Wiek empatii.

Tekst
Autor:Frans de Waal
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Watson był tak zachwycony mocą warunkowania, że zaczął reagować alergicznie na emocje. Szczególnie sceptyczny był wobec miłości matczynej, którą nazwał niebezpiecznym narzędziem. Robiące zamieszanie wokół swoich dzieci matki niszczyły im życie, zaszczepiając w nich słabość, lęki i kompleksy. Społeczeństwo potrzebuje mniej ciepła, a więcej dyscypliny. Watson marzył o „farmie dzieci”, na której te mogłyby być wychowywane bez rodziców, zgodnie z zasadami nauki. Przykładowo, dziecko miałoby być dotykane tylko wtedy, kiedy zachowałoby się wyjątkowo dobrze – nawet wtedy nie byłoby to jednak przytulenie albo całus, tylko poklepanie po głowie. Precyzyjnie odmierzone kontakty fizyczne mogłyby czynić cuda, twierdził Watson, i znacznie przewyższałyby ckliwy, miękki styl wychowawczy typowej matki o dobrych intencjach.

Niestety miejsca przypominające Watsonowską farmę dzieci naprawdę istniały i możemy dziś powiedzieć, że konsekwencje były potworne! Stało się to jasne, gdy psychologowie zaczęli badać sieroty, które jako dzieci trzymano w kojcach przedzielonych białymi prześcieradłami, bez stymulacji wzrokowej i kontaktu cielesnego. Zgodnie z zaleceniami naukowców do dzieci tych nigdy nie przemawiano czule, nie brano ich na ręce ani nie łaskotano. Wyglądały jak zombie, z nieruchomymi twarzami i szeroko otwartymi oczami bez wyrazu. Gdyby Watson miał rację, dzieci te powinny doskonale się rozwijać, w rzeczywistości jednak brakowało im jakiejkolwiek odporności na choroby. W niektórych sierocińcach śmiertelność była bliska stu procent.

Krucjata Watsona przeciwko, jak zwykł mawiać, „nadmiernie obcałowanemu dziecku” i olbrzymi szacunek, jakim cieszył się w latach dwudziestych XX wieku, jest dziś nie do pojęcia, jednak tłumaczy, dlaczego inny psycholog, Harry Harlow, postanowił dowieść czegoś oczywistego, a mianowicie, że miłość rodzicielska istnieje... u małp[7]. W ośrodku badawczym naczelnych w Madison w stanie Wisconsin Harlow wykazał, że małpy wychowywane w izolacji były zaburzone pod względem poznawczym i społecznym. Po umieszczeniu ich w grupie nie miały potrzeby – ani umiejętności – wchodzenia w relacje z innymi osobnikami. Jako zwierzęta dorosłe nie potrafiły nawet kopulować i karmić potomstwa. Bez względu na naszą dzisiejszą ocenę etyczności takich badań trzeba przyznać, że dowiodły one ponad wszelką wątpliwość, że pozbawienie kontaktu cielesnego nie jest czymś, co by odpowiadało ssakom.

Z czasem badania tego typu wpłynęły na przekonania psychologów i pomogły odmienić los dzieci wychowywanych w sierocińcach. Nie dotyczy to rzecz jasna Rumunii, w której Nicolae Ceauşescu założył emocjonalne gułagi, w których rozwijały się tysiące noworodków. Świat dowiedział się o tym, jakim koszmarem jest wychowywanie przy braku kontaktu cielesnego, gdy po upadku żelaznej kurtyny sierocińce Ceauşescu zostały otwarte. Wychowywane w nich dzieci nie były zdolne do śmiechu i płaczu, całe dnie spędzały, bujając się w pozycji płodowej (zupełnie jak małpy Harlowa), nie wiedząc nawet, jak się bawić. Nowymi zabawkami rzucały o ścianę.

Tworzenie więzi jest czymś kluczowym dla naszego gatunku i to ono przynosi nam szczęście. I nie chodzi mi tu o roztańczoną radość, którą miał pewnie na myśli generał Charles de Gaulle, gdy mówił, że „szczęście jest dla idiotów”. Dążenie do szczęścia, które wpisano do Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych, odwołuje się raczej do stanu zadowolenia z życia. To coś, co można mierzyć, badania pokazują zaś, że powyżej pewnego minimalnego poziomu zarobkowego status materialny znacząco się do tego zadowolenia nie przyczynia. Standard życia od dziesięcioleci stale się podnosi, ale czy towarzyszy temu wzrost szczęśliwości? Ani trochę. Najwięcej zadowolenia z życia przynosi ludziom czas spędzany z przyjaciółmi i rodziną, a nie pieniądze, sukces i sława.


Rumuńskie sieroty wychowywano zgodnie z zasadami „naukowymi”, ignorując ich potrzeby emocjonalne

Istotność więzi społecznych traktujemy jako coś oczywistego, przez co często o niej zapominamy. Przydarzyło się to również mojemu zespołowi badaczy naczelnych – chociaż przecież powinniśmy byli to przewidzieć – gdy zbudowaliśmy nową konstrukcję do wspinania się dla naszych szympansów. Nadmiernie skupiliśmy się na środowisku fizycznym. Przez ponad trzydzieści lat małpy żyły w tej samej zagrodzie na świeżym powietrzu, w której znajdowały się metalowe konstrukcje przypominające, nomen omen, „małpie gaje” dla dzieci. Postanowiliśmy wkopać w ziemię wysokie słupy telefoniczne, żeby zapewnić naszym zwierzętom coś bardziej interesującego. Na czas ich montażu szympansy zostały zamknięte w pobliżu placu budowy. Z początku były hałaśliwe i niespokojne, ale gdy dobiegły ich odgłosy pracy sprzętu budowlanego, ucichły: było teraz jasne, że to poważna sprawa! Słupy zostały połączone linami, wysialiśmy trawę, wykopaliśmy nowe odpływy i osiem dni później wszystko było gotowe. Nowa struktura była dziesięciokrotnie wyższa od tego, co miały do dyspozycji wcześniej.

Grupa ponad trzydziestu pracowników naszej stacji badawczej przyglądała się wypuszczaniu zwierząt. Założyliśmy się nawet między sobą, który szympans jako pierwszy dotknie słupa i który wespnie się na sam szczyt. Te małpy nie wąchały i nie dotykały drewna od dziesiątków lat, niektóre z nich nigdy. Jak można sobie wyobrazić, dyrektor ośrodka stwierdził, że pierwsi będą samiec i samica o najwyższym statusie, wiedzieliśmy jednak, że samce szympansa nie są bohaterami. Choć wiecznie pracują nad polepszeniem swojej pozycji politycznej, nierzadko wiele przy tym ryzykując, zupełnie dosłownie dostają biegunki ze strachu, gdy konfrontują się z czymś zupełnie nowym.

Ustawiliśmy się na wieży, z której jest dobry widok na wybieg, włączyliśmy kamery i wypuściliśmy zwierzęta. Nikt nie spodziewał się tego, co stało się jako pierwsze. Byliśmy tak zachwyceni naszą wspaniałą konstrukcją, którą w pocie czoła wznosiliśmy w letnim upale, że zapomnieliśmy, iż małpy siedziały przez całe dnie w osobnych klatkach, a nawet budynkach. Pierwsze minuty wolności były w całości poświęcone relacjom społecznym. Niektóre szympansy dosłownie rzucały się sobie w ramiona, tuliły się i całowały. W ciągu minuty dorosłe samce wykonywały zastraszające demonstracje z najeżonym futrem, na wypadek gdyby ktoś w międzyczasie zapomniał, że to oni tu rządzą.

Szympansy wydawały się w ogóle nie dostrzegać nowej konstrukcji. Niektóre przeszły bezpośrednio pod nią, jak gdyby była niewidzialna. Zdawały się wypierać fakt, że cokolwiek się zmieniło! Tak było aż do momentu, gdy zauważyły widoczne z ziemi banany, które rozmieściliśmy w strategicznych punktach. Pierwszym osobnikiem, który wspiął się na strukturę, była jedna ze starszych samic, a ostatnim, co zabawne, samica, która była kimś w rodzaju grupowej terrorystki.

Gdy tylko owoce zostały zebrane i zjedzone, wszystkie szympansy opuściły konstrukcję. Ewidentnie nie były jeszcze na nią gotowe, rozsiadły się za to na starej metalowej strukturze, którą dzień wcześniej przetestowali moi studenci i orzekli, że trudno by było wyobrazić sobie bardziej niewygodne miejsce do siedzenia. Szympansy znały ją jednak całe życie, tak więc spokojnie rozmieściły się na niej, patrząc na rozstawiony obok Tadź Mahal, jak gdyby był to przedmiot badań, a nie struktura użytkowa. Minęły miesiące, zanim zaczęły spędzać znaczącą ilość czasu na nowej konstrukcji.

Zaślepiła nas duma, a o tym, co najważniejsze, musiały nam przypomnieć małpy. Całe to wydarzenie kazało mi wrócić do Immanuela Kanta, ponieważ czyż nie na tym właśnie polega problem współczesnej filozofii? Zafascynowani tym, co uważamy w sobie za nowe i ważne – abstrakcyjne myślenie, sumienie, moralność – zapominamy o rzeczach fundamentalnych. Nie próbuję tu pomniejszyć rangi tego, co odróżnia nas od innych gatunków, jednak jeśli chcemy zrozumieć, jak doszło do obecnego stanu rzeczy, musimy wyjść od podstaw. Zamiast koncentrować się na szczytach rozwoju cywilizacji, powinniśmy przyjrzeć się bliżej dolinom, z których wyszliśmy. To wierzchołki lśnią w słońcu, ale nie znajdziemy na nich tego, co nas napędza, między innymi tych wszystkich zawiłych emocji, które każą nam rozpieszczać swoje dzieci.

Mit o powstaniu człowieka, wersja dla macho

To była typowa sytuacja – taka, jaka codziennie zdarza się przy obiedzie w niejednej miłej włoskiej restauracji. Jeden samiec naszego gatunku wyzywa na pojedynek drugiego – w tym wypadku mnie – na oczach swojej dziewczyny. Jeśli zna się moje książki, czyż istnieje lepszy cel ataku niż miejsce człowieka w przyrodzie? „Nazwij jeden obszar, w którym trudno jest odróżnić człowieka od zwierząt”, rzucił, szukając dobrego punktu wyjścia. Odpowiedziałem odruchowo, między dwoma kęsami pysznego makaronu: „Akt seksualny”.

Być może wspomniałem o czymś, o czym wspominać się nie godzi, ponieważ widziałem, że na krótką chwilę zbiło go to z tropu. Trwało to jednak tylko moment i w niedługim czasie z wielką pasją bronił już namiętności jako czegoś wyjątkowego dla ludzi, podkreślając, jak nowymi zjawiskami są miłość romantyczna oraz będące jej owocem wspaniałe wiersze i serenady, a jednocześnie bagatelizując to, na co chciałem zwrócić uwagę ja, czyli mechanikę l’amore, która jest zasadniczo taka sama u ludzi, chomików i gupików (samce gupika mają przypominającą penis płetwę). Mój rozmówca był zdegustowany rozmową o tych przyziemnych szczególikach anatomicznych.

Na jego nieszczęście towarzysząca mu dziewczyna była moją koleżanką po fachu, która z wielkim entuzjazmem włączyła się do dyskusji, podając kolejne przykłady zwierzęcego seksu, w wyniku czego wywiązała się rozmowa z gatunku tych, które uwielbiają prymatolodzy, ale które u wszystkich innych wywołują raczej zażenowanie. Przy okolicznych stolikach zapadła ogłuszająca cisza, gdy siedząca obok mnie dziewczyna wykrzyknęła, że „miał taką erekcję!”. Nie było jasne, czy była to reakcja na same słowa, czy też na fakt, że pokazała równocześnie tylko nieznacznie rozsunięty kciuk i palec wskazujący. Mówiła o niewielkiej małpce z Ameryki Południowej.

 

Dyskusja nie zakończyła się porozumieniem, ale przynajmniej jej temperatura zdążyła już opaść, gdy na stole pojawił się deser. Tego typu rozmowy to dla mnie chleb powszedni: uważam, że jesteśmy zwierzętami, podczas gdy wielu ludzi sądzi, że jesteśmy czymś zupełnie innym. Ludzką wyjątkowość trudno jest obronić, gdy mowa o seksie, ale sytuacja jest zupełnie inna, gdy w rozmowie pojawią się samoloty, parlamenty i wieżowce. Ludzie mają naprawdę niebywałą zdolność do rozwoju kultury i cywilizacji. Choć wiele zwierząt wykazuje pewne aspekty kultury, jeśli ujrzysz w dżungli szympansa z aparatem fotograficznym, możesz być raczej pewien, że to nie on go wyprodukował.

Co jednak z ludźmi, którzy nie załapali się na skok wzrostu obejmujący większość kultur świata na przestrzeni ostatnich kilku tysięcy lat? Ukryci w odległych od cywilizacji zakątkach globu, ludzie ci mogą poszczycić się wszystkimi znakami rozpoznawczymi naszego gatunku, takimi jak język, sztuka czy ogień. Możemy zbadać, jak żyją, nierozproszeni przez współczesny postęp technologiczny. Czy ich sposób życia odpowiada powszechnym poglądom na temat „naturalnego stanu” ludzkości – pojęcia o tak bogatej historii w myśli zachodniej? Biorąc pod uwagę rolę, jaką pojęcie to odegrało w rewolucji francuskiej, powstawaniu Konstytucji USA i innych historycznych krokach ku demokracji, nie jest sprawą trywialną ustalenie, jak żyli ludzie w stanie „pierwotnym”.

Dobrym przykładem mogą być Buszmeni z południowo-zachodniej Afryki, którzy do niedawna żyli w tak prostych warunkach, w jakich przedstawiono ich w prześmiewczym filmie z 1980 roku Bogowie muszą być szaleni. Antropolożka Elizabeth Marshall Thomas, gdy była nastolatką, wybrała się z rodzicami, również antropologami, na pustynię Kalahari, gdzie żyła wraz z tamtejszymi rdzennymi mieszkańcami. Buszmeni, zwani też San[8], to niewielka grupa gibkich ludzi, którzy znaleźli dla siebie wygodną niszę w trawiastym, otwartym ekosystemie, gdzie przez pół roku panują na tyle poważne niedostatki wody, że niewielka liczba działających studni poważnie ogranicza ruchliwość ludzi. San żyją w ten sposób od tysięcy lat – Marshall Thomas zatytułowała więc swoją książkę The Old Way.

Ów „stary sposób” na życie oznacza minimalną ilość ubrania, wykonanego ze skóry antylop, skromne schronienie wykonane z traw, zaostrzony patyk do kopania w ziemi i skorupę jaja strusiego do przenoszenia wody w czasie dziennych wędrówek. Słomiane chatki stale rozkłada się i składa, wbijając w ziemię parę patyków, wiążąc u góry, a następnie pokrywając ów szkielet trawą. Marshall Thomas przypomniało to sposób, w jaki małpy człekokształtne budują swoje gniazda na drzewach przed pójściem spać – szybko splatają ze sobą kilka gałęzi do postaci prostej platformy. Dzięki temu śpią z dala od ziemi, na której czyha w nocy wiele niebezpieczeństw[9].


Buszmenka podaje dziecku skorupę jaja strusia wypełnioną wodą

Gdy Buszmeni podróżują, idą gęsiego, przy czym prowadzi jeden z mężczyzn, wypatrując śladów drapieżników, węży i innych zagrożeń. Kobiety i dzieci zajmują bezpieczniejsze miejsce. I to przypomina sposób zachowania szympansów, które w sytuacji niebezpieczeństwa – jak na przykład wtedy, gdy przekraczają ścieżkę uczęszczaną przez ludzi – wysuwają na przód i na tył samce, podczas gdy samice i młode pozostają pośrodku. Czasem samiec alfa pełni straż przy drodze do czasu, aż wszyscy przejdą na drugą stronę[10].

Nasi przodkowie mogli znajdować się wyżej w łańcuchu pokarmowym niż większość naczelnych, ale z pewnością nie na jego szczycie. Musieli dobrze się pilnować. W ten sposób docieramy do pierwszego mitu o naszym „stanie naturalnym” – że nasi przodkowie byli królami sawanny. Jakim cudem mogłoby to być możliwe w przypadku dwunożnej małpy, która ma ledwie 120 centymetrów wzrostu? Wcześni ludzie musieli żyć w ciągłym strachu przed hienami rozmiarów niedźwiedzia i kotów szablozębnych dwukrotnie większych od dzisiejszych lwów. W rezultacie musieli zadowolić się porą polowania drugiej klasy. Najłatwiej skryć się w ciemności, ale wcześni ludzcy łowcy – zupełnie jak dzisiejsi Buszmeni – prawdopodobnie polowali za dnia, gdy ich ofiary były w stanie dostrzec zagrożenie z odległości nawet wielu kilometrów. Noc zaś pozostawiali „profesjonalnym” drapieżnikom.

Prawdziwymi władcami sawanny są lwy, co znajduje odzwierciedlenie choćby we wszystkich opowieściach o „królu lwie”, ale też w respekcie, jaki mają wobec nich Buszmeni. Co istotne, nigdy nie celują swoimi zatrutymi strzałami w lwy, wiedząc, że może to doprowadzić do starcia, w którym nie byliby w stanie wygrać. Lwy zwykle zostawiają ludzi w spokoju, jeśli jednak w jakimś miejscu z jakiegoś powodu stają się ludożercami, przedstawiciele naszego gatunku mają tylko jedno wyjście – odejść. Bezpieczeństwo jest stale w centrum zainteresowania Buszmenów, więc nocą, gdy cała grupa śpi, trwa warta, pilnująca, aby nie zgasł rozpalony wieczorem ogień. Gdy w ciemności zalśnią oczy drapieżnika, podejmuje się odpowiednie kroki – z ognia wyciąga się płonącą gałąź, którą macha się nad głową (dzięki czemu człowiek wydaje się większy), a równocześnie przemawia się spokojnym, jednostajnym głosem, aby zwierzę znalazło sobie jakieś inne zajęcie. Buszmenom nie brakuje odwagi, jednak wybłagiwanie spokoju u lwa to niezupełnie ten typ heroizmu, jaki często przypisujemy swoim przodkom.

Stary sposób na życie musiał być jednak dość skuteczny, skoro nawet dziś mamy skłonność do zbierania się w grupę dla bezpieczeństwa. W sytuacji zagrożenia zapominamy o tym, co nas dzieli. Było to widoczne choćby po ataku na World Trade Center w 2001 roku – dla wszystkich, którzy go przeżyli, stanowił niewyobrażalnie traumatyczne przeżycie. Dziewięć miesięcy później, gdy zapytano ich, jak postrzegają relacje pomiędzy rasami, nowojorczycy wszystkich ras uznali je za dość dobre, choć w poprzednich latach określali je jako raczej złe. Poczucie po wrześniowym ataku, że „to dotyczy nas wszystkich”, wywołało w mieście uczucie jedności.

Odruchy takie wypływają z najgłębszych, najdawniejszych warstw naszego mózgu, które dzielimy z wieloma zwierzętami. Zauważmy, że ryby, na przykład śledzie, pływają w ławicach, które natychmiast się zagęszczają, gdy zbliża się rekin albo morświn. Potrafią też błyskawicznie skręcić, jednym srebrzystym manewrem, przez co drapieżnik nie jest w stanie przypuścić ataku na jednego wybranego osobnika. Ryby w ławicy utrzymują ściśle określoną odległość od towarzyszy, poszukują osobników podobnej wielkości i doskonale dopasowują swoją prędkość i kierunek ruchu do sąsiadów, czasem w ułamku sekundy. Tysiące osobników musi zachowywać się praktycznie jak jeden organizm. Inny przykład: spójrzmy na ptaki, choćby szpaki, które zbijają się w gęste stada w jednej chwili umykające przed zbliżającym się jastrzębiem. Biolodzy używają czasem terminu „samolubne stado” – każdy osobnik kryje się w tłumie w trosce o swoje bezpieczeństwo. Obecność innych zmniejsza ryzyko upolowania każdego członka stada z osobna, zupełnie jak w starym dowcipie o dwóch mężczyznach gonionych przez niedźwiedzia: nie trzeba biec szybciej od niego, wystarczy szybciej niż kumpel.


Ryby zbijają się w ciasne ławice, aby zmylić drapieżnika, jak na przykład te osobniki odpierające atak rekina

Nawet niegdysiejsi przeciwnicy potrafią współpracować w czasach zagrożenia. Ptaki, które w sezonie lęgowym walczą ze sobą na śmierć i życie o terytorium, mogą trafić do tego samego stada w sezonie migracyjnym. Obserwuję to sam zawsze wtedy, gdy odświeżam któreś ze swoich dużych akwariów tropikalnych. Wiele ryb, na przykład pielęgnice, wykazuje silny terytorializm: szeroko rozkładają płetwy i przeganiają inne osobniki ze swojego kącika. Mniej więcej raz na dwa lata całkowicie opróżniam swoje akwaria. Ryby trafiają wówczas do mniejszego zbiornika. Po kilku dniach wracają do akwarium, które wygląda jednak inaczej niż przed przeprowadzką. Zawsze bawi mnie, że nagle wszystkie rybki rzucają się w poszukiwaniu towarzystwa innych osobników swojego gatunku. Najbardziej zajadli wojownicy

teraz pływają płetwa przy płetwie, wspólnie poznając nowe środowisko. Trwa to oczywiście do czasu, aż poczują się pewnie i zacznie się walka o najlepsze lokalizacje.

Bezpieczeństwo jest pierwszym i najważniejszym powodem istnienia życia społecznego. W ten sposób docieramy do drugiego fałszywego mitu o stworzeniu: że społeczeństwo ludzkie powstało za sprawą swobodnego aktu woli autonomicznych jednostek. Błąd polega tu na uznaniu, że nasi przodkowie nikogo nie potrzebowali i nie mieli żadnych zobowiązań wobec innych. Ich jedynym problemem miałoby być to, że ze względu na wysoki poziom konkurencji jej koszty stały się nie do zniesienia. Jako inteligentne stworzenia postanowili więc zrzec się części swojej wolności w zamian za korzyści płynące z życia społecznego. Scenariusz ten, tzw. umowy społecznej, przedstawił francuski filozof Jean-Jacques Rousseau. Zainspirował on ojców założycieli Stanów Zjednoczonych do stworzenia „kraju ludzi wolnych”. Model ten cieszy się niesłabnącą popularnością na wydziałach nauk politycznych i prawnych, ponieważ społeczeństwo jest w nim wynegocjowanym kompromisem, a nie czymś, co przyszło nam naturalnie.

Przyglądanie się relacjom międzyludzkim tak, jak gdyby wynikły one z porozumienia między równymi partnerami, może być oczywiście bardzo korzystne. Dzięki tej perspektywie łatwo jest zauważyć, jak się traktujemy lub jak powinniśmy się traktować. Warto jednak zdać sobie sprawę, że ten sposób myślenia jest pozostałością po czasach przeddarwinowskich i opiera się na całkowicie błędnym obrazie naszego gatunku. Tak jak to jest u wielu innych gatunków ssaków, życie ludzkie dzieli się na te okresy, w których jesteśmy uzależnieni od innych (gdy jesteśmy bardzo młodzi, starzy albo chorzy), oraz te, kiedy to my zajmujemy się innymi (gdy opiekujemy się dziećmi, osobami starymi lub chorymi). Nasze przeżycie uzależnione jest od innych – i to powinno być punktem wyjścia w każdej dyskusji na temat społeczeństwa ludzkiego, a nie wizje sprzed wieków, w których naszych przodków opisywano jako wolnych jak ptaki, pozbawionych jakichkolwiek zobowiązań społecznych[11].

Wywodzimy się z długiej, długiej linii naczelnych żyjących w grupach, w których osobniki są w dużym stopniu uzależnione od siebie nawzajem. Stopień, w jakim potrzeba bezpieczeństwa wpływa na życie społeczne, stał się jasny, gdy prymatolodzy liczyli makaki krabożerne na rozmaitych wyspach Archipelagu Malajskiego. Na niektórych z tych wysp występują koty (na przykład tygrysy i pantery mgliste), a na innych nie. Małpy tego samego gatunku podróżowały w dużych grupach na wyspach, na których występowały koty, a w małych grupkach na tych, na których ich nie było. Ryzyko ze strony drapieżników zbliża. W ogólności jest tak, że im bardziej dany gatunek narażony jest na atak, w tym większe grupy łączą się jego osobniki. Małpy żyjące na powierzchni ziemi, takie jak pawiany, podróżują w większych grupach niż te żyjące na drzewach, które mają większą szansę na ucieczkę. Szympansy zaś, które ze względu na swoje rozmiary mają za dnia niewiele powodów do niepokoju, zwykle poszukują pożywienia same lub w małych grupkach.

Bardzo niewiele zwierząt jest pozbawionych instynktu stadnego. Gdy „lider większości” (Majority Leader) amerykańskiego senatu Trent Lott zatytułował swoje wspomnienia Herding Cats (Stado kotów), miał na myśli niemożność osiągnięcia konsensusu. W polityce może być to frustrujące, ale dla kotów to coś najzupełniej logicznego. Koty polują samotnie i nie muszą za bardzo przejmować się innymi osobnikami swojego gatunku. Wszystkie zwierzęta, które albo polegają na swoich towarzyszach w czasie polowania, jak członkowie rodziny psowatych, albo same padają ofiarą drapieżców, jak gnu, muszą jednak koordynować swoje ruchy. Mają więc skłonność do podążania za przywódcą i dostosowywania się do większości. Gdy nasi przodkowie wyszli na otwartą, niebezpieczną przestrzeń, wykształcił się w nich instynkt stadny, który nawet dziś przewyższa ten występujący u wielu innych zwierząt. Jesteśmy doskonali w synchronizowaniu swoich ruchów i znajdujemy w tym przyjemność. Gdy, przykładowo, idziemy z kimś ramię w ramię, spontanicznie zrównujemy krok. Na meczu śpiewamy wspólnie i robimy meksykańską falę, równo skaczemy na koncertach, a na zajęciach aerobiku wykonujemy wszystkie ruchy w jednym rytmie. Oto proste ćwiczenie: spróbuj klaskać po wykładzie, gdy nikt inny nie klaszcze; albo nie klaskać, gdy wszyscy inni to robią. Jesteśmy zwierzętami grupowymi w przerażającym wręcz stopniu. Ponieważ przywódcy polityczni są mistrzami psychologii tłumu, historia zna liczne przypadki, gdy masa ludzka podążała za nimi, czasem ku swojej zgubie. Przywódca musi po prostu wygenerować zagrożenie zewnętrzne, wzbudzić strach i voilà: ludzki instynkt stadny przejmuje kontrolę.

 

W ten sposób docieramy do trzeciego mitu – że nasz gatunek od zawsze toczył ze sobą wojny. W latach sześćdziesiątych XX wieku, zaraz po drugiej wojnie światowej, ludzi często przedstawiało się jako „zabójcze małpy” – w przeciwieństwie do prawdziwych małp, które miałyby być wegetarianami-pacyfistami. Agresję uznano za znak rozpoznawczy ludzkości. Choć nie twierdzę, że ludzie to aniołki pokoju, trzeba odgraniczyć od siebie morderstwo i wojnę. Wojna opiera się na ścisłej strukturze hierarchicznej, w której nie na wszystkich poziomach motorem napędowym działań jest agresja. W rzeczywistości większość po prostu wykonuje rozkazy. Żołnierze Napoleona nie wkraczali w mroźną Rosję, warcząc z agresji, podobnie jak amerykańscy żołnierze nie lecieli do Iraku, bo mieli ochotę kogoś zabić. Decyzję o wszczęciu wojny podejmują zwykle starsi mężczyźni siedzący sobie wygodnie gdzieś w stolicy. Gdy patrzę na maszerującą armię, niekoniecznie widzę agresję – raczej instynkt stadny: tysiące mężczyzn w równym kroku, gotowych w każdej chwili wykonać wydany im rozkaz.

W historii najnowszej doszło do tak wielu wojen, że często wyobrażamy sobie, że musiało być tak zawsze; że wojna jest w naszym DNA. Tak stwierdził Winston Churchill: „Historia rasy ludzkiej to Wojna. Z wyjątkiem krótkich, chwiejnych interludiów na świecie nigdy nie było pokoju; jeszcze zanim zaczęła się historia, trwały powszechne, niekończące się mordercze walki”[12]. Czy jednak naturalny stan wojny Churchilla jest choć trochę bardziej wiarygodną wizją niż szlachetny dzikus Rousseau? Choć ślady archeologiczne świadczące o przypadkach morderstw sięgają setek tysięcy lat w przeszłość, brakuje podobnych świadectw wojny (jakimi byłyby na przykład szczątki wielu ludzi z zatopioną w ich ciałach bronią) sprzed rewolucji rolniczej. Nawet mury Jerycha – mające być jednym z najstarszych świadectw działalności wojennej i zawdzięczające swoją sławę opisowi ich upadku w Starym Testamencie – mogły w rzeczywistości służyć głównie obronie przed lawinami błotnymi[13].

Nasi odlegli przodkowie byli silnie rozproszeni po powierzchni Ziemi, a łączna populacja naszego gatunku wynosiła zaledwie kilka milionów. Gęstość zaludnienia była zbliżona do tej, jaka występuje dziś w społecznościach Buszmenów, w których na jednego człowieka przypada 25 kilometrów kwadratowych. Przypuszcza się wręcz czasem, że około 70 tysięcy lat temu Homo sapiens prawie wymarł i z naszego gatunku pozostały pojedyncze rozproszone grupki, liczące łącznie zaledwie kilka tysięcy osobników[14]. Nie są to warunki sprzyjające ciągłemu toczeniu wojen. Co więcej, nasi przodkowie nie za bardzo mieli o co walczyć, zupełnie jak Buszmeni, dla których jedynym wyjątkiem są woda i kobiety. Zauważmy jednak, że dzielą się oni wodą ze spragnionymi wędrowcami i regularnie wydają swoje dzieci za członków sąsiednich społeczności. Dzięki tej drugiej praktyce grupy wiążą się ze sobą, a mężczyźni z jednej grupy są często spokrewnieni z osobami z grupy sąsiedniej. W długiej skali czasowej zabijanie członków własnego gatunku nie jest cechą przynoszącą sukces ewolucyjny.

Marshall Thomas nie zaobserwowała działań wojennych u Buszmenów, a nieobecność tarcz uznała za dowód, że rzadko walczą z obcymi. Tarcze, które łatwo wykonać z twardej skóry zwierzęcej, zapewniają skuteczną obronę przed strzałami. Ich brak pokazuje, że Buszmeni nie przejmują się zanadto agresją ze strony innych grup. Nie oznacza to oczywiście, że wojna jest całkowicie nieobecna w społecznościach przedliterackich: znamy wiele plemion, które od czasu do czasu walczą ze sobą, i pewną liczbę takich, które robią to regularnie. Przypuszczam, że dla naszych przodków wojna zawsze była pewną ewentualnością, ale zwykle oddawali się jej tak, jak robią to dzisiejsze ludy łowiecko-zbierackie, czyli w całkowitym przeciwieństwie do przypuszczeń Churchilla: długie okresy pokoju i harmonii przerywane są krótkimi epizodami przemocy[15].

Porównania z małpami człekokształtnymi nie pomagają w rozwiązaniu tej zagadki. Dziś wiemy, że szympansy czasem napadają na swoich sąsiadów i brutalnie ich mordują, małpy te zbliżyły się nieco do obrazu wojownika, który przypisujemy czasem naszemu własnemu gatunkowi. Szympansy, podobnie jak my, toczą też bitwy o terytorium. Z genetycznego punktu widzenia Homo sapiens jest jednak równie bliski innemu gatunkowi – bonobo, który zachowuje się zupełnie inaczej. Bonobo bywają nieprzyjazne wobec swoich sąsiadów, gdy tylko jednak dojdzie do konfrontacji, samice w niedługim czasie wyruszają, aby uprawiać seks z samcami i samicami z drugiej grupy. Ponieważ trudno jest uprawiać jednocześnie seks i sztukę wojenną, w niedługim czasie sytuacja zaczyna przypominać piknik. Samce z przeciwnych grup iskają się, a dzieci bawią się ze sobą nawzajem. Dotychczas nie zarejestrowano u bonobo przypadku przemocy, która skończyłaby się śmiercią[16].

Na pewno wiemy jedynie to, że nasz gatunek ma potencjał wszczynania wojen, który w określonych okolicznościach zostaje zrealizowany. Potyczki rzeczywiście wymykają się czasem spod kontroli i kończą śmiercią, zaś młodzi mężczyźni na całym świecie mają skłonność do demonstrowania swojej siły fizycznej poprzez toczenie bójek z innymi samcami, nie bacząc na konsekwencje. Z drugiej strony, przedstawiciele naszego gatunku utrzymują więzi ze swoimi krewnymi niespotykanie długo po rozstaniu się z nimi. Powstają więc złożone systemy więzi międzygrupowych, które sprzyjają wymianie ekonomicznej, a zniechęcają do wojny. Wiązanie się z członkami sąsiednich grup stanowi też formę ubezpieczenia na wypadek nieprzewidywalnych zagrożeń środowiskowych – ryzyko braku pożywienia albo wody rozkłada się na wiele grup.

Amerykańska antropolożka Polly Wiessner badała tego typu „dzielenie się ryzykiem” u Buszmenów i szczegółowo opisała ostrożne negocjacje prowadzące do uzyskania dostępu do środków leżących poza terytorium danej grupy. Rozmowy były tak delikatne i niebezpośrednie, ponieważ w relacjach międzyludzkich konkurencja nigdy tak naprawdę nie znika do końca:

W latach 70. XX wieku przeciętny Buszmen spędzał każdego roku ponad trzy miesiące poza domem. Goście i gospodarze przeprowadzali rytuał powitania, aby okazać sobie szacunek i uzyskać zgodę na wspólne obozowanie. Grupa gości siadała w cieniu drzewa z brzegu obozu. Po kilku godzinach gospodarz wychodził, aby ich powitać. Goście opowiadali następnie o warunkach panujących w domu i mieszkających tam ludziach, mówiąc w szczególny, rytmiczny sposób. Goście potwierdzali każde zdanie, powtarzając ostatnie słowa i dodając „eh he”. Następnie gospodarz opowiadał wieści ze swojej okolicy w ten sam sposób. Zwykle narzekał przy tym na brak żywności, ale goście mogli wyczytać, na ile poważne są te skargi. Jeśli były dość poważne, odpowiadali, że zostaną tylko na kilka dni. Jeśli gospodarz nie podkreślił szczególnie braków, z jakimi się zmagają, było jasne, że można zostać na dłużej. Po tej sformalizowanej wymianie zdań gości zapraszano do obozu, gdzie często wręczali podarunki, robiąc to jednak bardzo dyskretnie i skromnie, żeby nie wzbudzać zazdrości[17].