Rycerz i panna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Helen Dickson
Rycerz i panna

Tłumaczenie:

Ewa Nilsen

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Chodziły słuchy, że Guy St. Edmond to pomiot diabelski. Mówiono, że wzrostem dorównuje drzewom i że jednym ciosem miecza potrafi zabić człowieka. Na temat jego ciemnej przeszłości istniały opowieści jeszcze bardziej ponure. Twierdzono, że dopuszczał się grabieży, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze, i że pożerał mięso pokonanych wrogów. Bitwa po bitwie, wiódł swoje hufce od zwycięstwa do zwycięstwa. Zarówno król, jak i bezwzględni wojownicy darzyli go szacunkiem i zdawali się na jego osąd.

W chwili gdy Jane skończyła lat siedemnaście, wśród mieszkańców doliny Cherriot osoba Guya St. Edmonda owiana była ponurą legendą. Powiadano, że nie przegrał nawet jednej, choćby najmniejszej potyczki, a jego imię stało się synonimem zwycięstwa. Plotka głosiła, że wystarczyło, by pojawił się na horyzoncie, a wróg ratował się ucieczką.

Jednak nikt nigdy nie miał dość odwagi, by sprawdzić, czy owe opowieści są prawdziwe, pomyślała Jane, wyglądając z bijącym sercem spośród listowia i patrząc na tego straszliwego wojownika, a zarazem jednego z ulubionych rycerzy króla Edwarda z dynastii Yorków. Nieważne – myślała dalej – jaka jest prawda na temat Guya St. Edmonda. Dlaczego nikt nigdy nie mówił, jak jest przystojny, jak męski i intrygujący?! Czy ktoś tak piękny może być jednocześnie tak okrutny? A może to wojna wyzwala w człowieku najbardziej mordercze instynkty?

Gdy jechał na czele niewielkiego oddziału złożonego z rycerzy i giermków, emanował siłą i nieposkromioną witalnością. Niektórzy z jego towarzyszy nosili czerwono-czarne barwy rodziny St. Edmond, a ich zakurzone szaty i zmęczone twarze świadczyły o tym, że mają za sobą długą i trudną podróż. Z podzwanianiem uprzęży i tętentem przywodzącym na myśl grzmoty ich okazałe rumaki galopowały w chmurze pyłu i kurzu. Na niewielkiej polance wydawały się złowrogim zwiastunem, jednak nie byli tu intruzami, gdyż Guy miał prawo dane od Boga przebywać na tych ziemiach. Był bowiem hrabią Sinnington, panem okolicznych włości.

Dosiadał karego, ogromnego rumaka, którego harmonijne ruchy idealnie odpowiadały dumnej, majestatycznej postawie jeźdźca. Ów miał na sobie skórzane buty ze srebrnymi ostrogami, a u pasa miecz oraz długi sztylet. Był wysoki i silny, na oko liczył trzydzieści lat. Jednak spośród pozostałych jeźdźców nie wyróżniały go jedynie wysoki wzrost oraz imponująca postawa. Wydawał się pewny siebie i doskonale opanowany. Niewątpliwie cieszył się silnym autorytetem wśród swoich ludzi.

Nagle St. Edmond ściągnął cugle, jakby wyczuwając, że jest obserwowany. Jego koń wspiął się na tylne nogi, a znajdujący się za nim jeźdźcy w jednej chwili zatrzymali się. Metalowe uprzęże zabrzęczały, dały się też słyszeć ciche przekleństwa. Oddział znajdował się w pobliżu miejsca, w którym ukryła się Jane. Światło słońca przeświecało przez listowie, spowijając polanę miękkim blaskiem.

Przyjrzała się Guyowi. Miał długie włosy i czarną brodę oraz smagłą cerę. Nosił płaszcz z herbem, skórzaną tunikę i rajtuzy, które podkreślały jego muskulaturę. Odwrócił się w siodle, powiedział coś żartobliwie do swoich ludzi, po czym roześmiał się wraz z nimi niskim śmiechem. Jane poczuła dreszcz. Wyglądało na to, że straszliwy hrabia Sinnington ma poczucie humoru.

Przyjrzała mu się ponownie i w blasku słońca zauważyła fascynującą barwę jego oczu. Czy rzeczywiście są one tak błękitne i tak jasne? – zastanowiła się zadziwiona.

Naraz z gęstwiny leśnej za jej plecami dobiegły głosy dzieci, z którymi bawiła się w chowanego. Guy spojrzał w ich stronę, a w następnej chwili dzieci wpadły na polanę, a za nimi służąca Jane nosząca imię Kate. Stanęły jak wryte na widok obcych jeźdźców, a potem, przerażone, przytuliły się do służącej, która objęła je opiekuńczo ramionami. Zarówno dziesięcioletnia Blanche, jak i trzynastoletni Alfred wpatrywali się w rosłego jeźdźca w osłupieniu i wyczekiwaniu. Jane, z troski o rodzeństwo, wyszła z cienia i podbiegła do dzieci. Jej zielone spódnice zatrzepotały ponad brązowymi skórzanymi bucikami, opadając na nie miękkimi falami i uwydatniając kształt smukłych nóg. Kibić przepasana była podkreślającymi jej szczupłość ciemnozielonymi wstążkami, a piersi rysujące się pod stanikiem sukni wyglądały krągło i kusząco.

Podniosła wzrok, wiedziona niezdrową ciekawością tylko jednego człowieka – mężczyzny stojącego na czele oddziału rycerzy.

Guy St. Edmond powinien widzieć w niej zdrajczynię, ponieważ była córką Simona Loveta, angielskiego sukiennika, oraz młodszą siostrą Andrew Loveta, który poległ w bitwie, walcząc po stronie Lancastrów i króla Henryka. Przerażona, czekała, aż groźny rycerz przemówi.

Tymczasem on, pośród rozkwitających kwiatów i śpiewu kosa, obserwował dziewczynę, która patrzyła na niego zaciekawiona, spojrzeniem niepewnym i podejrzliwym. Gdy rycerz podjechał i zatrzymał przed nią konia, zabrakło mu nagle tchu w piersi, doznał też niespodziewanego przypływu pożądania. Dziewczyna bowiem była stworzeniem zachwycającym – wcieleniem młodości i wiosny.

Jane w jednej chwili wyczuła, że zrobiła na rycerzu wrażenie. I obudziły się w niej złe przeczucia. Oto patrzył na nią fascynujący mężczyzna, którego pewne siebie spojrzenie sprawiło, że jej serce zaczęło bić bardzo szybko.

Przez dłuższą chwilę patrzył jej prosto w oczy, uparcie i nieustępliwie, spojrzeniem nieodgadnionym, jakby próbował odkryć jakiś głęboko skrywany sekret. Zaniepokoiło ją to, ale nie odwróciła wzroku. Stała, wpatrując się w niego jak niewychowana wieśniaczka.

Guy nie był pewien, co o tym myśleć. Doszedł do wniosku, że ta dziewczyna – żyjąc odizolowana od świata w dolinie Cherriot – albo nie słyszała, że nazywają go wcielonym diabłem, albo była tak spragniona męskiego towarzystwa, że wiedząc o tym, zignorowała to. Szczerość jej spojrzenia poruszyła go do głębi. Porównał nieznajomą w myślach do półdzikiej fantastycznej istoty czy też do jakiegoś cudownego leśnego stworzenia, które zbyt mało wie o świecie, by się czegokolwiek lękać.

Wyglądała na całkiem niewinną.

Choć znajdowali się od siebie co najmniej dwanaście kroków, Jane czuła, jakby ów rycerz zaglądał w głąb jej duszy. Kierując umiejętnie koniem, okrążył ją z uśmiechem, oglądając taksującym spojrzeniem. Wzrokiem ogarnął jej gibką postać, zatrzymując się na wypukłości piersi i szczupłej talii, a potem zerknął na miodowozłote miękkie włosy, wymykające się spod zielonego aksamitnego czepeczka. Miała nieco zadarty nosek, świadczący o ciekawości i skłonności do psot. Jej wargi były pełne, rozchylone i zdradzały ukrytą zmysłowość, a zarys podbródka nie świadczył ani o nadmiernej ustępliwości, ani o uporze. Jej cera była biała jak śmietana, a policzki płonęły rumieńcem. Zielona toń oczu, w której miał ochotę zatonąć, płonęła i świadczyła o tym, że pod dziecięcą niewinnością kryje się dojrzewająca kobiecość.

Była najpiękniejszą istotą, jaką spotkał od długiego czasu.

– No, no. I kogo my tu mamy? – powiedział głosem cichym, głębokim i niskim, wciąż nie odrywając od niej wzroku.

Patrzyła na niego z ostrożną ciekawością.

– Ja nie gryzę – dodał z cynicznym uśmieszkiem.

– Nie? Słyszałam coś wprost przeciwnego – odrzekła.

Roześmiał się głębokim, donośnym śmiechem, a jego koń wykonał pełen obrót. Kiedy stanął ponownie przed nią, Jane, która już zdążyła pożałować swych impulsywnych słów, zarumieniła się lekko. Nie opuszczając wzroku, dygnęła, starając się zrobić to z takim wdziękiem, na jaki pozwalało jej drżenie nóg. Próbując dodać otuchy przestraszonemu rodzeństwu, uśmiechnęła się, pokazując piękne białe zęby.

– Jestem Jane Lovet – powiedziała. – Córka Simona Loveta, handlarza suknem…

– Będącego ojcem Andrew, zwolennika króla Henryka, o ile się nie mylę… – zauważył tonem, który zmroził jej krew w żyłach. – Pochodzisz z rodziny wiernej królowi Henrykowi.

Milczała. Cały stan kupiecki był wierny rodzinie Yorków, popierał młodego, silnego i inteligentnego króla Edwarda. Jej ojciec, człowiek ambitny i nastawiony na zarabianie pieniędzy i poprawę bytu rodziny, nie popierał właściwie żadnej ze stron konfliktu. Nie potrafił jednak swemu synowi wybaczyć tego, że poparł króla Henryka, gdyż to nastawiło przeciwko niemu większość kupców.

– Nie da się zaprzeczyć, że mój brat walczył po stronie króla Henryka – powiedziała w końcu Jane. – Jednak rodzice są lojalni królowi Edwardowi.

– Rozsądnie – kiwnął głową Guy St. Edmond. – Henryk został sam. Opuścili go niemal wszyscy zwolennicy i nie może nawet zebrać armii.

– Chodzą takie słuchy. Możemy chyba liczyć na pobłażliwość, skoro król ostatnio poślubił wdowę po swoim zajadłym przeciwniku…

Słysząc te śmiałe słowa, Guy spojrzał na dziewczynę z mieszaniną gniewu, zdumienia i podziwu.

– Przemawiasz odważnie, moja pani. Ale ostrzegam cię, na przyszłość bądź ostrożniejsza. Mieszkasz, pani, w tej okolicy?

Jane skinęła głową.

– We dworze na skraju wsi, nad rzeką.

– Będziemy zatem sąsiadami.

Przyjrzał się Alfredowi, Blanche i urodziwej Kate.

– Czy to są twoi krewni, pani? – zapytał.

Jane spojrzała na całą trójkę. Alfred odznaczał się wysokim wzrostem, jak ojciec, a najmłodsza siostra, Blanche, była nieco niższa, ale wciąż rosła. Oboje mieli kręcone włosy i zielone oczy z brązowymi plamkami.

– Kate jest moją służącą, a Alfred i Blanche to moje rodzeństwo. Czy długo zabawicie w tych stronach, panie?

– Jeszcze nie wiem. Pożyjemy, zobaczymy.

 

Guy St. Edmond z łagodniejszym już wyrazem twarzy pochylił się na koniu, ujął Jane pod brodę i popatrzył jej głęboko w oczy.

– Nigdy nie widziałem tak pięknej twarzy – powiedział. – Ani tak odważnych oczu. Czy ty, słodka Jane, się mnie nie boisz?

Wiedziała, że powinna się cofnąć i zaprotestować przeciwko takiej poufałości. Nie zrobiła jednak tego.

– A czy mam powód, by się was bać, panie?

– Być może. Wiesz, kim jestem?

– Każdy w tej okolicy to wie.

– A skąd ludzie mogą to wiedzieć, skoro nie widzieli mnie od prawie dziesięciu lat?

Jane chwilowo oniemiała. Odprężyła się jednak, gdy wyprostował się w siodle.

– Nazywacie się, panie, Guy St. Edmond i jesteście hrabią Sinnington. Mieszkacie w zamku zwanym Sinnington Castle. Od kilku tygodni ludzie nie mówią o niczym innym jak tylko o waszym powrocie.

Guy przechylił głowę i popatrzył jej prosto w twarz, a ona zatonęła w błękicie jego oczu. Nagle poczuła się tak, jakby na świecie nie było nikogo prócz nich dwojga. Kobiecy instynkt podpowiadał, że on czuje to samo.

– A zatem skoro mamy mieszkać tak blisko siebie, pani, będę z niecierpliwością wyczekiwał kolejnego spotkania. Doceniłem twój wdzięk i urodę, a także to, że odpowiadają twoim przymiotom. Co jeszcze powinienem o tobie wiedzieć, pani?

– Nie wiem, panie, co mogłabym powiedzieć poza tym, że wkrótce odbędą się moje zaręczyny i zamieszkam z mężem w sąsiedniej wiosce.

Guy był tak nią zafascynowany, że wieść ta przyniosła mu rozczarowanie, jakiego się nie spodziewał. Nie dał jednak tego po sobie poznać. Obserwował natomiast dziewczynę tak uważnie, że dostrzegł w niej zmianę. Zauważył, że jej radość nagle przygasła i zastąpił ją na chwilę wyraz całkowitego przygnębienia. Guy zaczął się zastanawiać, co jest nie tak z człowiekiem, którego ona ma poślubić.

– Gdy wyjdziesz za mąż, pani?! Skoro zanosi się na małżeństwo, muszę pogratulować twojemu narzeczonemu wspaniałego wyboru panny młodej – powiedział, nie odrywając wzroku od jej twarzy. – Miał ogromne szczęście, mogąc wybrać tak piękną narzeczoną. Domyślam się, że pozostawiasz, pani, w smutku całe rzesze zalotników. Pomyślę o prezencie dla przyszłej panny młodej i każę zawieźć go prosto do domu twego ojca, pani.

– Dziękuję – odparła Jane, onieśmielona. – To bardzo wielkoduszne z waszej strony, panie. Ale… ale nie mogę go przyjąć.

– Odmawiając, pani, obraziłabyś hrabiego – powiedział dobrodusznie jeździec towarzyszący Guyowi.

Nosił imię Cedryk i był potężnej postury giermkiem ze strzechą blond włosów na głowie domagających się strzyżenia. Bardziej niż człowieka przypominał niedźwiedzia. Zmierzył Jane od stóp do głów spojrzeniem i dodał:

– Gdy ładna dziewczyna zachwyci jego oko, hrabia Guy St. Edmond potrafi być niezwykle hojny. Ale musimy już jechać, panie. Odbyliśmy długą drogę i nasze żołądki domagają się posiłku. Od śniadania nic przecież nie jadłem.

Pozostali jeźdźcy roześmiali się na to serdecznie, jakby na potwierdzenie, że jego apetyt był przedmiotem wielu żartów.

– Skoro tak, Cedryku, jedźmy – zgodził się z humorem Guy.

Spiął konia i jeszcze raz spojrzał na Jane, a ona, patrząc mu głęboko w oczy, poczuła, że na chwilę zatrzymał się czas.

– Spotkamy się jeszcze, słodka Jane. Już ja się o to postaram. Proszę cię, nie miej co do tego wątpliwości.

Jane zaschło w ustach i wraz z niepokojącym pożądaniem, jakiego dotychczas nigdy nie doznała, poczuła strach. Opowiadano bowiem, że to nie kto inny, a właśnie Guy St. Edmond wydał wyrok śmierci na jej ukochanego brata, gdy ten dostał się do niewoli podczas bitwy pod Towton w roku tysiąc czterysta sześćdziesiątym pierwszym i był jednym z prawie trzydziestu tysięcy straconych. Cofnęła się z bijącym sercem.

– Zapominacie się, panie – zaoponowała. – Sądzę, że to nie byłoby właściwe.

Uśmiechnął się kpiąco i zapytał:

– A dlaczego? Czyżby miało to coś wspólnego z faktem, że uchodzę za barbarzyńcę?

– Powiedziałam wam, panie, że wychodzę za mąż. Ale nawet gdyby tak nie było – mówiła dalej, nie zdając sobie sprawy, że zapuszcza się na niebezpieczny teren – wasza reputacja… Powiadają, że jesteście pomiotem diabelskim, mężczyźni i dzieci się was boją. Od lat krążą plotki, że lubicie zabijać i że to z waszego rozkazu stracił życie mój brat. Podobno cieszy was ludzkie cierpienie.

Gdy Guy nie zaprzeczył, Jane poczuła strach.

– Skoro tak o mnie mówią – powiedział po chwili cicho – to nic dziwnego, że w tych stronach jestem persona non grata.

– Ale zapewne na polu bitwy dopisuje wam, panie, szczęście – odrzekła mu na to Jane.

– Szczęście dopisuje mi zarówno na polu bitwy, jak i w miłości, słodka Jane – odpowiedział. – Wojowałem długo i przyznaję, że w plotkach na mój temat może być ziarno prawdy. Zabijanie czyni wielu dzielnych i uczciwych ludzi barbarzyńcami. Jednakże – dodał, uśmiechając się – wątpię, czy moja reakcja na twój widok, pani, byłaby inna, gdybym nie z wojny wracał, tylko z królewskiego dworu.

Jane zmrużyła oczy, podniosła dumnie głowę i zmierzyła hrabiego chłodnym spojrzeniem.

– Przekraczacie granice przyzwoitości, panie! Jak już mówiłam, wkrótce opuszczę swoją wioskę.

Guy uśmiechnął się niefrasobliwie. Podobał mu się jej temperament. Panna Lovet była najwyraźniej gotowa odrzucić jego kolejną propozycję. Gdyby chodziło o inną kobietę, zignorowałby to. Odmowa Jane natomiast, wyrażona z dumnie uniesioną głową, zraniła go do głębi. Rzadko w życiu zdarzało mu się, że był zmuszony uwodzić. Zawsze dostawał od kobiet to, czego zapragnął. Wiedział zatem, że niebawem spotka się z Jane ponownie.

Gdy pochylił się w przód, dostrzegła w jego oczach błysk. Przypominał wyrazem twarzy człowieka przymierającego głodem, który zbliżył się do suto zastawionego stołu. Wyciągnął rękę i dotknął delikatnie jej policzka.

– Jesteś bardzo piękna, pani – powiedział tonem podniosłym, patrząc jej prosto w oczy. – Pamiętam twojego ojca i twoją matkę. Znałem ich od dziecka. Wiedz, słodka Jane, i nigdy nie miej co do tego wątpliwości: zawsze dotrzymuję słowa. Możesz być pewna, że się wkrótce spotkamy. Obiecuję.

Jane patrzyła na niego w osłupieniu, nie wątpiąc w to, że mówi poważnie. Fakt, że ten możny pan jej pragnie, fascynował ją i przerażał zarazem. Widziała, że zamierza ją uwieść i że nic go nie powstrzyma – nawet to, że została obiecana innemu.

Tak, pomyślała, Guy St. Edmond nie będzie miał dla niej litości i przeklnie każdego, kto wejdzie mu w drogę.

Nie mogła pozwolić, by do tego doszło. Otrząsnęła się dopiero po chwili. Nie mogąc dłużej znieść szyderczego spojrzenia, opuściła wzrok i dygnęła. Guy ze śmiechem spiął konia ostrogami i odjechał, by dołączyć do swoich towarzyszy.

Dopiero gdy zniknął jej z oczu, Jane odwróciła się w stronę Kate i dzieci.

– Chodźcie, zabawmy się w ciuciubabkę – zawołała. – Ja pierwsza będę was łapać.

Postanowiwszy, że spotkanie z Guyem St. Edmondem nie zepsuje im zabawy, wyciągnęła opaskę z kieszeni Alfreda i przewiązała nią sobie oczy. Dzieci, które nie chciały jeszcze iść do domu, były ucieszone, że mogą nadal oddawać się zabawie. Śmiały się i uciekały. Śmiała się też Jane, udając, że nie potrafi ich złapać.

A tymczasem Guy, który zatrzymał się na chwilę, by się obejrzeć, był oczarowany tym widokiem. Śmiech panny Lovet dźwięczał mu w uszach i był rozkoszny, a cała scena wydała mu się tak niewinna i piękna, że zapisała się w jego pamięci i sercu.

Siedząc na pniu drzewa, Kate obserwowała niewinną zabawę swoich podopiecznych. Znała Jane od dzieciństwa, patrzyła, jak ta uparta dziewczynka wzrasta i dojrzewa. Wspominała często jej psoty, które wywoływały wśród domowników salwy śmiechu.

Przyjrzała się młodszemu rodzeństwu Jane i zatroskała się. Alfred i Blanche wyszli z domu w swoich najlepszych ubraniach, które w ciągu kilku chwil niemal całkiem zniszczyli. Alfred wybrudził buciki i podarł rajtuzy, a Blanche miała we włosach liście i gałązki. Gdy wrócą do domu, ojciec z pewnością ich zgani, chyba że przeszmugluje ich potajemnie do pokojów, gdzie się umyją i doprowadzą do porządku. Wstała i zawołała:

– Jane, chodźcie! Czas wracać. Dość zabawy na dzisiaj. Wiecie, że nie wolno nam się spóźnić.

Zdjąwszy opaskę, uśmiechnęła się do swojej ukochanej służącej, która znała ją jak nikt inny i która dbała o całą trójkę z miłością i oddaniem.

– Och Kate, czy naprawdę musimy już iść?

– Zapomniałaś, że zbliżają się twoje zaręczyny? Mamy mnóstwo pracy. Nawet w tej chwili twoja matka zajęta jest szyciem sukni dla ciebie.

Te słowa uświadomiły Jane, że już wkrótce jej życie się zmieni, a czas i uwagę zajmą przyziemne obowiązki żony sukiennika.

Naraz, choć broniła się przed tymi myślami, zaczęła się zastanawiać, jak by to było wyjść za Guya St. Edmonda i ta myśl wydała jej się niebezpiecznie intrygująca…

Pokręciła gwałtownie głową. Nie mogła przecież złamać obietnicy! Znała swoje miejsce i wiedziała, że kobiecie nie wolno protestować przeciwko woli mężczyzn i decydować o własnym losie. Wiedziała też, że może pomóc rodzinie, jedynie odpowiednio wychodząc za mąż. Zawierzyła więc rodzicom i postanowiła poddać się ich woli. Nauczyła się nawet patrzeć w przyszłość z optymizmem…

Aż do chwili, gdy na kilka dni przed zaręczynami spojrzała w urodziwą twarz hrabiego Sinnington.

Guy z bladym uśmiechem patrzył w dal na zamek, który był jego domem.

– Spójrz, Cedryku – powiedział spokojnym tonem. – Oto i Sinnington.

– To piękny majątek – odrzekł Cedryk. – Patrzyliście na zamek, panie, tak, jakbyście go widzieli po raz pierwszy w życiu.

– Dawno go nie widziałem. Osiem lat. Ostatnio gdy zmarł mój ojciec, a brat poległ pod St. Albans. Nieustannie myślałem o powrocie, ale król mnie potrzebował . Zresztą może tak było lepiej… Zwycięstwa w bitwach przyniosły mi bogactwo, dzięki czemu moi synowie nie będą musieli zarabiać na życie tak jak ja, wojennym rzemiosłem.

– Więc skończyliście, panie, z wojowaniem?

– Chciałbym myśleć, że uczestniczyłem już w ostatnim oblężeniu i w ostatniej bitwie w moim życiu – odrzekł Guy stanowczym tonem. – Boże kochany, jak dobrze będzie zamieszkać wreszcie w domu, spać w miękkim łożu co noc i mieć żołądek wypełniony dobrym jadłem – dokończył, ciesząc oczy pięknym widokiem na dolinę Cherriot.

Położona o dwadzieścia mil na północ od Londynu, była rozległa i urodzajna. Na wzgórzach po obu jej stronach rosły lasy i ciągnęły się żyzne pola, a niższe partie zboczy zajmowały owocowe sady pełne grusz i jabłoni. W skład ogromnej posiadłości hrabiowskiej wchodziły cztery wsie, z których dwie było widać ze wzniesienia. Rzeka wiła się leniwie dnem doliny, mijając malownicze miasteczko Cherriot z jego główną ulicą, kamiennym mostem spinającym oba brzegi i warsztatami rzemieślników. Dym unosił się z kominów, a widoczne w oddali malutkie postacie krzątały się koło swoich zajęć.

Na wyniosłej wyżynie górującej ponad tą sielankową sceną wznosił się zamek Sinnington ze swymi wieżyczkami, wysokimi murami i z sześcioma kształtnymi okrągłymi basztami.

Im bardziej się zbliżali do zamku, tym trudniej było Guyowi opanować podniecenie. Spodziewano się jego przybycia. Przy bramie stały straże. Ponad fosą spuszczono most zwodzony.

– Widzę, że jest to idealne miejsce, w którym będziecie, panie, mogli wychować synów, jeśli zechcecie pewnego dnia ich spłodzić – zauważył Cedryk.

– Najpierw, Cedryku, będę musiał znaleźć żonę – odrzekł Guy takim tonem, że Cedryk ani przez chwilę nie wątpił, że tak się stanie. – Nie ma znaczenia, czy będzie ona ładna czy nie, byle tylko dała mi dorodnych synów.

– A zatem musicie, panie, taką znaleźć.

Guy patrzył wprost przed siebie, myśląc o uczuciu pustki, które nękało go od długich miesięcy. Doznawał go w sposób nieuchwytny i starał się je ignorować. Łączyło się ono bowiem z bolesnym wspomnieniem Isabel Leigh, okrutnej i kierującej się chciwością ciemnookiej piękności, której uroda go oczarowała i pod której urokiem żył przez pewien czas.

Gdy jednak Isabel zdradziła go z innym mężczyzną, Guy St. Edmond doznał szoku, widząc, jak bliski był utraty kontroli nad własnym życiem. Poprzysiągł sobie wtedy, że nigdy więcej nie uzależni się tak od żadnej kobiety. Nie chciał mieć bowiem do czynienia z kobiecą skłonnością do oszustwa i zdrady. Od czasu ostatniej bitwy jednak poczuł wszechogarniającą tęsknotę za tym, by mieć synów.

Zdobył przecież niemały majątek, większy niż niejeden z jego arystokratycznych przyjaciół, ale wciąż nie miał spadkobiercy. Gdyby niespodziewanie stracił życie – a przecież zawsze istniała taka możliwość – wszystko, o co się starał i o co walczył, zniknęłoby razem z nim.

 

Jednak by spłodzić dziedzica, musiałby pogodzić się z niewygodami płynącymi z posiadania żony. Nie uśmiechało mu się to do tego stopnia, że odkładał plany małżeńskie od lat. Gdzież mężczyzna mógłby znaleźć kobietę, która urodziłaby dzieci, a potem zostawiła go w spokoju?

Wspomniał Jane Lovet i jej piękny uśmiech i przez chwilę czuł się lepiej. Widywał w swoim życiu malowane madonny, których rysy nie dorównywały jej urodzie. Uśmiech Jane był jak blask słońca, a sposób, w jaki mu się przeciwstawiła – uznał za prawdziwie niezwykły! Patrzyła mu prosto w oczy i przemawiała z taką szczerością, jakiej nie powstydziłby się żaden mężczyzna.

Z taką kobietą jak ona wszystko mógłby osiągnąć. Na jej widok od razu myślał o zmysłowych rozkoszach. Jane była jednak dobrze wychowaną młodą damą i jak każda kobieta przyzwoita pragnęła małżeństwa, czyli jedynej rzeczy, jakiej on nie chciał jej dać. Nie mógł bowiem pozwolić sobie na tak oczywisty mezalians.

A jednak, pomyślał, może udałoby się z niej uczynić kochankę? Zmrużył oczy i zaczął rozważać tę możliwość…

Mężczyźni o jego pozycji społecznej żenili się dla korzyści i byli założycielami dynastii. Małżeństwo w jego sferze to interes, w którym na miłość nie ma miejsca. Guy już dawno doszedł do wniosku, że uczucie to należy pozostawić chłopom jako rekompensatę za marny los.

– Panna Lovet jest bardzo piękna, prawda, Cedryku? Co o niej myślisz? – zagadnął swego giermka.

– Zgadzam się, że panna Lovet jest niezwykłą dziewczyną… – odrzekł Cedryk, domyślając się, wokół czego krążą myśli jego pana. – I… fascynującą młodą istotą… jednak nie w waszym typie, panie.

Słowa Cedryka sprawiły, że Guy, zniecierpliwiony, przypominał sobie ostatni swój romans z jedną ze zmysłowych dam na dworze, która zachęcała go do najbardziej wyszukanych igraszek. Pomyślał, że nigdy nie kochał się z dziewicą – nigdy nie miał okazji odkryć rozkoszy obcowania z nieskalaną doskonałością. Wyobraził sobie, jak by to było, i poczuł w lędźwiach żar.

– Masz zupełną rację – zwrócił się do giermka. – Jane Lovet nie przypomina wcale dam, z którymi dotychczas miewałem do czynienia. Ale przecież z wiekiem człowiek doskonali swój gust. Tak mi przynajmniej mówiono.

– To prawda. Jednakże na żonę musicie, panie, szukać damy, która ułatwi wam tworzenie politycznych aliansów. Panna Lovet jest tylko córką skromnego sukiennika.

– Masz rację – przyznał Guy, jednak przed oczami miał wciąż obraz pięknej dziewczyny.

– Poza tym czy panna Lovet nie mówiła, że wkrótce wychodzi za mąż? – zapytał Cedryk z uśmiechem, wiedząc, że zna swego pana na tyle dobrze, że potrafi domyślić się, co mu chodzi po głowie.

– Tak – odrzekł Guy lekceważącym tonem. – Jednak nie odmówię sobie przyjemności spotkania z nią.

– Nawet jeśli jej brat walczył po stronie króla Henryka?

– Te sprawy już mnie nie obchodzą. Módlmy się do Boga, żeby po tylu bitwach zapanował w kraju na trwałe pokój, by król Edward pozostawał na tronie przez długie lata i by to pozwoliło mi korzystać z rozkoszy życia… łącznie z rozkoszami płynącymi z miłości do dam takich jak panna Lovet.

Cedryk zauważył, jak bardzo Guyowi spodobała się Jane Lovet, bo dostrzegł ogień płonący w jego oczach, gdy ów patrzył na dziewczynę, i uznał po chwili, że chętnie zobaczy, jak jego pan ją uwodzi. Guy posiadał bowiem przymioty, których zazdrościli mu wszyscy mężczyźni: był urodziwy i majętny i – jak dotąd – miał każdą kobietę, której zapragnął. Po prostu nie odmawiały mu.

Był także niezrównanym wojownikiem, który walcząc, nie kierował się ambicją i chęcią zdobycia chwały, lecz poczuciem sprawiedliwości. Nigdy nie postępował pochopnie i dokładnie zastanawiał się nad kolejnym posunięciem. Bywał bezwzględny, ale też wesoły i skory do zabawy. Wśród swoich ludzi uchodził za serdecznego kompana i wiernego przyjaciela. Skupiał w sobie wszystkie cnoty wojownika, jakby stworzono go do prowadzenia wojny. Zasiadał w radzie królewskiej i dlatego potężni baronowie traktowali go albo jako inteligentnego przyjaciela, na którego można liczyć w kłopotach, albo jako człowieka, którego trzeba się strzec w wypadku, gdyby się chciało zaszkodzić królowi.

Jednak ostatnio Cedryk dostrzegał, że jego pan, skończywszy trzydzieści lat i straciwszy brata, poczuł się zmęczony wojną i zapragnął spokojnego życia, upływającego na polowaniach i przyjęciach oraz miłosnych podbojach.

Dotarli już do zamku i Guy wjechał na zewnętrzny dziedziniec, gdzie powitała go cała służba zamkowa. Zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Główna część zamku zbudowana była wokół wewnętrznego dziedzińca, na którego samym środku znajdowała się studnia. Parter głównej części mieścił Salę Wielką, stajnie, kuchnie i magazyny oraz sypialne komnaty.

Guy i jego towarzysze zsiedli z koni i oddali je w ręce stajennych, a potem weszli do Sali Wielkiej, przechodząc przez szpaler służby gnącej się w ukłonach. Z kuchni dolatywał zapach pieczonego mięsiwa. Po kilku chwilach Guy odprężył się i po raz pierwszy od lat poczuł, że jest w domu.

Lovet House był solidnym, dużym domostwem o oszklonych oknach, zbudowanym z ryglowego muru. Jego przestronne sale i bawialnie udekorowano dywanami i gobelinami. Pomiędzy domem a rzeką znajdowały się dobrze utrzymane ogrody, gdzie Margaret Lovet, matka Jane, hodowała słodko pachnące róże i gdzie pawie rozkładały z dumą swoje wielobarwne ogony.

Margaret, której ulubionym zajęciem było rozpieszczanie własnych dzieci, była kobietą elegancką, czarującą i opanowaną. Miała słodki melodyjny głos i pełen cierpliwości uśmiech. W każdym calu zachowywała się jak dama, a Jane od najmłodszych lat starała się ją naśladować. Margaret utrzymywała dom w doskonałym porządku, a służba była jej oddana. Ponadto słynęła też z dobroczynności na rzecz biednych w dolinie Cherriot.

Po powrocie do domu Jane odszukała matkę, zajrzawszy najpierw do obszernego pomieszczenia w podziemiu, gdzie pracował i składował swe towary ojciec i gdzie szwaczki i tkaczki wykonywały swe obowiązki, używając brokatów z Mediolanu, weneckich aksamitów i najpiękniejszych jedwabi z Lukki. Jane uwielbiała dotykać tych przepięknych tkanin przeznaczonych dla bogaczy, którzy zakupią je zapewne, gdy interes ojca zacznie wreszcie, po jej ślubie z Richardem, lepiej prosperować.

Matka siedziała w bawialni przy otwartym oknie wychodzącym na rzekę, pochylona nad szyciem. Kończyła właśnie suknię, w której Jane miała wystąpić podczas uroczystości zaręczyn. Wykonywała ostatnie hafty, których piękno odzwierciedlało jej stan ducha, pełen spokoju i pogody.

Gdy Jane weszła do komnaty, Margaret podniosła głowę i powitała córkę uśmiechem.

– Ach Jane! – powiedziała. – Cieszę się, że wróciłaś, choć żałuję, że nie byłaś w domu wcześniej. John Aniston złożył nam wizytę.

– Naprawdę? A jakie przyniósł nowiny?

– Richard musi wyjechać do Włoch wcześniej, niż planowano, i dlatego ślub odbędzie się zaraz po zaręczynach.

Jane straciła humor. To, że Richard pojedzie do Florencji, która jest wielkim miastem handlowym, było wiadome od dawna, ale nie miało to wpłynąć na datę uroczystości ślubnych.

– Rozumiem – odparła. – Zaraz po zaręczynach… To znaczy jak prędko?

– Nie później niż w dwa tygodnie po nich.

Jane popatrzyła na matkę z niedowierzaniem i poczuła, jak ogarnia ją panika.

– To niemożliwe – powiedziała. – Ślub powinien się odbyć w sześć tygodni po zaręczynach. Mamy tak wiele pracy! Dwa tygodnie to za krótko. Nie zdążymy wszystkiego przygotować.

– Musimy zdążyć – odrzekła Margaret, wracając do haftu. – Richard chce, żebyś przed jego wyjazdem przeniosła się do domu jego ojca. Jeżeli weźmiemy się do pracy razem z Kate, zdążymy ze wszystkim.

Margaret podniosła głowę i zobaczyła smutną minę córki.