzwyczaił, bo Maria naprawdę świetnie gotowała. Eduardo też musiał być tego zdania, bo coraz częściej wpadał na posiłki do kuchni Marii. Wagary skończyły się raz na zawsze – wystarczyło, że Eduardo przeprowadził z nim jedną, męską rozmowę, a Chico przestał nawet myśleć o tym, że mógłby uciec z lekcji. Na początku do szkoły chodził jak na ścięcie, ale wolał to niż alternatywę, którą przedstawił mu nowy opiekun – nauka w domu, pod okiem prywatnego belfra, i zero kontaktu z końmi, dopóki nie zaliczy kolejnej porcji materiału. Okropność. Tego by nie zniósł. Na szczęście szybko się okazało, że mała wiejska szkoła, do której został zapisany po przyjeździe na ranczo, ani trochę nie przypomina przygnębiającego, źle zorganizowanego molocha, z którego tak chętnie uciekał w mieście. Dzieciaki ze wsi miały inne zainteresowania niż używki i przemoc, a nauczyciele nie byli przemęczeni, zrezygnowani ani sfrustrowani i nie odchodzili z pracy po tygodniu. Niebawem Chico przekonał się z niejakim zdziwieniem, że… lubi chodzić do szkoły. Ale jeszcze bardziej lubił z niej wracać. Dostał nowiutki rower i każdego popołudnia pedałował ile sił w nogach, żeby prędzej znaleźć się na ranczu.

 

Codziennie trenował konną jazdę pod okiem Eduarda, i to były najpiękniejsze godziny dnia. Wcześniej nie wiedział, nie przypuszczał nawet, że może istnieć tak intensywne uczucie wolności i szczęścia jak to, którego doznawał, kiedy siedział na oklep na końskim grzbiecie, obejmując potężny kark zwierzęcia, a rozwiana w galopie grzywa smagała go po twarzy. Zafascynowany, odkrywał niesamowitą więź łączącą konia i jeźdźca.

Wciąż uśmiechając się do wspomnień, z kurtuazją cmoknął Marię w rękę, nalał sobie wielki kubek kawy i ruszył do gabinetu. Stare drewniane schody zaskrzypiały pod nogami, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Maria już od dawna suszyła mu głowę, że stary dom domaga się generalnego remontu, ale on nie zamierzał niczego zmieniać. Owszem, ku swojemu niejakiemu zdziwieniu doszedł do wielkich pieniędzy i mógłby bez najmniejszego problemu zamienić wiekową budowlę w perełkę nowoczesnej architektury. Tyle że nie chciał. Wciąż jeszcze nie mógł się nadziwić, że Eduardo właśnie jemu zapisał w testamencie swoją rozległą ziemię, stadninę i dom. Czuł głębokie wzruszenie na myśl o człowieku, który stał się jego przybranym ojcem. Stadninę prowadził po swojemu, ranczo rozbudował i zmodernizował – wiedział, że tego właśnie chciałby Eduardo. Ale dom pozostawił taki, jakim zobaczył go po raz pierwszy, kiedy miał dziesięć lat i oczy okrągłe z zachwytu. Dopóki dach był solidny, ściany czysto odmalowane, podłogi gładkie, a nowoczesne wyposażenie kuchni, łazienki i gabinetu zapewniało wszelki komfort użytkownikom, reszta miała zostać po staremu. Wciąż jeszcze unosił się tu duch Eduarda.

Wszedł do sporego pomieszczenia na piętrze, pod stropem z grubych drewnianych belek. Gabinet urządzony był niemalże po spartańsku – na podłodze z gładko wypolerowanych, pociemniałych ze starości desek stało równie wiekowe biurko, wielkie jak statek dalekomorski. Ściany z szarego kamienia były ascetycznie puste, jeśli nie liczyć ogromnego okna z widokiem na stajnie i padok oraz solidnego regału sięgającego sufitu, dźwigającego całą dokumentację rancza, albumy ze zdjęciami i chyba całą literaturę dotyczącą hippiki, jaka kiedykolwiek powstała na świecie. Na blacie biurka pysznił się elektroniczny sprzęt najnowszej generacji. Nie była to jedyna nowość – znajdował się tu też specjalistyczny, skomplikowany sprzęt audio, podłączony do czterech głośników najwyższej klasy. Chico lubił słuchać muzyki, kiedy pracował.

Z zadowoleniem powiódł wzrokiem po znajomym wnętrzu, gdzie wszystko było dokładnie na swoim miejscu, a potem podniósł z biurka listę uczestników kursu, rozsiadł się w fotelu i zaczął czytać. Zrobiło się mu ciepło na sercu, kiedy na samym początku zobaczył trzy znajome nazwiska. Dzieciaki z barrio, które swego czasu zdołał zainteresować końmi, wykazały się nieprzeciętnym talentem jeździeckim. Opłacił im studia, a one nie zmarnowały szansy. Miał ogromną satysfakcję, widząc, że najzdolniejsza trójka została zakwalifikowana na jego elitarny kurs dla przyszłych trenerów polo. W zamyśleniu czytał dalej. Czworo Amerykanów, Włoch, Hiszpanka. Tych trzeba będzie ostro zdyscyplinować. Z doświadczenia wiedział, że niektórzy studenci żywią błędne przekonanie, że sześciotygodniowy kurs przetrwają, imprezując każdej nocy. Pierwsze dni treningów powinny skutecznie wyleczyć ich ze złudzeń. Dalej – trzy dziewczyny z Korei Południowej. Z nimi nie będzie żadnych problemów, chyba że okażą się męcząco nadgorliwe. Wielka Brytania… stamtąd zazwyczaj przyjeżdżali zdolni studenci, ale straszne lenie i ochlapusy. Kogo przysłali w tym roku?

Elizabeth Fane.

Szok był tak potężny, że Chico omal nie zakrztusił się własnym oddechem.

Minęło dwanaście lat, odkąd zetknął się z piekielną rodziną Fane’ów, ale jeszcze ciągle, kiedy o nich myślał, czuł mdłości. Mało brakło, a nie wyszedłby cało z tego spotkania. Gdyby nie błyskawiczna akcja Eduarda, który z pomocą lady Catherine w parę godzin zorganizował jego wyjazd za ocean, Chico trafiłby do więzienia lub co najmniej stracił reputację i szansę na karierę, oskarżony o poważne przestępstwo, którego nie popełnił. Hrabiostwo Fane omal nie zniszczyli mu życia, z zemsty za to, że nie zgodził się być ich zabawką. Kiedy usiłowali wciągnąć go do swojej ohydnej, zboczonej gry, spłoszył się. Dobrze, że zdołał uciec. Serena próbowała go zatrzymać, ale gdy poczuł, jak jej pazurzaste palce wbijają mu się w krocze i usłyszał chrapliwy, bezwstydnie sugestywny chichot, oszalał ze zgrozy i obrzydzenia. Pchnął pijaną kobietę z całej siły, zobaczył jeszcze, jak bezczelny uśmiech znika z jej twarzy, zastąpiony wyrazem szoku i oburzenia, a potem obrócił się na pięcie i popędził do drzwi. Jeśli myślał, że Fane’owie puszczą ten incydent w niepamięć, bardzo się pomylił. Na odwet rozwścieczonej Sereny nie trzeba było długo czekać. Jeszcze tej samej nocy musiał wyjechać z Rottingdean, po kryjomu, jak gdyby rzeczywiście zrobił coś złego. Ale tylko w ten sposób zdołał uniknąć konfrontacji z policją. Serena nie żartowała, grożąc, że złoży doniesienie, i chociaż oskarżenia, które miotała, to były wierutne kłamstwa, policja prawdopodobnie dałaby im wiarę. Ostatecznie, lady Fane należała do arystokracji i była członkinią miejscowej śmietanki towarzyskiej, a Chico – cóż, Chico był przybłędą, dzikusem ze slumsów. W konfrontacji nie miałby szans. Zaciskając zęby z bezsilnej wściekłości, pozwolił, żeby Eduardo wpakował go do samochodu, który przysłała lady Catherine. Wielki, czarnoskóry mężczyzna zawiózł go na lotnisko i osobiście dopilnował, żeby wsiadł do pierwszego samolotu lecącego za ocean. Wcisnął mu do ręki plik banknotów, mówiąc, że to są pieniądze na dalszą część podróży. Były to jedyne słowa, jakie wypowiedział podczas długich czterech godzin, które spędzili razem. Chico wziął pieniądze, wsiadł do samolotu i obiecał sobie, że musi zapomnieć o tym, co przeżył w Rottingdean. Ale nie potrafił. Wciąż myślał o Elizabeth, o słodkiej, dobrej i wrażliwej Liz, która została w tym strasznym domu, u tych chorych ludzi, którzy jakimś nieprawdopodobnym zrządzeniem losu byli jej rodzicami… Czuł, że pięści same mu się zaciskają, a górna warga unosi w zwierzęcym grymasie wściekłości. Powinien być przy niej, bronić jej. Kto wie, co mogło ją spotkać w tym gnieździe zboczeńców?

Samolot leciał nad Atlantykiem, a Chico usiłował odzyskać spokój. Powiedział sobie twardo, że póki co, nie ma sensu marzyć o wyciągnięciu Liz z Rottingdean. Sam musi najpierw stanąć na nogi, żeby mieć cokolwiek do zaoferowania tej dziewczynie. Potrzebował kilku miesięcy, żeby się usamodzielnić. Ważne, żeby w tym czasie nie stracić z nią kontaktu. Postanowił, że gdy tylko znajdzie się w domu, napisze do niej list. Wytłumaczy swoje nagłe zniknięcie i poprosi o numer telefonu. Chciał z nią porozmawiać, ale telefonowanie na numer rezydencji w Rottingdean zupełnie nie wchodziło w grę. Musieli ustalić dyskretny sposób porozumiewania się, a potem będzie już z górki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?