Ta, która musi umrzeć

Tekst
Z serii: Millennium #6
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginalny: HON SOM MÅSTE DÖ


Redakcja: Anna Brzezińska

Projekt okładki: Jörgen Einéus

Adaptacja okładki: Magda Kuc

Korekta: Beata Wójcik, Maria Osińska

Redaktor prowadzący: Bartłomiej Nawrocki


HON SOM MÅSTE DÖ © David Lagercrantz & Moggliden AB, first published by Norstedts, Sweden, in 2019.

Published by agreement with Norstedts Agency.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Copyright © for the Polish translation by Inga Sawicka, 2019


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Wydanie I


ISBN: 9788380153875


![logo-czarna-owca]


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

PROLOG

LATEM W DZIELNICY pojawił się nowy żebrak. Nikt nie wiedział, jak się nazywa, zresztą nikogo to nie obchodziło, chociaż młoda para, która mijała go co rano, nazywała go szalonym karłem, co przynajmniej w połowie było niesłuszne. Bo w sensie medycznym nie był karłem. Miał sto pięćdziesiąt cztery centymetry wzrostu i był proporcjonalnej budowy. Natomiast rzeczywiście był chory psychicznie i czasem zrywał się, by łapać kogoś, a potem mówił coś bez związku.

Przeważnie jednak przesiadywał na kawałku kartonu na Mariatorget tuż obok fontanny z rzeźbą boga Thora i wtedy czasem nawet budził szacunek. Podniesiona głowa i wyprostowana sylwetka nadawały mu wygląd wodza, wprawdzie upadłego, lecz ten wygląd był jego jedynym kapitałem, dzięki niemu rzucano mu jeszcze a to monetę, a to banknot. Ludziom wydawało się, że rozpoznają w nim utraconą wielkość, i nie mylili się. Istotnie był czas, kiedy nisko mu się kłaniano.

Jednak od dawna był pozbawiony wszystkiego, a jego sytuacji nie poprawiała widoczna na policzku czarna plama, jakby sama śmierć odcisnęła swój ślad. Uwagę zwracała właściwie tylko jego kurtka puchowa. Niebieska i droga, Marmot Parka. Nie dodawała mu normalności, nawet nie dlatego, że pokryta była brudem i resztkami jedzenia. Wyglądała na arktyczną, a w Sztokholmie było lato. Nad miastem zalegał duszny upał, a kiedy po policzkach mężczyzny spływał pot, ludzie patrzyli z zakłopotaniem na kurtkę, jakby na sam jej widok upał stawał się jeszcze dokuczliwszy. Mimo to mężczyzna nigdy jej nie zdejmował.

Był stracony dla świata, nie wydawało się prawdopodobne, aby mógł stanowić zagrożenie dla kogokolwiek. Na początku sierpnia w jego spojrzeniu pojawiła się wyraźniejsza świadomość celu, a jedenastego po południu nabazgrał jakąś pogmatwaną historię na poliniowanej kartce A4, którą wieczorem przykleił do wiaty przystanku autobusowego przy Stockholms södra.

Był to fantasmagoryczny opis potwornej nawałnicy. Młodej lekarce stażystce Else Sandberg, czekającej na autobus linii numer 4, udało się mimo to odszyfrować fragment samego wstępu, zauważyła również, że został w nim wymieniony pewien członek rządu. Przede wszystkim jednak skupiła się na zdiagnozowaniu autora, według niej była to schizofrenia paranoidalna. Dziesięć minut później wsiadła do autobusu i o wszystkim zapomniała, zostało tylko trochę niemiłe uczucie. Jakby coś w rodzaju klątwy Kasandry. Nikt temu człowiekowi nie uwierzył, ponieważ prawda, którą sformułował, była tak zamotana w szaleństwo, że prawie nie dało się jej dostrzec. Widocznie jednak przesłanie gdzieś dotarło, bo następnego ranka podjechało niebieskie audi, z którego wysiadł facet w białej koszuli i zerwał kartkę.

W sobotnią noc piętnastego sierpnia żebrak udał się na Norra Bantorget po wódkę z meliny. Spotkał tam drugiego pijaka, starego robotnika fabrycznego Heikkiego Järvinena z Ostrobotni w zachodniej Finlandii.

– Cześć, bracie. Bardzo cię przypiliło? – spytał Järvinen.

Nie dostał odpowiedzi, przynajmniej nie od razu. Potem nastąpiła długa perora, którą Heikki odebrał jako stek kłamstw i przechwałek, więc warknął „gówno prawda” i dodał niepotrzebnie – co sam potem przyznał – że gość wygląda jak „czing czong Chińczyk”.

– Me Khamba-chen, I hate China! – ryknął żebrak.

Rozpętało się istne piekło. Pozbawioną palców pięścią grzmotnął Järvinena i choć nie był to cios świadczący o jakimś przygotowaniu, nie mówiąc o wyszkoleniu, była w nim moc i powaga. Heikkiemu leciała krew z ust i strasznie klął po fińsku, gdy zataczając się, schodził do centralnej stacji metra.

Żebraka widziano potem w jego stałej okolicy, był bardzo pijany i wyraźnie źle się czuł. Z ust ciekła mu ślina, trzymał się za gardło i mamrotał pod nosem.

– Very tired. Must find a dharamsala, and an lhawa, very good lhawa. Do you know?

Nie czekając na odpowiedź, lunatycznym krokiem przeciął Ringvägen, wyrzucił półlitrówkę bez etykietki i zniknął wśród zieleni Tantolunden. Nie bardzo wiadomo, co było dalej, ale wczesnym rankiem spadł niewielki deszcz i wiało z północy. O ósmej wiatr ucichł, niebo się przejaśniło, mężczyzna siedział na piętach oparty o pień brzozy.

Na ulicy trwały przygotowania do Biegu o Północy. W dzielnicy panował nastrój zabawy. Żebrak był martwy, w powietrzu unosiła się radość i nikogo nie obchodziło, że miał za sobą życie pełne przygód i bohaterskich czynów, a jeszcze mniej, że kochał tylko jedną jedyną kobietę, która również umarła w straszliwej samotności.

CZĘŚĆ 1
NIEZNANI

Wielu umiera bezimiennie, a niektórzy nie mają nawet grobu.

Innym dostaje się biały krzyż wśród tysięcy innych, jak na amerykańskim cmentarzu wojennym w Normandii.

Nielicznym poświęca się cały pomnik, jak Grób Nieznanego Żołnierza pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu albo w Ogrodzie Aleksandrowskim w Moskwie.


ROZDZIAŁ 1

15 SIERPNIA

PISARKA Ingela Dufva pierwsza odważyła się podejść do drzewa, gdzie przekonała się, że mężczyzna nie żyje. Było wtedy wpół do dwunastej. Wokół śmierdziało, roje much i komarów krążyły z głośnym brzęczeniem. Ingela Dufva powiedziała później, że w siedzącej postaci było coś wzruszającego, ale nie mówiła całej prawdy.

Przed śmiercią mężczyzna wymiotował i miał ostrą biegunkę. A więc raczej nie poczuła wzruszenia, tylko obrzydzenie i lęk przed własną śmiertelnością. Również przybyli kwadrans później funkcjonariusze patrolu, Sandra Lindevall i Samir Eman, nie mogli traktować swego zadania inaczej jak karę.

Obfotografowali ciało i przeszukali pobliskie zarośla, ale nie dotarli do pochyłości poniżej Zinkens väg, gdzie leżała wyrzucona półlitrówka po wódce z cienką warstewką osadu na dnie, i choć wydawało im się, że „zdarzenie nie wygląda na zbrodnię”, starannie obejrzeli głowę nieboszczyka i klatkę piersiową. Nie znaleźli żadnych śladów przemocy ani innych podejrzanych oznak, jeśli nie liczyć gęstej śliny, która wyciekła mu z ust, więc po naradzie z przełożonymi postanowili nie odgradzać miejsca taśmą.

Czekając na karetkę, która miała zabrać ciało, przeszukali kieszenie niekształtnej kurtki puchowej. Było tam mnóstwo przezroczystych papierków z kiosków sprzedających hot dogi, trochę monet, banknot dwudziestokoronowy i kwit ze sklepu papierniczego na Hornsgatan, ale żadnej legitymacji ani dowodu osobistego.

Mimo to byli przekonani, że ustalenie tożsamości tego człowieka, któremu nie brakowało znaków szczególnych, będzie całkiem proste. Jak często bywa, było to przekonanie błędne. W Zakładzie Medycyny Sądowej w Solnie, gdzie przeprowadzono sekcję, wykonano też zdjęcia rentgenowskie zębów. Jednak w policyjnych rejestrach nie było ani odpowiedników tych zdjęć, ani odcisków palców, a więc po przesłaniu próbek do NFC, Narodowego Centrum Ekspertyz Sądowych, lekarka sądowa Fredrika Nyman – mimo że nie należało to do jej obowiązków – sprawdziła kilka numerów telefonów, zapisanych na zmiętej karteczce z kieszeni spodni denata.

Jeden należał do Mikaela Blomkvista z pisma „Millennium”. Przez kilka godzin w ogóle o tym nie myślała. Jednak wieczorem, po wyjątkowo przykrej kłótni z jedną ze swoich nastoletnich córek, przypomniała sobie, że w ciągu ostatniego roku miała aż trzy sekcje zwłok, które zostały pochowane bezimiennie, i wtedy sklęła swoją pracę, i ogólnie życie.

Skończyła czterdzieści dziewięć lat, była samotną matką dwóch córek, dokuczały jej bóle kręgosłupa i bezsenność, do tego zmagała się z poczuciem braku sensu życia; i choć sama nie wiedziała dlaczego, zadzwoniła do Mikaela Blomkvista.


ZABRZĘCZAŁ TELEFON. Nieznany numer, Mikael postanowił nie zwracać uwagi. Właśnie wyszedł z mieszkania i podążał w dół Hornsgatan w stronę Slussen i Starego Miasta, ale bez celu. Ubrany w szare lniane spodnie i nieuprasowaną koszulę dżinsową, przez dłuższy czas krążył po uliczkach, w końcu usiadł w jakimś ogródku piwnym na Österlånggatan i zamówił guinnessa.

Była siódma wieczorem, ale jeszcze ciepło, od strony Skeppsholmen dochodziły śmiechy i oklaski, Mikael spojrzał w niebo, poczuł łagodną bryzę od zatoki i próbował wmawiać sobie, że jednak życie nie jest złe. Nie bardzo mu się to udawało, nie pomogło ani jedno piwo, ani drugie, w końcu mruknął coś pod nosem, zapłacił i ruszył do domu, żeby znów popracować, a może zagłębić się w jakiś serial albo lekturę kryminału.

 

Po chwili jednak zmienił zdanie i pod wpływem impulsu ruszył w stronę Mosebacke i Fiskargatan. Przy Fiskargatan 9 mieszkała Lisbeth Salander. Mikael nie miał wielkich nadziei, że ją zastanie. Po pogrzebie swego dawnego opiekuna Holgera Palmgrena podróżowała po Europie i tylko od czasu do czasu odpowiadała na maile i esemesy Mikaela. Mimo to postanowił zaryzykować i zadzwonić do jej drzwi, dlatego wszedł na schody prowadzące z rynku i ze zdumieniem spojrzał na dom znajdujący się naprzeciwko. Całą ścianę pokrywało nowe duże graffiti. Nie poświęcił mu większej uwagi, chociaż rysunek był tego wart, pełen surrealistycznych szczegółów, takich jak śmieszny człowieczek w spodniach w kratę, stojący boso na zielonym wagonie metra.

Zamiast tego wystukał numer kodu mieszkania Lisbeth, potem wsiadł do windy i łypnął w lustro. Blada twarz, zapadnięte oczy, nie było po nim widać, że lato było gorące i słoneczne. Pomyślał o krachu na giełdzie, nad którym pracował przez cały lipiec. Ważny temat, bez wątpienia, bo krach był skutkiem nie tylko przeszacowania aktywów i zbyt dużych oczekiwań, ale również ataków hakerskich i kampanii dezinformacyjnych. Jednak w tym momencie zajmowali się tym wszyscy liczący się dziennikarze śledczy i choć Mikaelowi udało się sporo wyszperać – między innymi ustalić, która z rosyjskich fabryk trolli rozsiewała największe kłamstwa – to teraz uznał, że świat poradzi sobie bez niego. Chyba powinien po prostu wziąć urlop, zacząć ćwiczyć i może zaopiekować się lepiej Eriką, która właśnie rozwodzi się z Gregerem.

Winda stanęła, Mikael rozsunął kratę i wysiadł na piętrze, coraz bardziej przekonany, że przychodzenie tutaj jest bez sensu. Lisbeth na pewno wyjechała i ma go gdzieś. Ale już w następnej chwili zaniepokoił się. Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież i w tym samym momencie odżył w nim dręczący go przez całe lato strach, że wrogowie w końcu ją dopadną. Krzycząc „halo, halo”, wpadł do środka, gdzie poczuł zapach farby i środków czyszczących.

Nie wszedł daleko. Usłyszał kroki. Za jego plecami na schodach ktoś sapał jak parskający byk, wtedy odwrócił się i zobaczył dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn w granatowych drelichach, którzy nieśli jakiś wielki przedmiot. Mikael był tak rozemocjonowany, że nie docierało do niego, na co patrzy.

– Co wy tu robicie? – spytał.

– A na co to wygląda?

Wyglądało na dwóch facetów od przeprowadzek, niosących niebieską dizajnerską kanapę, a Lisbeth – o czym akurat wiedział bardzo dobrze – nie interesowała się dizajnem ani urządzaniem wnętrz, więc właśnie miał coś powiedzieć, kiedy usłyszał głos dochodzący z głębi mieszkania. W pierwszej chwili pomyślał, że to Lisbeth, i już się rozpromienił. Było to jednak myślenie życzeniowe, bo głos nawet nie przypominał głosu Lisbeth.

– Proszę, co za gość. Czym sobie zasłużyłam na ten zaszczyt?

Znów się odwrócił, stojąca na progu wysoka czarnoskóra kobieta około czterdziestki obserwowała go z rozbawieniem. Ubrana w dżinsy i elegancką szarą bluzkę, miała włosy zaplecione w warkoczyki i lekko skośne, błyszczące oczy. Mikael poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany. Czyżby ją skądś znał?

– Ja tylko… – mruknął.

– Tylko…

– Pomyliłem piętra.

– A może pan nie wiedział, że ta młoda dama sprzedała swoje mieszkanie?

Rzeczywiście nie wiedział, zrobiło mu się tym bardziej głupio, że kobieta nadal się uśmiechała; prawie mu ulżyło, kiedy upomniała facetów niosących kanapę, żeby nie obili framug, i weszła za nimi w głąb mieszkania. Chciał się ulotnić, przetrawić tę informację i napić się jeszcze guinnessa. A jednak stał jak wrośnięty, wpatrując się we wrzutnię na listy, gdzie nie było już napisu V-kulla, tylko Linder. Kim, u diabła, jest Linder? Wyguglował nazwisko na smartfonie i na wyświetlaczu zobaczył jej zdjęcie.

Kadi Linder. Próbował przypomnieć sobie, co o niej wie, choć było to niewiele: psycholożka i zawodowa członkini rozmaitych zarządów, przede wszystkim jednak myślał o Lisbeth i ledwo zdążył się trochę pozbierać, gdy Kadi Linder znów stanęła w drzwiach; teraz patrzyła nie tylko z rozbawieniem, ale również ze zdziwieniem, taksując go wzrokiem. Szczupła, miała wąskie przeguby i wyraźnie zaznaczone kości obojczyka, pachniała lekko perfumami.

– Niech pan się przyzna. Naprawdę pan pomylił piętra?

– Pominę to pytanie – odparł i od razu się zorientował, że to niewłaściwa odpowiedź.

Sądząc po jej uśmiechu, przejrzała go, że chce się z tego możliwie gładko wyplątać. Nic nie byłoby w stanie skłonić go do ujawnienia, że Lisbeth mieszkała tu pod przybranym nazwiskiem, niezależnie od tego, co na ten temat wiedziała Kadi Linder.

– Co raczej nie wpływa na zmniejszenie mojej ciekawości – skomentowała.

Zaśmiał się, jakby chodziło o jakąś błahostkę.

– Czyli nie przyszedł pan, żeby mi się bliżej przyjrzeć? – ciągnęła. – Bo to mieszkanie bynajmniej nie jest tanie.

– Myślę, że dam pani spokój, chyba że podrzuciła pani komuś do łóżka odcięty łeb koński.

– Nie pamiętam wprawdzie wszystkich szczegółów umowy, ale takiego zapisu chyba nie było.

– Świetnie. W takim razie życzę wszystkiego dobrego – powiedział, udając niefrasobliwość, i zamierzał pójść za wychodzącymi właśnie facetami od przeprowadzki.

Jednak Kadi Linder najwyraźniej chciała jeszcze porozmawiać, nerwowo przebierała palcami po bluzce, potem po warkoczach. Pomyślał, że to, co wziął u niej za irytującą pewność siebie, w gruncie rzeczy miało przykryć coś zupełnie innego.

– Znasz ją? – spytała.

– Kogo?

– Tę, co tu mieszkała?

Odpowiedział pytaniem na pytanie.

– A ty?

– Nie – odparła. – Nawet nie wiem, jak się nazywa. I tak ją lubię.

– Dlaczego?

– Bo mimo chaosu, jaki wtedy panował na giełdzie, chętni na to mieszkanie mocno się licytowali, nie miałam z nimi szans, więc zrezygnowałam. Ale i tak je dostałam, ponieważ „młoda dama” – jak powiedział o niej adwokat – tak sobie życzyła.

– Zabawne.

– Prawda?

– Może zrobiłaś coś takiego, co spodobało się tej młodej damie?

– Jestem znana raczej z tego, że wykłócam się z facetami w zarządach.

– Możliwe, że jej się to podoba.

– Możliwe. Zapraszam cię na przesiedleńcze piwo, może coś mi opowiesz. Muszę powiedzieć, że… – Zawahała się. – Zachwycił mnie twój reportaż o bliźniakach. Niesłychanie poruszający.

– Dzięki. Miło mi, ale muszę iść.

Kiwnęła głową, Mikael wydusił z siebie „no to cześć”. Poza tym ledwo pamiętał, jak stamtąd wyszedł, tyle tylko, że był letni wieczór. Zupełnie nie zwrócił uwagi na dwie nowe kamery monitoringu nad wejściem do klatki schodowej, ani nawet na wielki balon unoszący się na niebie. Przeciął Mosebacke, ruszył w dół Urvädersgränd i dopiero kiedy doszedł do Götgatan, zwolnił trochę i poczuł, jakby całkiem zeszło z niego powietrze, chociaż nie stało się nic ponad to, że Lisbeth się wyprowadziła, z czego powinien się cieszyć. Będzie bezpieczniejsza. Jednak zamiast się cieszyć, miał wrażenie, jakby dostał po pysku, co oczywiście było zupełnie idiotyczne.

Taka właśnie była Lisbeth Salander. Mimo to poczuł się dotknięty. Mogłaby chociaż dać mu coś do zrozumienia. Znów sięgnął do smartfona, żeby wysłać do niej esemesa z pytaniem, jednak nie, zostawił to. Szedł w dół Hornsgatan, gdzie zobaczył, że najmłodsi uczestnicy Biegu o Północy już ruszyli, zagrzewani okrzykami przez rodziców stojących na chodnikach, co obserwował z pewnym zadziwieniem, jakby nie rozumiał ich radości; musiał się dobrze postarać, żeby przejść przez ulicę, lawirując między biegaczami. Na Bellmansgatan wciąż błądził myślami i przypominał sobie swoje ostatnie spotkanie z Lisbeth.

Było to w restauracji Kvarnen, w wieczór po pogrzebie Holgera, ani jemu, ani jej słowa nie przychodziły łatwo, co wcale nie było dziwne, więc jedyne, co mu utkwiło w pamięci z tego spotkania, to jej odpowiedź na pytanie:

– To co teraz zamierzasz?

– Być kotem, a nie myszą.

Kotem, a nie myszą.

Usiłował skłonić ją do wyjaśnień. Bez powodzenia. Przypomniał sobie, jak potem odeszła, idąc przez Medborgarplatsen, ubrana w czarny spodnium szyty na miarę, przypominała w nim podrostka, wściekłego, że musiał się wystroić na uroczystość. Nie było to wcale tak dawno temu, w początkach lipca, a jednak wydawało się całkiem odległe w czasie; idąc do domu, właśnie rozmyślał o tym i o innych sprawach. Kiedy w końcu wszedł do mieszkania i zasiadł na kanapie z butelką pilsnera, znów zadzwonił telefon.

Była to lekarka sądowa, Fredrika Nyman.

ROZDZIAŁ 2

15 SIERPNIA

LISBETH SALANDER siedziała w pokoju hotelowym przy placu Maneżowym w Moskwie i na laptopie zobaczyła, jak Mikael wychodzi z bramy na Fiskargatan. Jego postawa nie wyrażała zwykłej pewności siebie, wydawał się zagubiony, aż ją od tego zakłuło w sercu, chociaż sama nie rozumiała dlaczego i nie chciało jej się dociekać. Podniosła wzrok znad ekranu i spojrzała na lśniącą kolorami szklaną kopułę za oknem.

Miasto, wcześniej jej obojętne, zaczęło ją pociągać, zastanawiała się, czy nie machnąć ręką na wszystko, pójść gdzieś i upić się. Nonsens. Wiedziała, że musi się trzymać w ryzach. Niemal nie odchodziła od laptopa i prawie nie spała. Paradoksalnie jednak od dawna nie wyglądała tak porządnie. Świeżo ostrzyżone krótkie włosy. Nigdzie żadnych kolczyków, ubrana w białą bluzkę i czarny spodnium, jak na pogrzebie, nawet nie dlatego, by uhonorować Holgera, tylko zdążyła się do tego stroju przyzwyczaić, zresztą w ten sposób wtapiała się lepiej w otoczenie.

Postanowiła, że zamiast czekać w jakimś kącie jak ścigana zwierzyna, sama zada pierwsze uderzenie, dlatego znalazła się w Moskwie i dlatego zadbała o zainstalowanie kamer monitoringu na Fiskargatan w Sztokholmie. Cena, jaką za to płaciła, była wyższa, niż się spodziewała. Nie tylko dlatego, że rozdrapała przeszłość i nie mogła spać po nocach. Wróg ukrywał się za zasłonami dymnymi i arcyskomplikowanymi szyframi, więc spędzała całe godziny na zacieraniu własnych śladów. Żyła jak zbiegły więzień, szukała tego wroga i nic nie przychodziło jej łatwo, dopiero teraz, po przeszło miesiącu pracy, znalazła się bliżej celu. Jednak wciąż nie miała pewności i czasem się zastanawiała, czy wróg mimo wszystko nie wyprzedza jej o krok.

Rozpoznając teren i przygotowując swoją operację, czuła się obserwowana, a nocami nasłuchiwała niespokojnie odgłosów w korytarzu, zwłaszcza kroków jednego mężczyzny – bo była pewna, że to mężczyzna – który poruszał się z wyraźną dysmetrią i często zwalniał pod jej drzwiami, jakby nasłuchiwał.

Jeszcze raz obejrzała nagranie. Mikael Blomkvist z miną smutnego psa ponownie wyszedł z domu na Fiskargatan. Myśląc o tym, dopiła whisky i spojrzała w okno. Ciemne chmury przesuwały się nad siedzibą Dumy Państwowej w stronę placu Czerwonego i Kremla, zbierało się na deszcz, nawet na wielką burzę. Może i dobrze. Wstała, zastanawiając się, czy wziąć prysznic czy kąpiel. Ostatecznie poprzestała na zmianie bluzki koszulowej. Wybrała czarną. Uznała, że jest odpowiednia. Ze skrytki w walizce wyjęła swoją cheetah, berettę kupioną nielegalnie już drugiego dnia po przyjeździe do Moskwy, włożyła ją do kabury pod żakietem i spojrzała na pokój.

Nie podobał jej się, zresztą hotel też nie. Za bardzo zbytkowny i wymyślny, a w pomieszczeniach na parterze poruszali się nie tylko mężczyźni przypominający jej ojca, megalomańscy dranie, którzy zachowywali się jak właściciele swoich kochanek i podwładnych. Stale obserwowało ją wiele par oczu, jej słowa mogły zostać przekazane dalej specsłużbom albo gangsterom, więc często siedziała tak jak teraz, z zaciśniętymi pięściami i gotowa do walki.

Poszła do łazienki i ochlapała sobie twarz wodą. Niewiele pomogło. Miała czoło napięte na skutek bezsenności i bólu głowy. Czy powinna iść? Chyba mogłaby już teraz? Chwilę nasłuchiwała, z korytarza nie dochodziły żadne odgłosy, wyszła. Jej pokój znajdował się na dwudziestym piętrze, do windy miała niedaleko. Stał tam mężczyzna około czterdziestu pięciu lat. Elegancki, ostrzyżony, w dżinsach, skórzanej kurtce i czarnej koszuli, jak ona. Już go widziała. Miał jakieś dziwne oczy – błyszczące i w różnym kolorze. Nie zawracała sobie tym głowy.

Spuściła wzrok i zjechała razem z nim na dół, wyszła do westybulu i potem na plac, gdzie spojrzała w stronę lśniącej w ciemności wielkiej szklanej kopuły z obracającą się mapą świata. Pod nią znajdowało się czteropiętrowe centrum handlowe. Na szczycie kopuły stał pomnik Świętego Jerzego ze smokiem. Patron Moskwy, Święty Jerzy z uniesionym mieczem, był obecny w całym mieście. Lisbeth czasem sięgała dłonią do łopatki, jakby chciała ochronić swego osobistego smoka, a czasem dotykała miejsca po starej ranie postrzałowej barku i blizny po nożu na biodrze. Może chciała przypomnieć sobie, co ją bolało.

 

Wróciła myślami do pożarów i wypadków, do swojej mamy, ale cały czas pamiętała, by nie znaleźć się w polu widzenia kamer monitoringu. Jej kroki były nierówne i spięte, szła pospiesznie, nie zwalniając, w stronę ulicy Twerskiej, szerokiego reprezentacyjnego bulwaru z parkami i ogrodami, aż doszła do Versailles, jednej z najelegantszych restauracji w mieście.

Miejsce to wyglądało jak barokowy pałac z kolumnami, złotymi ornamentami i kryształami, jeden wielki lśniący pastisz stylu XVII wieku, Lisbeth najchętniej by stamtąd uciekła. Ale tego wieczoru miał się tam odbyć bankiet dla największych moskiewskich bogaczy, z daleka widziała toczące się w środku przygotowania. Na razie nie było innych gości poza stadkiem pięknych młodych kobiet, zapewne zamówionych call girls. Personel uwijał się, zaprowadzając ostatnie porządki. Lisbeth podeszła bliżej i wtedy zobaczyła właściciela.

Władimir Kuzniecow w białym smokingu i lakierkach stał przy wejściu, nie był stary, bo miał niecałe pięćdziesiąt lat, ale z białymi włosami, brodą i pękatym brzuchem kontrastującym z chudymi nogami wyglądał jak Święty Mikołaj. Według oficjalnej wersji był bohaterem wyidealizowanej opowieści o byłym złodziejaszku, który się nawrócił i został znakomitym szefem kuchni, specjalistą od pieczeni z niedźwiedzia i sosów grzybowych. A w tajemnicy kierował kilkoma fabrykami trolli produkującymi fałszywe informacje, często z antysemickim podtekstem. Kuzniecow był nie tylko sprawcą rozmaitych zawirowań, mieszał również przy wyborach i do tego miał krew na rękach.

Robiąc wielki biznes z hejtu, stworzył warunki do masowych morderstw. Na sam jego widok przy drzwiach restauracji Lisbeth poczuła się umocniona w swoich zamiarach, dotknęła beretty i obejrzała się. Kuzniecow skubał nerwowo brodę. Miał to być jego wielki wieczór, w środku już grał kwartet smyczkowy, później miał go zastąpić jazzband Russian Swing.

Przed wejściem pod czarnym rozsuwanym daszkiem rozłożony był czerwony dywan, wzdłuż odgradzających lin stali gęsto ochroniarze w szarych garniturach, wszyscy uzbrojeni i z miniaturowymi słuchawkami w uszach. Kuzniecow spojrzał na zegarek. Żaden gość się jeszcze nie pojawił, może to rodzaj swoistej gry, bo nikt nie chce przyjść pierwszy.

Natomiast na ulicy już tłoczyli się gapie. Widocznie rozeszło się, że zaraz zjawią się jacyś ważni ludzie. No i bardzo dobrze, pomyślała, łatwiej będzie zniknąć w tłumie. Wtedy jednak spadł deszcz, najpierw w postaci mżawki, która po chwili przeszła w ulewę. W oddali błysnęło, zagrzmiało i ludzie się rozeszli. Wytrwali nieliczni z parasolami, a wkrótce potem pojawiły się pierwsze limuzyny z gośćmi. Kuzniecow witał ich, kłaniając się, a jedna ze stojących obok kobiet odhaczała ich w czarnym notesie; restauracja zapełniała się powoli mężczyznami w średnim wieku i jeszcze większą liczbą młodych kobiet.

Lisbeth słyszała dochodzący stamtąd gwar mieszający się z muzyką zespołu smyczkowego, co pewien czas migały jej osoby, na które natknęła się podczas swojego rozpoznania, odnotowała zmiany w mimice i ruchach Kuzniecowa w zależności od znaczenia i rangi przybywających. Obdarzał ich uśmiechem i ukłonem, na jaki według niego zasługiwali, a tych najważniejszych również żartem, chociaż śmiał się przeważnie sam.

Uśmiechał się i rechotał jak błazen, Lisbeth tymczasem stała zmoknięta i zastygła, obserwując ten spektakl, który chyba aż za bardzo ją wciągnął. Jeden z ochroniarzy zwrócił na nią uwagę, kiwając głową koledze; niedobrze, całkiem niedobrze, udała więc, że odchodzi, ale skryła się w bramie nieco dalej, gdzie zorientowała się, że ręce jej się trzęsą, choć raczej nie z zimna i wilgoci.

Zdała sobie sprawę, że jest spięta do granic wytrzymałości, sięgnęła po komórkę, by sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane jak trzeba. Atak musi nastąpić w ściśle określonym momencie, wiedziała, że w przeciwnym razie zginie, sprawdziła więc wszystko jeszcze raz, potem drugi i trzeci. Czas jednak płynął, a ją zaczęło ogarniać zwątpienie. Deszcz wciąż padał, nic się nie działo, coraz bardziej wyglądało to na kolejną straconą szansę.

Chyba wszyscy zaproszeni już przyjechali. Nawet Kuzniecow wszedł do środka, wtedy wyszła ostrożnie i zajrzała do restauracji. Impreza trwała na całego. Mężczyźni już zaczęli wlewać w siebie szoty i macać dziewczyny. Lisbeth postanowiła wrócić do hotelu.

W tym samym momencie podjechała jeszcze jedna limuzyna, dama przy drzwiach pobiegła po Kuzniecowa, który wypadł z restauracji z czołem mokrym od potu i kieliszkiem szampana w ręce. Lisbeth postanowiła, że jednak zostanie. Najwyraźniej gość był ważny, sądząc po twarzach ochroniarzy i nerwowym poruszeniu, jak również po głupiej minie Kuzniecowa. Lisbeth wycofała się do bramy, ale z limuzyny nikt nie wysiadł.

Kierowca nie wybiegł w deszcz, by otworzyć drzwi. Samochód po prostu stał, Kuzniecow poprawił ręką włosy i muchę, wytarł czoło, wciągnął brzuch, opróżnił kieliszek; w tym momencie Lisbeth przestała dygotać. W spojrzeniu Kuzniecowa ujrzała coś aż nazbyt znajomego, więc już się nie wahała, tylko uruchomiła swój atak hakerski.

Schowała komórkę do kieszeni, kody programujące pracowały już za nią, rozejrzała się bacznie, notując starannie każdy szczegół w najbliższym otoczeniu, mowę ciała ochroniarzy i ich dłonie blisko broni, odstępy, w jakich stali wzdłuż czerwonego dywanu, nierówności i kałuże na chodniku.

Stała nieruchomo, jak osłupiała, obserwując to wszystko, aż kierowca wysiadł z limuzyny, rozłożył parasol i otworzył tylne drzwi. Wtedy podeszła posuwistym krokiem jak kot, z ręką na pistolecie pod żakietem.