Wiek empatii.Tekst

Autor:Frans de Waal
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Rozdział 1. Biologia, z lewej i prawej strony

Rozdział 2. Ten inny darwinizm

Rozdział 3. Ciała rozmawiające z ciałami

Rozdział 4. W nie swoich butach

Rozdział 5. Słoń w pokoju

Rozdział 6. Fair play

Rozdział 7. Krzywe drewno

Bibliografia

Podziękowania

O autorze

Przypisy

© Copyright by Copernicus Center Press, 2019

Copyright © 2009 by Frans de Waal

All rights reserved.

This translation published by arrangement with Crown, an imprint

of the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC

Tytuł oryginalny

The Age of Empathy: Nature’s Lessons for a Kinder Society

Adiustacja i korekta

Gabriela Niemiec

Projekt okładki

Bartłomiej Drążkiewicz

Grafika na okładce

Kagenmi | iStock

Skład

MELES-DESIGN

ISBN 978-83-7886-420-2

Wydanie I

Kraków 2019

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Catherine, która potrafi mnie rozśmieszyć

Wstęp

Era chciwości za nami, nadchodzi czas empatii.

Globalny kryzys finansowy 2008 roku i wybór nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych doprowadziły do prawdziwego trzęsienia ziemi w społeczeństwie. Wielu ludzi poczuło się, jak gdyby obudzili się z jakiegoś koszmaru, w którym wędrowali po olbrzymim kasynie, marnotrawiąc wszystkie swoje oszczędności, podczas gdy grupka bogaczy, nieprzejmujących się losem reszty społeczeństwa, bogaciła się jeszcze bardziej. Rządy na całym świecie pompowały pieniądze w banki, próbując zapobiec ich upadkowi. Ziarno tego złego snu zostało zasiane ćwierć wieku wcześniej za sprawą modelu trickle-down economics Reagana i Thatcher oraz kojącego zapewnienia, że rynki posiadają cudowną zdolność samoregulacji. Dziś nikt już w to nie wierzy.

Amerykański świat polityki wydaje się gotowy na nową epokę, w której nacisk kładzie się na współpracę, zarówno międzynarodową, jak i w skali krajowej. Istotne jest to, co nadaje społeczeństwu jedność i co sprawia, że warto w nim żyć, a nie to, jakie można z niego wydobyć dobra materialne. Empatia staje się wielkim motywem przewodnim naszych czasów, co doskonale ilustrują przemówienia Baracka Obamy, jak to, które wygłosił do absolwentów Northwestern University w Chicago: „Myślę, że powinniśmy mówić więcej o deficycie empatii [...]. Dopiero wtedy, gdy podepniesz się pod coś większego od siebie, odkryjesz swój prawdziwy potencjał”[1].

Zasadnicza idea Wieku empatii jest taka, że natura ludzka niezwykle nam pomaga w realizacji tego szczytnego celu. Biologię zwykle przywołuje się, aby uzasadnić wizję społeczeństwa samolubnych jednostek, jednak na drodze ewolucji powstał też przecież klej, który spaja ze sobą społeczności. Jest to ten sam klej, który występuje u wielu innych gatunków zwierząt. Zgodność, koordynacja działań i troszczenie się o tych, którzy są w potrzebie, nie są ograniczone do naszego gatunku. Za ludzką empatią stoi zatem długa historia ewolucyjna – empatia naprawdę ma więc niebagatelny wiek.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Biologia, z lewej i prawej strony

Czymże jest rząd, jeśli nie najwspanialszym z obrazów ludzkie natury?

James Madison, 1788[1]

Czy naprawdę strzeżemy swych braci? Czy powinniśmy? A może tylko odwodziłoby to nas od naszego prawdziwego celu na tej Ziemi, czyli zdaniem ekonomistów konsumowania i produkowania, a zdaniem biologów przeżycia i reprodukowania? Podobieństwo tych dwóch modeli jest nieprzypadkowe – narodziły się przecież mniej więcej w tym samym czasie i w tym samym miejscu, w trakcie angielskiej rewolucji przemysłowej. Obydwa wypływają z tej samej logiki: konkurencja jest twoim przyjacielem.

Nieco wcześniej i nieco dalej na północ, w Szkocji, wyrażony jednak został inny styl myślenia. Ojciec współczesnej ekonomii Adam Smith doskonale rozumiał, że podążanie za własnym interesem musi być moderowane przez „współodczuwanie” (fellow feeling). Tak stwierdził w Teorii uczuć moralnych, książce nie tak popularnej jak Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów. Pierwsza księga rozpoczyna się od takich słów:

Jakkolwiek samolubnym miałby być człowiek, są niewątpliwie w jego naturze jakieś pierwiastki, które powodują, że interesuje się losem innych ludzi, i sprawiają, że ich szczęście jest dla niego nieodzowne, choć jedyna przyjemność, jaką może stąd czerpać, to przyjemność oglądania tego[2].

Francuscy rewolucjoniści wołali o fraternité, Abraham Lincoln odwoływał się do więzi sympatii, a Theodore Roosevelt uznał współodczuwanie za „najważniejszy czynnik prowadzący do zdrowego życia politycznego i społecznego”. Jeśli jednak to prawda, to czemu właściwie ów sentyment wyśmiewamy czasem jako, cóż, sentymentalny? Mieliśmy okazję to obserwować, gdy huragan Katrina uderzył w Luizjanę w 2005 roku. Gdy Amerykanie nie zdążyli jeszcze wyjść z szoku w obliczu tego bezprecedensowego kataklizmu, jedna ze stacji telewizyjnych uznała za stosowne zapytać, czy Konstytucja Stanów Zjednoczonych tak naprawdę przewiduje pomoc dla ofiar katastrof naturalnych. Jeden z zaproszonych gości twierdził, że nieszczęście innych w ogóle nas nie powinno interesować.

W dniu, w którym pękły wały przeciwpowodziowe, jechałem akurat z Atlanty do Alabamy, gdzie miałem wygłosić wykład na Universytecie Auburn. Ta część Alabamy nie doznała większych strat z wyjątkiem kilku obalonych drzew, ale hotel był pełen uchodźców: pokoje przepełnione były ludźmi oraz ich dziadkami, dziećmi, kotami i psami. Obudziłem się w zoo! Nie jest to być może najdziwniejsza sytuacja, jeśli się jest biologiem, jednak wydarzenie to dobrze uwidoczniło skalę tragedii. A ludzie, których spotkałem, to byli szczęśliwcy. Poranną gazetę otwierał dramatyczny nagłówek: „Dlaczego pozostawiono nas jak zwierzęta?”, po czym przytaczano relację osób, które na wiele dni pozostawiono bez jedzenia i odpowiednich warunków sanitarnych na stadionie Louisiana Super Dome.

Nagłówek ten mnie oburzył – nie dlatego, że nie było moim zdaniem na co narzekać, tylko dlatego, że zwierzęta niekoniecznie zostawiają się nawzajem w potrzebie. Mój wykład dotyczył właśnie tego tematu – mówiłem, że każdy z nas ma w sobie swoją „wewnętrzną małpę”, które nie jest wcale tak złośliwa i bezlitosna, jak się to czasem twierdzi, zaś empatia jest dla naszego gatunku czymś naturalnym. Nie twierdziłem oczywiście, że zawsze znajduje ona ujście. Tysiące ludzi, którzy mieli łatwy dostęp do samochodu i pieniędzy, opuściło Nowy Orlean, pozostawiając za sobą chorych, starych i biednych, aby ci poradzili sobie sami. W wodzie unosiły się martwe ciała, będące pożywką dla aligatorów.

Bezpośrednio po tym kataklizmie dało się jednak usłyszeć głosy dogłębnego zażenowania tym, co się wydarzyło, za którymi napłynęła niewiarygodna fala pomocy. Nie zabrakło współczucia – po prostu doszło ono do głosu za późno. Amerykanie to hojni ludzie, jednak wychowani w błędnym przekonaniu, że „niewidzialna ręka” wolnego rynku – metaforę tę wprowadził ten sam Adam Smith – zajmie się problemami społeczeństwa. Ta niewidzialna ręka nie zrobiła jednak nic, aby zapobiec odrażającemu scenariuszowi „przeżycia najlepiej przystosowanych” w Nowym Orleanie.

Brzydki sekret sukcesu gospodarczego jest taki, że czasem dochodzi do niego kosztem finansów publicznych, co sprawia, że wyłania się olbrzymia klasa obywateli „drugiej kategorii” (underclass), na których nikomu nie zależy. Katrina odsłoniła słabe punkty społeczeństwa amerykańskiego. Gdy wracałem do Atlanty, uderzyło mnie, że to ważny temat przewodni naszych czasów: wspólne dobro. Często skupiamy się na wojnach, zagrożeniu terroryzmem, globalizacji i błahych skandalach politycznych, podczas gdy zasadniczy problem brzmi: jak połączyć rozwój ekonomiczny z humanistycznymi ideałami społecznymi? Dotyczy to służby zdrowia, edukacji, wymiaru sprawiedliwości i – co pokazała Katrina – obrony przed zagrożeniami naturalnymi. Wały w Luizjanie były w opłakanym stanie. W tygodniach, które nastąpiły po powodzi, media pilnie zajmowały się wskazywaniem palcem winnych. Może to inżynierowie? Może fundusze zostały sprzeniewierzone? A może prezydent powinien był przerwać wakacje? W kraju, z którego pochodzę, palcami nie wskazuje się winnych, lecz zatyka się cieknące groble – tak przynajmniej głosi legenda. W Holandii (której znaczna część leży poniżej poziomu morza) groble są tak święte, że politycy w zasadzie nie mają w ich sprawie nic do powiedzenia: są w rękach inżynierów i władz lokalnych, starszych od samego państwa holenderskiego.

 

Gdy się nad tym zastanowić, wydarzenia te zdradzają głęboki brak zaufania do rządu, nie w skali najszerszej, ale raczej tej, w której poruszają się politycy, a więc od wyborów do wyborów.

Duch ewolucji

Pytanie o to, jak organizują się społeczeństwa, nie wydaje się odpowiednim tematem dla biologa. Powinienem zajmować się dzięciołem wielkodziobym, rolą naczelnych w rozprzestrzenianiu się AIDS albo eboli, zanikaniem lasów tropikalnych lub pytaniem, czy wyewoluowaliśmy z małp człekokształtnych. Choć niektórzy wciąż dyskutują z tą ostatnią kwestią, powszechna opinia na temat biologii uległa w ostatnich latach dramatycznej zmianie. Daleko za nami są już czasy, gdy na E.O. Wilsona wylewano kubeł zimnej wody po jego wykładzie na temat powiązań między zachowaniem ludzi i zwierząt. Porównywanie nas do zwierząt nie jest już tak kontrowersyjne, jak było kiedyś. Ułatwia to życie biologom – stąd moja decyzja, żeby pójść o krok dalej i zobaczyć, czy biologia może rzucić nieco światła na społeczeństwa ludzkie. Jeśli miałoby to oznaczać wejście w sam środek debaty politycznej, cóż, biologia od dawna jest już jej częścią. Każda dyskusja na temat społeczeństwa i rządu opiera się na silnych założeniach na temat natury ludzkiej, zwykle czynionych tak, aby zdawało się, że wynikają wprost z biologii. Rzadko jednak jest tak w rzeczywistości.

Przykładowo, zwolennicy otwartej konkurencji często odwołują się do ewolucji. Słowo na „e” pojawiło się nawet w niechlubnej mowie o chciwości Gordona Gekko, granego przez Michaela Douglasa bezlitosnego spekulanta giełdowego z filmu Wall Street z 1987 roku:

Rzecz w tym, panie i panowie, że „chciwość” – przy braku lepszego słowa – jest dobra. Chciwość jest słuszna. Chciwość działa. Chciwość oczyszcza, rozcina i wyraża samą esencję ducha ewolucji.

Duch ewolucji? Dlaczego założenia na temat biologicznej strony człowieka zawsze są negatywne? W naukach społecznych naturę ludzką opisuje się poprzez stare Hobbesowskie powiedzenie: homo homini lupus („człowiek człowiekowi wilkiem”) – wątpliwe stwierdzenie na temat naszego gatunku oparte na nieuzasadnionych założeniach na temat innego gatunku. Biolog badający związki pomiędzy społeczeństwem i naturą ludzką nie robi więc tak naprawdę niczego nowego. Jedyna różnica polega na tym, że zamiast starać się uzasadnić określoną ideologię, biolog szczerze interesuje się tym, jaka jest naprawdę natura ludzka i jakie są jej źródła? Czy duch ewolucji naprawdę kończy się na chciwości, jak twierdził Gekko, czy też kryje się w nim coś więcej?

Badacze prawa, ekonomii i polityki nie mają narzędzi, które pozwoliłyby im spojrzeć na społeczeństwo obiektywnie. Z czym będą je porównywać? Rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek, korzystają z potężnego zasobu wiedzy na temat zachowania ludzkiego, które zgromadzili antropolodzy, psycholodzy, biolodzy czy neuronaukowcy. Gdyby trzeba było podsumować wyniki tych nauk w jednym krótkim stwierdzeniu, brzmiałoby ono tak: jesteśmy zwierzętami stadnymi, nakierowanymi na współpracę, wyczulonymi na niesprawiedliwość, czasem podżegającymi do wojny, zwykle jednak miłującymi pokój. Społeczeństwo, które stoi w opozycji do tych skłonności, nie może być stabilne. Oczywiście jesteśmy też zwierzętami silnie zmotywowanymi, aby osiągać wyższy status, lepsze terytorium i zapewnić sobie stabilny dostęp do pożywienia; społeczeństwo, które zapomni o tym, również nie będzie optymalnie zorganizowane. Nasz gatunek ma swoją stronę społeczną i stronę samolubną. Ponieważ jednak zwykle silniej podkreśla się to drugie, przynajmniej na Zachodzie, tu skupię się na tym pierwszym: naturze empatii i jedności społecznej.

Istnieją ekscytujące nowe badania na temat źródeł altruizmu i uczciwości u ludzi i innych zwierząt. Przykładowo, jeśli dwóm małpom da się skrajnie różne nagrody za wykonanie tego samego zadania, to ta, która jest gorzej traktowana, odmówi współpracy. Wiemy też, że ludzie potrafią odmówić pieniędzy, jeśli uważają, że rozdział środków jest niesprawiedliwy. Skoro jakikolwiek zysk powinien wygrać z żadnym, oznacza to, że zarówno małpy, jak i ludzie nie stosują się z pełną konsekwencją do prostej zasady dążenia do zysku. Skoro sprzeciwiają się tego typu przejawom nieuczciwości, możemy uznać, że choć ważne są nagrody, u gatunków tych występuje też naturalna niechęć do niesprawiedliwości.

Wydajemy się jednak coraz bardziej zbliżać do społeczeństwa bez jakiejkolwiek solidarności, w którym wielu ludzi powinno spodziewać się gorszego traktowania. Pogodzenie tego trendu ze starymi, dobrymi wartościami chrześcijańskimi, jak troszczenie się o chorych i ubogich, może wydawać się niemożliwe, ale jedną z powszechnych strategii jest wskazywanie palcem na ofiary. Jeśli biednych można obwiniać o to, że są biedni, wszyscy pozostali mogą odetchnąć spokojnie. Rok po Katrinie znany polityk konserwatywny Newt Gingrich ogłosił więc konieczność zbadania „zaniedbania zachowań obywatelskich” przez ludzi, którzy nie zdołali uciec przez huraganem[3].

Osoby, które kładą duży nacisk na wolność jednostki, często uważają wspólny interes za ideę romantyczną, dobrą dla mięczaków i komunistów. Opowiadają się za zasadą „każdy za siebie”. Przykładowo, zamiast wydawać pieniądze na wały, które chronią duży obszar, czy nie powinniśmy indywidualnie zadbać o swoje bezpieczeństwo? Nowo założona na Florydzie firma proponuje właśnie coś takiego: oferuje miejsca w prywatnych samolotach, którymi można uciec z miejsc zagrożonych klęską żywiołową. W ten sposób ci, których na to stać, nie będą musieli wlec się dziesięć kilometrów na godzinę, wyjeżdżając ze strefy powodziowej z resztą społeczeństwa.

Każde społeczeństwo musi sobie jakoś poradzić z podejściem typu „ja pierwszy”. Obserwuję to każdego dnia. Nie mówię jednak teraz o ludziach, ale o szympansach w Yerkes National Primate Research Center, gdzie pracuję. W naszej stacji badawczej, na północny wschód od Atlanty, szympansy mieszkają w wielkich zagrodach na świeżym powietrzu. Czasem dostają jedzenie do podziału, na przykład arbuzy. Większość małp pcha się, aby szybko położyć łapy na kawałku pożywienia, ponieważ gdy już to się stanie, rzadko zostaje on zabrany przez innych. Własność jest rzeczywiście dość silnie szanowana i dominujące samce pozwalają zatrzymać pokarm nawet zajmującym najniższe miejsce w strukturze społecznej samicom. Do tych osobników, którzy mają pożywienie, podchodzą często inni z wyciągniętymi rękami. Gest, którym szympansy proszą o pokarm, jest też uniwersalnym gestem żebrania u ludzi. Małpy proszą i jęczą, dosłownie skomląc w twarz posiadaczom pokarmu. Jeśli nic nie dostaną, czasem urządzają awanturę: wrzeszczą i toczą się po ziemi, jak gdyby to był koniec świata.


Szympansy proszą o jedzenie, wyciągając otwartą rękę, czyli tak samo jak przedstawiciele naszego gatunku

Zmierzam do tego, że występuje tu zarówno własność, jak i dzielenie się. Ostatecznie, zwykle w ciągu około dwudziestu minut, wszystkie szympansy w grupie mają coś do jedzenia. Posiadacze dzielą się z najlepszymi przyjaciółmi i rodziną, którzy z kolei dają swoim przyjaciołom i rodzinie. Cała scena jest w gruncie rzeczy dość pokojowa, choć dochodzi do rozmaitych przepychanek o pozycję. Wciąż pamiętam, gdy w trakcie filmowania jednej z takich scen kamerzysta odwrócił się do mnie i powiedział: „Muszę to pokazać dzieciom, może się czegoś nauczą”.

Nie wierzcie więc tym, którzy mówią, że musimy walczyć o przetrwanie, bo taka jest natura. Wiele zwierząt przeżywa nie poprzez eliminowanie innych i przywłaszczanie sobie wszystkich zasobów, lecz poprzez współpracę i dzielenie się. Stosuje się to na pewno do zwierząt polujących w grupach, takich jak wilki czy orki, ale też do naszych najbliższych krewnych, czyli naczelnych. W badaniu przeprowadzonym w Parku Narodowym Taï na Wybrzeżu Kości Słoniowej zaobserwowano szympansy, które opiekowały się swoimi zranionymi przez lamparty kompanami, liżąc ich rany, starannie oczyszczając je z brudu i odganiając gromadzące się wokół nich muchy. Chroniły rannych towarzyszy, spowalniając pochód, jeśli ci nie nadążali. Wszystko to jest całkowicie zrozumiałe, jeśli przypomnimy sobie, że szympansy mają dobry powód, by żyć w grupie, zupełnie jak wilki i ludzie. Jeśli człowiek jest człowiekowi wilkiem, to jest tak pod wszystkimi względami, nie tylko tymi negatywnymi. Nie bylibyśmy teraz tu, gdzie jesteśmy, gdyby nasi przodkowie byli społecznie nieprzystosowani.

Potrzebna jest więc całkowita rewolucja w tym, jak postrzegamy naturę ludzką. Zbyt wielu ekonomistów i polityków modeluje społeczeństwo ludzkie jako wieczną walkę, która ich zdaniem występuje w przyrodzie – i która jest tak naprawdę czczym wymysłem. Zachowują się jak magik, który najpierw podrzuca swoje założenia ideologiczne do kapelusza natury, aby następnie wyciągnąć je triumfalnie za uszy, demonstrując nam, jak bardzo świat przyrody zgadza się z ich poglądami. To sztuczka, na którą zbyt długo dawaliśmy się złapać. Jest jasne, że w świecie występuje konkurencja, jednak ludzie nie mogą żyć, jeśli ograniczą się tylko do niej.

Nadmiernie obcałowane dziecko

Niemiecki filozof Immanuel Kant cenił życzliwość mniej więcej tak wysoko, jak wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Dick Cheney cenił oszczędzanie energii. Cheney powiedział kiedyś kpiąco, że oszczędzanie „świadczy o cnotach osobistych”, co jednak niestety nie pomoże w niczym planecie. Kant określił współczucie jako „piękne”, jednak nieistotne dla dobrego życia. Komu potrzeba czułości, gdy liczy się tylko obowiązek?

Żyjemy w epoce, w której szczególnie ceni się intelekt, a na emocje patrzy się z góry, jako na coś ckliwego i zawiłego. Co gorsza, emocje trudno się kontroluje, a czyż samokontrola nie jest właśnie tym, co czyni nas ludźmi? Współcześni filozofowie są jak pustelnicy, wyrzekający się pokus życia, próbujący trzymać się z dala od ludzkich namiętności. Podobnie jednak jak pustelnicy, którzy i tak śnią o pięknych damach i sutych posiłkach, filozofowie nie mogą ominąć problemu podstawowych potrzeb, żądz i obsesji gatunku, który, ku ich rozpaczy, jest mimo wszystko zbudowany z krwi i kości. Idea „czystego rozumu” to czysta fikcja.

Jeśli moralność wywodzi się z abstrakcyjnych zasad, to dlaczego sądy moralne często przychodzą nam błyskawicznie? Praktycznie nie musimy się nad nimi zastanawiać. Psycholog Jonathan Haidt uważa, że dochodzimy do nich intuicyjnie. Przedstawiał badanym historie, których bohaterowie zachowywali się w niepokojący sposób (jedna z nich opowiadała o romansie między bratem i siostrą) – reakcją był natychmiastowy protest. Następnie podważał każdy argument, który przedstawiali badani, aż wyczerpali oni wszystkie swoje uzasadnienia. Przykładowo, na argument, że kazirodztwo prowadzi do ujawniania się wad genetycznych, Haidt odpowiadał, że rodzeństwo stosowało skuteczne formy antykoncepcji. Większość badanych w krótkim czasie docierała do etapu „moralnego osłupienia”: upierali się, że zachowanie jest złe, nie będąc jednak w stanie wyjaśnić dlaczego.

Jest jasne, że często dokonujemy szybkich osądów moralnych, kierując się instynktem. Decydują za nas nasze emocje, po czym do głosu dochodzi rozum, podsuwający różne wiarygodne uzasadnienia tej decyzji. Gdy podważony zostaje prymat rozumu, do łask powracają przedkantowskie podejścia do moralności. Moralność jest w nich zakorzeniona w „uczuciach” (sentiments) – pogląd ten dobrze koresponduje z tym, co mówią nam teoria ewolucji, współczesna neuronauka i wiedza o zachowaniach naszych krewnych z rzędu naczelnych. Nie oznacza to od razu, że małpy są istotami moralnymi, jednak zgadzam się z Darwinem, który w O pochodzeniu człowieka uznał moralność ludzką za przedłużenie zachowań społecznych zwierząt:

U każdego zwierzęcia obdarzonego dobrze rozwiniętymi instynktami społecznymi mógłby wykształcić się zmysł moralny, czyli sumienie, gdyby tylko jego władze umysłowe rozwinęły się w takim samym lub prawie takim samym stopniu jak u człowieka[4].

 

Czym są owe instynkty społeczne? Co sprawia, że interesuje nas zachowanie innych lub – mówiąc prościej – po prostu sami ci inni? Sąd moralny to oczywiście coś bardziej zaawansowanego, ale zainteresowanie innymi jest zjawiskiem fundamentalnym. Czym byłaby moralność ludzka, gdyby nie ono? To na nim spoczywa wszystko inne[5].

Wiele dzieje się na poziomie ciała, o którym rzadko myślimy. Gdy słuchamy smutnej historii, nieświadomie pochylamy ramiona, przechylamy głowę w bok i robimy zatroskaną minę, zupełnie jak nasz rozmówca. Te zmiany cielesne wywołują z kolei to samo uczucie przygnębienia, które postrzegamy u niego. To nie jest po prostu tak, że następuje połączenie umysłów – to raczej nasze ciała upodabniają się do siebie. To samo dotyczy również bardziej pozytywnych emocji. Pamiętam, że pewnego razu wyszedłem z restauracji i zastanowiło mnie, dlaczego właściwie gwiżdżę pod nosem. Skąd wziął się ten mój dobry nastrój? Odpowiedź brzmi: ponieważ siedziałem obok dwóch mężczyzn, najwyraźniej dobrych przyjaciół, którzy nie widzieli się od dłuższego czasu. Klepali się po plecach, śmiali, opowiadali zabawne historyjki. To wyraźnie poprawiło mi nastrój, choć nie znałem tych mężczyzn i nie uczestniczyłem w ich rozmowie.

Przekaz emocji za pośrednictwem wyrazu twarzy i mowy ciała jest tak silny, że ludzie robiący to na co dzień zaczynają zupełnie dosłownie upodabniać się do siebie. Przetestowano to na próbce par żyjących ze sobą przez długie lata w związku. Zestawiono ze sobą ich zdjęcia w dniu ślubu oraz wykonane dwadzieścia pięć lat później. Następnie poproszono niezwiązane z nimi osoby o ocenienie, jak bardzo podobne do siebie są przedstawione na zdjęciach osoby. Badani nie mieli trudności w dopasowaniu do siebie małżonków na podstawie zdjęć wykonanych w starszym wieku. To samo nie udawało się jednak dla zdjęć wykonanych za młodu. Małżonkowie z długim stażem przypominają więc siebie nawzajem nie dlatego, że wiążą się z podobnymi do siebie osobami, lecz dlatego, że z biegiem czasu cechy ich twarzy upodabniają się do siebie. Podobieństwo było ponadto najsilniejsze w przypadku par, które zgłaszały, że są najbardziej szczęśliwe. Codzienne dzielenie emocji prowadzi więc najwyraźniej do „internalizacji” partnerów przez siebie nawzajem do tego stopnia, że widać gołym okiem, jak bardzo do siebie pasują.

Trudno mi powstrzymać się tu przed dodaniem, że psy i ich właściciele też czasem wyglądają podobnie. To jednak inny mechanizm. Rzeczywiście da się poprawnie dopasować zdjęcia ludzi i ich psów, jednak tylko w przypadku psów czystej rasy. Nie da się tego zrobić z kundlami. Psy rasowe są oczywiście starannie wybierane przez właścicieli, którzy płacą za nie spore czasem pieniądze. Elegancka dama może mieć ochotę na spacerowanie z wilczarzem, a ktoś o silnym charakterze wybierze raczej rottweilera. Ponieważ stopień podobieństwa nie zwiększa się wraz z upływem lat spędzonych wspólnie przez psa i człowieka, kluczowym czynnikiem jest wybór rasy. To coś innego niż emocjonalne zbliżanie się do siebie małżonków.

Nasze ciała i umysły są stworzone do życia społecznego i gdy go brakuje, ogarnia nas głęboka depresja. To dlatego uwięzienie w samotności jest najgorszym wyrokiem, na jaki można kogoś skazać, zaraz po karze śmierci. Więzi międzyludzkie są dla nas tak dobre, że najbardziej skutecznym sposobem przedłużenia przewidywanej długości życia jest wzięcie ślubu i wytrwanie w małżeństwie. Wiąże się z tym jednak ryzyko straty partnera. Śmierć małżonka często prowadzi do poczucia beznadziei i utraty chęci życia, co tłumaczy występujące u pozostałych przy życiu małżonków wypadki samochodowe, nadużywanie alkoholu, choroby serca czy choroby nowotworowe. Śmiertelność pozostaje podwyższona przez mniej więcej pół roku po śmierci małżonka, a jej wzrost jest większy u osób młodych niż u starszych i u mężczyzn niż u kobiet.

Nie inaczej wygląda sytuacja u zwierząt. Ja sam straciłem w ten sposób dwa zwierzęta domowe. Pierwszym była kawka, którą wychowałem od małego. Johan był oswojony i przyjazny, jednak nie był do mnie przywiązany. Jego miłością życia była samica jego własnego gatunku o imieniu Rafia. Żyli razem przez lata, aż pewnego dnia Rafia uciekła z ptaszarni na świeżym powietrzu, w której mieszkała – podejrzewam, że jakieś ciekawskie dziecko z sąsiedztwa otworzyło drzwiczki. Pozostawiony w samotności Johan spędzał całe dnie na nawoływaniu i wpatrywaniu się w niebo. Zmarł w ciągu kilku tygodni.

Drugim zwierzakiem w podobnej sytuacji była nasza kotka syjamska Sarah, która jeszcze jako kocię została adoptowana przez wielkiego kocura Diego, który lizał ją i czyścił, pozwolił jej naciskać na swój brzuch, jak robią to kociaki z brzuchem karmiącej matki, i często spał z nią na jednym posłaniu. Przez mniej więcej dziesięć lat byli najlepszymi kumplami, aż Diego zmarł ze starości. Mimo że Sarah była młodsza i całkowicie zdrowa, przestała jeść i zmarła dwa miesiące po Diego, choć weterynarz nie był w stanie wykryć u niej żadnej choroby.

Są oczywiście tysiące tego typu historii, w których zwierzęta nie chcą opuścić tych, których kochają. Nie jest niezwykłe u niektórych naczelnych, że matki noszą ze sobą swoje martwe dzieci tak długo, aż zostaje z nich tylko skóra i kości. Samica pawiana w Kenii, która właśnie straciła dziecko, stała się niezwykle pobudzona, gdy tydzień później rozpoznała krzew na sawannie, pod którym zostawiła jego ciało. Wspięła się na wysokie drzewo, rozglądając się i zawodząc płaczliwe w sposób, w jaki zwykle wołają pawiany oddzielone od grupy. Obserwowano słonie, które powracają do ciał swoich martwych towarzyszy, aby stać uroczyście nad ich zbielałymi w słońcu kośćmi. Potrafią tak spędzić nawet godzinę, delikatnie przewracając kości i je wąchając. Czasem zabierają te kości ze sobą, jednak obserwowano też osobniki, które później odnosiły je z powrotem na „cmentarz”.

Jesteśmy czasem pod tak wielkim wrażeniem zwierzęcej lojalności, że poświęcamy jej pomniki. W Edynburgu znajduje się niewielka rzeźba zatytułowana Greyfriars Bobby, na cześć skye terriera o tym imieniu, który przez czternaście lat nie odstępował od grobu swojego pana, zmarłego w 1858 roku. Poruszeni tym lokalni mieszkańcy przynosili mu jedzenie, a po śmierci psa pochowali go w pobliżu grobu jego właściciela. Na nagrobku napisano: „Niech jego lojalność i poświęcenie będzie lekcją dla nas wszystkich”. Podobny pomnik postawiono w Tokio psu rasy akita o imieniu Hachikō, który każdego dnia przychodził na stację Shibuya, aby powitać swojego pana, gdy ten wracał z pracy. Pies stał się sławny, gdy po śmierci opiekuna w 1925 roku nie przerwał swojego zwyczaju. Przez jedenaście lat Hachikō przychodził o tej samej porze na dworzec. Miłośnicy psów do dziś zbierają się raz do roku przy wyjściu ze stacji, teraz nazywającym się Hachikō, aby upamiętnić jego wierność.

Wzruszające historie, można by powiedzieć, ale co mają wspólnego z zachowaniem ludzi? Rzecz w tym, że jesteśmy ssakami, a więc zwierzętami, u których występuje obligatoryjna opieka matczyna. Jest oczywiste, że więzi między osobnikami mają potężne znaczenie dla przeżycia u członków tej gromady, przy czym kluczowa jest więź między matką i potomstwem. Więź ta stanowi ewolucyjny szablon dla wszystkich pozostałych więzi, również tych pomiędzy dorosłymi. Nie powinno nas więc dziwić, że ludzie uwielbiają wracać do etapu dzieciństwa, podając sobie nawzajem do ust kawałki jedzenia albo wygadując różne głupotki dziecięcym głosem, jakim zwykle mówi się do niemowlaków. Ja sam dorastałem, słuchając piosenki Beatlesów I Wanna Hold Your Hand (Chcę cię trzymać za rękę) – kolejna taka regresja.

Jeden program badań na zwierzętach miał w istocie olbrzymi, konkretny wpływ na to, jak my, ludzie, traktujemy siebie nawzajem. Sto lat temu w domach dla podrzutków i sierocińcach postępowano zgodnie z zaleceniami szkoły psychologicznej, która wywołała moim zdaniem więcej szkód niż jakakolwiek inna: behawioryzmu. Jej nazwa wywodzi się od przekonania, że nauka jest w stanie obserwować i poznać wyłącznie zachowanie – behawior – a więc tylko ono powinno nas interesować. Umysł, jeśli coś takiego w ogóle istnieje, powinien pozostać czarną skrzynką. Emocje są zasadniczo nieistotne. Postawa taka doprowadziła do nałożenia tabu na dyskusje o życiu wewnętrznym zwierząt: opisywano je jak maszyny, a badaczom zachowań zwierząt zalecano opracowanie słownictwa, które w żaden sposób nie nawiązywało do rzeczywistości ludzkiej. Co zabawne, rada ta przynajmniej w jednym przypadku obróciła się przeciwko jej autorom. „Więź” to określenie, które proponowano początkowo jako alternatywę dla takich antropomorficznych słów jak „przyjaciel” czy „towarzysz”. Termin ten stał się jednak z czasem tak popularny w odniesieniu do relacji międzyludzkich (mówi się wszak o „męskich więziach” albo „więziach towarzyskich”), że niedługo będzie trzeba zaprzestać używania go w opisie zwierząt.

Ojciec behawioryzmu John Watson wykazał przekonująco, że ludzie postępują zgodnie z tym samym prawem efektu co zwierzęta: w charakterze demonstracji sam zaszczepił w ludzkim dziecku lęk przed włochatymi obiektami[6]. Z początku „mały Albert” wesoło bawił się z białym królikiem. Gdy jednak Watson zaczął głośno uderzać młotkiem w schowany za głową dziecka stalowy pręt za każdym razem, gdy pojawiał się królik, po niedługim czasie u Alberta wykształciła się reakcja lękowa. Od tego momentu Albert zasłaniał oczy i płakał, gdy ujrzał królika (lub eksperymentatora).