Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla T&T

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

22 lu­te­go 2014 roku za­mie­ści­łam wpis na moim blo­gu. Da­łam mu ty­tuł: „Dla­cze­go nie roz­ma­wiam już z bia­ły­mi o ko­lo­rze skó­ry”.

Oto on:

„Prze­sta­łam wda­wać się w dys­ku­sje z bia­ły­mi na te­mat rasy. Nie wszyst­ki­mi bia­ły­mi, lecz tyl­ko z ogrom­ną więk­szo­ścią, któ­ra nie chce przy­jąć do wia­do­mo­ści ist­nie­nia ra­si­zmu struk­tu­ral­ne­go i jego symp­to­mów. Nie mogę dłu­żej prze­rzu­cać mo­stów nad ot­chła­nią emo­cjo­nal­ne­go zo­bo­jęt­nie­nia oka­zy­wa­ne­go przez bia­łych, gdy oso­ba o in­nym ko­lo­rze skó­ry dzie­li się swo­im do­świad­cze­niem. Nie mogę pa­trzeć, jak za­ci­ska­ją po­wie­ki i prze­sta­ją nas sły­szeć, jak­by ktoś są­czył im do uszu me­la­sę i za­ty­kał prze­wo­dy słu­cho­we.

To, że odłą­cza­ją się emo­cjo­nal­nie, jest skut­kiem ży­cia w nie­uświa­do­mio­nym po­czu­ciu, że ich ko­lor skó­ry jest nor­mą, a wszyst­kie inne – od­stęp­stwem od niej. W naj­lep­szym wy­pad­ku bia­li uczą się nie wspo­mi­nać o tym, że ko­lo­ro­wi są «inni», żeby przy­pad­kiem nas nie ura­zić. Na­praw­dę my­ślą, że ich do­świad­cze­nia ży­cio­we wy­ni­kłe z ta­kie­go, a nie in­ne­go ko­lo­ru skó­ry są i po­win­ny być uni­wer­sal­ne. Nie mogę dłu­żej pa­trzeć na to zdu­mie­nie i nie­chęć, z ja­ki­mi przyj­mu­ją fakt, że nie każ­dy do­świad­cza świa­ta tak samo jak oni. Ni­g­dy nie mu­sie­li na­my­ślać się nad tym, jak by­cie bia­łym łą­czy się z wła­dzą, więc ile­kroć ktoś de­li­kat­nie im o tym przy­po­mi­na, przyj­mu­ją to jako afront. Oczy za­cho­dzą im mgieł­ką (nuda) albo sze­ro­ko się otwie­ra­ją (obu­rze­nie). Usta drżą lek­ko, szy­ku­ją się do obro­ny. Już, już chcą ci prze­rwać, za­ga­dać cię, a nie uczci­wie wy­słu­chać, bo prze­cież coś ci się po­my­li­ło.

Chcąc zro­zu­mieć ra­sizm struk­tu­ral­ny, na­dal mu­si­my przy­zna­wać pierw­szeń­stwo uczu­ciom bia­łych. Ci zaś, na­wet je­śli nas sły­szą, to na­praw­dę nie słu­cha­ją. Jak gdy­by coś dzia­ło się ze sło­wa­mi po wy­do­by­ciu się z na­szych gar­deł, za­nim do­trą do ich uszu. Na­po­ty­ka­ją ba­ry­ka­dę i tam się za­trzy­mu­ją.

W ten spo­sób do­cho­dzi do emo­cjo­nal­ne­go odłą­cze­nia. Nie jest to wiel­ka nie­spo­dzian­ka, bo prze­cież ni­g­dy nie mie­li po­ję­cia, co zna­czy trak­to­wać oso­bę o in­nym ko­lo­rze skó­ry jak rów­ne­go so­bie, ko­goś, kto ma rów­nie war­to­ścio­we my­śli i uczu­cia jak oni. W do­ku­men­cie Lee Mun Waha The Co­lor of Fear1 zo­ba­czy­łam, jak lu­dzie o ciem­nej skó­rze, bli­scy pła­czu, usi­łu­ją prze­ko­nać aro­ganc­kie­go bia­łe­go, że to, co mówi, na­rzu­ca im i po­wie­la bia­łe ra­si­stow­skie ste­reo­ty­py. Pa­trzy on nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, kom­plet­nie zbi­ty z tro­pu przez ten ból, w naj­lep­szym ra­zie ba­ga­te­li­zu­jąc go, w naj­gor­szym – wy­śmie­wa­jąc.

Pi­sa­łam już kie­dyś o tym bia­łym wy­par­ciu jako o wszech­obec­nej po­li­ty­ce, któ­ra w swo­im funk­cjo­no­wa­niu opie­ra się na im­ma­nent­nej nie­wi­dzial­no­ści rasy. Nie mogę dłu­żej roz­ma­wiać z bia­ły­mi o ra­sie, bo gdy się im zwró­ci na nią uwa­gę, za­czy­na­ją się wszyst­kie­go wy­pie­rać, wy­ko­nu­ją nie­zdar­ne men­tal­ne wy­gi­ba­sy i akro­ba­cje. No bo kto chce, by przy­po­mi­na­no mu o in­sty­tu­cjo­nal­nym sys­te­mie, któ­ry przy­no­si mu ko­rzy­ści kosz­tem in­nych?

Nie mogę kon­ty­nu­ować tej roz­mo­wy, po­nie­waż czę­sto przy­stę­pu­je­my do niej z bar­dzo róż­nych po­zio­mów. Nie mogę oma­wiać szcze­gó­łów pro­ble­mu z kimś, kto nie do­strze­ga jego ist­nie­nia. Jesz­cze go­rzej, gdy oso­ba bia­ła może i by­ła­by skłon­na roz­wa­żyć moż­li­wość ist­nie­nia te­goż ra­si­zmu, ale uwa­ża, że roz­ma­wia­my jak rów­ny z rów­nym. Otóż nie.

Nie mó­wiąc już o tym, jak nie­bez­piecz­ne jest dla mnie wcho­dze­nie w dys­ku­sję z po­le­micz­nie na­sta­wio­ny­mi bia­ły­mi. Gdy pod­no­si się szmer dez­apro­ba­ty i na­ra­sta prze­ko­ra, mu­szę mieć się na bacz­no­ści, bo je­śli oka­żę złość, fru­stra­cję albo roz­draż­nie­nie bra­kiem zro­zu­mie­nia z ich stro­ny, na­tych­miast przy­wo­ła­ją z pa­mię­ci ra­si­stow­skie fi­gu­ry złych czar­nych, któ­rzy dy­bią na nich i na ich bez­pie­czeń­stwo. I z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem po­my­ślą, że ich za­drę­czam albo za­stra­szam. Bia­li przy­ja­cie­le przy­pusz­czal­nie sta­ną za nimi mu­rem i będą się wza­jem­nie za­pew­niać o praw­dzi­wo­ści wła­snej wer­sji hi­sto­rii. Pró­by na­wią­zy­wa­nia z nimi po­ro­zu­mie­nia i ste­ro­wa­nia ich ra­si­zmem nie są war­te wy­sił­ku.

W każ­dej roz­mo­wie o tym, jak to Mili Bia­li Lu­dzie czu­ją, że od­bie­ra im się głos, gdy mowa o ra­sie, po­ja­wia się pa­ra­dok­sal­ny, to­tal­ny brak zro­zu­mie­nia czy em­pa­tii dla tych z nas, któ­rzy zo­sta­li w wi­docz­ny spo­sób na­zna­cze­ni jako inni i po­no­szą tego kon­se­kwen­cje przez całe ży­cie. Lu­dzie o od­mien­nym ko­lo­rze skó­ry są ska­za­ni na praw­dzi­wą do­ży­wot­nią au­to­cen­zu­rę. Mamy do wy­bo­ru – wy­po­wia­dać swo­ją praw­dę i szy­ko­wać się na od­wet albo trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi i uda­wać, że nic się nie sta­ło. Swo­ją dro­gą dziw­ne musi to być ży­cie: za­wsze mieć pra­wo gło­su i wpa­dać w obu­rze­nie, kie­dy pro­szą, że­byś wresz­cie, dla od­mia­ny, po­słu­chał. Wy­ni­ka to chy­ba, jak są­dzę, z ni­g­dy nie­pod­wa­ża­ne­go prze­świad­cze­nia bia­łych o wła­snym uprzy­wi­le­jo­wa­niu.

Nie mogę dłu­żej za­mę­czać się psy­chicz­nie, pró­bu­jąc ko­mu­ni­ko­wać mój punkt wi­dze­nia, jed­no­cze­śnie ba­lan­su­jąc na bar­dzo roz­huś­ta­nej li­nie, aby przy­pad­kiem nie za­rzu­cić żad­ne­mu bia­łe­mu współ­udzia­łu w utrwa­la­niu ra­si­zmu struk­tu­ral­ne­go i nie na­ra­zić się na ostra­cyzm.

Tak więc nie roz­ma­wiam już z bia­ły­mi o ra­sie. Nie mogę zmie­nić świa­ta, nie mam tak wiel­kiej siły prze­bi­cia, ale mogę wy­zna­czyć gra­ni­ce. Mogę prze­ciw­sta­wić się ich po­czu­ciu uprzy­wi­le­jo­wa­nia wo­bec mnie. Za­cznę od prze­rwa­nia roz­mo­wy. Sza­la jest za­nad­to prze­chy­lo­na na ich ko­rzyść. Czę­sto wca­le nie chcą słu­chać i się uczyć; je­dy­ne, cze­go pra­gną, to eg­ze­kwo­wać swo­ją siłę, udo­wod­nić, że nie mam ra­cji, wy­czer­pać mnie emo­cjo­nal­nie i po­twier­dzić sta­tus quo. Nie roz­ma­wiam z bia­ły­mi o ra­sie, je­śli nie jest to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Je­śli zo­sta­nę po­pro­szo­na o wy­stęp w me­diach czy na kon­fe­ren­cji, co bę­dzie ozna­cza­ło, że ktoś może usły­szeć, co mam do po­wie­dze­nia i po­czuć się mniej sa­mot­ny, nie od­mó­wię udzia­łu. Ale nie za­da­ję się już z tymi, któ­rzy za­miast słu­chać, chcą mnie wy­śmiać i szcze­rze mó­wiąc, nie za­słu­gu­ją na uwa­gę”.

Klik­nę­łam „pu­bli­kuj” i wpis na blo­gu za­czął żyć wła­snym ży­ciem. Po la­tach na­dal spo­ty­kam, w róż­nych kra­jach i sy­tu­acjach, nowe oso­by, któ­re mó­wią mi, że go czy­ta­ły. W 2014 roku, kie­dy lin­ko­wa­no go w ca­łym in­ter­ne­cie, szy­ko­wa­łam się na nie­chyb­ną la­wi­nę ra­si­stow­skich ko­men­ta­rzy. Od­zew oka­zał się zu­peł­nie inny, tak bar­dzo, że nie wie­rzy­łam wła­snym oczom.

W od­po­wie­dziach wy­raź­nie za­ry­so­wał się po­dział we­dług ras. Do­sta­łam mnó­stwo wia­do­mo­ści od czar­nych i brą­zo­wych. Całą masę po­dzię­ko­wań i uwag typu „wy­ra­zi­łaś moje do­świad­cze­nie”. Do­no­szo­no mi o łzach wzru­sze­nia, dys­ku­to­wa­no tro­chę o tym, jak po­dejść do pro­ble­mu, czę­sto wy­so­ko ce­niąc dzia­ła­nia edu­ka­cyj­ne jako spo­sób na osią­gnię­cie po­ro­zu­mie­nia. Te wia­do­mo­ści do­da­wa­ły mi otu­chy. Wie­dzia­łam, jak trud­no jest ubrać w sło­wa to po­czu­cie fru­stra­cji, dla­te­go gdy róż­ne oso­by kon­tak­to­wa­ły się ze mną i dzię­ko­wa­ły za ob­ja­śnie­nie tego, z cze­go wy­tłu­ma­cze­niem bo­ry­ka­ły się przez całe swo­je ży­cie, cie­szy­łam się, że do­po­mo­głam. Wie­dzia­łam, że je­śli ja czu­ję się mniej sa­mot­na, to oni za­pew­ne też.

Nie spo­dzie­wa­łam się na­to­miast wy­bu­chu emo­cji lu­dzi bia­łych, któ­rym zda­wa­ło się, że moje po­sta­no­wie­nie o nie­roz­ma­wia­niu z bia­ły­mi o ra­si­zmie umniej­sza ja­koś ten świat, i że to ab­so­lut­na tra­ge­dia. Ich od­czu­cia naj­le­piej chy­ba opi­sać sło­wa­mi: „Do­bi­jasz nas”.

„Nie masz po­ję­cia, jak strasz­nie mi przy­kro, że tak się przez nas czu­jesz – na­pi­sał ktoś w ko­men­ta­rzu. – Jako bia­ły, je­stem bo­le­śnie za­że­no­wa­ny sys­te­mo­wym przy­wi­le­jem, któ­re­go ist­nie­nia nie uzna­je­my, a cie­szy­my się nim na co dzień. Wstyd mi tym bar­dziej, że sam uświa­do­mi­łem to so­bie do­pie­ro ja­kieś dzie­sięć lat temu”.

Inny ko­men­ta­tor ape­lo­wał: „Nie prze­sta­waj roz­ma­wiać z bia­ły­mi, mó­wisz ja­sno i o waż­nych rze­czach, ist­nie­ją prze­cież spo­so­by na do­tar­cie ze swo­im prze­sła­niem”. Jesz­cze ktoś inny, tym ra­zem czar­ny, na­pi­sał: „To okrop­nie żmud­ne za­da­nie, prze­ko­ny­wa­nie lu­dzi, ale nie po­win­ni­śmy da­wać za wy­gra­ną”. Na ko­niec usły­sza­łam po pro­stu: „Pro­szę, nie spi­suj bia­łych na stra­ty”.

Te od­po­wie­dzi, choć peł­ne sym­pa­tii, po­twier­dza­ły ist­nie­nie tej sa­mej ot­chła­ni nie­zro­zu­mie­nia, o któ­rej pi­sa­łam na blo­gu. Wy­da­wa­ło się, że po­my­lo­no ad­re­sa­ta mo­je­go tek­stu. Nie pi­sa­łam go wca­le z za­mia­rem obu­dze­nia wy­rzu­tów su­mie­nia u bia­łych albo ob­ja­wie­nia im ja­kiejś praw­dy. Wte­dy nie mia­łam po­ję­cia, że nie­chcą­cy ogło­si­łam, że zry­wam ro­mans z bia­ło­ścią. Nie spo­dzie­wa­łam się też, że bia­li czy­tel­ni­cy zro­bią w in­ter­ne­cie coś w ro­dza­ju wir­tu­al­ne­go czu­wa­nia pod oknem mo­jej sy­pial­ni z gło­śni­kiem i bu­kie­ta­mi kwia­tów, będą wy­zna­wać swo­je grzesz­ki i bła­gać, bym nie od­cho­dzi­ła. Wszyst­ko to wy­da­wa­ło mi się ja­kieś dziw­ne i kło­po­tli­we. Są­dzi­łam, że pi­sząc tam­ten post, mó­wię tyl­ko tyle, że mam dość. Nie było to wo­ła­nie o po­moc ani po­kor­ne bła­ga­nie o zro­zu­mie­nie i współ­czu­cie u bia­łych. Nie była to też za­chę­ta dla bia­łych, by od­da­li się sa­mo­bi­czo­wa­niu. Prze­sta­łam roz­ma­wiać z nimi o ko­lo­rze skó­ry, po­nie­waż wca­le nie uwa­żam, że re­zy­gna­cja to ozna­ka sła­bo­ści. Cza­sem tak każe in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy.

 

Roz­wi­nę­łam post „Dla­cze­go nie roz­ma­wiam już z bia­ły­mi o ko­lo­rze skó­ry” w książ­kę, aby – i tu pa­ra­doks – kon­ty­nu­ować roz­mo­wę. Od­kąd po­sta­wi­łam gra­ni­cę, nie ro­bię już pra­wie nic oprócz mó­wie­nia o ra­si­zmie – na fe­sti­wa­lach mu­zycz­nych, w stu­diach te­le­wi­zyj­nych, do li­ce­ali­stów, na zjaz­dach par­tii po­li­tycz­nych – i wi­dzę, że za­po­trze­bo­wa­nie na tego ro­dza­ju wy­mia­nę po­glą­dów nie słab­nie. Lu­dzie chcą roz­ma­wiać. Ta książ­ka jest po­kło­siem pię­ciu lat wzbu­rze­nia, fru­stra­cji, mę­czą­cych wy­ja­śnień i sąż­ni­stych ko­men­ta­rzy na Fa­ce­bo­oku. Opo­wia­da nie tyl­ko o tym, co w ra­si­zmie oczy­wi­ste, ale też o tym, jak ła­two się w nie­go ze­śli­zgnąć – o tych dro­bia­zgach, któ­re trud­no do­pre­cy­zo­wać, i tych, któ­re każą nam wąt­pić w swo­je czło­wie­czeń­stwo. Wiel­ka Bry­ta­nia jest cią­gle moc­no za­kło­po­ta­na rasą i róż­ni­cą.

Od na­pi­sa­nia tam­te­go blo­go­we­go po­stu w 2014 roku moja sy­tu­acja znacz­nie się zmie­ni­ła. Te­raz przez więk­szość cza­su roz­ma­wiam z bia­ły­mi o ra­sie. Bran­ża wy­daw­ni­cza jest zdo­mi­no­wa­na przez bia­łych, więc na pew­no nie opu­bli­ko­wa­ła­bym tej książ­ki bez roz­mo­wy na te­mat ra­si­zmu z przy­naj­mniej kil­kor­giem z nich. Byli też bia­li, o któ­rych ni­g­dy bym nie po­my­śla­ła, że kie­dy­kol­wiek za­mie­nię z nimi wię­cej niż sło­wo – na przy­kład były li­der Bry­tyj­skiej Par­tii Na­ro­do­wej, Nick Grif­fin. Wiem, że zda­niem wie­lu osób nie po­win­no się udo­stęp­niać mu try­bu­ny do gło­sze­nia po­glą­dów, dla­te­go mia­łam dy­le­mat w związ­ku z wy­wia­dem, któ­ry zna­lazł się na stro­nie 153. Nie je­stem pierw­szą oso­bą, któ­ra daje Grif­fi­no­wi moż­li­wość wy­po­wie­dze­nia się pu­blicz­nie, mam tyl­ko na­dzie­ję, że po­słu­ży­łam się jego sło­wa­mi w spo­sób od­po­wie­dzial­ny.

Krót­ka uwa­ga na te­mat de­fi­ni­cji: w tej książ­ce okre­śle­nie „ko­lo­ro­wy” od­no­si się do osób o in­nym ko­lo­rze skó­ry niż bia­ły. Uży­wam go, po­nie­waż brzmi dla mnie o nie­bo le­piej niż „nie­bia­ły” – wy­raz, któ­ry nie­sie z sobą su­ge­stię ja­kie­goś bra­ku czy de­fi­cy­tu. Sło­wa „czar­ny” uży­wam na okre­śle­nie osób po­cho­dze­nia afry­kań­skie­go i ka­ra­ib­skie­go, w tym osób mie­sza­ne­go po­cho­dze­nia. A że przy­ta­czam spo­ro wy­ni­ków ba­dań na­uko­wych, od cza­su do cza­su po­ja­wi się tu wy­ra­że­nie „czar­ni i po­cho­dzą­cy z mniej­szo­ści et­nicz­nych”. Nie prze­pa­dam za tym ter­mi­nem, bo ko­ja­rzy się z roz­da­wa­ny­mi pa­cjen­tom służ­by zdro­wia an­kie­ta­mi „kon­tro­li róż­no­rod­no­ści”, ale po­sta­no­wi­łam przy nim po­zo­stać w tro­sce o pre­cy­zję w od­czy­ty­wa­niu wy­ni­ków ba­dań.

Pi­szę – i czy­tam – żeby prze­ko­nać samą sie­bie, że inni my­ślą po­dob­nie, że nie je­stem w tym od­osob­nio­na, że to, co czu­ję, jest re­al­ne, wia­ry­god­ne, praw­dzi­we. Je­stem bo­le­śnie świa­do­ma rasy tyl­ko dla­te­go, że od­kąd się­gam pa­mię­cią, by­łam przez mój świat wy­raź­nie pięt­no­wa­na jako inna. Choć czę­sto ana­li­zu­ję nie­wi­dzial­ną bia­łość i roz­trzą­sam jej wy­klu­cza­ją­cą na­tu­rę, pa­trzę jako out­si­der­ka. Zda­ję so­bie spra­wę, że nie do­ty­czy to więk­szo­ści bia­łych, któ­rzy idą przez ży­cie bło­go nie­świa­do­mi wła­snej rasy, do­pó­ki ktoś nie poda w wąt­pli­wość jej do­mi­na­cji. Kie­dy bia­li bio­rą do ręki ko­lo­ro­we pi­smo, prze­glą­da­ją in­ter­net, czy­ta­ją ga­ze­tę albo włą­cza­ją te­le­wi­zor, wi­dok lu­dzi, któ­rzy wy­glą­da­ją tak samo jak oni, u szczy­tów wła­dzy albo eg­ze­kwu­ją­cych swój au­to­ry­tet, nie jest rzad­ki ani dziw­ny. Zwłasz­cza w kul­tu­rze afir­ma­cja bia­ło­ści jako ce­chy po­zy­tyw­nej jest tak roz­po­wszech­nio­na, że prze­cięt­ny bia­ły na­wet jej nie za­uwa­ża i kon­su­mu­je ją bez sprze­ci­wu. Być bia­łym zna­czy być czło­wie­kiem; biel jest uni­wer­sal­na. Wiem to tyl­ko dla­te­go, że nie je­stem bia­ła.

Na­pi­sa­łam tę książ­kę, aby dać wy­raz temu, co czu­ję, gdy w imię utrzy­ma­nia sta­tus quo bez­czel­nie krad­nie mi się mój głos i wia­rę w sie­bie. Na­pi­sa­łam ją, żeby prze­ciw­dzia­łać bra­kom w za­kre­sie wie­dzy hi­sto­rycz­nej i nie­zna­jo­mo­ści tła po­li­tycz­ne­go, do­star­czyć ci punkt za­cze­pie­nia po­trzeb­ny w sprze­ci­wie wo­bec ra­si­zmu. Mam na­dzie­ję, że uży­jesz jej jako na­rzę­dzia.

Nic już mnie nie po­wstrzy­ma przed mó­wie­niem o ra­sie. Każ­dy głos prze­ciw­ko ra­si­zmo­wi stop­nio­wo od­bie­ra mu moc. Nie stać nas na luk­sus mil­cze­nia. Ta książ­ka jest pró­bą za­bra­nia gło­su.

1. Hi­sto­rie

O czar­nej hi­sto­rii Wiel­kiej Bry­ta­nii za­czę­łam my­śleć do­pie­ro na dru­gim roku stu­diów. Mia­łam dzie­więt­na­ście, dwa­dzie­ścia lat i wła­śnie za­przy­jaź­ni­łam się z nową ko­le­żan­ką. Stu­dio­wa­ły­śmy na tym sa­mym kie­run­ku i trzy­ma­ły­śmy się ra­zem bar­dziej z oba­wy przed sa­mot­no­ścią niż dzię­ki wspól­nym za­in­te­re­so­wa­niom. Tak się zło­ży­ło, że wy­bie­ra­jąc za­ję­cia na ko­lej­ny se­mestr, obie zde­cy­do­wa­ły­śmy się na kurs o trans­atlan­tyc­kim han­dlu nie­wol­ni­ka­mi. Żad­na z nas nie wie­dzia­ła, cze­go się wła­ści­wie spo­dzie­wać. Z czar­ną hi­sto­rią mia­łam wcze­śniej do czy­nie­nia tyl­ko w for­mie opo­wia­da­ją­cych głów­nie o Ame­ry­ce szkol­nych ga­ze­tek i lek­cji w szko­le pod­sta­wo­wej i li­ceum. Słyn­ne na­zwi­ska z hi­sto­rii ame­ry­kań­skie­go ru­chu praw oby­wa­tel­skich – szcze­gól­nie Rosa Parks, Har­riet Tub­man, dzia­łacz­ka szla­ku Ko­lei Pod­ziem­nej2, i Mar­tin Lu­ther King Jr. – wy­da­wa­ły mi się waż­ne, ale rów­no­cze­śnie da­le­kie od ży­cia mło­dej czar­nej dziew­czy­ny do­ra­sta­ją­cej w pół­noc­nej czę­ści Lon­dy­nu.

Tam­ten krót­ki kurs od­mie­nił mój spo­sób pa­trze­nia. Ko­lo­nial­na prze­szłość Wiel­kiej Bry­ta­nii i jej hi­sto­ria han­dlu nie­wol­ni­ka­mi na­gle sta­ły się osza­ła­mia­ją­co bli­skie. Na za­ję­ciach do­wie­dzia­łam się, że moż­na wsiąść do po­cią­gu i po trzech go­dzi­nach zna­leźć się w por­cie, gdzie kie­dyś han­dlo­wa­no nie­wol­ni­ka­mi. Tak też zro­bi­łam, po­je­cha­łam do Li­ver­po­olu, któ­ry był naj­więk­szym por­tem han­dlu nie­wol­ni­ka­mi w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Prze­wi­nę­ło się prze­zeń pół­to­ra mi­lio­na Afry­ka­nów. Al­bert Dock3 otwar­to co praw­da czte­ry de­ka­dy po tym, jak ostat­ni sta­tek nie­wol­ni­czy w Wiel­kiej Bry­ta­nii – Kit­ty’s Ame­lia – wy­pły­nął z mia­sta, ale nie było od­po­wied­niej­sze­go miej­sca do tego, by pa­trzeć w mo­rze i wy­obra­żać so­bie bry­tyj­ski współ­udział w han­dlu nie­wol­ni­ka­mi. Gdy sta­łam tak na brze­gu doku, ogar­nę­ła mnie roz­pacz. Ro­bi­ło mi się nie­do­brze, kie­dy prze­cho­dzi­łam obok naj­star­szych gma­chów w mie­ście. Wszę­dzie na­po­ty­ka­łam po­zo­sta­ło­ści po nie­wol­nic­twie.

Na uczel­ni wszyst­ko za­czę­ło mi się wresz­cie ukła­dać w sen­sow­ną ca­łość. Do­sko­na­le pa­mię­tam dys­ku­sję na se­mi­na­rium o tym, czy ra­sizm to po pro­stu dys­kry­mi­na­cja, czy dys­kry­mi­na­cja plus wła­dza. Na­mysł nad wła­dzą uświa­do­mił mi, że ra­sizm nie spro­wa­dza się do oso­bi­stych uprze­dzeń. Cho­dzi w nim o coś znacz­nie wię­cej – o moż­ność ne­ga­tyw­ne­go wpły­wa­nia na szan­se ży­cio­we in­nych. Świa­to­po­gląd za­czął mi się dra­stycz­nie zmie­niać. Moja ko­le­żan­ka tym­cza­sem od­bęb­ni­ła kil­ka za­jęć, po czym zre­zy­gno­wa­ła z kur­su. „To nie dla mnie” – po­wie­dzia­ła.

Coś w jej sło­wach mi nie pa­so­wa­ło. Te­raz już wiem, co. Zro­bi­ło mi się przy­kro, bo spra­wia­ła wra­że­nie prze­ko­na­nej, że ta kar­ta bry­tyj­skiej hi­sto­rii w ża­den spo­sób jej nie do­ty­czy. Nie ob­cho­dzi­ły jej fak­ty. Może świa­dec­twa hi­sto­rycz­ne nie wy­da­wa­ły jej się dość au­ten­tycz­ne, doj­mu­ją­ce czy istot­ne dla na­sze­go ży­cia tu i te­raz. Nie wiem, co my­śla­ła, po­nie­waż bra­ko­wa­ło mi słow­nic­twa po­trzeb­ne­go do dys­ku­sji o tym. Te­raz wiem jed­nak, że czu­łam się do­tknię­ta, bo prze­czu­wa­łam, że jej bia­łość po­zwa­la jej nie in­te­re­so­wać się peł­ną prze­mo­cy bry­tyj­ską hi­sto­rią, od­wró­cić wzrok i odejść. A dla mnie nie był to wą­tek po­bocz­ny, o któ­rym wie­dzę moż­na so­bie da­ro­wać.

Dziś, kie­dy po­stęp tech­nicz­ny prze­obra­ża na­sze ży­cie w tak sza­lo­nym tem­pie – po­tęż­ne sko­ki do­ko­nu­ją się nie w cią­gu wie­ków, ale ra­czej de­kad – prze­szłość wy­da­je się od­le­gła jak ni­g­dy. W tym kon­tek­ście ła­two po­strze­gać nie­wol­nic­two jako Coś Strasz­ne­go, co Dzia­ło się Bar­dzo Daw­no Temu. Ła­two uwie­rzyć, że prze­szłość nie ma związ­ku z na­szym ak­tu­al­nym ży­ciem. Zgo­da – ale usta­wa o znie­sie­niu nie­wol­nic­twa zo­sta­ła przy­ję­ta w im­pe­rium bry­tyj­skim w 1833 roku, nie­speł­na dwie­ście lat temu. Zwa­żyw­szy że Bry­tyj­czy­cy roz­po­czę­li han­del afry­kań­ski­mi nie­wol­ni­ka­mi w roku 1562, nie­wol­nic­two ist­nia­ło w Wiel­kiej Bry­ta­nii jako in­sty­tu­cja znacz­nie dłu­żej, niż obec­nie trwa okres po jego znie­sie­niu – po­nad dwie­ście sie­dem­dzie­siąt lat: całe po­ko­le­nia skra­dzio­nych czar­nych ist­nień, roz­dar­tych ro­dzin, roz­bi­tych spo­łecz­no­ści. Ty­sią­ce lu­dzi uro­dzo­nych jako nie­wol­ni­cy i zmar­łych w nie­wo­li, ni­g­dy nie za­kosz­to­waw­szy wol­no­ści. Tylu lu­dzi za­zna­ją­cych przez całe ży­cie bru­tal­ne­go trak­to­wa­nia i prze­mo­cy, ży­ją­cych w ni­g­dy nie­koń­czą­cym się stra­chu. Bia­łe bo­gac­two po­mna­ża­ne z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie przez zy­ski z nie­wol­nic­twa, wbu­do­wy­wa­ne stop­nio­wo w struk­tu­rę bry­tyj­skie­go spo­łe­czeń­stwa.

Han­del nie­wol­ni­ka­mi był dzia­łal­no­ścią mię­dzy­na­ro­do­wą. Bia­li Eu­ro­pej­czy­cy, w tym Bry­tyj­czy­cy, pro­wa­dzi­li han­del wy­mien­ny z afry­kań­ski­mi wo­dza­mi, do­star­cza­jąc im róż­ne to­wa­ry w za­mian za Afry­kań­czy­ków, na­zy­wa­nych przez nie­któ­rych bia­łych han­dla­rzy „czar­nym by­dłem”. Sza­cu­je się, że w cza­sie trwa­nia han­dlu nie­wol­ni­ka­mi je­de­na­ście mi­lio­nów czar­nych Afry­ka­nów zo­sta­ło prze­wie­zio­nych przez Oce­an Atlan­tyc­ki, żeby pra­co­wać za dar­mo na plan­ta­cjach cu­kru i ba­weł­ny w obu Ame­ry­kach oraz w In­diach Za­chod­nich.

Pro­wa­dzo­na do­ku­men­ta­cja przy­po­mi­na­ła księ­go­wość współ­cze­snych firm – za­pi­sy­wa­no zy­ski i stra­ty, two­rzo­no szcze­gó­ło­we li­sty za­ku­pio­nych i sprze­da­nych czar­nych. Ten żywy ludz­ki in­wen­tarz – owo „czar­ne by­dło” – był to­wa­rem ide­al­nym. Han­del nie­wol­ni­ka­mi się opła­cał. Ukła­dy roz­rod­cze czar­nych ko­biet sta­ły się źró­dłem zy­sku. Dzie­ci uro­dzo­ne w nie­wo­li sta­wa­ły się au­to­ma­tycz­nie czy­jąś wła­sno­ścią, a to ozna­cza­ło nie­ogra­ni­czo­ną pra­cę na rzecz ich po­sia­da­czy bez żad­nych do­dat­ko­wych kosz­tów. Prze­mysł roz­rod­czy dzia­łał jesz­cze wy­daj­niej za spra­wą gwał­tów do­ko­ny­wa­nych ru­ty­no­wo na afry­kań­skich nie­wol­ni­cach przez bia­łych wła­ści­cie­li.

Ra­chu­nek zy­sków i strat obej­mo­wał tak­że zgo­ny „czar­ne­go by­dła”, po­nie­waż cier­piał na nich biz­nes. Na ogrom­nych stat­kach, któ­re prze­wo­zi­ły Afry­ka­nów przez Atlan­tyk, pa­no­wał nie­wy­obra­żal­ny ścisk. Po­dróż trwa­ła na­wet trzy mie­sią­ce. Każ­dy nowo po­zy­ska­ny nie­wol­nik miał wo­kół sie­bie tyle miej­sca co w trum­nie, mu­siał prze­by­wać wśród od­cho­dów i pły­nów ustro­jo­wych. Zmar­łych i umie­ra­ją­cych wy­rzu­ca­no za bur­tę dla lep­sze­go sal­da koń­co­we­go: za nie­wol­ni­ków, któ­rzy zmar­li na mo­rzu, wy­pła­ca­no ubez­pie­cze­nie.

Ry­ci­na przed­sta­wia­ją­ca sta­tek Bro­oks, opu­bli­ko­wa­na po raz pierw­szy w 1788 roku przez abo­li­cjo­ni­stę Wil­lia­ma El­for­da, uka­zy­wa­ła ty­po­we wa­run­ki rej­su4. Wi­dzi­my na niej sta­tek wy­ła­do­wa­ny do gra­nic moż­li­wo­ści: lu­dzie leżą na wznak je­den obok dru­gie­go w czte­rech rzę­dach (do­dat­ko­wo, na ru­fie, umiesz­czo­no trzy krót­sze rzę­dy) – afry­kań­skie car­go, trans­por­to­wa­ne z bez­dusz­ną efek­tyw­no­ścią. Bro­oks sta­no­wił wła­sność li­ver­po­ol­skie­go kup­ca na­zwi­skiem Jo­seph Bro­oks.

Han­del nie­wol­ni­ka­mi od­by­wał się nie tyl­ko w Li­ver­po­olu. Po­dob­ne stat­ki za­wi­ja­ły też do por­tów w Bri­sto­lu, Lan­ca­ste­rze, Exe­ter, Ply­mo­uth, Brid­port, Che­ster, Po­ul­ton-le-Fyl­de w Lan­ca­shi­re i – rzecz ja­sna – do Lon­dy­nu5. Choć znie­wo­le­ni Afry­kań­czy­cy re­gu­lar­nie prze­pły­wa­li obok bry­tyj­skich brze­gów, plan­ta­cje, na któ­rych w zno­ju pra­co­wa­li, znaj­do­wa­ły się nie w Wiel­kiej Bry­ta­nii, lecz w jej za­mor­skich ko­lo­niach. Więk­szość ulo­ko­wa­na była na Ka­ra­ibach, więc w od­róż­nie­niu od Ame­ry­ka­nów, Bry­tyj­czy­cy naj­czę­ściej wi­dzie­li zy­ski, a krwi już nie. Część bry­tyj­skich wła­ści­cie­li mia­ła plan­ta­cje, któ­rych funk­cjo­no­wa­nie opie­ra­ło się nie­mal wy­łącz­nie na nie­wol­ni­czej sile ro­bo­czej. Inni ku­po­wa­li tyl­ko garst­kę plan­ta­cyj­nych nie­wol­ni­ków z na­dzie­ją na po­mno­że­nie zy­sków z in­we­sty­cji. Wie­lu Szko­tów wy­jeż­dża­ło na Ja­maj­kę, gdzie pra­co­wa­li jako nad­zor­cy nie­wol­ni­ków, i nie­któ­rzy z nich, wra­ca­jąc do Wiel­kiej Bry­ta­nii, przy­wo­zi­li swo­ich nie­wol­ni­ków z sobą. Nie­wol­ni­ków, jak każ­dą wła­sność oso­bi­stą, dzie­dzi­czo­no i wie­lu An­gli­ków wy­god­nie żyło z ich pra­cy, nie uczest­ni­cząc bez­po­śred­nio w trans­ak­cjach kup­na i sprze­da­ży.

 

To­wa­rzy­stwo na rzecz Znie­sie­nia Han­dlu Nie­wol­ni­ka­mi, za­ło­żo­ne w Lon­dy­nie w 1787 roku, było po­my­słem urzęd­ni­ka pań­stwo­we­go Gra­nvil­le’a Shar­pa i ak­ty­wi­sty Tho­ma­sa Clark­so­na. Sharp i Clark­son po­wo­ła­li je do ży­cia wraz z dzie­się­cio­ma in­ny­mi oso­ba­mi, w więk­szo­ści kwa­kra­mi. Pro­wa­dzi­li kam­pa­nię przez czter­dzie­ści sie­dem lat, zdo­by­wa­jąc po­par­cie sze­ro­kich grup spo­łecz­nych i orę­dow­ni­ków wśród zna­nych po­słów Izby Gmin – naj­słyn­niej­szym z nich był abo­li­cjo­ni­sta Wil­liam Wil­ber­for­ce. Kam­pa­nia spo­łecz­ne­go na­ci­sku od­nio­sła suk­ces i w 1833 roku usta­wą par­la­men­tar­ną znie­sio­no nie­wol­nic­two w im­pe­rium bry­tyj­skim. Jed­nak re­kom­pen­sa­tę za li­kwi­da­cję waż­ne­go, in­trat­ne­go prze­my­słu przy­zna­no nie tym, któ­rzy nie­wol­ni­czo pra­co­wa­li. Cze­ki w za­mian za po­nie­sio­ne stra­ty otrzy­ma­ło czter­dzie­ści sześć ty­się­cy wła­ści­cie­li nie­wol­ni­ków, oby­wa­te­li bry­tyj­skich6. Taka jed­no­stron­na re­kom­pen­sa­ta wy­da­wa­ła się lo­gicz­nym roz­wią­za­niem dla kra­ju, któ­ry han­dlo­wał ludz­kim ży­wym to­wa­rem.

Po­mi­mo abo­li­cji usta­wa nie zdo­ła­ła z dnia na dzień zmie­nić po­strze­ga­nia znie­wo­lo­nych Afry­kań­czy­ków jako qu­asi-zwie­rząt. Mi­nę­ło pra­wie dwie­ście lat, a tam­te szko­dy cią­gle cze­ka­ją na na­pra­wie­nie.

Po stu­diach za­pra­gnę­łam do­wie­dzieć się wię­cej. Chcia­łam po­znać losy czar­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii w epo­ce po nie­wol­nic­twie. Wie­dza ta nie była jed­nak ła­twa do zdo­by­cia. Hi­sto­rię tę zna­li tyl­ko lu­dzie, któ­rym bar­dzo na tym za­le­ża­ło, i je­dy­nie dzię­ki ich wła­snym in­ten­syw­nym do­cie­ka­niom. Za­bra­łam się więc do po­szu­ki­wań. Za­czę­łam od Mie­sią­ca Czar­nej Hi­sto­rii.

Mie­siąc Czar­nej Hi­sto­rii ob­cho­dzi się w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie sto­sun­ko­wo od nie­daw­na. Lo­kal­ne sa­mo­rzą­dy w Lon­dy­nie do­pie­ro w 1987 roku za­czę­ły or­ga­ni­zo­wać wy­da­rze­nia, któ­re fe­to­wa­ły wkład czar­nych w roz­wój Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jego ini­cja­tor­ką była Lin­da Bel­los, uro­dzo­na w Lon­dy­nie cór­ka Ni­ge­ryj­czy­ka i bia­łej Bry­tyj­ki, wów­czas bur­mistrz lon­dyń­skiej gmi­ny Lam­beth i sze­fo­wa Lon­dyń­skie­go Urzę­du Po­li­ty­ki Stra­te­gicz­nej (czę­ści nie­ist­nie­ją­cej już Rady Wiel­kie­go Lon­dy­nu). Po­mysł zor­ga­ni­zo­wa­nia wy­da­rze­nia pod­su­nął jej An­sel Wong, na­czel­nik tam­tej­sze­go wy­dzia­łu rów­no­ści ra­so­wej. „Po­wie­dzia­łam: pew­nie, idzie­my w to” – re­la­cjo­no­wa­ła mi w roz­mo­wie ze swo­je­go domu w Nor­wich.

„Po­my­śla­łam, że Mie­siąc Czar­nej Hi­sto­rii to fan­ta­stycz­ny po­mysł. I wie­dzia­łam, że nie zro­bi­my go na wzór tego ame­ry­kań­skie­go, po­nie­waż na­sza hi­sto­ria jest inna (…). Tylu lu­dzi nie ma po­ję­cia – mó­wię tu­taj o bia­łych – nie ma po­ję­cia o hi­sto­rii ra­si­zmu. Nie wie­dzą, skąd się wzię­li­śmy w tym kra­ju”.

An­sel zor­ga­ni­zo­wał pierw­szy Mie­siąc Czar­nej Hi­sto­rii, a go­spo­dy­nią tego wy­da­rze­nia była Lin­da. Jego za­sięg ogra­ni­czał się do Lon­dy­nu. Urzą­dzo­no go w paź­dzier­ni­ku, głów­nie ze wzglę­dów prak­tycz­nych, Sta­ny Zjed­no­czo­ne bo­wiem od po­cząt­ku, to jest od roku 1970, świę­to­wa­ły swój wła­sny Mie­siąc Czar­nej Hi­sto­rii w lu­tym. „Na­szym go­ściem ho­no­ro­wym była Sal­ly Mu­ga­be7 – opo­wia­da­ła Lin­da. – Mie­li­śmy mało cza­su, żeby [ją] za­pro­sić. Gdy­by­śmy zro­bi­li to dwa ty­go­dnie [póź­niej], nie po­zy­ska­li­by­śmy osób, któ­rych po­trze­bo­wa­li­śmy”.

„By­li­śmy też bar­dziej otwar­ci – do­da­ła. – «Czar­ny» de­fi­nio­wa­no w ka­te­go­riach po­li­tycz­nych. Czy­li po­cho­dzą­cy z Afry­ki lub z Azji8. Dzia­ła­li­śmy tyl­ko dwa lata, bo That­cher za­czę­ła ob­ci­nać bu­dżet wszyst­kim na­szym dzia­łom. Wy­szło­by na to, że so­bie do­ga­dza­my”.

Po dwóch la­tach sze­fo­wa­nia Lon­dyń­skie­mu Urzę­do­wi do spraw Po­li­ty­ki Stra­te­gicz­nej, kie­dy wy­czer­pa­ły się fun­du­sze rzą­do­we, w Wiel­kiej Bry­ta­nii na­dal świę­to­wa­no Black Hi­sto­ry Month, choć nie­re­gu­lar­nie. Dziś cie­szy się już ugrun­to­wa­ną re­no­mą i ob­cho­dzi się go od trzy­dzie­stu lat. Pro­gram obej­mu­je głów­nie wy­sta­wy ar­ty­stów z afry­kań­skiej dia­spo­ry, dys­ku­sje pa­ne­lo­we na te­mat rasy oraz wy­da­rze­nia kul­tu­ral­ne lżej­sze­go ka­li­bru, jak po­ka­zy mody i fe­sti­wa­le ku­li­nar­ne. Roz­ma­wia­jąc z Lin­dą, wy­czu­łam pe­wien scep­ty­cyzm wo­bec war­to­ści im­prez or­ga­ni­zo­wa­nych dziś w ra­mach Mie­sią­ca Czar­nej Hi­sto­rii. Na py­ta­nie, dla­cze­go chcia­ła ta­kie­go wy­da­rze­nia w Wiel­kiej Bry­ta­nii, od­par­ła, że cho­dzi­ło o to, aby „uczcić wkład czar­nych w roz­wój Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa. Nie o fry­zu­ry afro (…), to był mie­siąc hi­sto­rii, nie fe­sti­wal po­pkul­tu­ry. Była hi­sto­ria do opo­wie­dze­nia, hi­sto­ria, o któ­rej wie­dzia­łam z do­świad­cze­nia mo­je­go ojca”.

Hi­sto­ria czar­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii jest peł­na luk. Przez za­wsty­dza­ją­co dłu­gi czas na­wet nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że czar­ni byli nie­wol­ni­ka­mi rów­nież w Wiel­kiej Bry­ta­nii. We­dług po­wszech­nie pa­nu­ją­cej opi­ni, wszy­scy czar­ni i brą­zo­wi w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie to nie­daw­ni imi­gran­ci, mało kto roz­ma­wiał o hi­sto­rii ko­lo­nia­li­zmu albo o tym, jak to się stało, że lu­dzie z Afry­ki i Azji osie­dli­li się w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Sły­sza­łam coś tam o „po­ko­le­niu Win­drush” – czte­ry­stu dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch miesz­kań­cach Ka­ra­ibów, któ­rzy przy­pły­nę­li do Wiel­kiej Bry­ta­nii w 1948 roku – dla­te­go, że byli oni star­szy­mi krew­ny­mi mo­ich szkol­nych ko­le­gów i ko­le­ża­nek. Ża­den re­fe­rat o „obec­no­ści czar­nych w An­glii” nie mógł się obyć bez wzmian­ki o Win­drush. Moja wie­dza o hi­sto­rii czar­nych do­ty­czy­ła jed­nak przede wszyst­kim Ame­ry­ki. By­łam nie­do­kształ­co­na w kra­ju, w któ­rym ko­lej­ne, co­raz bar­dziej roz­ga­łę­zio­ne po­ko­le­nia czar­nych i brą­zo­wych uwa­ża­ją się za Bry­tyj­czy­ków (włą­cza­jąc mnie). Za­bra­no mi kon­tekst, unie­moż­li­wia­jąc zro­zu­mie­nie sa­mej sie­bie. Chcia­łam wie­dzieć, dla­cze­go kie­dy lu­dzie ma­cha­ją fla­ga­mi Wiel­kiej Bry­ta­nii i skan­du­ją: „Od­daj­cie nam nasz kraj!”, mam wra­że­nie, że zwra­ca­ją się do ta­kich jak ja. Co ta­kie­go wy­da­rzy­ło się za ży­cia mo­ich przod­ków, że sta­łam się obca w miej­scu swo­je­go uro­dze­nia?

Na im­pre­zie z oka­zji pół­wie­cza ist­nie­nia In­sty­tu­tu Sto­sun­ków Ra­so­wych, 1 li­sto­pa­da 2008 roku, jego dy­rek­tor Am­ba­la­va­ner Si­va­nan­dan po­wie­dział: „Je­ste­śmy tu­taj, bo wy by­li­ście tam”. Zda­nie to we­szło do słow­ni­ka czar­nych Bry­tyj­czy­ków. Żeby po­znać jego głęb­szy sens, mu­sia­łam się­gnąć do prze­szło­ści. Pierw­szy fakt, któ­ry zna­la­złam: woj­na.