Krwawa RóżaTekst

Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mojemu bratu Tylerowi.

Jeśli ta książka jest ciebie warta, to tylko twoja w tym zasługa.





Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy
TARGOWISKO POTWORÓW

Pam często słyszała od matki, że w jej piersi drzemie serce Wyldu.

– To znaczy, moje dziecko, że jesteś marzycielką. I wędrowcem, zupełnie jak ja.

– A to z kolei znaczy, że powinnaś zachować szczególną ostrożność – zwykł dodawać ojciec. – Serce Wyldu potrzebuje jasnego umysłu, który zdoła nad nim zapanować, i silnej ręki do obrony.

Matka uśmiechała się wtedy.

– Ty jesteś tą silną ręką, Tuck. A Branigan jasnym umysłem, o którym wspomniałeś.

– Branigan? Wiesz, że bardzo go lubię, ale twój brat żarłby żółty śnieg, gdyby mu tylko ktoś powiedział, że ma smak whisky.

Śmiech matki brzmiał we wspomnieniach Pam jak najpiękniejszy śpiew. Czy jej ojciec umiał się tak cieszyć? Chyba nie. Tuck Hashford nigdy nie należał do wesołków. Ani przedtem, zanim serce Wyldu przywiodło jego żonę do zguby, ani tym bardziej później.

– Dziewczyno! Hej, dziewczyno!

Pam otworzyła oczy.

Zarośnięty kupiec o mocno przerzedzonych siwych włosach spoglądał na nią z góry.

– Coś mi się widzi, że za młoda jesteś na awanturniczkę.

Wyprostowała się, jakby wyższy wzrost czynił ją doroślejszą.

– I co z tego?

– Co z tego? – Podrapał się po łysinie zdobiącej czubek głowy. – Co cię sprowadza na targowisko potworów? Należysz do jakiejś grupy czy coś?

Pam nie była najemniczką. Nie potrafiła walczyć. Umiała wprawdzie posługiwać się łukiem, ale tę umiejętność posiadł każdy człek o dwu sprawnych rękach i obojgu dobrych oczach. Poza tym Tuck Hashford miał jedną, za to żelazną zasadę dotyczącą ewentualnego wstąpienia córki w szeregi najemników, a brzmiała ona bardzo prosto i jasno: „Nie ma, kurwa, mowy”.

– Tak – skłamała teraz Pam. – Należę do pewnej grupy.

Kupiec zmierzył podejrzliwym spojrzeniem stojącą przed nim wysoką, szczupłą i bez wątpienia pozbawioną broni dziewczynę.

– Doprawdy? A jak ją zwą?

– Oddech Szczura.

– Oddech Szczura? – Twarz mężczyzny rozjaśniła się jak okna burdelu po zmroku. – To naprawdę świetna nazwa dla grupy! Walczycie jutro na arenie?

– Jasne. – Kolejne kłamstwo, ponieważ łgarstwa, jak zwykł mawiać wujek Branigan, są niczym kielichy kaskarskiej gorzałki: starczy, że po nie sięgniesz, a nigdy nie skończy się na jednym. – Przyszłam tutaj, by podjąć decyzję, z czym mam walczyć.

– Lubisz wiedzieć, co w trawie piszczy, nie? Inne grupy wysyłają zazwyczaj promotorów, by ci dogrywali szczegóły występów. – Kupiec pokiwał z podziwem głową. – Podoba mi się twoje podejście! Nie traćmy czasu na gadanie! Mam tu potwora, który zmrozi krew w żyłach widzów, a z Oddechu Szczura uczyni najbardziej znaną grupę stąd do Letniego Bazaru! – Mężczyzna podszedł do przesłoniętej klatki i jednym ruchem zdarł z niej płachtę grubego płótna. – Oto i on! Sam nieustraszony bazyliszek!

Pam nie widziała nigdy wcześniej prawdziwego bazyliszka, lecz wiedziała o tych stworzeniach wystarczająco dużo, by na pierwszy rzut oka zrozumieć, że na pewno nie ma do czynienia z przedstawicielem tego gatunku.

Patrzyła na najzwyklejszego kurczaka.

– Kurczak?! – Kupiec wyglądał na urażonego, gdy podzieliła się z nim tym spostrzeżeniem. – Gdzie ty masz oczy, dziewczyno? Spójrz na jego rozmiary!

Kurczak był wielki, nie da się ukryć. Miał pióra pomalowane czarną farbą i dziób wymazany krwią, co nadawało mu złowieszczy wygląd, jednakże Pam nie dała się zwieść.

– Bazyliszek zamienia człowieka w kamień samym spojrzeniem – zauważyła przytomnie.

Kupiec wyszczerzył się jak myśliwy, na którego oczach zdobycz wpadła w zastawioną pułapkę.

– Ale tylko wtedy, gdy tego chce, paniusiu! Każda pszczoła może użądlić, nieprawdaż? A robią to tylko te, które są rozeźlone. Skunks zawsze ma przy sobie śmierdzidło, ale pryska nim tylko wtedy, gdy go zaskoczyć! No spójrz na to! – Wsunął dłoń do klatki, by wyjąć ociosany kamień z grubsza tylko przypominający wiewiórkę. Pam uznała, że nie ma sensu wspominać o cenie wypisanej na jego spodzie kredą. – Ten dopadł już dzisiaj jedną ofiarę! Strzeż się…

Kurczak zagdakał w tym momencie, skarżąc się na odebranie jedynego przyjaciela.

Pomiędzy Pam i kupcem zawisła gęsta i bardzo niezręczna cisza.

– Chyba już pójdę – oznajmiła po chwili dziewczyna.

– Niech Glifa będzie z tobą – odparł zdawkowo mężczyzna, nakrywając ponownie klatkę z kurczakiem.

Pam weszła głębiej w targowisko potworów zwane ulicą Wapienną, zanim areny zaczęły wyrastać w okolicy jak grzyby po deszczu, przyciągając wszelkiej maści kanciarzy i kramarzy. Była to długa i prosta aleja, jak większość arterii w centrum Ardburga. Dzisiaj otaczały ją z obu stron drewniane zagrody, żelazne klatki i wykopy okolone siatkami z drutu kolczastego. Zazwyczaj nie było tutaj zbyt tłoczno, jednakże następnego dnia miały się zacząć występy, tak więc i do grodu ściągnęło z całego Grandualu sporo najznamienitszych grup.

Tuck Hashford miał także zasadę dotyczącą kręcenia się jego córki w pobliżu targowiska potworów, którejkolwiek areny i najemników w ogóle, a brzmiała ona, rzecz jasna: „Nie ma, kurwa, mowy”.

Mimo to dziewczyna często obierała tę trasę w drodze do pracy, choć bynajmniej nie dlatego, że tędy było bliżej i szybciej. Na targowisku przyśpieszało jedynie jej serce. Odczuwała strach i ekscytację. Przypominała sobie opowieści snute przez matkę – o dalekich wyprawach i niesamowitych przygodach, o straszliwych bestiach i dzielnych bohaterach, takich jak jej ojciec i wujek Branigan.

Przejście przez targowisko było dla niej substytutem heroicznych przeżyć, ponieważ zdawała sobie sprawę, że dokona żywota, podając napitki i przygrywając na lutni za przysłowiowego miedziaka.

– Spójrz tylko! – krzyknęła wytatuowana Narmeeryjka, gdy Pam ją mijała. – Szukasz może ogrów? Mam ogry! Prosto ze wzgórz Ogrodzieńca! Dzikie jak szlag!

– Maaaantykoooora! – darł się Północnik o wygolonym na łyso czerepie i strasznych bliznach szpecących twarz. – Maaaantykooora!

Za nim naprawdę znajdowała się żywa mantykora. Jej błoniaste skrzydła spętano łańcuchami, kolczasty ogon owinięto pasami grubej skóry, a w pysk wsadzono wędzidło, lecz pomimo tych wszystkich oznak zniewolenia jakimś cudem wciąż budziła grozę.

– Wargi z Zimowych Lasów! – zachwalał kolejny kupiec, przekrzykując chór podobnych głosów. – Zrodzone w Wyldzie, wychowane na farmie!

– Gobliny! – skrzeczała starucha ze szczytu umieszczonej na wozie żelaznej klatki. – Kupujcie gobliny! Po marce za sztukę albo tuzin za dziesięć marek!

Pam zajrzała do klatki. Wypełniały ją brudne małe stworzenia, z których większość była przeraźliwie chuda, wręcz zagłodzona. Dziewczyna wątpiła, aby nawet tuzin takich przeciwników zachęcił kogokolwiek do obejrzenia walki.

– Ejże! – wydarła się z góry staruszka. – To nie stragan z kieckami, dziewko! Kupuj goblina albo już cię tu nie ma!

Pam zastanawiała się przez moment, co powiedziałby ojciec, gdyby wróciła do domu z goblinem na smyczy, a że tylko jedna reakcja przyszła jej na myśl, uśmiechnęła się pod nosem, mamrocząc: „Nie ma, kurwa, mowy”.

Poszła dalej, przeciskając się przez tłum promotorów i miejscowych awanturników, którzy targowali się zawzięcie z wybranymi kupcami i obdartymi kaskarskimi łowcami. Starała się jak mogła, by nie rozdziawiać za szeroko gęby na widok co bardziej imponujących okazów i prowadzających je na uwięzi ludzi. A ujrzała między innymi kilka wielkich trolli, którym obłożono srebrem rany po poucinanych kończynach, by te nie mogły odrosnąć. Opodal stał masywny ettin, któremu brakowało jednej z głów. Parę kroków dalej prężyła się gorgona o pokrytej wężami głowie, przykuta za szyję do pobliskiej ściany. Czarny rumak zionął ogniem w twarz głupca, który usiłował zajrzeć mu w zęby.

– Pam!

– Wierzba! – Potruchtała do kramu przyjaciela, opalonego na ciemny brąz i bardzo wysokiego jak na wyspiarza z Jedwabnego Wybrzeża.

Już podczas pierwszego spotkania zauważyła, że Wierzba to dziwne miano jak na chłopa jego wzrostu, w odpowiedzi jednak usłyszała, że wspomniane drzewo rzuca cień na wszystko wokół, co – jak się zastanowić – miało sens w odniesieniu do jego rozmiarów.

Czarne loki Wierzby zafalowały, gdy pokręcił zdecydowanie głową.

– Znowu idziesz przez targowisko potworów? Co by na to powiedział stary Tuck, gdyby cię tu zobaczył?

– Oboje znamy odpowiedź na tak postawione pytanie – odparła, szczerząc zęby. – Jak idzie handel?

– Kwitnąco! – Zamaszystym gestem wskazał skrzydlate węże za swoimi plecami, trzymane w wiklinowych klatkach. – Już niedługo każdy mieszkaniec Ardburga będzie posiadał własnego zanto! Doskonale się nadają na zwierzaki domowe. Świetni towarzysze zabaw dla dzieci, o ile tym drugim nie przeszkadza żrący jad, którym moje cudeńka mogą plunąć im w oczy w każdej chwili… W dodatku tutejsze chłody są dla nich zabójcze, więc żaden nie przetrwa dłużej niż miesiąc… – Podrapał się po głowie. – Następnym razem chyba przywiozę z wysp homary. Te powinny iść jak świeże bułeczki.

Pam przytaknęła skwapliwie, choć nie miała pojęcia, o jakich bestiach mowa.

Wierzba gmerał palcami w jednym z licznych muszlowych naszyjników, którymi się przystroił.

– Hej, słyszałaś nowiny? Ponoć pojawiła się nowa horda. Na północ od Cragmoor, na pustkowiach Brumalu. Pięćdziesiąt tysięcy potworów z piekła rodem wyruszyło na podbój Grandualu. Powiadają, że przewodzi im olbrzym o imieniu…

 

– …Grom – dokończyła za niego Pam. – Pracuję w tawernie, pamiętasz? Ilekroć w mieście pojawia się nowa plotka, ja pierwsza ją słyszę. Wiesz, że sułtana Narmeeru to tak naprawdę chłopak noszący kobiecą maskę?

– To nie może być prawda.

– I że ta szwaczka z Rutherfordu, która zadźgała męża, twierdzi, iż jest nowym wcieleniem Królowej Zimy?

– W to także wątpię.

– A co powiesz na to, że…

Dalsze słowa zagłuszyła głośna wrzawa. Oboje odwrócili się jak na komendę w stronę najbliższego skrzyżowania.

– Zdaje się, że kolejna grupa dotarła do miasta. I to nie byle jaka – westchnął Wierzba. Gdy dziewczyna zerknęła na niego błagalnie, rzucił: – Idź. I pozdrów ode mnie Krwawą Różę.

Pam obdarzyła przyjaciela uśmiechem, po czym pognała przed siebie. Po drodze musiała wyminąć kudłatego yethika. Moment później prześlizgnęła się między wściekłym łowcą a drażniącym go awanturnikiem; udało jej się to dosłownie mgnienie oka przed tym, nim ten pierwszy powalił drugiego zaskakującym ciosem w nos. Dotarła do skrzyżowania, zanim pierwszy z wozów się na nie wtoczył, mogła więc go powitać, stojąc w pierwszym szeregu tłumu gapiów.

– Hej, uważaj, gdzie le… – Chłopak w jej wieku, z orlim nosem i szopą jasnych włosów, posłał urażone spojrzenie prosto w jej uśmiechniętą twarz, który to widok musiał uznać za uroczy, ponieważ szybko dodał: – Wybacz. Dla tak pięknej dziewczyny zawsze znajdzie się miejsce obok mnie.

No, no, pomyślała.

– Dzięki – odparła z przesadnie radosnym uśmiechem, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.

– Przyszłaś zobaczyć najemników? – zapytał.

Nie, durniu, chciałam zobaczyć, jak konie srają, odpowiedziała w myślach.

– Owszem.

– Ja też – ucieszył się, po czym dłonią poklepał przewieszoną przez ramię lutnię. – Jestem bardem.

– Naprawdę? Której grupy?

– Cóż, na razie żadnej, ale to tylko kwestia czasu.

Przytaknęła automatycznie, skupiając całą uwagę na przetaczającym się opodal wozie, który był chyba większy od chaty. Obwieszono go wyprawionymi skórami i zaprzęgnięto w parę białych włochatych mamutów, z których kłów zwisały barwne proporce. Najemnicy będący właścicielami tego środka transportu zgromadzili się wokół ustawionej na dachu przysadzistej wieży oblężniczej, skąd machali obnażonymi klingami wiwatującemu na ich cześć tłumowi.

– To Pogromcy Olbrzymów – odezwał się stojący obok chłopak, jakby najznamienitsi synowie północy potrzebowali prezentacji.

Najemnicy – sami barczyści i brodaci Kaskarowie – byli regularnymi klientami tawerny, w której pracowała Pam, dlatego ich lider pomachał do niej przyjaźnie, gdy wóz mijał miejsce, gdzie stała. Samozwańczy bard nie przeoczył tego faktu i natychmiast sam spojrzał na nią z nieskrywanym podziwem.

– Znasz Alkaina Tora?

Pam wbrew sobie zignorowała ton jego głosu i odburknęła zwięźle:

– Jasne.

Chłopak zmarszczył czoło, ale nie powiedział nic więcej.

Potem ulicą przetoczyło się jeszcze ze stu najemników. Jedni jechali konno, drudzy szli pieszo. Pam rozpoznała wśród nich członków kilku innych grup znanych jej z Narożnika, takich jak: Dzika Kiszka, Czarno-Czarni, Dzikusy i Kosz Mary. Z tej ostatniej ekipy brakowało dwóch chłopaków, których zastępował arachnianin w stalowej zbroi płytowej.

– Hołota – rzucił chłopak, po czym zamilkł, najwyraźniej czekając, aż Pam poprosi go, by wyjaśnił, o co mu chodzi. Gdy dziewczyna się nie odezwała, sam dodał: – Większość mniej znanych najemników będzie naparzała się tej nocy ze śmietnikowymi skrzatami na dziedzińcach gildii lub prywatnych arenach. Ale te lepsze grupy, jak na przykład Pogromcy Olbrzymów czy też Baśń, trafią jutro do Wąwozu, gdzie wystąpią przed tysiącami widzów.

– Do Wąwozu? – podchwyciła Pam.

Doskonale wiedziała, do czego odnosi się ta nazwa, lecz uznała, że skoro ten nadęciuch ma ją zagadywać, ona może przynajmniej wybrać temat rozmowy.

– Mówię o głównej arenie Ardburga – nawijał chłopak, odprowadzając wzrokiem ogon karawany. – W sumie to nic, na czym by warto oko zawiesić. Nie umywa się do aren wzniesionych na południu. Byłem zeszłego lata w Pięciodworze, wiesz? Ich arena jest największa na świecie. Nazywają ją…

– Patrzcie! – zawołał ktoś, ratując Pam przed koniecznością zatkania dłonią ust nowo poznanemu towarzyszowi, który ani myślał zamilknąć. – To Baśń!

Do skrzyżowania zbliżał się zaprzęg ciągniony przez osiem wielkich koni chronionych smoczymi ladrami z brązu. Sam wóz bojowy miał kształt fortecy toczącej się na szesnastu kamiennych kołach, jego okna chroniły stalowe osłony, a z burt zwisały gęsto nabijane kolcami łańcuchy. Zadaszenie zdobiły pordzewiałe krenelaże, w każdym z czterech narożników zaś osadzono wieżyczki z kuszami.

Kątem oka Pam dostrzegła chłopaka, który co rusz prostował się dumnie i nadymał pierś jak samiec żaby podczas wiosennych godów.

– To Reduta Buntowników – oznajmiła, zanim jej towarzysz zdążył ją poinformować o kolejnym doskonale jej znanym fakcie. – Należy do Baśni, grupy, która powstała cztery i pół roku temu, ale już jest uznawana za najbardziej znaną ekipę najemników na świecie. Wiesz, jak jest – dodała protekcjonalnym tonem. – Zdecydowana większość grup walczy wyłącznie na arenach. Jeżdżą z miasta do miasta i podejmują się pokonania wszystkiego, co schwytali miejscowi łowcy. I świetnie, ponieważ tym sposobem wszyscy: myśliwi, promotorzy, właściciele aren, a nawet sami najemnicy, zarabiają, podczas gdy cała reszta otrzymuje nieziemskie widowisko.

– Przecież wie… – Chłopak się żachnął.

– Ale Baśń – przerwała mu Pam – działa wciąż po staremu. Nie tylko objeżdża areny, podejmuje się także kontraktów, których żadna inna grupa nie chce przyjąć. Polowali na olbrzymy, palili pirackie floty. Zabijali piaseczniki w Dumidii, a kiedyś nawet udało im się zabić samego króla firbolgów, tutaj zresztą, w Kaskarze.

Wskazała na potężnie zbudowanego Północnika z szopą ciemnych włosów przesłaniających mu większą część twarzy, który siedział między dwoma krenelażami.

– To Brune. Swego rodzaju miejscowa legenda. Vargyr…

– Vargyr?

– My nazywamy takich jak on szamanami – wyjaśniła Pam. – Potrafią, jeśli tylko zechcą, zmienić się w wielkiego niedźwiedzia. A teraz spójrz na tę babkę z wygoloną po bokach głową, tę z tatuażem. To czarodziejka, a dokładniej mówiąc: przywoływaczka. Nazywa się Cora, ale ludzie wołają na nią Tuszowiedźma. Obok niej jest druin Bezchmurny. To ten wysoki z zielonymi włosami i długimi króliczymi uszami. Powiadają, że jest ostatnim ze swojej rasy i że nigdy jeszcze nie przegrał zakładu, a jego miecz, zwany Madrygałem, przecina stal z taką łatwością, jakby to był jedwab.

Chłopak poczerwieniał na twarzy, która nabrała odcienia wiele mówiącego szkarłatu.

– Dobra, słuchaj… – wymamrotał, Pam jednak miała dość słuchania.

– A tam – wskazywała właśnie kobietę stojącą z jedną nogą na blankach wieńczących wóz wysoko nad ich głowami – masz samą Krwawą Różę. Jest liderką Baśni, zbawczynią Castii i najprawdopodobniej najniebezpieczniejszą kobietą po tej stronie Wyldu.

Zamilkła dopiero wtedy, gdy padł na nią cień wielkiego wozu. Nigdy wcześniej nie spotkała osobiście Krwawej Róży, ale słyszała wszystkie pieśni o niej i widziała jej podobizny na plakatach i rysunkach zdobiących każdy zakątek miasta, choć jak się teraz okazało, kreda i węgiel niespecjalnie oddawały faktyczną urodę najemniczki.

Liderka Baśni nosiła czarną matową zbroję ozdobioną czerwonymi wstawkami i tylko jej rękawice lśniły, jakby wykonano je z najczystszej stali. Zostały wykute przez druinów (tak przynajmniej utrzymywano w pieśniach) i stanowiły komplet z bułatami zwanymi Ostem i Cierniem, które spoczywały obecnie w pochwach na jej biodrach. Włosy miała ufarbowane na krwistą czerwień i ścięte krótko na wysokości brody.

Połowa dziewuch w mieście farbowała włosy na ten sam kolor i strzygła się identycznie. Pam również nabyła woreczek szkarłatnych fasolek, które po namoczeniu w wodzie wydzielały czerwony sok, jednakże ojciec odgadł jej zamiary i kazał, by zjadła je na jego oczach do ostatniej. Smakowały jak kawałki cytryny posypanej cynamonem i zabarwiły jej wargi, zęby i język tak mocno, że długo jeszcze wyglądała, jakby właśnie zagryzła jelenia, lecz włosy – pomimo jej najlepszych chęci – pozostały zwyczajnie kasztanowe.

Wóz przejechał, pozostawiając mrużącą oczy Pam, która poczuła się jak oślepiony popołudniowym słońcem śpioch.

Stojący obok chłopak w końcu odzyskał głos, aczkolwiek musiał odchrząknąć, zanim odważył się odezwać.

– No, no, ty naprawdę się na tym wszystkim znasz. Nie skoczyłabyś na jednego do Narożnika?

– Do Narożnika…

– Tak, to tuż za…

Pam ruszyła z kopyta. Nie tylko spóźniła się do pracy, ale też o mały włos złamałaby kolejną zasadę ojca, tę dotyczącą picia alkoholu z obcymi chłopakami.

Akurat tym zakazem niespecjalnie się przejmowała, ponieważ wolała dziewczyny.

Rozdział drugi
NAROŻNIK

Pam znała cztery osoby, na które można się było zawsze natknąć w Narożniku.

Pierwsza z nich, Tera, prowadziła tawernę, uprzednio zaś sama była najemniczką, zanim straciła rękę.

– Ja jej, u licha, nie straciłam! – mówiła, ilekroć ktoś pytał, w jakich okolicznościach to się stało. – Muchomiś wyrwał mi ją i na moich oczach pożarł! Wiem więc dokładnie, gdzie ona jest, leży gdzieś tam w jego dawno zgniłych trzewiach!

Ta wielka, barczysta baba trzymała interes jedną, ale za to żelazną ręką. W tych rzadkich chwilach, gdy nie wyklinała kuchcików i nie opieprzała kelnerek, zajmowała się zniechęcaniem klientów do bitki (zazwyczaj grożąc, że sama da im po ryjach) albo wspominała stare dobre czasy z innymi najemnikami.

Drugą osobą przesiadującą wiecznie w Narożniku był Edwick, jej mąż. Niegdyś bard grupy zwanej Awangardą, zdążył dawno przejść na emeryturę. Odtąd stawał każdego wieczoru na scenie, by sławić wyczyny swoich dawnych kompanów, a znał drań wszystkie poematy i pieśni, jakie kiedykolwiek powstały. Edwick był przeciwieństwem żony: nie dość, że szczupłej budowy, to jeszcze wiecznie radosny, całkiem jak dzieciak na kucyku. Przyjaźnił się z matką Pam i wbrew zasadzie Tucka Hashforda dotyczącej bratania się z muzykami – „Nie ma, kurwa, mowy” – nierzadko po pracy wyjawiał dziewczynie tajniki gry na lutni.

Kolejny był Tiamax, także dawny członek Awangardy. Był arachnianinem, co znaczyło, że posiadał ośmioro oczu (z czego dwoje brakujących kryło się pod przepaskami) i trzy pary rąk, którymi mógł równocześnie witać się, drapać po tyłku i serwować napitki. Jeśli wierzyć Edwickowi, też swego czasu należał do grona nielichych wojowników.

Ostatnim ze stałych bywalców Narożnika był wujek Branigan. Za młodu jeden z najznamienitszych najemników, niezrównany opój i do tego straszny drań. Teraz jednak, prawie dziesięć lat po śmierci siostry – której skutkiem był także rozpad jego dawnej grupy – stał się… Co tu dużo gadać: nadal kradł, nadal chlał i nadal rozrabiał, przy czym do długiej listy jego przywar doszedł jeszcze nieumiarkowany hazard.

Z tego też powodu jego kontakty z ojcem Pam były naprawdę rzadkie, zwłaszcza w ciągu ostatniej dekady. Jeden stracił siostrę, a drugi ukochaną żonę, lecz żałoba po Lily Hashford skierowała ich na dwie odmienne ścieżki życia.

– Pam! – zawołał wujek z balkonu nad kontuarem. – Bądź tak miła i podaj mi jednego.

Dziewczyna odstawiła na poplamioną drewnianą ladę naręcze zebranych właśnie naczyń. Tawerna była tego wieczoru zatłoczona bardziej niż zwykle. Przy barze tłoczyli się pospołu nowo przybyli najemnicy i ci, którzy pragnęli się choć o nich otrzeć. Ogień buchał z trzech palenisk, w głębi sali toczyły się dwie bójki, a obnażony do pasa bard walił w bęben z taką zaciekłością, jakby ten był mu winien kupę pieniędzy.

– Wujek Branigan chce jeszcze jedną whisky – poinformowała Tiamaxa.

– Serio? – Arachnianin pochwycił przyniesione naczynia. Czterema rękami zaczął je płukać, a dwiema kolejnymi otworzył drewnianą wytrząsarkę, by nalać wonnego różowego płynu do wysokiej szklanicy.

– Co to jest? – zapytała kobieta, której ją podał.

– Doda.

– Doda? – Obwąchała drinka. – Capi kocimi szczynami.

– Następnym razem zamów pieprzone piwo, jeśli coś ci nie pasuje – odburknął Tiamax. Wystające z bujnego siwego zarostu żuwaczki poruszyły się w wyrazie irytacji. Jedna z nich była w połowie odłamana, zaklikał więc niezdarnie, zamiast wydać melodyjny dźwięk jak każdy w pełni zdrowy osobnik jego gatunku. Kobieta obwąchała szklankę raz jeszcze, a potem zniknęła w tłumie. Arachnianin w tym czasie osuszał trzy miski naraz, wywijając ścierką. – A jak twój wujek ma zamiar za tę whisky zapłacić, jeśli wolno spytać?

 

– Powiedz, żeby doliczył mi do rachunku!

Pam uśmiechnęła się krzywo do barmana.

– Chce, żebyś doliczył mu do rachunku.

– No tak. Otwarty rachunek Branigana Faya! – Tiamax uniósł wszystkie sześć rąk w geście rozpaczy. – Cóż, z przykrością muszę powiadomić, że właśnie uległ on zamknięciu.

– Kto tak mówi? – zagrzmiał bezcielesny głos wujka.

– Kto tak mówi? – powtórzyła Pam.

– Tera.

– Przekaż temu wyklutkowi, że biorę Terę na siebie! – wydarł się Branigan. – Poza tym coś mi się widzi, że zaraz zgarnę dużą wygraną!

Dziewczyna westchnęła ciężko.

– Wujek Branigan mówi, że…

– Wyklutkowi? – Żuwaczki barmana zaklikały ponownie, a Pam dostrzegła w jego fasetowych oczach złowieszczy błysk. – Jedna whisky! – dodał, podnosząc głos. – Już podaję! – Sięgnął po stojący na kontuarze kubek, drugim segmentowym odnóżem równocześnie zdejmując flaszkę z najwyższej półki. Była pokryta grubą warstwą pleśni, a nawet pajęczyną. Gdy Tiamax wyszarpnął z jej szyjki korek, ten rozpadł się w pył.

– Co to jest? – zainteresowała się Pam.

– Zwykła whisky. Tak jakby. Znaleźliśmy sześć skrzynek tego trunku, gdy Dzicy otoczyli nas w warowni Turnstone. – Jak każdy były najemnik, Tiamax nie odpuszczał żadnej okazji, by podzielić się wspomnieniami z dawnych lat. – Chcieliśmy spróbować – kontynuował arachnianin – ale nawet Matty nie zdołał przełknąć tego zajzajeru, użyliśmy więc reszty w charakterze bomb zapalających. – Zawartość flaszki wyciekała z szyjki powoli jak miód, z tym że cuchnęła gorzej od ścieku. – Masz. Przekaż swojemu wujkowi, że to na koszt firmy. Z pozdrowieniami od wyklutka.

Pam zmierzyła zawartość kubka podejrzliwym spojrzeniem.

– Dajesz słowo, że od tego nie umrze?

– Jestem tego prawie pewien. – Barman przyłożył wiotką dłoń do klatki piersiowej. – Przysięgam na mój głowotułów.

– Na twoje co?

Zza kuchennych drzwi wypadła Tera dzierżąca w dłoni upapraną sosem kopyść, jakby to była maczuga.

– Wy tam! – wrzasnęła, wskazując namiastką broni dwóch mocujących się przy palenisku najemników. – Czytać nie umiecie czy co? – Nie mając drugiej ręki, którą mogłaby wskazać im tabliczkę, użyła znów łyżki, by zwrócić ich spojrzenia na zawieszoną nad kontuarem tabliczkę, a nawet posunęła się do odczytania wyrytych na niej słów. – Żadnych burd przed północą! To szanowany przybytek, a nie jakaś tam zapchlona spelunka.

Gdy szła w kierunku walczących, pozostali klienci uskakiwali z drogi, jakby była głazem staczającym się po stromym zboczu.

– Dzięki, Max. – Pam chwyciła kubek i ruszyła śladem szefowej, dzięki czemu udało jej się przebyć niemal połowę drogi, zanim została wchłonięta przez tłum.

Tera kopała w tym czasie zwijającego się na podłodze awanturnika, równocześnie okładając drugiego kopyścią po tyłku.

W drodze ku schodom dziewczyna wykonywała zwinne uniki, chłonąc kolejne plotki jak złodziejaszek zawartość kieszeni na targu. Trzej kupcy rozmawiali o wczesnych przymrozkach, które zniszczyły większość kaskarskich upraw. Zarobili krocie dzięki importowi żywności z Pięciodworu. Jeden z nich zasugerował właśnie, że wypadałoby złożyć z tej okazji hojną daninę Królowej Zimy, co jego sąsiad z prawej, rasowy Północnik, skwitował wybuchem gromkiego śmiechu, natomiast siedzący po lewej Narmeeryjczyk jęknął tylko, po czym uczynił znak koła na piersi.

Wiele osób zastanawiało się, kto nazajutrz stanie do walki w Wąwozie, a co jeszcze ważniejsze, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Baśń, jak mówiono, postanowiła zdać się na wybór miejscowych łowców, którzy ponoć mieli niespodziankę w zanadrzu.

Większość rozmów jednak krążyła wokół rzesz potworów gromadzących się na północ od Cragmoor. Wszyscy, od rolników po wojowników, dywagowali, jakie też zamiary może mieć tak zwana horda z Brumalu.

– Chodzi o zemstę! – wybełkotał najemnik z ustami pełnymi czegoś czarnego i miękkiego. – Bez dwóch zdań! Wciąż nie mogą nam zapomnieć, że sześć lat temu skopaliśmy im dupska pod Castią. Latem przyszłego roku znów zaatakują, zapamiętajcie moje słowa!

– Nie uderzą ponownie na Castię – perorowała kobieta, której twarz pokrywał tatuaż przedstawiający białego pająka. – Miasto leży za daleko i jest zbyt dobrze bronione. Moim zdaniem to Ardburg ma powody do niepokoju. Lepiej, by murgrabiowie trzymali swoich ludzi w gotowości i kazali naostrzyć wszystkie topory!

– Ten cały Grom… – zastanawiał się Lufane, kapitan statku powietrznego, który utrzymywał się z wożenia bogaczy nad górami. – Powiadają, że żywi do nas ogromną urazę.

– Do nas? – zdziwił się jakiś staruch.

– No do nas, znaczy do wszystkich ludzi. – Kapitan dopił wino, po czym podał kubek przechodzącej Pam. – Powiada, że to my jesteśmy potworami. Kilka lat temu zrobił wypad w góry i zniszczył każdą arenę, na jaką trafił.

Ten pierwszy, najemnik, wyszczerzył na to poczerniałe zębiska.

– Olbrzym nazywający nas potworami? A kogo obchodzi, co taki sobie myśli? Za dwa dni wszystkie grupy z północy ruszą do Cragmoor, szukając okazji do zdobycia sławy. Do wiosny po tej hordzie zostaną wyłącznie sterty bielejących w mule kości – zaręczał, gdy Pam go mijała – ale bardowie będą mieli dzięki temu zajęcie po kres swoich dni.

Dziewczyna dotarła pod scenę. Bębniarz właśnie zakończył występ, a jego miejsce zajął Edwick, który przycupnął na zydlu z lutnią w dłoniach. Puścił do Pam oko, zanim rozpoczął pieśń o oblężeniu Wydrążonego Wzgórza, na co tłum zareagował głośnymi pomrukami aprobaty. Ludzie uwielbiali słuchać o bitwach, zwłaszcza o tych, w których bohaterowie otoczeni przez przeważające siły wroga mieli marne szanse na przetrwanie.

Pam z kolei uwielbiała wsłuchiwać się w głos starca. Był chrapliwy i szczebiotliwy zarazem, miły dla ucha jak para wygodnych ciżemek z miękkiej skóry dla dziewczęcej stopy. Edwick szkolił ją także w śpiewie, aczkolwiek jego ocena kunsztu dziewczyny wahała się wciąż pomiędzy: „Uważaj, bo szkło popęka od tych wrzasków” i „Przynajmniej nie ściągną cię siłą ze sceny”. Dopiero niedawno uśmiechnął się pod nosem, mamrocząc: „Nieźle, całkiem nieźle”.

Pam wracała wtedy do domu, żałując tylko jednego: że nie może podzielić się swą radością z ojcem. Wszakże Tuck Hashford nie pochwaliłby jej zadowolenia. Nie chciał, by córka śpiewała ani grała na lutni, ani tym bardziej wysłuchiwała przechwałek emerytowanych bardów. Gdyby nie fakt, że od śmierci żony miał problemy z utrzymaniem jakiejkolwiek posady, a dzięki zarobionym przez Pam pieniądzom jako tako wiązali koniec z końcem, zabroniłby jej choćby zbliżać się do Narożnika…

Otrząsnęła się ze wspomnień, podszedłszy do wujka.

Branigan walnął w blat otwartą dłonią, roztrącając miedziaki i przewracając drewniane figurki rozstawione na planszy do czwórcy. Jego przeciwnik, zakapturzony mężczyzna, którego twarzy dziewczyna nie mogła dojrzeć, westchnął tylko ciężko. Tymczasem Branigan zaczął się niezręcznie tłumaczyć:

– No nie, tak mi przykro, że przypadkiem je poprzewracałem. Uznajmy tę partię za remisową, Chmuro.

– Chcesz nazwać remisem sytuację, w której jeden z graczy wygrywa, a drugi posuwa się do oszustwa, by uniknąć przegranej?

Branigan wzruszył ramionami.

– Obaj mieliśmy jeszcze szansę.

– Ja ją miałem bez wątpienia – odparł oponent. – Wsparłbyś mnie, Brune!

Brune?

Pam zamarła z gębą rozdziawioną jak u pisklaka, który patrzy na wijącego się przed nim robala. Po lewej od wujka siedział bez cienia wątpliwości Brune. Ten Brune. Pieprzony szaman Baśni. Legenda czy nie, wyglądał jak większość jego pobratymców z północy: był wysoki, szeroki w barach, lecz nawet imponująca szopa ciemnych włosów nie mogła ukryć faktu, że Brune nie należy do najurodziwszych synów tych ziem. Brwi miał rozrośnięte, krzaczaste, nos złamany, a szpara pomiędzy dwoma przednimi zębami była tak szeroka, że dałoby się w nią wrazić palec.

– Zamyśliłem się – wyznał vargyr. – Wybacz.

Pam wciąż nie mogła dojść do siebie, jej umysł nie zdążył jeszcze poukładać informacji przesyłanych przez oczy… Jeśli to jest Brune, oznacza to, że zakapturzony facet… ten, którego wujek nazwał Chmurą, będzie…

Mężczyzna odwrócił się z wolna, niespiesznie zsuwając kaptur z głowy i odsłaniając długie uszy przylegające do złocistozielonych włosów. Pam nie zauważyła jednak ani charakterystycznych uszu, ani drapieżnego uśmiechu druina. Przygwoździło ją spojrzenie jego oczu: półksiężyców lśniących na barwnym tle przypominającym refleksy blasku świecy rzucane na fasety szmaragdu.

Inne książki tego autora