Czarodzieje broni. Izrael - tajne laboratorium technologii militarnych

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po wojnie, choć został oficjalnie zdemobilizowany, postanowił kontynuować służbę. Podczas gdy większość rezerwistów była powoływana na dwa–trzy tygodnie ćwiczeń w roku, Ben Anat służył przez 120 dni, co pozwoliło mu piąć się po szczeblach kariery, mimo że nie był zawodowym żołnierzem i pracował dla jednej z izraelskich agencji wywiadowczych. W 2008 roku, po trzydziestu pięciu latach służby, otrzymał awans na generała brygadiera i został mianowany szefem rezerwy Cahalu.

W odróżnieniu od niektórych ze swych zachodnich odpowiedników Siły Obronne Izraela polegają w dużej mierze na rezerwistach zarówno w czasie wojny, jak i podczas rutynowych działań. Ta zależność datuje się od utworzenia Cahalu jako „armii narodowej” z obowiązkowym werbunkiem. Choć celem powołania korpusu rezerwowego było zapewnienie odpowiedniej liczby żołnierzy w razie zagrożenia, Ben Anat twierdzi, że obecność rezerwistów ma korzystny wpływ na biurokrację wojskową.

– Rezerwiści przychodzą na ustalony okres i nikt nie chce, aby mieli poczucie, że marnują czas – wyjaśnił. – W rezultacie cały system staje się bardziej efektywny.

Oparcie sił zbrojnych na rezerwie oznacza, że nawet kiedy poborowi ukończą obowiązkową służbę, pójdą na studia i podejmą pracę, w dalszym ciągu co rok wracają do wojska. Piloci zwykle nadal latają jeden dzień w tygodniu, podczas gdy zwykli żołnierze są powoływani na dwa lub trzy tygodnie każdego roku – połowa tego okresu przeznaczona jest na ćwiczenia, a druga połowa na rutynowe patrole i operacje graniczne.

Oznacza to, że inżynierowie zatrudnieni w przemyśle obronnym stykają się z wojskowymi nie tylko w salach konferencyjnych, gdzie prezentują im nowe projekty broni, ale także podczas służby w rezerwie, kiedy sami wkładają mundury i na powrót stają się żołnierzami.

Bojowe doświadczenie izraelskich inżynierów, a także ich regularne ćwiczenia i walki w rezerwie pomagają im lepiej zrozumieć, jaki sprzęt będzie potrzebny Cahalowi w następnej wojnie oraz jak go zaprojektować. W rezultacie wszelkie „wymogi operacyjne” stawiane przez wojsko wobec nowych systemów uzbrojenia są zwięzłe, jasne i określone w najdrobniejszych szczegółach. Ci ludzie byli na wojnie, brali udział w walkach i dobrze wiedzą, czego im potrzeba.

– Wiemy, co to znaczy siedzieć w pojeździe wojskowym – wyjaśnia pracownik Plasan Sasa, firmy produkującej opancerzenie dla izraelskich i amerykańskich czołgów – jak to jest najechać na minę albo znaleźć się pod ostrzałem5. – Takie przeżycia pozostają w pamięci na zawsze.

– Ten niemal osobisty związek między obronnymi potrzebami Izraela a tym, czego może dostarczyć nauka i technika, nie ma odpowiednika w innych krajach – twierdzi Dan Peled, profesor biznesu z Uniwersytetu w Hajfie6.

W Stanach Zjednoczonych na przykład oficerowie wchodzą w skład zespołów badawczo-rozwojowych firm produkujących sprzęt wojskowy, ale są oni często postrzegani jako intruzi. W Izraelu są natomiast swojakami. Wspomnienia z wojska towarzyszą ludziom przez całe życie. Ta podwójna tożsamość jest narodowym skarbem.

Van Creveld ujął to bardziej dosadnie: „Jeśli 95 procent waszych obywateli nigdy nie służyło w wojsku i nigdy nie uczestniczyło w działaniach zbrojnych, jak można oczekiwać od was innowacji w dziedzinie uzbrojenia?”.

* * *

Tym, co jeszcze zwróciło uwagę generała porucznika Kadisha podczas wizyty w Izraelu z 1992 roku, był młody wiek pilotów i żołnierzy, których spotykał w bazie lotniczej. Wykonywali oni zadania, jakie w USA i w Europie powierza się oficerom niekiedy dwukrotnie starszym od nich.

W Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych średnia wieku wynosi dwadzieścia dziewięć lat. W Cahalu jest to nieco ponad dwadzieścia lat.

W praktyce oznacza to, że izraelscy oficerowie niższych rang i zwykli poborowi otrzymują w młodym wieku ogromną władzę i odpowiedzialność. Mają też nad sobą mniej wysokich oficerów – w Izraelu na jednego starszego oficera przypada dziewięciu szeregowych, podczas gdy w USA pięciu – w związku z czym młodzi żołnierze chcąc nie chcąc muszą samodzielnie podejmować ważne decyzje.

W Izraelu młodzi analitycy wywiadu po raptem dwóch latach służby często mają bezpośredni dostęp do ministra obrony i premiera. Dwudziestotrzyletnich oficerów stawia się na czele kompanii i powierza im odcinki granic lub sektory Zachodniego Brzegu. Jeśli terroryści przenikną przez podległy im obszar i przeprowadzą poważny atak, to ich pociąga się do odpowiedzialności.

Powierzanie odpowiedzialnych funkcji tak młodym ludziom wyrabia w nich zdolności przywódcze, z których korzystają nie tylko w wojsku, ale i w późniejszym życiu. Ponieważ Izrael jest niemal permanentnie w stanie konfliktu zbrojnego, jego żołnierze wcześnie stykają się z niebezpieczeństwem i są zmuszeni, niekiedy wielokrotnie, do podejmowania decyzji na wagę życia i śmierci.

– Absolwenci Harvardu mogą mieć pierwszorzędne wykształcenie i doktoraty, ale ich wiedza jest tylko teoretyczna – powiedział nam Dawid Iwri, były dowódca Sił Powietrznych Izraela i dyrektor generalny Ministerstwa Obrony. – W Cahalu żołnierze uzyskują doktorat z życia.

Inwestowanie tak wiele w żołnierzy ma jeszcze inny skutek: są oni uważani za bezcennych i postrzegani jako dzieci wszystkich Izraelczyków. I znajduje to odbicie w czynach. W 2011 roku Izrael uwolnił przeszło tysiąc więźniów w zamian za jednego żołnierza przetrzymywanego przez Hamas w Strefie Gazy. Podobne wymiany jeńców są dokonywane przez izraelski rząd od lat osiemdziesiątych XX wieku.

Jest to rzecz wyjątkowa nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale nawet wśród innych zachodnich sił zbrojnych. Wartość przypisywana pojedynczemu żołnierzowi czyni każdego z nich ważnym nie tylko dla jego krewnych, ale i dla całego narodu. Gdy jakiś żołnierz zostaje uprowadzony, każda rodzina odczuwa ból, wiedząc, że mógł to być ich bliski.

Obowiązkowa służba wojskowa wpływa na izraelskie społeczeństwo w jeszcze jeden sposób: pełni rolę tygla. Zjawisko to nie występuje w zachodnich siłach zbrojnych, które opierają się na ochotnikach. W Stanach Zjednoczonych mniej więcej dziesięć lat temu 44 procent żołnierzy pochodziło z terenów wiejskich, 40 procent z Południa, a niemal dwie trzecie wywodziło się z hrabstw, w których przeciętny dochód gospodarstw domowych plasował się poniżej średniej krajowej7.

W Izraelu do wojska trafia niemal każdy. Mężczyźni powoływani są na trzy lata, a kobiety na dwa. Bogaty dzieciak z Tel Awiwu, który dostaje przydział do jednostki bojowej, przechodzi szkolenie razem z etiopskim Żydem z nowo powstałego miasteczka na południu kraju, rosyjskim imigrantem z północy i pobożnym żołnierzem z osiedla na Zachodnim Brzegu. Służba w Cahalu nie toleruje barier społecznych. Ubogie izraelskie dzieciaki, które nigdy nie miałyby okazji posługiwać się zaawansowanym technicznie sprzętem, dostają tę szansę w Cahalu. Młodzi ludzie, którzy dorastali bez smartfona w domu, są nagle szkoleni na cyberoperatorów. Kiedy obywatel wkłada mundur, na etykietki socjoekonomiczne i rasowe nie ma miejsca.


Szkolenie rekrutów Brygady „Golani”. Marzec 2016 r.

Fot. Cahal

Ów tygiel jest częścią recepty na nowatorstwo. Kreatywność może pojawić się tylko tam, gdzie ludzie zbierają się razem i wymieniają pomysłami. Do tego zaś muszą znać się nawzajem oraz mieć wspólny język i kulturę. W Izraelu zapewnia im to wojsko.

Cahal zachęca też swoich oficerów do zdobywania „multidyscyplinarnego wykształcenia”. Wynika to z ograniczonych zasobów, jakimi dysponuje Izrael, w kategoriach nie tylko surowców, ale i ludzi. W zagranicznych koncernach lotniczych, jak chętnie żartują Izraelczycy, są osobni specjaliści od każdej śrubki i bezpiecznika. W Izraelu inżynierowie wykraczają poza wąskie dziedziny i specjalizują się w więcej niż jednym zadaniu.

To dlatego właśnie wielu wysokich oficerów i dyrektorów izraelskich firm zbrojeniowych ma kilka różnych stopni naukowych z różnych dziedzin. Oficera Cahalu zachęca się na przykład do uzyskania licencjatu z elektroniki, a następnie magisterium z czegoś zupełnie innego, jak fizyka albo polityka publiczna.

Generał brygadier Dani Gold, mózg stojący za opracowaniem rewolucyjnego systemu obrony przeciwrakietowej Żelazna Kopuła, jest tego dobrym przykładem. W połowie swej kariery w siłach powietrznych wziął urlop naukowy i zrobił dwa doktoraty – jeden z zarządzania biznesem, a drugi z inżynierii elektrycznej. Jak zobaczymy, potrzebował obydwu, żeby nadać rozpęd pracom nad nowatorską Żelazną Kopułą.

* * *

Jeśli istnieje jedna jednostka, która najlepiej unaoczniałaby inwestycje Cahalu w zasoby ludzkie i nacisk, jaki kładzie on na multidyscyplinarne wykształcenie, to jest nią Talpijot, gdzie służy intelektualny kwiat Izraela.

Talpijot – słowo to pochodzi z jednego z wersów Pieśni nad Pieśniami i odnosi się do murów twierdzy – jest przodującą jednostką techniczną Izraela. Każdego roku o przyjęcie do niej ubiegają się tysiące, ale tylko około trzydziestu dostępuje owego zaszczytu, z którym wiąże się zaciągnięcie na dziewięcioletnią służbę, trzykrotnie dłuższą niż normalna.

Żołnierze ci mają zwykle kwalifikacje i zdolności, które mogłyby zapewnić im miejsce w charakterze pilotów lub operatorów w elitarnych oddziałach komandosów. Ale Talpijot przebija konkurencję i bierze, kogo chce. Aż tak wiele znaczy.

Jednostka ta zrodziła się z katastrofy – wojny Jom Kipur z 1973 roku. Izrael okazał się nieprzygotowany, kiedy Syria i Egipt zaatakowały go w wielkie żydowskie święto. Przeszło 2 tysiące żołnierzy poległo, zniszczone zostały też niezliczone samoloty i czołgi. Jeśli aż do tej pory Izrael przekonany był o wyższości swojej armii, to teraz ogarnęło go poczucie bezbronności, jakiego nie znał od czasu utworzenia państwa ćwierć wieku wcześniej.

 

Choć Izrael ostatecznie utrzymał swoje terytorium, traumatyczna wojna brutalnie mu uświadomiła, że nowatorska taktyka nie wystarczy do zachowania przewagi militarnej. Potrzebny był też prymat na polu techniki. Pytanie brzmiało, jak go osiągnąć.

Krótko po wojnie pułkownik Aharon Bet Halachmi, ówczesny szef działu technicznego sił powietrznych, odebrał telefon od Saula Jaciwa, fizyka z Uniwersytetu Hebrajskiego, którego poznał wcześniej tego roku, kiedy odwiedził uczelnię, żeby obejrzeć laser o dużej mocy, który budował Jaciw. Rosjanie i Amerykanie również pracowali nad laserami, i Bet Halachmi uznał, że Cahal powinien zainwestować w podobny sprzęt. Nad jego przydatnością dla wojska można się było zastanowić później.

Jaciw powiedział, że ma do omówienia pewną ważną sprawę i że przyprowadzi ze sobą kolegę. Kilka dni później pojawił się w gabinecie Bet Halachmiego z Feliksem Dotanem, również fizykiem. Bet Halachmi miał wrażenie, że ma do czynienia ze współczesną wersją biblijnych Mojżesza i Aarona – podobnie jak Mojżesz, Dotan miał wadę wymowy. Jaciw służył mu za rzecznika.

Dotan, powiedział Jaciw, napisał raport postulujący utworzenie instytutu, który nazwał Talpijot. Program ten, jak wyjaśnili obaj, miał być przeznaczony wyłącznie dla izraelskich geniuszy. Żołnierze ci odbywaliby czterdziestomiesięczne szkolenie – najdłuższe w Cahalu – i każdy robiłby dyplom z fizyki, matematyki i informatyki, jednocześnie przechodząc szkolenie bojowe w elitarnej jednostce spadochroniarzy.

Absolwenci odbywaliby następnie służbę w każdym z rodzajów wojsk. Po czterdziestu miesiącach byliby przydzielani do konkretnej jednostki, z naciskiem na lotnictwo lub wywiad.

Bet Halachmi był zaintrygowany. On również ubolewał nad tym, jak Izrael spisał się w tej wojnie, i szukał sposobów na zwiększenie technicznego potencjału Cahalu. Zgodził się przedstawić tę propozycję przełożonym.

O wyjątkowości Talpijotu zadecydował jego profil. Zamiast szkolić się w jakiejś jednej dziedzinie, uczestnicy mieli otrzymywać wykształcenie multidyscyplinarne i zaznajamiać się z całością technicznego potencjału Cahalu. Zamysłem było wyposażenie ich w umiejętności potrzebne do znajdowania rozwiązań, które przekraczałyby biurokratyczne bariery i ograniczenia technologiczne.

Jednak nie wszystkim spodobał się ten pomysł. Oficerowie sił powietrznych i wywiadu wojskowego sprzeciwiali się temu programowi. Chcieli, by najlepsi rekruci służyli jako piloci i dowódcy polowi. „Byłoby marnotrawstwem wysyłać ich gdzie indziej” – to typowa reakcja, z jaką Bet Halachmi spotykał się w całym Sztabie Generalnym. Na swoim stanowisku w siłach powietrznych niewiele mógł zdziałać. Musiał czekać.

Parę lat później Bet Halachmi został mianowany szefem Dyrekcji do spraw Badań i Rozwoju Cahalu i otrzymał własne krzesło przy stole obrad Sztabu Generalnego. Oznaczało to, że zyskał swobodny dostęp do szefa sztabu Rafula Ejtana. Podczas jednego z ich cotygodniowych spotkań przedstawił pomysł Talpijotu i Raful połknął haczyk. Nie zawracał sobie nawet głowy zwoływaniem zebrania. W ciągu trzech miesięcy uruchomiono fazę pilotażową.

Już wkrótce Bet Halachmi zdał sobie sprawę, że program jest sukcesem. Kilka lat po jego wdrożeniu premier zwołał specjalne posiedzenie Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Narodowego, aby podyskutować na jego temat. Kilku generałów skarżyło się, że absolwenci nie są sprawiedliwie rozdzielani pomiędzy poszczególne rodzaje wojsk. Wszyscy, włącznie z izraelskimi agencjami szpiegowskimi, chcieli „talpijona”, jak nazywano absolwentów. Było to trudne zebranie, po którym premier zarządził, że talpijonowie mają być przydzielani do wszelkich organów bezpieczeństwa w kraju, z policją włącznie. Dziś o jednego talpijona ubiega się przeciętnie pięć jednostek.

– Dowiedliśmy, że aby dokonywać przełomów, nie potrzeba wcale wielu ludzi – powiedział nam Bet Halachmi. – Wszystko, czego było nam trzeba, to odpowiedni ludzie z odpowiednim wyszkoleniem.

Przykładów sukcesu jest bez liku, a większość z nich pozostaje ściśle tajna. Jeden z talpijonów odkrył sposób na dziesięciokrotne zwiększenie prędkości lotu pocisków dzięki napędzaniu ich energią elektryczną zamiast chemicznej.

Inny talpijon, który rzucił studia medyczne, żeby wstąpić do tej jednostki, opracował nowy fotel dla pilotów helikopterów. Odbywając pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku służbę wojskową, dowiedział się, że znaczna liczba pilotów skarży się na bóle kręgosłupa. Zaprojektował więc nowy fotel, zainstalował go w symulatorze helikoptera, wyciął otwór w oparciu i wycelował długopis w plecy pilota. Następnie, używając superszybkiej kamery, zarejestrował wpływ, jaki mają wibracje na jego kręgosłup8.

Jeszcze inny talpijon odegrał decydującą rolę w opracowaniu systemu wykrywania tuneli przekopywanych przez terrorystów przy granicy Izraela ze Strefą Gazy.

Choć Talpijon jest niewielką jednostką – w ciągu mniej więcej czterdziestu lat wypuścił raptem około tysiąca absolwentów – jego wpływ daje się odczuć w całym Cahalu i nie tylko. Jego absolwenci formują elity izraelskiego środowiska akademickiego i przemysłu zaawansowanych technologii, zajmując najwyższe stanowiska w dziesiątkach firm, z których wiele notowanych jest na giełdzie NASDAQ.

– Na całym świecie nie ma nic podobnego do tego programu – mówi Ewiatar Matania, były członek Talpijonu, który został później szefem izraelskiego Narodowego Urzędu Cyberbezpieczeństwa. – Talpijon często w pojedynkę rewolucjonizuje swoją jednostkę. Dwaj lub trzej w tej samej jednostce to już odmienny świat9.

* * *

Wydaje nam się, że tajemnica sukcesu Izraela jest kombinacją wszystkich wspomnianych czynników, ale sięga także głębiej, do samej istoty izraelskiego charakteru narodowego.

Mało który kraj na świecie, o ile jakikolwiek, był uwikłany w konflikt przez tak długi czas albo tak głęboko jak Izrael. Margines błędu jest niewielki, kiedy wróg, z którym walczycie, znajduje się zaledwie o kilka minut jazdy od waszych drzwi – kiedy terrorystyczne ugrupowania tuż za waszymi granicami regularnie ostrzeliwują rakietami wasze domy i szkoły i wysyłają zamachowców samobójców do waszych autobusów.

W takich realiach bezpieczeństwo nigdy nie jest uważane za oczywistość. Niektórzy Izraelczycy stają się nerwowi po długim okresie spokoju. To niemożliwe, mówią. To musi być cisza przed burzą.

Izrael był pierwszym zachodnim krajem, który walczył z sowiecką machiną wojenną w Egipcie i Syrii, oraz pierwszym współczesnym państwem, które doświadczyło samobójczych zamachów terrorystycznych na swych ulicach, lata wcześniej niż Nowy Jork czy też Londyn, Madryt i inne stolice Europy. Od potencjalnego zbrojnego uderzenia na Iran po sporadyczne polowania na terrorystów na Zachodnim Brzegu – Izrael stoi w obliczu liczniejszych zagrożeń niż większość krajów i nieustannie rozwija zaawansowane technologie wojskowe, by stawić im czoło.

– Na naszą korzyść działa połączenie trzech czynników – powiedział nam Udi Szani, były dyrektor generalny Ministerstwa Obrony, kiedy spotkaliśmy się w Tel Awiwie. – Mamy obdarzonych inwencją ludzi, doświadczenie bojowe, dzięki któremu znamy swoje potrzeby, oraz natychmiastowe zastosowanie operacyjne dla naszych wynalazków, gdyż niemal nieustannie jesteśmy w stanie konfliktu.

Jednak choć izraelskie wynalazki w dziedzinie uzbrojenia rewolucjonizują współczesną sztukę prowadzenia wojen, nie powstają one w próżni, ale na Bliskim Wschodzie, w najbardziej chyba niespokojnym regionie świata. Izrael może uważać swoją potrzebę posiadania najnowocześniejszej broni za reakcję na zewnętrzne zagrożenia, ale to właśnie owo zaawansowanie techniczne częstokroć napędza ten właśnie wyścig zbrojeń, który usiłuje powstrzymać.

W 2010 roku, na przykład, Izrael użył Stuxneta, by przeprowadzić jeden z pierwszych znanych wojskowych cyberataków na świecie. Izraelski wirus komputerowy był tak skuteczny, że uszkodził około tysiąca wirówek w głównym irańskim zakładzie wzbogacania uranu i według niektórych szacunków cofnął tajny program nuklearny tego kraju niemal o dwa lata. Po owym incydencie Iran utworzył jednak własną jednostkę cybernetyczną i inwestuje przeszło miliard dolarów rocznie w rozwój potencjału ofensywnego. Wojna cybernetyczna na pełną skalę wydaje się teraz tylko kwestią czasu.

Dziś, gdy na Bliskim Wschodzie szerzy się chaos, a coraz więcej państw, zwłaszcza w Europie, mierzy się z groźbą miejskich zamachów ze strony ISIS i innych organizacji terrorystycznych, doskonalone przez Izrael taktyki i technologie są wielce poszukiwane.

I tak, na przykład, system obrony przed rakietami krótkiego zasięgu Żelazna Kopuła pomógł Izraelowi przekształcić strategiczne zagrożenie – ostrzał rakietowy ze Strefy Gazy – w dający się znieść problem taktyczny. Pozwala to izraelskim przywódcom skupić się na poważniejszych wyzwaniach i zagrożeniach, wobec których stoi ten kraj.

System obrony aktywnej Trophy, instalowany na należących do Cahalu czołgach Merkawa, zdolny do przechwytywania nadlatujących granatów rakietowych oraz pocisków przeciwpancernych, pozwala tym wielkim stalowym machinom bojowym zachować znaczenie w epoce konfliktów asymetrycznych i walk toczonych na terenach miejskich. W czasie, kiedy większość państw redukuje swoje siły pancerne, Izrael robi coś przeciwnego.

Historia Izraela zawsze zdumiewała świat. Jest to opowieść o tym, jak słaby prastary naród powrócił do swej ojczyzny, założył państwo i, na przekór wszystkiemu, nie tylko przetrwał, ale i rozkwitł.

Ta książka uzupełnia ową historię o kolejną warstwę. Nie będzie to wyłącznie opis technologii, które przyniosły Izraelowi zwycięstwo i sukces na polu walki; przybliży ona również ludzi oraz jedyną w swoim rodzaju izraelską kulturę, dzięki którym było to możliwe.

W świecie pełnym niepewności i zagrożeń jest to historia, której powinniśmy poświęcić szczególną uwagę.

ROZDZIAŁ 1
Podziemne początki

Był rok 1945, trzy lata przed utworzeniem Państwa Izrael, a żydowscy przywódcy w Palestynie już mieli przeczucie tego, co nadciąga. Było kwestią czasu, nim zniesiony zostanie Mandat i Brytyjczycy opuszczą Palestynę. Żydzi wiedzieli, że gdy tylko to nastąpi, Arabowie zaatakują.

Broni było mało, ale największy problem polegał na tym, że pod brytyjskimi rządami Żydom przyłapanym na jej posiadaniu groziło więzienie, a niekiedy kara śmierci. Hagana – żydowska organizacja paramilitarna, z której ostatecznie wyewoluowały Siły Obronne Izraela – potrzebowała amunicji i uzbrojenia. Pytanie brzmiało, jak je zdobyć.

Człowiekiem, któremu powierzono znalezienie rozwiązania, był Josef Awidar, wysokiej rangi dowódca Hagany. Awidar urodził się w Rosji i jako dziewięciolatek otrzymał podstawowe szkolenie wojskowe za sprawą nieżydowskiego sąsiada, który wrócił do domu ze służby w carskiej armii. Umiejętności te pozostały mu na całe życie. Po przybyciu do Izraela wyróżniał się i szybko awansował w szeregach Hagany. Podczas arabskich zamieszek z 1929 roku dowodził żydowskimi siłami na jerozolimskim Starym Mieście i udało mu się odeprzeć atakujących Arabów przy użyciu jednego karabinu i zaledwie jedenastu nabojów. W depeszy, którą wysłał później do sztabu Hagany, zganił to, jego zdaniem, niepotrzebne zużycie amunicji. Jego skarga uzmysławia, jak niewiele jej miała żydowska społeczność.

„Można było powstrzymać ich siedmioma kulami – stwierdził. – Zmarnowaliśmy cztery”.

Rozruchy były dzwonkiem alarmowym dla Awidara, który rozumiał, że jeśli Izrael ma przetrwać, Żydzi potrzebują szkolenia, i to solidnego. Tak właśnie pewnego sobotniego ranka znalazł się w amfiteatrze niedaleko kampusu Uniwersytetu Hebrajskiego na górze Skopus, gdzie zaczął uczyć pięćdziesięcioosobową grupę, jak rzucać granaty. Hagana nie miała prawdziwych granatów, tak więc Awidar demonstrował to na chałupniczo wyprodukowanym pocisku z przemytu. Kiedy uniósł rękę, żeby rzucić granat, ten przedwcześnie eksplodował. Wybuch słychać było na wiele mil i było tylko kwestią czasu, kiedy zjawią się brytyjscy żołnierze. Mimo poważnej rany Awidar nie pozwolił się ewakuować, dopóki wszyscy jego ludzie nie wymknęli się bezpiecznie.

To był decydujący moment. Żydowska społeczność potrzebowała broni wysokiej jakości, takiej, która nie wybuchałaby żołnierzom w rękach. Jednak Brytyjczycy sprawowali ścisłą kontrolę nad krajem. Wystarczająco trudne było już przemycanie morzem żydowskich imigrantów, a co dopiero broni. W rezultacie Awidar wpadł na radykalny pomysł, by wybudować fabrykę amunicji, pierwszą tego rodzaju, w Palestynie. Był to karkołomny projekt. Po pierwsze, Jiszuw – jak nazywano wówczas społeczność żydowskich osadników – nie miał praktycznie żadnego doświadczenia w produkcji broni. Po drugie, Brytyjczycy byli wszechobecni. Trudno byłoby ukryć przed nimi fabrykę amunicji.

 

Ale Awidar był zdeterminowany. Sukces, jak wiedział, zależał w dużej mierze od znalezienia odpowiedniego miejsca. Objeżdżał kraj, aż w końcu jego wybór padł na wzgórze pod miastem Rechowot, znanym dziś jako siedziba Instytutu Naukowego Weizmanna, jednej z najważniejszych instytucji akademickich Izraela. W 1932 roku niewielka grupa Żydów osiedliła się na szczycie wzgórza, ostatecznie jednak przeniosła się do miasta, aby skoncentrować siły w obliczu wzmagających się arabskich ataków.

Wzgórze miało dwie oczywiste zalety – było odosobnione, ale wystarczająco bliskie miasta i jego sieci energetycznej. Łatwiej też było tu zbudować fabrykę pod ziemią, z dala od oczu brytyjskiej armii.

Awidarowi podobało się i to, że wzgórze leżało niedaleko stacji kolejowej Rechowot, na której zawsze roiło się od brytyjskich żołnierzy. Uznał, że Brytyjczycy nie będą się spodziewać, że tuż pod ich nosem ktoś mógłby zbudować fabrykę broni.

Potrzebował jednak przykrywki tłumaczącej, dlaczego grupa Żydów nagle postanowiła się osiedlić właśnie na tym wzgórzu. Dowiedział się, że grupa nowych imigrantów – powiązanych z żydowskim ruchem skautowym – planuje założyć kibuc. Pewnego dnia pojawił się w ich stołówce i poprosił, żeby nieco zmodyfikowali swoje plany. Zasugerował, żeby zamiast zakładać kibuc, wspomogli wysiłek wojenny. Mieli zamieszkać na wzgórzu, Hagana postawiłaby wszelkie niezbędne budynki i pracowaliby w fabryce. Grupa wyraziła zgodę.

Nim nastała wiosna, kilkudziesięciu dwudziestolatków osiedliło się na wzgórzu i rozpoczęło na pozór zwyczajne życie wśród sadów cytrusowych i wspólnych zajęć rekreacyjnych.

Jednocześnie ruszyła budowa podziemnej fabryki broni, nazwanej Instytutem Ajalon. Odremontowano niektóre z istniejących budynków – sanitariaty, kurnik, kuchnię i stołówkę.

Do budowy podziemnej hali Awidar zwerbował jerozolimską firmę, która w latach dwudziestych XX wieku współpracowała przy wznoszeniu Uniwersytetu Hebrajskiego na górze Skopus, jednej z najbardziej okazałych budowli owych czasów, na którego terenie Awidar kilka lat wcześniej odniósł poważną ranę dłoni. W ciągu dwudziestu dwóch dni ekipa wydrążyła blisko dziewięć metrów pod ziemią pomieszczenie trzydziestometrowej długości.

Każdemu, kto o to pytał, pionierzy mówili, że budują podziemny magazyn do przechowywania owoców i warzyw, które będą zbierać w okolicznych sadach i na polach. Jak wyjaśniali, potrzebowali go, żeby utrzymać produkty w świeżości.

Tajną halę nakrywał gruby betonowy strop z dwoma otworami, z których każdy prowadził do nowo postawionego budynku: jeden do piekarni, a drugi do pralni. Linię produkcyjną zmontowano na dole ze sprzętu z czasów pierwszej wojny światowej, który zakupiono w Warszawie i przemycono do Izraela przez Bejrut. Mosiężne tuleje potrzebne na łuski szmuglowano do Palestyny w skrzynkach, które według listów przewozowych zawierały oprawki do szminek.

Aby zagłuszyć hałas maszyn do wyrobu nabojów, pralnia musiała pracować całą dobę, a do tego potrzeba było klientów. Tak więc Awidar polecił kibucnikom otworzyć jej filię w centrum Rechowotu. Wkrótce zaczęła ona obsługiwać większość regionu. Pralnia wygrała przetarg na usługi dla pobliskiego szpitala, a później jej klientem została… brytyjska armia – której zwodzenie było głównym powodem tych zabiegów.

Niczego nie zdawano na przypadek. W podziemnej hali zainstalowano lampy kwarcowe, żeby „kibucnicy” produkujący naboje wyglądali na opalonych, jak gdyby całe dnie spędzali na polach.

Wejście w piekarni zamaskowane było potężnym, dziesięciotonowym kamiennym piecem zbudowanym na szynach, dzięki czemu można go było przesuwać, zasłaniając lub odsłaniając ukryte schody. Wejście w pralni schowane było za pralką, która również przemieszczała się za pociągnięciem dźwigni.

Awidar, który z czasem został jednym z pierwszych generałów Cahalu i ambasadorem Izraela w Związku Radzieckim, ukradkiem podłączył fabrykę bezpośrednio do pobliskiej sieci energetycznej, aby uniknąć pytań o to, dlaczego mały, nowy kibuc zużywa aż tyle prądu.


Kobiety pracujące w zbudowanej pod pralnią fabryce amunicji zwanej Instytutem Ajalon.

Fot. Instytut Ajalon

I wreszcie, by zniechęcić do składania im wizyt, członkowie kibucu rozpuścili po mieście plotkę, że w ich osadzie wybuchła epidemia pryszczycy. Umieścili przy bramie kibucu tablicę ostrzegawczą, nakazującą przyjezdnym przed wejściem zanurzyć buty w środku dezynfekującym.

Plan działał znakomicie i Brytyjczycy nigdy nie nabrali żadnych podejrzeń. Kilka razy jednak o mało nie doszło do wpadki. Na początku 1948 roku pociąg wiozący brytyjskich żołnierzy ze Strefy Gazy do Lod został wykolejony przez wybuch miny pod samym kibucem. Dwudziestu ośmiu żołnierzy zginęło, a dziesiątki innych zostało rannych. Atak przeprowadziła Lechi, organizacja syjonistyczna zwana także bandą Sterna, bardziej radykalna i bojowa niż Hagana.

Główną obawą zaangażowanych w produkcję amunicji było to, że Brytyjczycy, podejrzewając, iż kibuc odegrał jakąś rolę w ataku bombowym, przeszukają zabudowania. Prace w podziemnej hali produkcyjnej zostały zawieszone, a wszystkim robotnikom kazano wyjść na zewnątrz.

Co jednak można było zrobić, by powstrzymać Brytyjczyków przed przeszukaniem kibucu? Pracownicy postanowili pobiec do pociągu i zaoferować pomoc – żywność, wodę i opiekę medyczną. Brytyjczycy naturalnie uznali, że niemożliwością jest, by kibuc, który okazał tak dobre chęci, mógł być organizatorem ataku.

Instytut Ajalon funkcjonował niemal trzy lata – od 1945 roku aż do utworzenia Państwa Izrael w roku 1948 – i wyprodukował przeszło 2 miliony nabojów kalibru 9 mm. W szczytowej fazie pracownicy fabryki wytwarzali dziennie 40 tysięcy nabojów, na których wytłoczone były dwie litery: E od „Erec Jisrael” (po hebrajsku „Ziemia Izraela”) i A od „Ajalon”.

* * *

Po wojnie Instytut Ajalon został włączony do Israel Military Industries (IMI), pierwszej izraelskiej firmy zbrojeniowej, która jest dziś uznanym światowym liderem w dziedzinie projektowania pocisków, rakiet i opancerzenia.

To było jednak dopiero kwestią przyszłości. Tymczasem rodzące się państwo musiało znaleźć sposób na zdobycie uzbrojenia, a wobec perspektywy bliskiej wojny potrzebowało go szybko. Sęk w tym, że niemal nikt nie chciał sprzedawać broni znękanemu przyszłemu państwu – ani Stany Zjednoczone, ani Wielka Brytania, ani Związek Radziecki.

Jedynym wyjątkiem była Czechosłowacja.

Pierwszymi samolotami, jakie służyły w Siłach Powietrznych Izraela, były cztery messerschmitty pozyskane z resztek nazistowskiej Luftwaffe w Czechosłowacji1. Każdy z samolotów został rozebrany na części, przewieziony w tajemnicy do Izraela, ponownie złożony i uzbrojony w broń maszynową oraz cztery siedemdziesięciokilogramowe bomby.

Inne samoloty, sprowadzone trasą przez Włochy, miały zainstalowane w miejscu foteli zbiorniki paliwa, aby umożliwić im przelot do Izraela.

Czesi zgodzili się również zaopatrzyć Izrael w karabiny i cztery działa, których po raz ostatni używano w pierwszej wojnie światowej. Nie miało to znaczenia. Izraelczycy brali wszystko, co nadawało się do strzelania.

Oprócz umów na dostawy broni, w celu pozyskania sprzętu uciekano się też do podejrzanych, przemyślnych sztuczek. Grupa izraelskich handlarzy bronią udała się do Anglii i założyła tam fikcyjną wytwórnię filmową, żeby nakręcić, jak twierdzili jej członkowie, film o drugiej wojnie światowej. Zaangażowali całą obsadę i ekipę – aktorów, producentów – a nawet kupili samoloty, które miały zostać użyte w filmie.