Wiek empatii.

Tekst
Autor:Frans de Waal
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Naśladowanie zaczyna się bardzo wcześnie. Ludzki noworodek wysuwa swój język, gdy robi to na jego oczach dorosły; tak samo robią też małpy, nie tylko człekokształtne. Istnieje nagranie, na którym maleńki rezus wpatruje się uważnie w twarz włoskiego badacza, Piera Francesca Ferrariego, który kilka razy powoli otwiera i zamyka usta. Im dłużej małpa przypatrywała się człowiekowi, tym bardziej jej wyraz twarzy upodabniał się do jego, stopniowo przybierając formę typowego dla małp cmokania wargami. Cmokanie takie jest sygnałem wyrażającym przyjazne intencje i oznacza dla małp tyle, co uśmiech dla ludzi.

Muszę przyznać, że występowanie imitacji u noworodków bardzo mnie dziwi. Jak niemowlę – ludzkie czy nie – naśladuje dorosłego? Naukowcy odwołują się do „rezonansu neuronalnego”

(neural resonance) albo neuronów lustrzanych, ale nie odpowiada to tak naprawdę na pytanie, jak mózg (zwłaszcza tak mało rozwinięty jak mózg noworodka) poprawnie utożsamia części ciała innej osoby z własnymi[10]. To tzw. problem korespondencji – skąd niemowlak wie, że jego własny język, którego nie jest nawet w stanie ujrzeć, odpowiada temu różowemu, mięsistemu organowi, który na jego oczach wysuwa się spomiędzy warg dorosłego? Tak naprawdę słowo „wie” jest tu dość mylące, ponieważ to wszystko dzieje się oczywiście na poziomie nieuświadomionym.

Jeszcze bardziej zagadkowe jest występowanie tego typu mapowania pomiędzy przedstawicielami różnych gatunków. W pewnym badaniu opisano delfiny naśladujące stojących przy basenie ludzi, choć nie trenowano z nimi tego typu zachowań. Człowiek machał rękami, a delfiny spontanicznie machały swoimi płetwami piersiowymi. Albo człowiek podnosił nogę, a delfiny wysuwały swoje ogony ponad wodę[11]. To dopiero przypadek korespondencji; albo ten, o którym opowiadał mi mój dobry przyjaciel: jego pies zaczął skakać na trzech nogach kilka dni po tym, gdy jego pan złamał swoją. W obu przypadkach była to prawa noga. Pies kulał przez wiele tygodni, jednak cudownie ozdrowiał, gdy mój przyjaciel zdjął gips.

Jak rzekł Plutarch: „Zamieszkaj z kuternogą, a nauczysz się kuleć”.

Sztuka małpowania

Były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, gdy tylko znalazł się przed kamerami u boku swego dobrego kumpla, prezydenta George’a W. Busha, nagle przekształcił się w wyraźnie nieangielskiego kowboja – choć w swym własnym kraju zwykle chodzi normalnie. Teraz wymachiwał jednak luźno zwieszonymi rękami i wypinał klatkę piersiową. Bush, rzecz jasna, zawsze poruszał się w ten sposób; pewnego razu wyjaśnił, że w jego rodzinnym Teksasie mówi się na to „chodzenie”[12].

Utożsamianie się jest tym haczykiem, który przyciąga nas i sprawia, że przejmujemy położenie, emocje i zachowanie ludzi postrzeganych jako podobnych do nas. Wczuwamy się w nich i ich naśladujemy. Dzieci chodzą więc często tak samo jak ich rodzic tej samej płci albo naśladują ton jego głosu, gdy odbierają telefon. Amerykański dramaturg Arthur Miller opisał to następująco:

Nic nie było przyjemniejsze od naśladowania. Moja głowa była mniej więcej na tej samej wysokości co tylna kieszeń mojego ojca, z której zawsze wystawała chusteczka. Przez lata wyciągałem róg swojej własnej chusteczki na dokładnie tę samą odległość[13].


Dzieci często naśladują rodzica tej samej płci

Jak wskazuje samo słowo „małpowanie”, naśladownictwo jest specjalnością człekokształtnych. Jeśli da się wychowanej w ogrodzie zoologicznym małpie miotłę, będzie ona przesuwać nią po podłodze tak samo, jak każdego dnia robi to jej opiekun. Daj jej ścierkę, a zamoczy ją i wyżmie, po czym przyłoży do okna. Daj jej klucz, a czeka cię spory kłopot![14] Choć zachowania te są powszechnie znane, niektórzy naukowcy od lat sieją zwątpienie co do zdolności imitacyjnych małp – mylnie twierdzą, że są one nieobecne, przy czym opierają się na tak skonstruowanych testach, że wykrycie za ich pomocą naśladownictwa jest trudne, jeśli nie praktycznie niemożliwe.

Przykładowo, w trakcie badań małpy sadzano przed nieznanym im naukowcem ubranym w biały fartuch, który spoza ich klatki pokazywał im, jak korzystać z danego narzędzia, bez żadnego kontekstu wiążącego to narzędzie ze znanym zwierzęciu środowiskiem. Po, powiedzmy, pięciu demonstracjach narzędzie wręczano małpie, aby sprawdzić, jak będzie się nim posługiwała. Co z tego, że małpy nie lubią obcych i że nigdy nie jest łatwo odnieść się do osobnika innego gatunku tak jak do własnego. Ludzkie dzieci testowano w ten sam sposób, ale oczywiście nie trzymano ich za kratami. Siedziały na kolanach swoich matek, mówiono do nich i – co najważniejsze – miały do czynienia z przedstawicielami swojego gatunku. Nic więc dziwnego, że dzieci naśladowały naukowca, a małpy nie[15].

W niedługim czasie stało się to, co nieuniknione: naśladownictwo uznano za cechę wyróżniającą człowieka. W rzeczywistości tezy tego typu zawsze są wątpliwe i dlatego co kilka lat w miejscu naśladowania pojawia się jakaś nowa cecha. Zwierzęta uczą się zaś z wielką łatwością od swoich towarzyszy: począwszy od ptaków naśladujących nawzajem swoje piosenki, a skończywszy na niedźwiedziach w amerykańskiej dziczy, które nauczyły się kraść pożywienie od ludzi organizujących tam pikniki. Niedźwiedzie stale uczą się nowych sztuczek (z czasem zorientowały się na przykład, że rytmiczne podskakiwanie na dachu samochodu pewnej marki powoduje otwarcie się wszystkich drzwi), które następnie błyskawicznie rozprzestrzeniają się w populacji (co zmusza do wywieszania specjalnych ostrzeżeń przy wjazdach do parków narodowych, adresowanych do właścicieli tych pojazdów). Jest jasne, że niedźwiedzie pilnie śledzą udane inicjatywy swoich towarzyszy. W najlepszym razie twierdzenie o naszej wyjątkowości należałoby nieco przeskalować, na przykład dodając, że imitacja jest u ludzi silniej rozwinięta niż u innych zwierząt. Nawet tutaj byłbym jednak ostrożny, ponieważ nasze własne badania pokazały, jak wielkie są zdolności małp do, cóż, małpowania. Gdy wyeliminowaliśmy z badań postać człowieka, uzyskaliśmy zupełnie inne wyniki. Jeśli pozwoli się małpom na obserwowanie przedstawicieli ich własnego gatunku, naśladują ich zachowanie w najdrobniejszych szczegółach.

Zacznijmy od spontanicznego naśladownictwa. Małym szympansom w naszej kolonii czasem zdarza się, że ich palec utknie w ogrodzeniu z drucianej siatki. Jeśli zaklinuje się pod złym kątem, nie da się go wysunąć siłą. Dorosłe osobniki nauczyły się, żeby nie stosować siły, a dziecko zawsze ostatecznie uwalnia się samo. W międzyczasie cała kolonia jest jednak głęboko wzburzona krzykami szympansiątka: to rzadkie, dramatyczne zdarzenie, analogiczne do sytuacji, gdy jedna z małp żyjących w stanie dzikim wpadnie w sidła kłusownika.

Zdarzało nam się obserwować, jak inne małpy naśladują sytuację, w której znalazła się ofiara wypadku. Ostatnim razem, przykładowo, gdy podszedłem, żeby pomóc, zarówno matka, jak i samiec alfa przywitali mnie ostrzegawczymi szczeknięciami. Trzymałem się więc z daleka. Jedno ze starszych szympansich dzieci podeszło jednak do mnie, żeby zrekonstruować całe wydarzenie. Patrząc mi w oczy, wsadziło palec w siatkę, powoli, starannie zawijając go wokół drucianej pętli, a następnie ciągnęło, jak gdyby to ono było uwięzione. Dwa inne młode zrobiły to samo kawałek dalej, przepychając się, żeby móc wcisnąć palec w to samo ciasne miejsce, które nadawało się do demonstracji. Być może wypadek taki spotkał je kiedyś wcześniej, jednak teraz zabawę wywołało to, co zdarzyło się innemu młodemu.

Nasze szympansy najwyraźniej nie czytały tych wszystkich artykułów, w których stwierdzono, że naśladownictwo służy osiąganiu celów lub zyskowi[16]. Robią to spontanicznie i ani w głowie im korzyść. Naśladowanie jest na tyle stałą częścią ich życia, że razem z moim kolegą z Wielkiej Brytanii, Andym Whitenem, który jest podobnego zdania, opracowaliśmy ambitny projekt badawczy[17]. W przeciwieństwie do poprzednich badań chcieliśmy pokazać, jak dobrze małpy uczą się od siebie nawzajem. Z ewolucyjnego punktu widzenia nie ma tak naprawdę znaczenia, jakie są ich interakcje z nami – liczy się tylko to, jak wyglądają relacje wewnątrzgatunkowe.

Plan, aby jedna małpa stała się modelem dla drugiej, łatwiej jednak opowiedzieć, niż zrealizować. Mogę powiedzieć współpracownikowi, żeby pokazał jakieś zachowanie, a następnie powtórzył je dziesięciokrotnie, ale spróbuj wyjaśnić to szympansowi! Mieliśmy pod górkę, a nasz ostateczny sukces zawdzięczamy dość „szympansiej” młodej badaczce ze Szkocji, Vicky Horner. Od razu wyjaśniam, że dla każdego, kto kocha małpy, epitet „szympansi” nie jest obelgą, a w tym wypadku oznacza tylko tyle, że Vicky ma odpowiednią mowę ciała (zręcznie kuca, nie wykonuje nerwowych ruchów, ma przyjazne usposobienie) i doskonale wie, które osobniki zachowują się jak diwy, które trzeba traktować z respektem, które lubią po prostu się bawić, a którym robią się oczy jak spodki, gdy tylko pojawi się jakieś jedzenie. Z każdą z tych osobowości Vicky radzi sobie na swój sposób, tak że wszystkie zwierzęta dobrze czują się w jej pobliżu. Jeśli jej porozumienie z małpami stanowiło jedną naszą tajną broń, to drugą było świetne porozumienie pomiędzy samymi małpami. Większość osobników w naszej kolonii albo jest ze sobą spokrewniona, albo wychowywała się razem, poświęca więc sobie nawzajem wiele uwagi. Są jak ludzka rodzina: stanowią zwartą grupę, kochającą się, choć żyjącą nie bez sprzeczek, znacznie bardziej zainteresowaną sobą nawzajem niż nami – właśnie tak, jak powinno być w kolonii małp.

Typowy eksperyment opierał się na stosowaniu przez Vicky tzw. metody dwóch działań. Małpie wręczano pudełko, z którego można korzystać na jeden z dwóch sposobów. Przykładowo, wypada z niego kawałek pożywienia, jeśli albo wetknie się kijek w otwór, albo tym samym kijkiem podniesie się dźwignię. Obie metody są równie skuteczne. Najpierw uczymy jednej z tych metod wybranego członka grupy – zwykle jest to wysoka rangą samica – po czym organizujemy demonstrację. Wszystkie małpy gromadzą się wokół samicy, patrząc, jak wydobywa ona z pudełka M&M’sy. Następnie przekazujemy pudełko pozostałym, które powinny – jeśli małpy naprawdę są naśladowcami – posługiwać się tą samą metodą. I tak właśnie się dzieje. Następnie przeprowadzam ten sam eksperyment w tej samej stacji roboczej, wybierając jednak do niego drugą grupę małp, która mieszka poza zasięgiem wzroku tej pierwszej. Tutaj uczymy wybraną samicę tej drugiej metody – podnoszenia dźwigni – i oto po pewnym czasie cała jej grupa w ten właśnie sposób wybiera z pudełka przysmaki. Stworzyliśmy więc sztucznie dwie odrębne kultury: „wpychających” i „podnoszących”.

 

Piękno tego wyniku kryje się w tym, że gdyby szympansy uczyły się samodzielnie, w każdej grupie występowałyby obie metody, a nie wyraźna preferencja jednej z nich. Jest więc oczywiste, że wielkie znaczenie ma to, jaką metodę zademonstrowała ich towarzyszka. Prawdę mówiąc, gdy wręczaliśmy to samo pudełko nieprzeszkolonej grupie szympansów, nic im nie pokazując, żaden z osobników nie był w stanie wydobyć z niego pożywienia!

Następnie posłużyliśmy się swoistą wersją gry w głuchy telefon, aby sprawdzić, jak informacja wędruje od osobnika do osobnika. Zbudowaliśmy nowe pudełko działające na dwa sposoby – można je było otworzyć, przesuwając drzwi w prawo albo odchylając je ku górze. Nauczyliśmy jednego osobnika przesuwać, po czym następny mu się przyglądał, potem trzeci obserwował drugiego i tak dalej. Nawet po sześciu takich krokach ostatni szympans wybierał przesuwanie drzwiczek. Gdy wykonaliśmy to doświadczenie w innej grupie, ucząc pierwszego szympansa metody podnoszenia drzwiczek, uzyskaliśmy równie długi łańcuch naśladowców.

Gdy Andy zastosował tę samą metodę, badając szkockie dzieci, otrzymał niemal te same rezultaty. Muszę przyznać, że nieco mu zazdrościłem, ponieważ w przypadku dzieci badanie takie zajmuje kilka dni, a nam przeprowadzenie nowego eksperymentu zajmuje zwykle mniej więcej rok. Nasze szympansy żyją na wolnym powietrzu i biorą udział w eksperymentach jako ochotnicy. Wołamy je po imieniu i mamy po prostu nadzieję, że będą chciały wziąć udział w testach (tak naprawdę znają nie tylko swoje imię, ale też imiona swoich towarzyszy, tak więc możemy poprosić jednego z nich, żeby kogoś do nas przyprowadził). Dorosłe samce są zwykle zbyt zajęte, żeby uczestniczyć w eksperymentach: ich walka o władzę i konieczność ciągłego śledzenia przygód seksualnych wszystkich członków grupy nie pozostawiają wiele czasu wolnego. Samice mają natomiast na głowie swoje cykle reprodukcyjne i potomstwo do opieki. Jeśli przyjdą same, rozłąka może je zaniepokoić, a jeśli przyjdą z dziećmi, to zgadnijcie, kto będzie bawił się pudełkiem. To też nam nie pomaga. Jeśli samica jest atrakcyjna seksualnie i dumnie obnosi się ze swoimi obrzmiałymi genitaliami, w drzwi pomieszczenia stale będą walić trzy samce, chcące dołączyć do grupy badawczej, co osłabia koncentrację samicy. Bywa też tak, że dwa szympansy, które sparowaliśmy ze sobą, tego akurat ranka bez naszej wiedzy pokłóciły się i odmawiają choćby spojrzenia na siebie nawzajem. Zawsze jest coś, jak mawiamy, i to dlatego naukowcy zawsze preferowali eksperymenty, w których małpy wchodzą w interakcje z ludźmi – w ten sposób kontroluje się przynajmniej jednego uczestnika.

Eksperymenty w składzie małpa–małpa bardzo się jednak opłacają. Dopiero gdy pozwala się im naśladować siebie nawzajem, w pełni ukazują swoją skłonność do małpowania. Niemal włażą sobie na głowy, nachylają się ku sobie, czasem przytrzymują rękę „nauczyciela”, gdy ten pokazuje działanie aparatury, lub wąchają jego usta, gdy ten przeżuwa zdobyte przysmaki. Nie jest to możliwe w kontakcie z badaczem ludzkim, który znajduje się zwykle w bezpiecznej odległości. Dorosłe małpy mogą być niebezpieczne, dlatego bliski kontakt fizyczny z ludźmi jest zwykle zabroniony[18]. Przy uczeniu się od innych bliskość jest jednak kluczowa. Nasze szympansy śledzą każdy ruch nauczyciela, często spontanicznie powtarzając jego ruchy, jeszcze zanim dostaną jakąkolwiek nagrodę. To sprowadza mnie do tematu ciała.

Jaki jest mechanizm naśladowania jednego szympansa przez drugiego? Czy identyfikuje się z nim i przyswaja ruchy jego ciała? A może nie potrzebuje tego drugiego i skupia się tylko na pudełku? Być może wystarczy mu wiedza o tym, jak owo urządzenie działa? Zauważa, że drzwi przesuwają się w prawo albo że coś trzeba podnieść. Pierwszy rodzaj naśladownictwa polega na odtwarzaniu tego, co robił inny osobnik; drugi opiera się po prostu na pozyskaniu pewnej wiedzy technicznej. Dzięki sprytnym badaniom, w których szympansom pokazywano tzw. widmowe pudełko (ghost box), wiemy już, które z tych wyjaśnień jest poprawne. Pudełko nazywane jest widmowym, ponieważ magicznie otwiera się i zamyka samo, nie jest więc potrzebny nauczyciel. Gdyby liczyła się tylko wiedza techniczna, takie pudełko powinno wystarczyć. W rzeczywistości można jednak pokazywać szympansowi ad nauseam widmowe pudełko – którego części ruszają się i wypada z niego nagroda – ale zwierzę to niczego się nie nauczy.

Aby uczyć się od innych, małpy muszą patrzeć na inne małpy. Naśladowanie wymaga więc identyfikacji z ciałem z krwi i kości. Dopiero zaczynamy uczyć się tego, w jakim stopniu procesy poznawcze ludzi i zwierząt dokonują się za pośrednictwem ciała. Nasz mózg nie jest po prostu komputerkiem, który rozkazuje ciału; relacja mózg–ciało to ulica dwukierunkowa. Ciało dostarcza wrażeń zmysłowych i komunikuje się z innymi ciałami, na bazie czego powstają więzi społeczne, a my rozumiemy otaczającą nas rzeczywistość. Czy wiesz na przykład, że nasz stan fizyczny wpływa na naszą percepcję? To samo wzgórze oceniane jest wzrokowo jako bardziej strome przez osobę zmęczoną niż przez kogoś wypoczętego. Odległy cel podróży wydaje się znajdować dalej, gdy osoba oceniająca dystans dźwiga na ramionach ciężki plecak.

Interesujący jest wynik doświadczenia, w którym prosi się pianistę, aby spośród kilku nagrań wybrał to, na którym on sam gra dany utwór. Eksperyment ten przeprowadzono również w sytuacji, w której pianiści mieli okazję zagrać utwór tylko raz, w ciszy (na pianinie elektronicznym, do którego nie wpięto słuchawek). Nawet w takim przypadku byli w stanie rozpoznać własną grę, prawdopodobnie dlatego, że w trakcie słuchania odtwarzali w głowie ruchy ciała towarzyszące rzeczywistemu wykonywaniu utworu. Największa zgodność występowała wtedy, gdy słuchali siebie samych, tak więc rozpoznanie nastąpiło nie tylko za pośrednictwem słuchu, ale też całego ciała[19].

Badania „ucieleśnionego” poznania wciąż są w fazie zalążkowej, mają jednak potężny wpływ na to, jak patrzymy na relacje międzyludzkie. Bezwiednie wchodzimy w ciała otaczających nas osób, tak że ich ruchy i emocje znajdują w nas odzwierciedlenie, jak gdyby były naszymi własnymi. To właśnie pozwala nam, podobnie jak pozostałym naczelnym, odtwarzać coś, co widzieliśmy u innych. Nakładanie obcych ciał na własne jest zwykle nieuświadomione, jednak czasem „wyłazi na wierzch”, jak choćby wtedy, gdy rodzic wykonuje ustami ruch żucia w trakcie karmienia swojego dziecka łyżeczką: po prostu nie może się powstrzymać przed zachowywaniem się tak, jak chciałby, aby zachowywało się dziecko. Do dziś pamiętam też, gdy jako chłopak stałem za linią boiska do piłki nożnej albo siatkówki, nieświadomie wykonując kopniaki lub podskakując wtedy, gdy przy piłce był ktoś, komu kibicowałem.


Sultan (siedzi) wykonuje empatyczny gest chwytania, przyglądając się, jak Grande sięga po banany

To samo zjawisko występuje u zwierząt, co ilustruje choćby stara czarno-biała fotografia z klasycznego badania Wolfganga Köhlera nad użyciem narzędzi przez szympansy. Jedna z małp o imieniu Grande stoi na szczycie stosu drewnianych pudeł, które ustawiła, by sięgnąć po banany zawieszone pod sufitem. Pilnie przygląda się temu Sultan. Choć stoi w pewnej odległości, podnosi rękę w doskonałej synchronizacji z gestem wykonywanym właśnie przez Grande. Innym przykładem jest film przedstawiający szympansa rozbijającego ciężkim kamieniem orzechy. Przygląda się mu młody osobnik, równocześnie machając swoją (pustą) ręką zawsze w tym samym momencie, w którym ten pierwszy uderza w orzech. Mapowanie ciał to krótka droga do naśladownictwa[20].

Utożsamienie jest jeszcze bardziej uderzające, jeśli następuje w wysoce emocjonalnej sytuacji. Obserwowałem kiedyś poród jednej z naszych szympansic w środku dnia. To nietypowa sytuacja: szympansice wolą rodzić nocą albo przynajmniej wtedy, kiedy w pobliżu nie ma ludzi, na przykład w trakcie naszej przerwy na obiad. Ze swojego okna ujrzałem, jak wokół Mai gromadzi się tłumek – szybko i po cichu, jak gdyby po grupie rozszedł się jakiś tajemny sygnał. Stojąc w lekkim przykucnięciu, z nieznacznie rozszerzonymi nogami, Mai podłożyła pod siebie złożone dłonie, żeby złapać dziecko, gdy wypadnie. Starsza samica, Atlanta, stała przy niej w tej samej pozycji i wykonała dokładnie ten sam gest, rozkładając dłonie pomiędzy swoimi własnymi nogami, gdzie niczemu nie służyły. Po około dziesięciu minutach pojawiło się dziecko – zdrowy synek – i przez grupkę małp przeszła fala podniecenia. Jeden szympans wrzasnął, inne tuliły się, pokazując, jak bardzo wszyscy wokół byli zaangażowani w całe zdarzenie. Atlanta prawdopodobnie identyfikowała się z Mai, ponieważ sama miała wiele dzieci. Jako jej bliska przyjaciółka w następnych tygodniach iskała świeżo upieczoną matkę niemal bez przerwy.

Podobny akt empatii opisała Katy Payne, amerykańska zoolożka badająca zachowania słoni:

Pewnego razu obserwowałam, jak pewna słonica, nie zmieniając miejsca, wykonywała subtelny taniec swoją trąbą i nogą, przyglądając się jednocześnie, jak jej syn goni uciekające gnu. Ja sama zawsze wykonuję taki taniec, gdy przyglądam się występom swoich dzieci – a jedno z nich, nie mogę powstrzymać się przed dodaniem, jest akrobatą cyrkowym[21].

Zjawisko to nie kończy się na naśladowaniu tych, z którymi się identyfikujemy – jego skutkiem jest wzmacnianie więzi międzyosobniczych. Matki bawią się ze swoimi dziećmi, w jednym rytmie klaszcząc w ręce, swoje lub tej drugiej osoby. To zabawa w synchronizację. Co zaś robią zakochani, gdy tylko rozpocznie się ich związek? Chodzą na długie spacery, ramię w ramię, wspólnie jedzą, śmieją się i tańczą. Wszystko to wywołuje coraz silniejszą więź. Pomyślmy o tańcu. Partnerzy dopełniają swoje ruchy, przewidują je albo kierują sobą nawzajem za pomocą swojego własnego ciała. Para w tańcu ogłasza całemu światu: „jesteśmy zsynchronizowani!” – zwierzęta od milionów lat wytwarzają więzi właśnie w ten sposób.

Gdy ludzki eksperymentator naśladuje ruchy małego dziecka (na przykład uderza zabawką o stół albo podskakuje dokładnie tak samo jak dziecko), wywołuje to więcej uśmiechów i uwagi niż po prostu wykazywanie dziecięcych zachowań niezależnie od tego, co robi dziecko[22]. W sytuacjach romantycznych ludzie wolą partnerów, którzy odchylają się wtedy, gdy oni, krzyżują nogi wtedy, gdy oni, podnoszą kieliszek wtedy, gdy oni, i tak dalej. Pociąg do naśladownictwa przekłada się nawet na pieniądze. Holendrzy słyną ze skąpstwa, ale w restauracjach dają dwukrotnie wyższe napiwki kelnerkom, które powtarzają zamówienie („zamówił pan sałatkę bez cebulki”), niż tym, które mówią po prostu „moja ulubiona!” albo „już przynoszę”. Ludzie uwielbiają słyszeć swe własne słowa[23].

Gdy patrzę na synchronizację i naśladownictwo – czy dotyczy to ziewania, śmiechu, tańca, czy też małpowania – widzę powiązania społeczne i wzmacnianie więzi. Widzę stary instynkt stadny rozwinięty o kolejny poziom. Nie ogranicza się on do galopowania w tym samym kierunku co inni albo wspólnego przekraczania rzeki. Na tym nowym poziomie przyglądamy się temu, co robią inni, i przyswajamy to. Przykładowo, znam starą samicę małpy, która piła w szczególny sposób. Zamiast po prostu chlipać wodę bezpośrednio ze zbiornika, zanurzała w wodzie całe przedramię, a następnie zlizywała ją ze swojego mokrego futra. Jej dzieci zaczęły robić to samo, potem jej wnuki. Całą jej rodzinę łatwo było rozpoznać z daleka.

Był też samiec, który w czasie walki uszkodził sobie palce i przez pewien czas kulał, wspierając się na nadgarstku zamiast na swoich obolałych pięściach. W niedługim czasie wszystkie szympansy w kolonii poruszały się w ten sam sposób, czasem gęsiego za kontuzjowanym samcem. Jak kameleony dopasowujące swój kolor do otoczenia, naczelne automatycznie kopiują otaczające je osobniki[24].

 

Gdy byłem chłopcem, moi koledzy z południowej Holandii zawsze śmiali się ze mnie, gdy wracałem z wakacji na północy, gdzie bawiłem się z chłopakami z Amsterdamu. Mówili, że dziwnie mówię. Całkowicie bezwiednie w trakcie pobytu nadawałem swojemu głosowi taki sam twardy akcent, jaki słyszałem wokół siebie. Sposób, w jaki nasze ciała – w tym również głos, nastrój, postawa ciała itd. – dopasowują się do ciał, które nas otaczają, stanowi jedną z wielkich zagadek antropologii; wiemy jednak, że to właśnie naśladownictwo stanowi klej, który trzyma nasze społeczeństwa w całości. Jest to też jedno z najbardziej niedocenianych zjawisk, zwłaszcza w oczach przedstawicieli dyscyplin, które patrzą na ludzi jak na istoty podejmujące racjonalne decyzje. Nie jesteśmy odrębnymi jednostkami, rozważającymi zalety i wady swoich działań. Zajmujemy raczej węzły w ciasno splecionej sieci, która łączy nasze ciała i umysły.

Te nasze bliskie powiązania nie są żadną tajemnicą. Ich bezpośrednim wyrazem jest pewne prawdziwie uniwersalne zjawisko artystyczne. Tak jak nie ma żadnych grup ludzkich, w których nieobecny jest język, tak nie ma takich, których członkowie nie znaliby muzyki. Muzyka wciąga nas i zmienia nasz nastrój, tak że jeśli wiele osób wspólnie jej słucha, nieuniknionym skutkiem jest zbieżność ich stanu emocjonalnego. Cała publiczność staje się ożywiona, melancholijna czy zamyślona. Muzyka wydaje się stworzona do tego celu. Nie myślę teraz raczej o tym, co dzieje się w salach koncertowych, w których sztywni, elegancko ubrani słuchacze nawet nie przytupują nogami, żeby nie wyjść na prostaków – choć nawet w takim wypadku udziela im się wspólny nastrój. Requiem Mozarta wywiera na ludzi inny wpływ niż walc Straussa. Myślę natomiast głównie o koncertach muzyki popularnej, na których tysiące śpiewają wraz ze swoim idolem, machając świeczkami albo telefonami komórkowymi; albo o festiwalach bluesowych, orkiestrach dętych, chórach gospel, jazzowych pochodach pogrzebowych, a nawet o wspólnym śpiewaniu Sto lat, kiedy to wszyscy żywo, całym swoim ciałem reagują na muzykę. Pod koniec kolacji wigilijnej w Atlancie wszyscy razem śpiewaliśmy Christmas Album Elvisa. Połączenie świetnego jedzenia, wina, przyjaźni i śpiewu było upajające: razem bujaliśmy się, śmialiśmy i łączyły nas te same emocje.

Kiedyś byłem pianistą w pewnym zespole. Nawet gdybym powiedział, że odnieśliśmy umiarkowany sukces, byłaby to lekka przesada, ale nauczyłem się wtedy, że wspólne występowanie wymaga wchodzenia w rolę, hojności i dobrego zestrojenia się – dosłownie – w stopniu, który trudno odnaleźć w innych sferach działalności. Moją ulubioną piosenką była House of the Rising Sun grupy The Animals – staraliśmy się wlać w nią tyle dramatyzmu, ile się tylko dało. Odczuwaliśmy jej ponury klimat, choć nie wiedzieliśmy, o jakim domu tak naprawdę śpiewamy – dowiedziałem się tego w końcu dopiero wiele lat później. Do dziś pamiętam jednak to jednoczące poczucie towarzyszące wspólnemu graniu.

Nietrudno podać przykłady zachowań muzykalnych ze świata zwierząt – i nie muszą być to wyjące wspólnie wilki, grupka szympansów pohukująca, żeby zastraszyć sąsiadów, czy słynne poranne śpiewy wyjców, podobno najgłośniejszych ssaków na ziemi. Myślę raczej o siamangach, które pierwszy raz usłyszałem w sumatrzańskiej dżungli. Siamangi są dużymi, czarnymi gibonami, które śpiewają z czubków drzew, gdy las zaczyna się rozgrzewać. To szczęśliwy, melodyjny dźwięk, który poruszył mnie znacznie bardziej niż śpiewy ptaków, prawdopodobnie dlatego, że wytwarzają go ssaki. Pieśń siamangów jest o wiele bardziej cielesna niż ptasie piosenki.

Rozpoczyna się zwykle od kilku głośnych zawołań, które stopniowo składają się na coraz głośniejsze, coraz bardziej złożone sekwencje, wzmacniane przez podobne do balonów worki zdobiące gardła tych małp. Dźwięk taki niesie się na wiele mil. W pewnym momencie każdy przysłuchujący się mu człowiek orientuje się, że nie może pochodzić od jednego zwierzęcia. U wielu zwierząt odstraszanie intruzów to zadanie samców, jednak u siamangów – które żyją w małych grupkach rodzinnych – zajmują się tym przedstawiciele obu płci. Samica wydaje z siebie wysokie szczeknięcia, a samiec potrafi wrzasnąć tak przeraźliwie, że jeśli stoi w niewielkiej odległości od ciebie, stają ci dęba wszystkie włosy na ciele. Gdy głosy te splatają się w dziką, hałaśliwą pieśń, powstaje coś, co określono jako „najbardziej złożone opus zaśpiewane przez jakiegokolwiek kręgowca lądowego innego niż człowiek”. Duet komunikuje innym przedstawicielom swojego gatunku jednocześnie „trzymajcie się z daleka!” oraz „jesteśmy jednością”.

Para siamangów potrzebuje nieco czasu, by ich pieśń stała się harmonijna, podobnie jak konie pociągowe, które najpierw walczą ze sobą, a dopiero później pracują razem. Harmonia jest niezbędna, aby utrzymać partnera albo terytorium. Inne siamangi prawdopodobnie słyszą, jak dobrze skoordynowana jest dana para, i wkraczają, gdy usłyszą ślady niezgody. To dlatego niemiecki prymatolog Thomas Geissmann zauważył, że „zostawienie partnera nie jest zbyt atrakcyjnym wyborem, ponieważ dopiero co zawiązane pary ewidentnie śpiewają kiepsko”. Odkrył, że pary, które często ze sobą śpiewają, również spędzają ze sobą dużo czasu i lepiej synchronizują swoje działania.

Dobre małżeństwo siamangów można więc rozpoznać po ich wspólnym śpiewie[25].

Czujący mózg

Gdy Katy Payne opisała, że jako matka łączy się całym ciałem ze swoim dzieckiem wykonującym akrobacje, nie zdawała sobie sprawy, że tym samym przykładem posłużył się niegdyś niemiecki psycholog, od którego wywodzi się całe współczesne rozumienie pojęcia empatii. Jesteśmy tak napięci, obserwując linoskoczka, mówił

Theodor Lipps (1851–1914), ponieważ wkraczamy jak gdyby w jego ciało i dzielimy jego doświadczenie. Jesteśmy z nim tam na górze, na linie. W języku niemieckim proces ten da się elegancko wyrazić jednym słowem: Einfühlung (wczucie). Później Lipps podał jego grecki odpowiednik: empatheia, który oznacza doświadczanie silnej namiętności albo afektu. Psychologowie amerykańscy i brytyjscy przejęli ten drugi termin – stąd tak powszechnie dziś znane słowo „empatia”.


Identyfikujemy się z akrobatą do tego stopnia, że uczestniczymy w każdym jego ruchu

Ja sam wolę termin Einfühlung, ponieważ sugeruje on „wchodzenie” jednej osoby w drugą. Lipps chętnie podkreślał szczególny kanał łączący nas z innymi. Choć nie czujemy bezpośrednio niczego, co dzieje się poza naszymi ciałami, to gdy w ten sposób nieświadomie połączymy się z kimś innym, jego doświadczenia znajdują w nas odzwierciedlenie. Czujemy się tak, jak gdyby były naszymi własnymi. Takiego utożsamiania się, twierdził Lipps, nie da się zredukować do żadnego innego zjawiska poznawczego, na przykład uczenia się, kojarzenia czy rozumowania. Empatia zapewnia bezpośredni dostęp do „obcych jaźni”[26].

Jakie to dziwne, że musimy cofnąć się o sto lat, do prac dawno zapomnianego psychologa, aby natrafić na dogłębny opis zjawiska empatii. Lipps opisywał je, wychodząc od podstaw, w przeciwieństwie do większości psychologów i filozofów, którzy rekonstruują empatię, opierając się na wysokich funkcjach poznawczych. Ten ostatni pogląd każe doszukiwać się źródeł empatii w szacowaniu, jak mogliby czuć się inni, na podstawie tego, jak my sami czulibyśmy się w danej sytuacji. Czy to jednak wyjaśnia, jak błyskawiczna jest ta reakcja? Wyobraźmy sobie, że oglądamy spadającego z liny akrobatę cyrkowego, przy założeniu, że dostępna jest nam tylko empatia opierająca się na własnych doświadczeniach. Sądzę, że nie zareagowalibyśmy aż do momentu, w którym cyrkowiec leży na ziemi. Oczywiście nie tak to wygląda w rzeczywistości. Publiczność reaguje od razu: setka widzów woła „ooo!” w tej samej chwili, w której stopa linoskoczka się obsuwa. Akrobaci wykonują nawet czasem tego typu ruchy celowo, w sposób kontrolowany, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę, że ludzie na widowni towarzyszą im na każdym kroku podczas występu. Gdzie byłby Cirque de Soleil, gdyby nie to ścisłe powiązanie?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?