Czarodzieje broni. Izrael - tajne laboratorium technologii militarnychTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Przedmowa

Wprowadzenie

ROZDZIAŁ 1. Podziemne początki

ROZDZIAŁ 2. Zmyślne drony

ROZDZIAŁ 3. Aktywne opancerzenie

ROZDZIAŁ 4. Hucpiarskie satelity

ROZDZIAŁ 5. Technika rakietowa

ROZDZIAŁ 6. Inteligentne maszyny

ROZDZIAŁ 7. Cyberwirusy

ROZDZIAŁ 8. Oręż dyplomatyczny

ZAKOŃCZENIE. Armagedon i broń przyszłości

Podziękowania

Przypisy

Dla naszych rodzin,

które dają nam inspirację i nadzieję

Przedmowa

Nasza praca nad tą książką zaczęła się od pewnej rozmowy, którą odbyliśmy wiosną 2012 roku. System obrony przeciwrakietowej Kipat Barzel (Żelazna Kopuła) dowiódł niedawno swojej wartości w walkach wzdłuż Strefy Gazy, a Izrael robił imponujące postępy w innych dziedzinach techniki. Tak jak jego wrogowie. W lutym tamtego roku Iran samodzielnie wystrzelił w kosmos trzeciego satelitę, a Hezbollah gromadził bezprecedensowo duże zapasy wysokiej klasy pocisków rakietowych, podczas gdy sąsiednią Syrią wstrząsała nieustająca wojna domowa.

Jako doświadczeni izraelscy korespondenci wojskowi codziennie informowaliśmy o toczących się w szybkim tempie wydarzeniach i konfliktach w Izraelu, za jego granicami oraz w całym regionie. Mieliśmy jednak wrażenie, że coś nam umyka. Izrael prowadził właśnie jedne z największych przygotowań wojennych w swej historii, pozyskując nowe drony, niewidzialne dla radarów samoloty, okręty podwodne, precyzyjne pociski rakietowe i solidniej opancerzone czołgi. Wrogowie Izraela, głównie Iran i Hezbollah, robili to samo. Był to imponujący wyścig zbrojeń o potencjalnie zabójczych konsekwencjach.

Przez lata izraelskie siły zbrojne były głównym przedmiotem naszego zainteresowania. Obaj jesteśmy weteranami Sił Obronnych Izraela (Cwa Hagana le-Jisra’el – Cahal) i wciąż służymy w rezerwie. Nie tylko obserwowaliśmy konflikty Izraela – byliśmy też częścią tej historii. Druga intifada, wycofanie wojsk z Libanu, opuszczenie Strefy Gazy, druga wojna libańska i rozmaite późniejsze operacje Cahalu w Gazie to wydarzenia, które relacjonowaliśmy z linii frontu, a niekiedy także zza linii wroga.

Nasza praca zaprowadziła nas na izraelskie okręty podwodne i korwety rakietowe, do izraelskich śmigłowców i samolotów transportowych oraz do transporterów opancerzonych wiozących żołnierzy piechoty Cahalu na nocne rajdy w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Przez lata bacznie śledziliśmy ewolucję Cahalu. Obserwowaliśmy, jak izraelskie siły zbrojne adaptują się do nowych zagrożeń – czy byli to palestyńscy zamachowcy samobójcy, rakiety Hezbollahu, czy irański program nuklearny. Ostatnio, gdy w regionie zaczęło dochodzić do bezprecedensowych, historycznych zmian, nasze wojsko stało się jeszcze czujniejsze. Nazywane początkowo niosącą nadzieję Arabską Wiosną, to regionalne trzęsienie ziemi zrodziło nowych wrogów Izraela, takich jak ISIS, rozlokowanych wzdłuż jego północnej i południowej granicy.

Izrael bardzo liczy na groźną reputację, którą pracowicie budował przez lata. Naszym zdaniem reputacja ta wspiera się na trzech głównych filarach – domniemanej izraelskiej broni jądrowej, strategicznym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi oraz konwencjonalnym potencjale Cahalu.

Książka ta opowiada – po raz pierwszy – o tym, jak Izrael projektował i tworzył zaawansowaną technologię i broń dla swojej armii. Jest to opowieść, która obejmuje cały okres istnienia Izraela, od jego początków jako nowo utworzonego państwa aż po dzień dzisiejszy, gdy to wciąż stawia ono czoło zagrożeniom i wyzwaniom z całego regionu.

Uznaliśmy, że najlepiej przedstawimy tę historię, jeśli podzielimy ją na rozdziały poświęcone poszczególnym technologiom i broniom, które stały się specjalnością Izraela. Na ogół trzymamy się porządku chronologicznego, niekiedy jednak przeskakujemy też od lat sześćdziesiątych XX wieku do chwili obecnej, a potem znów do lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych. Zrobiliśmy to celowo, aby dać wam, czytelnikom, kompletny obraz każdej broni – jak powstała, kim byli jej twórcy i co stanowi o jej wyjątkowości. Choć każda z tych historii jest niezwykła, cała opowieść jest czymś więcej niż ich sumą.

Wprowadzenie

– Podaj mi lornetkę – powiedział szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela, generał porucznik Binjamin „Beni” Ganc, do stojącego obok oficera. Podniósł szkła, mrużąc oczy w zimowym słońcu. Odległe o wiele kilometrów obiekty ukazały się z pełną ostrością.

Ganc stał wysoko na szczycie góry Kabir, robiąc to, co lubił najbardziej: omiatając wzrokiem swoje włości i przyglądając się każdej piędzi kraju, który miał za zadanie bronić.

Zwróciwszy się na północ, zobaczył jak na dłoni pokryty śniegiem szczyt góry Hermon na granicy izraelsko-syryjskiej. Ćwierć obrotu na wschód i ujrzał Jordanię. W dole, pochylając lornetkę, mógł zajrzeć do miasta Nablus, domu około 130 tysięcy Palestyńczyków.

Widoki te przypomniały mu, jak mały jest w rzeczywistości Izrael. Brakuje nam zupełnie strategicznej głębi, pomyślał Ganc. Wrogowie siedzą tuż obok nas.

– Co to jest? – zapytał pułkownika Nimroda Aloniego, dowódcę brygady terytorialnej, który, tak jak i on, zaczynał służbę wojskową jako spadochroniarz. – Tam – dodał, wskazując palcem – ten duży biały budynek z mnóstwem okien?

Odłożywszy broń, Aloni wyregulował własną lornetkę.

– Och, to galeria handlowa – odparł.

Nablus nie jest pierwszym lepszym palestyńskim miastem. Podczas zamieszek z 2000 roku, zwanych drugą intifadą lub intifadą Al-Aksy, stał się schronieniem dla najbardziej poszukiwanych przez Izrael ludzi. Ganc był wtedy dowódcą dywizji Cahalu odpowiedzialnej za Zachodni Brzeg. Terroryści z Islamskiego Dżihadu i Hamasu urządzali laboratoria bombowe i centra dowodzenia w zawiłym kamiennym labiryncie nabluskiej kasby, czyli starego miasta. Założona przez Rzymian, a następnie rozbudowana przez Mameluków i Turków, kasba cieszyła się złą sławą z powodu swej sieci tuneli i zakamarków, jakby stworzonych dla ukrywającego się terrorysty.

Oddziały Cahalu posyłane były często do rajdów na miasto i tropienia terrorystów. Ale w ostatnich latach Nablus odżył. Terroryzm utrzymywał się na niespotykanie niskim poziomie, a Cahal znacząco ograniczył swoje ingerencje w mieście.

Po zakończeniu intifady kolejne izraelskie rządy próbowały wynegocjować układ pokojowy z Palestyńczykami. Ehud Olmert w 2008 roku złożył palestyńskiemu prezydentowi Mahmudowi Abbasowi historyczną ofertę, która jednak została odrzucona. W 2009 roku premier Izraela Binjamin Netanjahu, dążąc do wznowienia rozmów pokojowych, zgodził się zamrozić rozbudowę żydowskich osiedli. Był to bezprecedensowy krok, ale choć rozmowy podjęto na nowo, one również nie zaowocowały ugodą.

W czasie wizyty Ganca w 2012 roku Palestyńska Giełda Papierów Wartościowych z siedzibą w Nablusie odnotowywała rekordowo wysokie obroty, choć rynki w całym arabskim świecie tkwiły w zapaści. Wkrótce spodziewano się nowej rundy negocjacji pokojowych i czuć było powiew nadziei.

Jednak wyprawa Ganca na Zachodni Brzeg miała inny cel.

Dwa lata wcześniej coś, co zaczęło się jako uliczne protesty w Tunezji, rozprzestrzeniło się niczym pożar, dając początek ruchowi nazwanemu Arabską Wiosną. W Libii pojmano i stracono Muammara Kaddafiego, w Egipcie w dramatycznych okolicznościach obalono Husniego Mubaraka, w Syrii zaś Baszar al-Asad wciąż zmagał się z rebeliantami w zaciętej, krwawej i kontrowersyjnej wojnie, która doprowadziła do narodzin ISIS i globalnego dżihadu. W Libanie Hezbollah nieprzerwanie gromadził wyrafinowaną, zaawansowaną broń, zagrażając Izraelowi już nie jako organizacja partyzancka, ale armia z prawdziwego zdarzenia.

W izraelskich kręgach wojskowych narastały obawy, że niestabilność może ogarnąć kolejne obszary, i Ganc chciał się upewnić, że na Zachodnim Brzegu utrzyma się spokój, a gdyby miało być inaczej – że Cahal będzie na to przygotowany.

Początkowo nie był on typowany na szefa sztabu; otrzymał to stanowisko dość przypadkowo, gdy pierwszy kandydat został uznany za nieodpowiedniego. Tak więc odwołany z emerytury Ganz znów przywdział mundur i objął tę zaszczytną funkcję.

– Najbardziej lubię być w polu – mawiał – z moimi żołnierzami.

 

Szef sztabu Cahalu generał porucznik Beni Ganc rozmawia z żołnierzami podczas manewrów. 2001 r.

Fot. Cahal

Po kilku spotkaniach informacyjnych wizytacja dobiegła końca. Ganc zajął miejsce na tylnym siedzeniu opancerzonego dżipa, który miał go zabrać na pobliskie lądowisko dla śmigłowców. Jego adiutant był podenerwowany. Jak zwykle w takie dni szef sztabu znacznie przedłużył wizytę. Dżip opuścił bazę i skręcił na wyboistą boczną drogę, która omijała łukiem pobliskie osiedle żydowskie, skupisko biało tynkowanych domów z czerwonymi dachami, usadowionych na wzgórzu ponad szosą.

– Zatrzymaj samochód – powiedział nagle Ganc do kierowcy.

– Co? – zapytał żołnierz, patrząc na pustą drogę w samym środku Zachodniego Brzegu Jordanu.

– Powiedziałem: zatrzymaj samochód – powtórzył bardziej stanowczo szef sztabu. – Stań na poboczu.

Kierowca ostro zahamował i zatrzymał się przy estakadzie.

– Połącz mnie z Nimrodem – powiedział Ganc do adiutanta, mając na myśli dowódcę brygady terytorialnej, który towarzyszył mu podczas wizytacji. Przejął słuchawkę. – Nimrod, mój dżip najechał na minę. Jestem ranny, a jeden z moich żołnierzy został uprowadzony – powiedział i natychmiast przerwał połączenie. Aloni nie miał nawet szansy odpowiedzieć.

Ganc wysiadł z dżipa, spojrzał na zegarek, srebrnego breitlinga, i usiadł na pobliskim głazie. Podniósł z ziemi patyk, otrzepał go z pyłu i zaczął obracać w dłoniach.

– Teraz zaczekamy – oznajmił.

Niebawem szosa zaroiła się od uzbrojonych po zęby żołnierzy wezwanych na poszukiwanie „uprowadzonego”. Na wzgórzach zajęły pozycje opancerzone hummery wyposażone w terminale systemu wspomagania dowodzenia. Ich plazmowe monitory ukazywały położenie wszystkich okolicznych wojsk. Dało się słyszeć ciche buczenie dronów rozpoznawczych unoszących się nad całą tą sceną.

Mijały minuty. Ganc jednym okiem obserwował żołnierzy, drugim zerkał na zegarek. Gdy dziesięć minut później na miejsce przybył wreszcie Aloni, szef sztabu nie rozwodził się długo.

– Okej, dzięki. Widzimy się wkrótce – powiedział i wsiadł do dżipa. Wóz odjechał, ciągnąc za sobą obłok pyłu.

Dla Ganca był to zwyczajny dzień pracy, ale dał mu sposobność, żeby czegoś dowieść. Na Bliskim Wschodzie panowało silne wrzenie i dowódca Cahalu chciał się upewnić, że jego żołnierze są przygotowani do wojny, która może wybuchnąć lada chwila.

– Przy tym poziomie niepewności w regionie nie możemy liczyć na to, że otrzymamy ostrzeżenie, gdy wojna znów zapuka do drzwi – stwierdził. – Jednak zwyciężymy, bo nasi żołnierze będą gotowi i będą mieli do pomocy najlepszą technikę.

* * *

Sprzęt uczestniczący w wydarzeniach tamtego popołudnia, podczas improwizowanego próbnego alarmu Ganca, był tylko drobnym wycinkiem techniki wojskowej pochodzącej z Izraela i zalewającej globalny rynek broni.

Monitory plazmowe w pędzących na miejsce akcji hummerach stanowiły element Cajadu, wykorzystywanego przez Cahal rewolucyjnego systemu wspomagania dowodzenia i kontroli. Cajad, co po hebrajsku znaczy „łowca”, działa nieco podobnie do systemu nawigacji GPS w samochodzie, tyle tylko, że wyświetla dokładną lokalizację wszystkich wojsk na danym obszarze, z podziałem na siły własne i wroga. Jeśli żołnierz wykryje nieprzyjacielską pozycję, wystarczy, że naniesie jej położenie na mapę cyfrową, a pojawi się ona natychmiast na monitorach wszystkich innych użytkowników Cajadu.

Technologia ta zmienia sposób prowadzenia wojen, z oczywistymi konsekwencjami dla pola bitwy – skracając czas potrzebny na wykrycie nieprzyjaciela i otwarcie ognia, określany też jako cykl sensor-to-shooter. Dokładność Cajadu i jego skuteczne użycie przez Cahal zostały zauważone. W 2010 roku Australia zapłaciła za ten system 300 milionów dolarów, a w roku 2014 pewien kraj w Ameryce Łacińskiej kupił go za 100 milionów dolarów.

Żołnierze śpieszący zapewnić bezpieczeństwo szefowi sztabu podczas próbnego alarmu uzbrojeni byli w tawory, nowe karabinki szturmowe opracowane przez Israel Weapon Industries (IWI). Z powodu małej wagi, dużej precyzji i niewielkiej długości tawory zastąpiły amerykańskie M16 jako ulubiona broń Cahalu. Od czasu, kiedy weszły do służby w Izraelu, dotarły w każdy zakątek globu, od Kolumbii po Azerbejdżan i od Macedonii po Brazylię.

Dżip Ganca, który rzekomo ucierpiał w wyimaginowanym wybuchu bomby, był chroniony pancerzem opracowanym i wyprodukowanym przez Plasan Sasa, izraelską firmę działającą w małym kibucu w Górnej Galilei, przy niespokojnej granicy z Libanem.

Firma ta powstała w latach osiemdziesiątych XX wieku wśród krytych białym tynkiem zabudowań kibucu i jego plantacji kiwi. Szybko zwróciła na siebie uwagę Cahalu za sprawą innowacyjnych pancerzy z gęstego materiału kompozytowego, które mogły chronić pojazdy przed granatami rakietowymi i improwizowanymi ładunkami wybuchowymi, nie zwiększając znacząco ich wagi.

Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny z Afganistanem, a później z Irakiem, improwizowane ładunki wybuchowe szybko okazały się przyczyną największych strat w ludziach. Do Plasanu lawinowo zaczęły spływać zamówienia i dynamicznie rosły zyski przedsiębiorstwa – od 23 milionów dolarów w 2003 roku do przeszło 500 milionów w roku 2011.

Na niebie nad Nablusem drony Cahalu bacznie śledziły palestyńskie miasto oraz stacjonujące w pobliżu izraelskie oddziały. Wcześniej w tym samym roku Cahal uruchomił program Sky Rider, w ramach którego bataliony polowe wyposażono w lekkie drony Skylark, produkowane przez Elbit Systems, głównego izraelskiego dostawcę sprzętu dla wojska. Wypuszczany w powietrze niczym piłka futbolowa rzucona przez rozgrywającego, Skylark dostarcza cennych danych zwiadowczych, niezwykle ważnych dla działań piechoty. Przekazanie go Cahalowi potwierdziło po raz kolejny pozycję Izraela jako światowego lidera w dziedzinie rozwoju dronów i systemów bezzałogowych.


Dron Skylark wypuszczany w powietrze podczas ćwiczeń w południowym Izraelu. 2013 r.

Fot. Cahal

* * *

Od satelitów po systemy obrony przeciwrakietowej i od dronów po wojnę cybernetyczną – Izrael przoduje we wdrażaniu nowych technik wojskowych na współczesnym polu walki. Ta książka opowie, jak doszło do tego, że ten maleńki, zaledwie ośmiomilionowy kraj stał się jednym z najbardziej znaczących militarnych supermocarstw świata i opracowuje technologie, które zmieniają sposób prowadzenia wojen na całym globie.

Sukces Izraela sprawił, że giganci przemysłu lotniczego i kosmonautycznego, producenci broni, a nawet całe kraje ciągną gromadnie do państwa żydowskiego, by analizować tę wyjątkową kombinację innowacyjności, zmotywowania i techniki.

Wielkie korporacje ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, Indii, Rosji i Australii regularnie tworzą spółki joint venture z producentami sprzętu wojskowego z Izraela, firmami niekiedy znacznie mniejszymi od swych zagranicznych partnerów.

Historia ta staje się jeszcze bardziej frapująca, gdy weźmie się pod uwagę, że zaledwie sześćdziesiąt lat temu głównymi towarami eksportowymi Izraela były pomarańcze oraz sztuczne szczęki. Dziś jest to elektronika, oprogramowanie i zaawansowane urządzenia medyczne.

Według Jane’s, brytyjskiego wydawnictwa specjalizującego się w tematyce militarnej, Izrael jest jednym z sześciu największych eksporterów broni na świecie. Sam sprzęt wojskowy stanowi około 10 procent całego eksportu tego kraju, a od roku 2007 Izrael eksportuje w formie broni około 6,5 miliarda dolarów rocznie. W 2012 roku tysiąc tamtejszych przedsiębiorstw obronnych ustanowiło nowy rekord, eksportując broń wartą 7,5 miliarda dolarów1.

Malutki Izrael inwestuje w badania i rozwój (B+R) więcej niż jakikolwiek inny kraj – około 4,5 procent produktu krajowego brutto (PKB) – i nieprzerwanie zajmuje czołowe miejsce na liście najbardziej innowacyjnych państw świata. Choć izraelskie nakłady na B+R są imponujące same w sobie, około 30 procent kierowane jest na produkty o zastosowaniu militarnym. Dla porównania, jedynie 2 procent niemieckich i 17 procent amerykańskich wydatków na prace badawczo-rozwojowe przeznaczanych jest dla wojska2.

Jak napisał o Izraelu popularny felietonista i prezenter CNN Fareed Zakaria: „Jego broń jest znacznie bardziej zaawansowana, często o pokolenie wyprzedzająca tę używaną przez jego przeciwników. Przewaga techniczna Izraela ma głębokie konsekwencje dla współczesnego pola walki”3.

* * *

W jaki sposób Izrael tego dokonał?

Oto główne pytanie, na które będziemy się starali odpowiedzieć w tej książce, opowiadając, jak Izrael opracowywał swoje wyjątkowe bronie i taktyki. Każda z broni powstawała w innej epoce i w innych okolicznościach. Ich wynalazcy kierowali się różnymi pobudkami, znajdowali różne źródła inspiracji i czerpali z różnych cech narodowych, które wspólnie złożyły się na jedyną w swoim rodzaju izraelską kulturę innowacyjności. Żadna z tych cech nie jest ważniejsza od innych. To, że Izrael wyrósł na militarne supermocarstwo, sprawiły wszystkie razem.

Izrael opisywany jest często jako kraj sprzeczności. Od dziesiątków lat próbuje zawrzeć pokój z Palestyńczykami, ale jak dotąd nie udało mu się powtórzyć sukcesu, który osiągnął z Egiptem w roku 1979 i Jordanią w 1994. Ma obowiązkową służbę wojskową dla mężczyzn i kobiet, ale zamiast uczyć dyscypliny społecznej, wojsko jest uważane za główne źródło niesławnej swobody bycia i bezpośredniości Izraelczyków.

Izrael liczy zaledwie 8 milionów mieszkańców i nie ma żadnych bogactw naturalnych, a jednak zajmuje trzecie miejsce na świecie, po Stanach Zjednoczonych i Chinach, pod względem liczby przedsiębiorstw notowanych na giełdzie NASDAQ. W każdej dekadzie od swojego powstania prowadził jakiś konflikt zbrojny, a mimo to przyciąga około 3 milionów turystów rocznie.

Wyjaśnienie gospodarczego i militarnego sukcesu Izraela wiąże się po części z mozaiką zagrożeń, wobec których stoi ten kraj, i z nieustającą walką o byt, jaką toczy od początków swego istnienia.

Matka generała Ganca, na przykład, przeżyła Holokaust jako więźniarka nazistowskiego obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen i przyjechała do Izraela po wojnie. Była jedną z dziesiątków tysięcy żydowskich uchodźców z powojennej Europy szukających nowego domu. Dołączyły do nich setki tysięcy Żydów sefardyjskich, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swych domów w okolicznych krajach arabskich po proklamowaniu niepodległości Izraela.

Walka o przetrwanie toczyła się non stop. W całym kraju była racjonowana żywność, nie istniał transport publiczny, a służba zdrowia działała na pół gwizdka. Istnienie Izraela wciąż stało pod znakiem zapytania.

Kiedy w 1948 roku wybuchła pierwsza wojna izraelsko-arabska, wielu z tych ocalałych z Holokaustu witano w porcie, dawano im do ręki karabiny i wysyłano na front. Ludzie ci nie znali ani słowa po hebrajsku i wielu z nich poległo w walkach. Ale ich towarzysze broni opowiedzieli innym o bohaterstwie i zapale, z jakim bronili swojego narodu i ojczyzny.

I chociaż warunki były ciężkie, przeciwności, z jakimi Izraelczycy zmagali się od samego początku, zmusiły ich do wypracowania niezbędnych narzędzi – takich jak umiejętność improwizowania i adaptowania się do zmiennych okoliczności – potrzebnych im, by przeżyć.

„W tych nowo powstałych Siłach Obronnych Izraela początkowe niedostatki liczebności, uzbrojenia i wyszkolenia kompensowane były poświęceniem i motywacją, inteligencją i improwizacją – wyjaśnia Reuwen Gal, były izraelski wicedoradca do spraw bezpieczeństwa narodowego. – Z czasem cechy te stały się atrybutami izraelskiego żołnierza”4.

Nie mając niemal żadnych zasobów poza kapitałem ludzkim, który napłynął do młodego państwa, Izraelczycy musieli wykorzystać do maksimum te skromne środki, którymi dysponowali. Wrogość i nieustające, począwszy od powstania Izraela, wezwania do jego zniszczenia – nawet dziś, z miejsc takich jak Iran – sprzyjają kreatywności. Innymi słowy, jeśli Izrael nie będzie myśleć kreatywnie, grozi mu zagłada.

Jest to proste równanie. Jak powiedział nam Chaim Eszed, pomysłodawca izraelskiego programu satelitarnego: „Cień gilotyny wyostrza umysł”.

Jednak nie może to być cała odpowiedź. Izrael nie jest jedynym krajem na świecie, który prosperuje mimo przeciwności. Korea Południowa na przykład stoi w obliczu podobnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego i ma szybko rozwijającą się gospodarkę, ale pozostaje w tyle, jeśli chodzi o projektowanie zaawansowanej broni.

 

Tym, co wyróżnia Izrael na tle innych państw, jest zupełny brak struktury. Choć może dziwić przedstawianie tego jako zalety, to właśnie ten rozpad hierarchii społecznej pobudza wynalazczość.

Brak hierarchii jest w Izraelu widoczny wszędzie – w wojsku, na ulicach, a nawet w biurach rządowych, gdzie pracownicy niższego szczebla zwracają się do ministrów, używając przezwisk.

A Izrael jest krajem przezwisk – premier Binjamin Netanjahu publicznie nazywany jest Bibi. Na byłego ministra obrony Mosze Ja’alona mówi się Bogie. Prezydent Izraela, Reuwen Riwlin, znany jest jako Ruwi, a szef opozycji, Icchak Herzog, nosi ksywkę Buzi.

W życiu codziennym Izraelczycy chętnie idą na skróty. Mieszkając w niewielkim kraju, często ze znikomym dystansem dzielącym ich od ich przywódców i innych wybitnych osób, są mistrzami w korzystaniu z – jak określają to polskim słowem – „protekcji”, czy to próbując dostać się na uniwersytet, czy zabiegając o wizytę u znanego kardiologa.

Jak już wspomniano, za główne źródło tej bezpośredniości uważana jest obowiązkowa służba w Cahalu. Izraelczycy przesiąkają tam głęboką niechęcią do hierarchii i żywym wyczuciem hucpy, słynnego żydowskiego słowa luźno tłumaczonego jako „bezczelność”, „tupet” i „zuchwalstwo”.

Jako świeży rekruci żołnierze Cahalu muszą się zwracać do przełożonych per „panie kapralu”, „panie sierżancie” i tak dalej. Ale po kilku miesiącach oficerowie rozpoczynają proces określany jako „przełamywanie dystansu”, po którym żołnierze mogą mówić do dowódców po imieniu i nie mają już obowiązku im salutować.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę: izraelskie wojsko, instytucja, po której można by się spodziewać, że będzie wpajać swoim żołnierzom porządek i dyscyplinę, urządza ceremonię sankcjonującą burzenie hierarchii.

– To połączenie bezpośredniości i braku hierarchii jest największą przewagą, jaką Izrael ma nad innymi państwami Zachodu – powiedział nam Martin Van Creveld, znany historyk wojskowości. – Izrael to stosunkowo mały kraj, gdzie wszyscy się znają, a ponieważ niemal każdy służy w Cahalu, bardzo łatwo jest zniwelować dystans.

Z pozoru mogłoby się wydawać, że pozbawiona hierarchii kultura luzu umniejsza zdolność państwa lub organizacji do prowadzenia długofalowej strategii. W Izraelu jednak przyniosła ona przeciwny skutek. Brak barier tworzy atmosferę, która sprzyja swobodnej wymianie poglądów. Kiedy oficerowie różnych rang mogą komunikować się na równym poziomie i rozmawiać ze sobą bez przeszkód, rodzą się nowe pomysły.

Rozważmy na przykład, co się dzieje, kiedy dowódca Sił Powietrznych Izraela uczestniczy w misji szkoleniowej. Można by sądzić, że będzie leciał z pilotami dorównującymi mu rangą. Tymczasem zwykle zajmuje on tylny fotel za mniej doświadczonym pilotem, czasami o połowę młodszym od niego.

– W kokpicie nie ma stopni wojskowych – powiedział nam generał major Ido Nechusztan, były dowódca sił powietrznych, po jednym z takich lotów na F-16 z dwudziestopięcioletnim porucznikiem.

Młodzi uczą się od starszych i vice versa. Po tych lotach niżsi rangą piloci mogą nawet krytykować działania przełożonych bez ryzyka degradacji, utraty awansu czy jakiejkolwiek innej kary. Są wręcz do tego zachęcani.

– Ciężko pracujemy nad stworzeniem tego typu kultury – wyjaśnił Nechusztan. – Kultury otwartości, profesjonalizmu i uczciwości.

Dla zagranicznych oficerów, którzy odwiedzają Izrael, kultura ta często okazuje się wielkim szokiem.

Tak się właśnie stało, kiedy w 1992 roku swoją pierwszą podróż do Izraela odbywał generał porucznik Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych Ron Kadish, były dyrektor Agencji Obrony Antybalistycznej.

Kadish pełnił w owym czasie funkcję dyrektora amerykańskiego programu F-16. Liczba wypadków myśliwców F-16 rosła i Kadish przyjechał skonsultować się z Izraelskimi Siłami Powietrznymi, które miały jedną z największych flot F-16 poza USA.

Kiedy przybył do bazy, jego izraelski gospodarz oprowadził go po poszczególnych eskadrach i zaprezentował samoloty, z których wiele nosiło symbole zestrzeleń – małe czerwone kółka z niebieską kropką – z walk w pierwszej wojnie libańskiej sprzed dziesięciu lat. Jeden z izraelskich F-16 zestrzelił aż siedem syryjskich samolotów.

Po wycieczce Kadisha zaprowadzono do biura dowódcy bazy na techniczną dyskusję na temat myśliwca. Na stole czekał zwyczajowy poczęstunek – chrupiące cieplutkie burki z serem i ziemniakami oraz gęsta czarna kawa po turecku. Obie strony przedstawiały swoją mechaniczną i techniczną ocenę samolotu.

Nagle jeden z uczestników zaczął się spierać z dowódcą bazy na temat wad myśliwca. Kadish poprosił go, żeby się przedstawił. Był to podoficer, zwykły mechanik, który sprzeczał się z jednogwiazdkowym generałem. Jednak przedstawił swoje zdanie i został wysłuchany, ponieważ, pomijając kwestię rangi, miał słuszność.

– Byłem pod wrażeniem – wspominał Kadish. – W Stanach wszystko jest znacznie bardziej zorganizowane i ludzi tam trzeba nakłaniać, żeby powiedzieli, co myślą. Nie widziałem tego w izraelskim wojsku, a już na pewno nie w siłach powietrznych.

Kadish był właśnie świadkiem klasycznej izraelskiej hucpy. W amerykańskim wojsku odezwanie się bez pytania jest rzeczą niesłychaną, zwłaszcza jeśli oznacza to sprzeczanie się ze swym dowódcą w obecności przybyłego z wizytą zagranicznego oficera. W Izraelu jednak nikt nie myśli w takich kategoriach. Ów mechanik robił dokładnie to, czego go nauczono i czego, jak uważał, od niego oczekiwano – mówił wprost, co myślał.

* * *

W izraelskiej rezerwie postawa ta zaznacza się jeszcze wyraźniej. Oficer, który chce otrzymać awans, musi nie tylko zrobić wrażenie na przełożonych, ale także zyskać przychylność podkomendnych.

– Jeżeli rezerwista nie otrzyma pożądanej odpowiedzi, pójdzie prosto do dowódcy dowódcy – powiedział nam emerytowany generał brygadier Szuki Ben Anat, były szef korpusu rezerwy Cahalu. – Nie robi tego, żeby podkopać system, ale żeby dostać to, czego chce. Dla rezerwisty hierarchia nie ma żadnego znaczenia.

Pułkownik Szlomi Kohen, dowódca Brygady „Aleksandroni” – jednej z elitarnych jednostek rezerwy piechoty Cahalu – doświadczył tego na własnej skórze, kiedy po drugiej wojnie libańskiej w 2006 roku zwołał swoich żołnierzy na odprawę.

Kiedy wybuchła wojna, rezerwiści z Brygady „Aleksandroni” licznie zgłosili się do służby. Dwaj żołnierze zostali uprowadzeni przez Hezbollah, a terytorium Izraela znalazło się pod ostrzałem rakietowym. Była to walka o przetrwanie.

Jednak kiedy ogłoszono zawieszenie broni i rezerwiści wrócili do kraju, ich frustracja i gniew były zbyt wielkie, by można je było powstrzymać. Wysłano ich do Libanu z przestarzałym i wadliwym sprzętem. Musieli prywatnie zbierać fundusze na zakup kamizelek kuloodpornych i latarek. Byli także niezadowoleni ze sposobu, w jaki Kohen dowodził nimi w walkach. Rozkazy zmieniały się nieustannie i brakowało im stanowczości. W niektóre dni po prostu tkwili na obrzeżach południowolibańskich wiosek, jakby czekali na atak Hezbollahu. Do rezerwistów nie docierało zaopatrzenie, w związku z czym byli zmuszeni włamywać się do libańskich sklepów spożywczych w poszukiwaniu jedzenia. Niektórzy czuli się winni i odchodząc, zostawiali na ladzie pliki banknotów.

Dwa dni po zakończeniu wojny Kohen zwołał swoich żołnierzy, by podjąć próbę rozwiązania niektórych kwestii. Spotkanie odbyło się w sosnowym lesie pod starożytnym miastem Safed w Dystrykcie Północnym, które w czasie wojny wielokrotnie atakowane było przez rakiety Hezbollahu. Kohen ostrzegł rezerwistów, jakie mogą być konsekwencje ich skarg. W pewnym momencie oskarżył ich o niską motywację.

Tego było im już za wiele. Jedni zaczęli krzyczeć, inni gwizdać, aż Kohen w końcu wstał i opuścił zebranie. Rezerwiści byli wściekli i kilku postanowiło skierować protest do Gabinetu Premiera w Jerozolimie.

Negatywne nastroje żołnierzy Kohena dotarły do najwyższego dowództwa i zamiast awansu ten niegdyś obiecujący oficer został wysłany jako izraelski attaché wojskowy do jednego z państw Europy Wschodniej, co położyło kres jego karierze.

Zachodni wojskowi wzdrygnęliby się na samą myśl o wygwizdaniu wysokiej rangi oficera, ale w Izraelu nie widziano w tym nic niestosownego. Dla rezerwistów to, co zrobili, było zupełnie naturalne. Oficer popełnił błędy i byli oburzeni. To, że był on ich przełożonym, a oni wciąż nosili mundury, było niewiele znaczącym szczegółem.

Ben Anat rozumiał frustrację i rozgoryczenie rezerwistów. Sam miał podobne odczucia w 1973 roku po wojnie Jom Kipur, której prowadzenie państwowa komisja dochodzeniowa uznała za pełne systematycznych zaniedbań i błędów. Choć odbywał wtedy jeszcze obowiązkową służbę wojskową, wojna i jej fuszerki – w pewnym momencie licząca zaledwie garstkę czołgów kompania Ben Anata starła się z pięćdziesięciokrotnie liczniejszym wrogiem – sprawiły, że uświadomił sobie znaczenie inwestowania w korpus rezerwowy i pojął, że Izrael nie może pozwolić sobie na to, by znów dać się zaskoczyć.