Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy?Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Urodzony ekonomista, czyli kilka słów o Autorze

Wstęp

1. Prostopadłościenne kartony na mleko i cylindryczne puszki na napoje, czyli ekonomia projektowania

2. Orzeszki gratis i drogie baterie, czyli podaż i popyt w akcji

3. Dlaczego pracownicy obdarzeni takim samym talentem często dostają różne wynagrodzenie, czyli sekrety świata pracy

4. Dlaczego niektórzy klienci płacą więcej niż inni, czyli ekonomia zniżek

5. Wysokie obcasy i mundurki szkolne, czyli rozbieżność między interesem społecznym a własnym

6. Mit posiadania

7. Największy pies dostaje kość, czyli odczytywanie ukrytych sygnałów

8. Ekonomista rusza w świat

9. Kto pierwszy, ten lepszy, czyli na styku ekonomii i psychologii

10. Miłość i pieniądze, czyli nieoficjalny rynek związków

11. I jeszcze dwa w oryginale

Parę słów na pożegnanie

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: THE ECONOMIC NATURALIST

Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Konsultacja merytoryczna: PAWEŁ SIONKO

Adiustacja i korekta: EWA KOCHANOWICZ, WERONIKA KOSIŃSKA, ALEKSANDRA SZCZEPAN, FILIP SZCZUREK

Projekt okładki: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © 2007, Robert H. Frank

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation

by Wydawnictwo Literackie, 2009

Wydanie drugie

ISBN 978-83-08-06777-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Thomasa C. Schellinga

Urodzony ekonomista,

czyli kilka słów o Autorze

Robert H. Frank jest profesorem ekonomii i dziennikarzem „The New York Timesa”, gdzie publikuje niezwykle popularne artykuły o ekonomii w naszym codziennym życiu. Studiował matematykę, pracował w Paryżu, służył w Korpusie Pokoju w Nepalu, wystąpił w parodii programu MTV Cribs, jego syn gra w rockowym zespole – o życiu wie co najmniej tyle, ile o ekonomii.

Na prestiżowym Uniwersytecie Cornella prowadzi zajęcia w sposób niekonwencjonalny, atrakcyjny i wyjątkowo skuteczny – nie bez powodu przecież nazywany jest przez swoich studentów „najfajniejszym ekonomistą na świecie”.

Uważa on, że ludzie o wiele szybciej i skuteczniej uczą się, słuchając ciekawych opowieści niż godzinami wpatrując się w wykresy i równania. Łącząc w swojej metodzie fascynację ekonomią z tajemnicami codzienności, czynnikami, które wpływają na nasze emocje i podejmowane przez nas decyzje, a nawet odwołując się do teorii ewolucji i świata zwierząt, Frank sprawia, że tajniki ekonomii stają się nagle zrozumiałe dla każdego, a nauka – przyjemna, wciągająca i zabawna.

Podobnego zdania jest laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Robert Solow. Tak mówi o książce, którą trzymacie w rękach:

„Książka Franka udowadnia, że wystarczy poprosić ludzi, aby rozejrzeli się wokół, a dojrzą mnóstwo interesujących zagadek. Wystarczy znać podstawy ekonomii, aby móc wiele z nich przekonująco wyjaśnić. To dla studentów rewelacyjna metoda nauki. Mało tego, to znakomity sposób poznawania tajników ekonomii na potrzeby każdego z nas”.

Profesor Frank proponuje wyprawę w świat, w którym żyjecie, a którego nie znacie. Otwórzcie tę książkę na dowolnej stronie – nie musicie czytać jej od deski do deski. Przekonacie się, jak inspirująca na co dzień może okazać się ekonomia.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Dlaczego przyciski w bankomatach, z których kierowca, nie wychodząc z wozu, pobiera gotówkę, wyposażone są w oznaczenia alfabetem Braille’a? Użytkownikami tych automatów są prawie wyłącznie kierowcy, a ci raczej nie bywają niewidomi. Takie zagadnienie przedstawił jeden z moich studentów, Bill Tjoa.

Według niego producenci bankomatów muszą montować przyciski z oznaczeniami alfabetem Braille’a do zwyczajnych bankomatów, a taniej jest produkować wszystkie bankomaty w ten sam sposób. W przeciwnym razie trzeba by mieć dwa odrębne rodzaje bankomatów i zawsze dbać o to, by trafiały one we właściwe miejsce. Gdyby kropki alfabetu Braille’a przeszkadzały widzącym użytkownikom bankomatów, dodatkowy koszt byłby usprawiedliwiony. Nikomu jednak nie przeszkadzają.

Pytanie pana Tjoa posłużyło mu za tytuł jednego z dwóch krótkich esejów, które napisał w ramach zadania z ekonomii naturalnej na moim kursie wprowadzającym do ekonomii. Zadanie polegało na „postawieniu i udzieleniu odpowiedzi na interesujące studentów pytanie dotyczące problemu, który oni sami zaobserwowali, oraz zastosowaniu omawianej na kursie zasady lub teorii”.

„Musicie się zmieścić w 500 słowach”, pisałem. „Wiele doskonałych wypowiedzi bywa nawet znacznie krótszych. Proszę nie okraszać eseju skomplikowaną terminologią. Wyobraźcie sobie, że rozmawiacie z krewnym, który nigdy w życiu nie uczył się ekonomii. Najlepsze prace to te, które będą w pełni zrozumiałe dla takiej osoby. Zazwyczaj nie ma w nich rachunków ani wykresów”.


Napisy alfabetem Braille’a na przyciskach bankomatów dla kierowców: czemu nie?

RYS. MICK STEVENS

Podobnie jak pytanie Billa Tjoa dotyczące przycisków na bankomatach, najlepsze pytania zawierają element paradoksu. Na przykład moje ulubione pytanie postawione w 1997 roku przez Jennifer Dulski: „Dlaczego panny młode wydają tyle pieniędzy – nierzadko tysiące funtów – na suknie ślubne, których nigdy już potem nie włożą, podczas gdy panowie młodzi często tanio pożyczają garnitury, choć w przyszłości mieliby dużo okazji, by ich używać?”.

Dulski dowodzi, że ponieważ większość panien młodych chce w dniu ślubu nadawać ton, firma wypożyczająca suknie musiałaby mieć ogromny wybór sukien wyróżniających się oryginalnością – może nawet czterdzieści czy pięćdziesiąt z każdego rozmiaru. Każdą z nich wynajmowano by zatem bardzo rzadko, być może nie częściej niż raz na cztery czy pięć lat. Wypożyczalnia musiałaby więc pobierać opłatę znacznie przekraczającą koszt zakupu takiej sukni – po prostu po to, aby pokryć koszty utrzymania. A ponieważ tańszy okazałby się zakup, nikt by jej nie wypożyczał. Panowie młodzi natomiast chętniej ubierają się w stylu standardowym, wypożyczalnia zatem może obsłużyć ich, mając do dyspozycji dwa, trzy garnitury dla każdego rozmiaru. Każdy garnitur wypożycza się więc wiele razy na rok, co sprawia, że cena wypożyczenia jest proporcjonalnie niska do ceny zakupu.

Niniejsza książka stanowi zbiór najbardziej interesujących przykładów z ekonomii naturalnej, które zebrałem przez lata. Przeznaczona jest dla ludzi, którzy, podobnie jak Bill Tjoa i Jennifer Dulski, znajdują przyjemność w odkrywaniu tajemnic codziennych ludzkich zachowań.

Choć wiele osób uważa ekonomię za dziedzinę tajemniczą i niezrozumiałą, jej podstawowe zasady są proste i całkiem zdroworozsądkowe. Widząc, jak reguły te działają na konkretnych przykładach, można opanować je bez wysiłku.


„Chciałabym przedstawić ci pana Marty’ego Thorndeckera. Jest wprawdzie ekonomistą, ale jest naprawdę bardzo miły!”

RYS. ED ARNO © 1974 THE NEW YORKER MAGAZINE, INC.

Niestety, na kursach uniwersyteckich zazwyczaj uczy się ekonomii w zupełnie inny sposób. Wkrótce po tym, jak zacząłem pracować na Uniwersytecie Cornella, kilkoro przyjaciół mieszkających w oddalonych od siebie miastach przesłało mi kopie rysunku Eda Arna umieszczonego powyżej.

 

Rysunek ten jest źródłem informacji: jeżeli ludzie śmieją się z niego, mówi nam to coś o świecie. Zanim jeszcze powstał rysunek Arna, zauważyłem, że gdy osoby, które spotykałem podczas imprez towarzyskich, pytały, w jaki sposób zarabiam na życie, zdawały się rozczarowane, gdy mówiłem im, że jestem ekonomistą. Z kolei ja pytałem, dlaczego. Po chwili zastanowienia wielu z nich odpowiadało, że niegdyś brali udział w zajęciach z ekonomii, na wiele lat przed tym, jak wprowadzono „te okropne wykresy”.

Ekonomię wybiera stosunkowo niewielu studentów, a studia doktoranckie w tej dziedzinie podejmuje tak mała liczba osób, że można ją właściwie pominąć. Jednak dla tego ułamka doktorantów przygotowuje się wiele kursów wprowadzających do ekonomii, które wciąż napakowane są wykresami i równaniami.

W rezultacie większość studentów nie uczy się zbyt wiele na tych zajęciach. Gdy w sześć miesięcy od rozpoczęcia kursu daje im się do rozwiązania testy mające sprawdzić ich znajomość podstaw ekonomii, wypadają niewiele lepiej niż ci, którzy nigdy w życiu nie uczestniczyli w kursie wprowadzającym. To skandal. W jaki sposób uniwersytety mogą żądać wysokich opłat za zajęcia, które nie przynoszą żadnych rezultatów?

Na kursach tych często nie udaje się przekazać słuchaczom nawet najbardziej podstawowych zasad ekonomii. Jeśli kiedykolwiek uczestniczyliście w takich zajęciach, musiał obić się wam o uszy termin „koszt alternatywny”. Koszt alternatywny danego działania to wartość wszystkiego, co musieliście poświęcić, by móc podjąć to działanie.

Oto przykład. Wyobraźcie sobie, że wygraliście bilet na koncert Erica Claptona, który ma odbyć się dziś wieczór. Nie możecie go sprzedać. Tego samego wieczoru występuje Bob Dylan i jego koncert to jedyna możliwość, jaką rozważacie. Bilet na Dylana kosztuje 40 funtów; dowolnego dnia bylibyście skłonni wydać 50 funtów, aby go zobaczyć. (Innymi słowy, gdyby bilety na Dylana chodziły po więcej niż 50 funtów, zrezygnowalibyście z okazji obejrzenia go, nawet gdybyście nie mieli nic innego do roboty). Nie ma żadnych innych kosztów pójścia na którykolwiek z tych dwóch koncertów. Jaki jest koszt alternatywny pójścia na koncert Claptona?

Jedyną wartościową rzeczą, którą musicie poświęcić, by pójść na koncert Claptona, jest obejrzenie koncertu Dylana. Jeśli nie pójdziecie na Dylana, ominie was koncert, który miałby dla was wartość 50 funtów, ale unikniecie też wydatku 40 funtów, które musielibyście wydać na bilet. Tak więc wartość tego, z czego rezygnujecie, nie idąc na koncert Dylana, wynosi 50 £ – 40 £ = 10 £. Jeżeli koncert Claptona ma dla was wartość chociażby 10 funtów, powinniście pójść na jego koncert. W przeciwnym wypadku powinniście pójść na Dylana.

Koszt alternatywny to jeden z dwu lub trzech najważniejszych terminów omawianych na kursie wprowadzenia do ekonomii, ale większość studentów nie przyswaja sobie tego pojęcia. Ekonomiści Paul Ferraro i Laura Taylor przedstawili zadanie o Dylanie i Claptonie kilku grupom studentów. Dali respondentom tylko cztery odpowiedzi do wyboru:

a. 0 £

b. 10 £

c. 40 £

d. 50 £

Wiemy już, że prawidłowe rozwiązanie brzmi 10 funtów, czyli wartość tego, co poświęcamy, nie idąc na koncert Dylana. Mimo to, gdy Ferraro i Taylor przedstawili to pytanie 270 magistrantom, którzy uprzednio uczestniczyli w kursie ekonomii, tylko 7,4% z nich odpowiedziało prawidłowo. Ponieważ do wyboru były zaledwie cztery odpowiedzi, studenci wybierający na chybił trafił powinni zgadywać z prawdopodobieństwem 25%. Odrobina wiedzy jest najwyraźniej rzeczą bardzo niebezpieczną!

Gdy Ferraro i Taylor zadali to samo pytanie 88 studentom, którzy nigdy nie uczestniczyli w kursie ekonomii, prawidłowych odpowiedzi udzieliło 17,2% – ponad dwukrotnie wyższy odsetek niż w wypadku wcześniej zbadanych studentów ekonomii – wciąż jednak mniej, niż wynikałoby z rachunku prawdopodobieństwa.

Dlaczego studenci ekonomii nie poradzili sobie z tym lepiej? Główną przyczyną, jak sądzę, jest fakt, że koszt alternatywny to tylko jedno z kilkuset pojęć, którymi profesorowie zarzucają studentów podczas typowego kursu wprowadzającego i po prostu wpada im ono jednym uchem, a drugim wypada. Jeśli studenci nie spędzą na jego opanowaniu wystarczająco dużo czasu i nie użyją tego terminu kilka razy w wielu różnych zadaniach, tak naprawdę nigdy go sobie nie przyswoją.

Ferraro i Taylor sugerują jednak jeszcze inną możliwość: być może fachowcy zajmujący się nauczaniem ekonomii sami nie opanowali pojęcia kosztu alternatywnego. Gdy badacze przedstawili to samo pytanie grupie 199 profesjonalnych ekonomistów, tylko 21,6% wybrało właściwą odpowiedź; 25,1% sądziło, że koszt alternatywny pójścia na koncert Claptona wynosi zero, 25,6% myślało, że koszt ten wynosi 40 funtów, zaś 27,6% sądziło, że 50 funtów.

Gdy Ferraro i Taylor przyjrzeli się najważniejszym podręcznikom wprowadzającym do ekonomii, odkryli, że większość z nich nie poświęca pojęciu „kosztu alternatywnego” tyle uwagi, by studenci byli w stanie rozwiązać zadanie o Dylanie i Claptonie. Zauważyli także, że pojęcia tego nie traktuje się z należytą cierpliwością i uwagą w książkach wykraczających poza poziom podstawowy i że termin „koszt alternatywny” nie pojawia się nawet w indeksach najważniejszych podręczników do mikroekonomii przeznaczonych dla magistrantów.

Koszt alternatywny pomaga jednak wytłumaczyć wiele interesujących prawidłowości. Zwróćmy chociażby uwagę na różnice kulturowe między wielkim miastem, takim jak Londyn, a małym miasteczkiem, na przykład na północy Anglii. Dlaczego mieszkańcy Paddington (dzielnica Londynu) często bywają niecierpliwi i obcesowi, podczas gdy mieszkańcy Preston są zwykle przyjaźni i uprzejmi?

Możecie się oczywiście nie zgodzić z przesłankami, większość ludzi jednak uznaje, że opis ten z grubsza odpowiada rzeczywistości. Jeśli pytasz o drogę na którejś z uliczek Preston, ludzie zatrzymują się i pomagają ci; w Paddington mogą nawet nie nawiązać z tobą kontaktu wzrokowego – ponieważ Londyn oferuje wyższe zarobki i ogromny wybór sposobów spędzania czasu, koszt alternatywny czasu ludzkiego jest tam bardzo wysoki. Można by się zatem spodziewać, że londyńczycy mogą nieco szybciej okazywać zniecierpliwienie.

Nazwałem zadanie, które daję studentom, „zadaniem z ekonomii naturalnej”, ponieważ czerpałem inspirację z kursu... biologii. Jeśli znacie podstawy teorii ewolucji, dostrzegacie rzeczy, które w przeciwnym wypadku uszłyby waszej uwagi. Teoria ta obnaża strukturę i prawidłowości świata, których poznawanie i rozważanie jest bardzo inspirujące.


Dlaczego samce słonia morskiego są o wiele większe od samic?

FOT. STAN RUSSEL

Oto standardowe pytanie darwinizmu: dlaczego u większości kręgowców samiec jest większy od samicy? Na przykład samce słonia morskiego mają długość przekraczającą 6 metrów i ważą 2700 kg – tyle, co duży samochód – podczas gdy samice tego gatunku ważą tylko 360–450 kg.

Podobny dymorfizm płciowy można zaobserwować u większości gatunków kręgowców. Teoria Darwina wyjaśnia, że większość kręgowców to zwierzęta poligyniczne – to znaczy że samiec, jeśli może, ma więcej niż jedną partnerkę – tak więc osobniki płci męskiej muszą walczyć o dostęp do samic. Samce słonia morskiego całymi godzinami boksują się na plaży, póki jeden z nich, wyczerpany i zakrwawiony, nie ustąpi.

Zwycięzcy tych bitew zyskują niemal wyłączny dostęp do haremu liczącego aż sto samic. Oto, w myśl darwinizmu, nagroda pierwszego rzędu, i tym tłumaczy się fakt, że samce do tego stopnia przewyższają rozmiarem samice.

Podobnie wyjaśnić można istnienie ogromnych wachlarzowatych ogonów u samców pawi. Eksperymenty wykazały, że samice pawia wolą samce o dłuższych piórach w ogonie, ponieważ uznają to za oznakę krzepkiego zdrowia, jako że samce, na których żerują pasożyty, nie są w stanie wyhodować sobie kolorowego długiego ogona.

Zarówno w wypadku wielkich słoni morskich, jak i pawia wystawiającego na pokaz swój bajeczny ogon, to, co jest korzystne dla poszczególnych samców, jest niekorzystne dla nich jako grupy. Na przykład foce ważącej 2700 kg trudniej jest uciec przed żarłaczem białym – jej śmiertelnym wrogiem. Gdyby wszystkie samce foki mogły zmniejszyć swoją wagę o połowę, każdy z nich lepiej by na tym wyszedł. Wynik każdej walki byłby taki sam jak wcześniej, jednak wszystkim łatwiej byłoby uciekać przed drapieżnikami. Podobnie, gdyby wszystkie ogony pawi zmniejszyć o połowę, samiczki dalej wybierałyby te same samce co wcześniej, a jednocześnie wszystkim pawiom łatwiej byłoby uchronić się przed wrogiem. Jednak foki skazane są na swój olbrzymi rozmiar, zaś pawie – na swe długie, wachlarzowate ogony.

Oczywiście ewolucyjny wyścig zbrojeń nie ciągnie się w nieskończoność. W którymś momencie wzrost podatności na zranienie, wiążący się nieodłącznie z większą masą ciała czy większym ogonem, zaczyna przewyższać korzyść płynącą ze zwiększonego dostępu do samic. Równowagę kosztów i korzyści odzwierciedlają cechy charakterystyczne zwycięskich samców.


Wyjątek potwierdzający regułę: w przypadku monogamicznych albatrosów samce i samice są tych samych rozmiarów.

FOT. STAN RUSSEL

Teoria ta jest bardzo ciekawa. Jest spójna i wydaje się słuszna. Jeśli przyjrzeć się gatunkom monogamicznym, takim, w których samiec i samica łączą się na całe życie, nie dostrzeże się dymorfizmu płciowego. Jest to wyjątek potwierdzający regułę, a także wyjątek wypróbowujący regułę. Poligamia pozwala nam przewidzieć, że samce będą większe. Tam zaś, gdzie zjawisko to nie występuje, samce są tych samych rozmiarów, co samice. I tak jest na przykład w przypadku albatrosów, które należą do gatunku monogamicznego.

Gdyby biolog w ten sposób – opierając się na przykładach z życia wziętych – opowiedział o dymorfizmie płciowym, łatwo byłoby zapamiętać tę teorię, a przekazywanie jej innym dawałoby satysfakcję. Jeśli potraficie opowiadać takie historie i rozumiecie, dlaczego mają one sens, można powiedzieć, że znacznie lepiej znacie się na biologii, niż gdybyście po prostu nauczyli się na pamięć, że ptaki należą do królestwa zwierząt, podkrólestwa kręgowców, gromady ptaków. Tak samo jest z opowieściami opartymi na zasadach ekonomii.

Większość kursów z wprowadzenia do ekonomii (a mój początkowo też nie był wyjątkiem) raczej nie wykorzystuje przykładów z codziennego życia. Zamiast tego zarzucają one studentów równaniami i wykresami. Formalizm matematyczny stał się niezmiernie ważnym źródłem postępu w ekonomii, lecz nie okazał się skutecznym narzędziem wprowadzania w tę dziedzinę nowicjuszy. Pominąwszy studentów inżynierii i tych, którzy wcześniej odebrali gruntowną edukację matematyczną, większość studentów próbujących nauczyć się ekonomii, przede wszystkim przez równania i wykresy, nigdy nie opanowuje tego charakterystycznego nastawienia umysłowego, które nazywamy „myśleniem ekonomisty”. Większość z nich spędza tyle czasu, zmagając się z matematycznymi szczegółami, że intuicyjne pojęcie idei ekonomii całkiem im umyka.

Umysł ludzki jest zdumiewająco elastyczny. Organ ten potrafi przyswajać nowe informacje w tysiącu rozmaitych form. Jednak do większości mózgów łatwiej docierają informacje podane w jednej postaci, trudniej zaś w innej. W większości wypadków studenci przetwarzają równania i wykresy z najwyższym trudem. Z drugiej strony, prawie każdemu łatwiej jest przyswoić sobie daną informację w formie gawędy.

To objawienie spłynęło na mnie około dwudziestu lat temu, gdy brałem udział w programie „Pisząc przez dyscypliny” na moim uniwersytecie. Inspiracją do stworzenia kursu były badania wykazujące, że jednym z najlepszych sposobów nauczenia się czegoś jest pisanie o tym. Walter Doyle i Kathy Carter, dwoje twórców narracyjnej teorii uczenia się, ujęli to tak: „Kluczowym założeniem perspektywy narracyjnej jest fakt, że istoty ludzkie mają naturalną predyspozycję do «przerabiania» swego doświadczenia na opowieści”. Psycholog Jerome Bruner, inny teoretyk uczenia się przez opowiadanie, spostrzegł, że dzieci „przemieniają wszystko w różne historie, a gdy próbują zrozumieć swoje życie, używają opartych na własnych doświadczeniach opowieści jako podstawy do dalszych przemyśleń... jeżeli nie ujmą czegoś w strukturę narracyjną, niezbyt dobrze to zapamiętują i materiał ten nie jest dostępny do dalszego przetwarzania”.

 

Krótko mówiąc, specjalnością mózgu ludzkiego jest przyswajanie informacji w formie opowieści. Moje zadanie z ekonomii naturalnej dla studentów opiera się właśnie na tej mocnej stronie ludzkiej psychiki. Poleciłem, by tytułem każdej z prac było ciekawe pytanie. Aby je wymyślić, studenci musieli najpierw rozważyć dużą liczbę różnych pytań, które przyjdą im do głowy, co samo w sobie jest już bardzo użytecznym ćwiczeniem. Po drugie, ci, którzy wymyślą ciekawe pytania, lepiej się bawią podczas wykonywania zadania i poświęcają mu więcej energii. Po trzecie, student, który postawi interesujące pytanie, chętniej będzie opowiadał innym o danym problemie. Jeśli nie możesz wynieść jakiejś idei z klasy i użyć jej, to tak naprawdę jej nie zrozumiałeś. Ale gdy już samodzielnie się nią posługujesz, jest twoja na zawsze.

Zasada optymalizacji kosztów i korzyści

Matką wszystkich pojęć ekonomii jest idea optymalizacji kosztów i korzyści. Mówi ona, że powinno się podjąć dane działanie wtedy i tylko wtedy, gdy korzyść wynikająca z podjęcia działania jest większa niż jego koszt. Czy można wymyślić prostszą zasadę? A jednak nie zawsze łatwo ją zastosować.

Przykład 1. Zamierzasz właśnie za 10 funtów kupić budzik w pobliskim sklepie na terenie uniwersytetu, gdy oto przyjaciel mówi ci, że taki sam zegarek możesz nabyć za 5 funtów w Tesco na mieście. Czy jedziesz do miasta i kupujesz budzik za 5 funtów? Czy kupujesz zegarek w sklepie na terenie uniwersytetu? W obu wypadkach, gdy budzik się zepsuje w czasie objętym gwarancją, musisz odesłać go do naprawy do wytwórcy.

Nie ma tu oczywiście odpowiedzi, którą można by jednoznacznie uznać za złą albo dobrą. Każdy musi sam rozważyć odpowiednie koszty i korzyści. Lecz gdy pytamy ludzi, co zrobiliby w tej sytuacji, większość odpowiada, że kupiłaby zegarek w Tesco.

Przykład 2. Masz zamiar kupić laptopa za 1205 funtów w pobliskim sklepie na terenie uniwersytetu. Możesz dostać takiego samego laptopa za 1200 funtów w Tesco na mieście (gwarancja jest ta sama: nieważne, gdzie kupisz komputer, jeśli się zepsuje, do naprawy musisz go przesłać do producenta). Gdzie kupiłbyś sobie laptopa?

Tym razem większość ludzi odpowiada, że kupiłaby komputer w sklepie na terenie uniwersytetu. Sama w sobie odpowiedź nie jest zła. Jeśli jednak zapytamy, co p o w i n i e n zrobić rozsądny człowiek w obu wypadkach, z zasady optymalizacji kosztów i korzyści jasno wynika, że obie odpowiedzi powinny być takie same. W końcu korzyść z pojechania do miasta w każdym wypadku wynosi 5 funtów. Koszt wynosi tyle, na ile oceniacie wysiłek i zamieszanie związane z wycieczką do miasta. I ta wartość w obu wypadkach jest taka sama. Jeśli zatem koszt jest taki sam i korzyść jest ta sama, to i odpowiedź powinna być taka sama.

Większości ludzi jednak wydaje się, że oszczędność 50%, wiążąca się z kupieniem zegarka na mieście, to w jakiś sposób większa korzyść niż oszczędność 5 funtów na laptopie kosztującym 1205 funtów. Nie jest to jednak rozumowanie słuszne. Myślenie procentowe dobrze się sprawdza w innych kontekstach, ale nie w tym.

Obliczanie kosztów i korzyści jest zatem bez wątpienia postępowaniem godnym polecenia. Obserwacja, jak zasada kosztu i korzyści działa w kontekście tego zaskakującego przykładu, staje się ciekawą opowieścią, którą możecie przekazać innym. Zadajcie te pytania przyjaciołom i zobaczcie, którą odpowiedź wybiorą.

Zaraz po przykładzie ilustrującym ogólną zasadę zadaję studentom zadanie, które wymaga od nich samodzielnego myślenia:

Przykład 3. Czekają na ciebie dwie podróże służbowe, posiadasz jednak voucher na zniżkę, który możesz wykorzystać tylko w jednej z nich. Możesz zaoszczędzić albo 40 funtów na kosztującej 100 funtów podróży do Paryża, albo 50 funtów na kosztującej 1000 funtów podróży do Tokio. Podczas której z podróży skorzystałbyś ze zniżki?

Prawie każdy odpowiada prawidłowo: zniżkę lepiej jest wykorzystać w podróży do Tokio, bo pozwoli nam oszczędzić 50 funtów, co jest lepsze niż zaoszczędzenie 40 funtów. Jednakże fakt, że wszyscy odpowiedzieli prawidłowo, nie oznacza, że pytanie niewarte było tego, by je zadać. Powtarzam: jeśli naszym celem jest opanowanie kluczowych zasad tak, by stały się częścią naszej praktycznej wiedzy, jedynym sposobem, aby to osiągnąć, jest stosowanie ich i powtarzanie.

Wybierając pytania do książki, miałem na uwadze, by były one nie tylko ciekawe, ale również pozwalały praktycznie wykorzystać znajomość najważniejszych zasad ekonomii. Mam nadzieję, że książka ta wskaże wam, jak bez wysiłku, wręcz przez zabawę, opanować te zasady. Ponieważ zaś pytania są ciekawe a odpowiedzi krótkie, mogą się one stać dobrym tematem do rozmowy.

Mówię studentom, że ich odpowiedzi na pytania powinny mieć charakter inteligentnej hipotezy nadającej się do tego, by ją dopracować i sprawdzić. Nie muszą nic rozstrzygać raz na zawsze. Gdy wraz z Benem Bernanke opisaliśmy w naszym podręczniku wprowadzenia do ekonomii przykład Billa Tjoa dotyczący przycisków na bankomatach, ktoś napisał do mnie gniewny e-mail z wyjaśnieniem, że kropki alfabetu Braille’a znajdują się na przyciskach, bo wymaga tego ustawa dotycząca niepełnosprawności. Przysłał mi nawet link do strony, gdzie znajdowały się dowody na jego twierdzenie. Oczywiście, istnieje wymóg, by wszystkie bankomaty były oznakowane brajlem, nawet te, do których podjeżdża się samochodem i korzysta z nich prosto z siedzenia kierowcy. Takie oznaczenia mogą się nawet przydać w wyjątkowych okolicznościach – na przykład, gdy niewidomy podjeżdża do bankomatu taksówką i nie chce wyjawić swego PIN-u taksówkarzowi.

Odpisałem, że zawsze mówię studentom, że ich odpowiedzi nie muszą być zgodne z prawdą. Ale zachęciłem go też, by zastanowił się nad okolicznościami, w których przyjęto dane rozporządzenie. Jeśli wymóg oznaczeń alfabetem Braille’a pociągałby za sobą znacznie wyższe koszty, czy rozporządzenie zostałoby wtedy uchwalone? Prawdopodobnie nie. Chodzi o to, że dodanie tych oznaczeń nie kosztowało złamanego grosza. A ponieważ kropkowane litery nikomu nie szkodzą, a czasem nawet mogą się przydać, ustawodawcy uznali, że warto ich wymagać, by móc pod koniec roku powiedzieć, że zrobili coś pożytecznego. W tym wypadku odpowiedź Billa Tjoa byłaby bardziej sensowna od odpowiedzi mojego rozgniewanego korespondenta. Jednak w wielu innych wypadkach świat z pewnością oferuje lepsze lub bardziej pełne rozwiązania.

Czytajcie zatem odpowiedzi na pytania krytycznym okiem. Macie własną wiedzę, która pozwoli wam je udoskonalić. Pewna właścicielka sklepu z sukniami ślubnymi powiedziała mi na przykład, że innym powodem, dla którego panny młode kupują suknie, zamiast je wypożyczać, jest fakt, że suknie te zwykle są dopasowane w biuście i często wymagają daleko posuniętych przeróbek, których nie można by dokonywać wielokrotnie na sukniach z wypożyczalni. Jest to trafna uwaga, jednak nie odbiera ona ważności ekonomicznemu wyjaśnieniu Jennifer Dulski.