Bezpieczna odległośćTekst

Autor:Samanta Schweblin
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Distancia de rescate

© Samanta Schweblin, 2014

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Tomasz Pindel

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Justyna Chmielewska

Korekta: Magdalena Bargłowska Aleksandra Pietrzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-66512-98-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

SPIS TREŚCI

Bezpieczna odległość

Dla mojej siostry Pameli

Po raz pierwszy od dawna spuścił wzrok

i spojrzał na swoje dłonie.

Jeśli kiedyś doznaliście czegoś takiego,

wiecie, co mam na myśli.

Jesse Ball, The Curfew

Są jak robaki.

Ale robaki jakiego rodzaju?

No takie zwykłe, jak wszędzie.

To mówi ten chłopak, szepcze mi słowa do ucha. A ja zadaję pytania. Robaki w ciele?

Tak, w ciele.

Takie, co żyją w ziemi?

Nie, inne.

Jest ciemno, nic nie widzę. Prześcieradła są szorstkie, marszczą się pod moim ciężarem. Nie mogę się ruszać, mówię.

To przez te robaki. Trzeba być cierpliwym i czekać. I w tym czasie odnaleźć tę chwilę, w której rodzą się robaki.

Po co?

Bo to ważne, bardzo ważne, dla wszystkich.

Próbuję przytaknąć, ale ciało mnie nie słucha.

Co jeszcze dzieje się w ogrodzie przy domu? Czy ja też tam jestem?

Nie, nie ma cię, ale Carla, twoja matka, jest. Poznałam ją kilka dni wcześniej, zaraz po tym, jak się wprowadziłyśmy.

Co Carla robi?

Dopija kawę i stawia filiżankę na trawie, obok leżaka.

I co jeszcze?

Wstaje i odchodzi. Zapomina o klapkach, leżą parę metrów dalej, przy schodkach do basenu, ale nic jej nie powiem.

Dlaczego?

Wolę poczekać i zobaczyć, co zrobi.

I co robi?

Wiesza sobie torbę na ramieniu i idzie w tym swoim złotym bikini do samochodu. Jest między nami jakiś rodzaj wzajemnej fascynacji, ale też, dla kontrastu, krótkie momenty niechęci, wyczuwam je w bardzo konkretnych sytuacjach. Jesteś pewien, że takie uwagi są potrzebne? Mamy na to czas?

Takie obserwacje są bardzo ważne. Co robicie w ogrodzie?

Właśnie wróciłyśmy znad jeziora i twoja matka nie chce wejść do mojego domu.

Woli nie robić ci kłopotu.

Jakiego kłopotu? Muszę wchodzić i wychodzić, raz i drugi, najpierw po lemoniadę, potem po krem do opalania. Nie wydaje mi się, żeby tak oszczędzała mi kłopotu.

Dlaczego poszłyście nad jezioro?

Chciała, żebym jej pokazała, jak się prowadzi samochód, mówiła, że zawsze chciała się nauczyć, ale gdy już znalazłyśmy się nad jeziorem, żadna z nas nie miała dość cierpliwości.

Co robi teraz w ogrodzie?

Otwiera drzwi mojego samochodu, siada za kierownicą i przez chwilę grzebie w torbie. Ja spuszczam nogi z leżaka i czekam. Jest strasznie gorąco. Potem Carla przestaje grzebać i chwyta oburącz kierownicę. Siedzi tak przez chwilę, wpatrzona w bramę, a może w swój dom stojący znacznie dalej.

Co jeszcze? Dlaczego nic nie mówisz?

No bo uczepiłam się tej opowieści, wszystko widzę bardzo wyraźnie, ale czasem ciężko mi iść dalej. Może to przez to, co mi wstrzykują pielęgniarki?

Nie.

Ale ja za kilka godzin umrę. Tak będzie, prawda? Dziwne, że jestem taka spokojna. Możesz mi nic nie mówić, ale ja i tak wiem, choć przecież czegoś takiego nie da się sobie powiedzieć.

Żadna z tych rzeczy nie jest ważna. Tracimy czas.

Ale to prawda, co? Że umrę?

Co jeszcze dzieje się w ogrodzie?

Carla opiera czoło o kierownicę, drżą jej ramiona, zaczyna płakać. Myślisz, że zbliżamy się do miejsca, w którym rodzą się robaki?

Mów dalej, niczego nie pomijaj.

Carla nie wydaje żadnych dźwięków, ale i tak wstaję i idę w jej stronę. Od razu mi się spodobała, od tego dnia, kiedy zobaczyłam ją z dwoma wielkimi plastikowymi wiadrami, w słońcu, z tym jej rudym kokiem i w dżinsowych ogrodniczkach. Nie widziałam nikogo w takich spodniach, od kiedy miałam kilkanaście lat, i to ja zaczęłam się narzucać z tą lemoniadą, zaprosiłam ją na mate następnego dnia, i następnego też. To są ważne szczegóły?

Ta konkretna chwila kryje się w szczególe, trzeba być bardzo uważnym.

Przechodzę przez ogród. Mijam basen, patrzę na jadalnię i widzę, że Nina, moja córka, wciąż śpi wtulona w swojego pluszowego kreta. Wsiadam do samochodu, zajmuję miejsce koło kierowcy. Zostawiam drzwi otwarte i opuszczam szybę, bo panuje straszny upał. Wielki kok Carli trochę się sypie, rozpada z jednej strony. Opieram się plecami o fotel, świadoma, że już tu jestem, znów przy niej, a ona na mnie patrzy.

– Jeśli ci o tym powiem – mówi – nie będziesz mnie chciała więcej widzieć.

Zastanawiam się, co powiedzieć, coś w rodzaju: „Carla, błagam, nie bądź śmieszna”, ale zamiast tego patrzę na palce u jej stóp, wyprostowane na pedałach, na jej długie nogi, na szczupłe, ale mocne ramiona. Peszy mnie świadomość, że dziesięć lat starsza ode mnie kobieta może być tak wyraźnie piękniejsza.

– Jeśli ci powiem – mówi – nie będziesz chciała, żeby bawił się z Niną.

– Ależ, Carla, proszę, dlaczego miałabym nie chcieć?

– Nie będziesz chciała, Amando. – Oczy Carli zaszły łzami.

– Jak ma na imię?

– David.

– Twój jest? To twój syn?

Potakuje. Ten syn to ty, Davidzie.

Wiem, mów dalej.

Wyciera łzy grzbietem dłoni, grzechoczą jej złote bransoletki. Ja cię w ogóle jeszcze nie widziałam, ale kiedy wspomniałam panu Geserowi, on się opiekuje tym domem, który wynajmujemy, że spotykam się z Carlą, od razu zapytał, czy cię poznałam. Carla powiedziała:

– Był mój. Teraz już nie jest.

Patrzyłam na nią i nie rozumiałam.

– Już do mnie nie należy.

– Carla, dziecko ma się przecież na całe życie.

– Nie, kochana – mówi. Ma długie paznokcie i celuje nimi w moje oczy.

Wtedy przypominam sobie o papierosach mojego męża, otwieram schowek i podaję jej razem z zapalniczką. Niemal wyrywa mi je z dłoni, a między nami unosi się zapach kremu do opalania.

– Kiedy David się urodził, był cudowny.

– No pewnie – odpowiadam, ale zaraz zdaję sobie sprawę, że powinnam siedzieć cicho.

– Jak mi go pierwszy raz dali na ręce, bardzo się denerwowałam. Byłam przekonana, że brakuje mu jednego palca. – Trzyma papierosa między wargami, uśmiecha się do wspomnienia, potem zapala. – Pielęgniarka mówiła, że tak się czasami dzieje przez znieczulenie, że kobieta dostaje jakiejś obsesji. Dopóki dwa razy nie przeliczyłam wszystkich dziesięciu paluszków u rąk, nie uwierzyłam, że jest w porządku. Teraz wiele bym dała, żeby Davidowi brakowało tylko paluszka.

– A co z nim jest nie tak?

– Był taki cudowny, Amando, naprawdę, moje słoneczko. Cały dzień uśmiechnięty. Najbardziej lubił spędzać czas poza domem. Od malutkiego uwielbiał bawić się na placu zabaw. Widziałaś, że tu nie da się chodzić z wózkiem. W miasteczku owszem, ale stąd na plac zabaw idzie się między gospodarstwami i tymi chatkami przy drodze, pełno tam błota. Ale on tak bardzo chciał, że nawet jak miał trzy latka, nosiłam go na rękach, całe dwanaście przecznic. Na widok huśtawki od razu krzyczał. Gdzie tu jest popielniczka?

Była pod deską rozdzielczą. Otworzyłam i wskazałam jej.

– Wtedy David się rozchorował, mniej więcej w tym wieku właśnie, sześć lat temu. To był trudny czas. Zaczęłam pracować na fermie Sotoma­yora, pierwszy raz w życiu miałam zatrudnienie. Zajmowałam się księgowością, choć tak naprawdę niewiele to miało wspólnego z księgowością. Powiedzmy, że pilnowałam mu porządku w papierach i pomagałam robić rachunki, no ale było to jakieś zajęcie. Chodziłam załatwiać sprawy do miasta, zawsze elegancko ubrana. Ty jesteś ze stolicy, dla ciebie to co innego, ale tu, żeby się wystroić, trzeba mieć pretekst, a ten akurat był idealny.

– A twój mąż?

– Omar zajmował się hodowlą koni. Serio, było, jak mówię. Wtedy to był inny człowiek.

– Chyba go wczoraj widziałam, kiedy wyszłyśmy z Niną na spacer. Mijał nas furgonetką, pomachałyśmy mu, ale nie odpowiedział.

 

– Tak, taki jest Omar dziś – mówi Carla, kręcąc głową. – Kiedy go poznałam, jeszcze się uśmiechał i hodował konie wyścigowe. Trzymał je po drugiej stronie miasteczka, za jeziorem, ale kiedy zaszłam w ciążę, przeniósł wszystko tutaj. Ten tam to dom moich rodziców. Omar powtarzał, że jak w końcu dopisze mu szczęście, to zarobimy kupę kasy i wszystko odnowimy. Ja marzyłam o dywanach. Pewnie, tutaj to szaleństwo, ale strasznie chciałam. Omar miał dwie płodne klacze, wysokiej klasy, które urodziły Tristeza Cat i Gamuza Fina, dwa konie już sprzedane, biegały i wciąż biegają w Palermo i San Isidro. Potem przyszły na świat jeszcze dwie klaczki i jeden ogier, nie pamiętam ich imion. Żeby w tym interesie dobrze szło, trzeba mieć dobrego rozpłodowca, a Omarowi użyczano najlepszych. Ogrodził część ziemi dla klaczy, dalej zrobił wybieg dla źrebiąt, zasiał lucernę, a potem spokojnie budował stajnię. Umowa była taka, że prosił o tego ogiera, i dawali mu go na dwa, trzy dni. Kiedy źrebaki szły na sprzedaż, jedna czwarta zarobku trafiała do właściciela ogiera. To kupa kasy, bo jeśli ogier jest dobry, a źrebaki zadbane, można takiego jednego sprzedać za dwieście, dwieście pięćdziesiąt tysięcy pesos. Tak że przez parę dni ten ogier był tu u nas. Omar nie spuszczał z niego oka przez cały dzień, snuł się za nim jak zombi, żeby liczyć, ile razy pokrył każdą klacz. Kiedy chciał gdzieś pójść, czekał, aż wrócę od Sotomayora, i wtedy była moja kolej, no ale ja tylko co jakiś czas rzucałam okiem zza firanki, sama rozumiesz. W każdym razie któregoś popołudnia zmywałam naczynia i nagle mnie tknęło, że od dłuższej chwili nie widziałam ogiera. Podchodzę do drugiego okna i do jeszcze innego, przez które widać teren za domem, i nic: klacze są, ale po ogierze ani śladu. Biorę Davida na ręce, on już wtedy zaczynał chodzić i przez cały ten czas próbował nadążyć za mną po domu, i wychodzę. W takich przypadkach nie ma zbyt wielu opcji: koń jest albo go nie ma. Ewidentnie z jakiegoś powodu przeskoczył ogrodzenie. Dziwna sprawa, ale zdarza się. Poszłam do stajni, modląc się w duchu, żeby tam był, ale też nic. Popędziłam w stronę rzeczki, która jest bardzo wąska i płynie takim jakby jarem, więc koń może tam stać i pić wodę tak, że z domu w ogóle go nie widać. Pamiętam, że David pytał, co się dzieje, wzięłam go na ręce, wychodząc z domu, a on zacisnął mi ramiona wokół szyi, trudno mu się mówiło przez te susy, którymi sadziłam nad potok. „Mama, tam!”, powiedział. I rzeczywiście, ogier stał i pił wodę z rzeki. Teraz nie mówi już do mnie „mamo”. Zeszliśmy w dół, David chciał, żebym go postawiła na ziemię. Powiedziałam mu, żeby nie podchodził do konia. Zbliżałam się do zwierzęcia małymi kroczkami. Na początku się odsuwał, ale byłam cierpliwa i w końcu mi zaufał. Zdołałam złapać go za uzdę. Co za ulga, pamiętam dobrze, odetchnęłam i powiedziałam na głos: „Jakbyś ty przepadł, to i dom by nam przepadł, nieszczęśniku”. Widzisz, Amando, to jest jak z tym palcem, którego, jak mi się wydawało, brakowało Davidowi. Człowiek myśli: „Stracić dom to najstraszniejsze, co może się zdarzyć”, a potem dzieją się znacznie gorsze rzeczy i oddałoby się ten dom i całe życie, żeby móc tam wrócić i puścić uzdę tego przeklętego konia.

Słyszę stukanie w prowadzące do salonu drzwi z moskitierą i obie obracamy się w stronę mojego domu. Nina stoi w progu i przytula swojego kreta. Jest ledwie rozbudzona, wciąż jeszcze tak śpiąca, że nasza nieobecność wcale jej nie przestrasza. Robi kilka kroków, nie wypuszczając pluszaka, łapie za poręcz i całą uwagę skupia na pokonaniu trzech schodków w dół, po czym staje na trawie. Carla znów rozpiera się w fotelu i bez słowa patrzy na małą w lusterku wstecznym. Nina przygląda się swoim stopom. Znowu próbuje tego dokonać, od kiedy tu przyjechałyśmy, stara się wyrwać trochę trawy palcami stóp.

– David przykucnął nad rzeczką, buty miał całe przemoczone, wsadził ręce do wody i zaczął oblizywać sobie palce. Wtedy zobaczyłam tego martwego ptaka. Leżał bardzo blisko, może z metr od Davida. Krzyknęłam, przestraszona, on też się wystraszył, poderwał się gwałtownie i z tego impetu wylądował tyłkiem w wodzie. Biedny David. Podeszłam do niego, ciągnąc za sobą ogiera, który rżał i nie chciał się ruszyć, więc jakoś tam próbowałam podnieść małego jedną ręką i potem szarpałam się z dzieckiem i koniem, tarabaniąc się pod górę. Omarowi nic nie powiedziałam. Bo i po co? Co się miało stać, to się stało, i po sprawie. Tyle że następnego dnia rano koń leżał. „Nie ma go – powiedział Omar. – Uciekł”. Już miałam mu opowiedzieć, że wczoraj też raz zwiał, ale wtedy on go wypatrzył leżącego na pastwisku. „Kurwa” – powiedział. Ogier miał tak napuchnięte powieki, że nie było mu widać oczu. Pysk, chrapy, wszystko miał tak nabrzmiałe, że wyglądał jak jakieś inne zwierzę, jak potwór. Ledwie miał siłę, żeby wydawać z siebie chrapliwe dźwięki, a Omar stwierdził, że serce mu wali jak maszyna parowa. Wezwał pilnie weterynarza, zjawili się sąsiedzi, wszyscy zmartwieni, biegali w tę i we w tę, a ja wróciłam, zupełnie zrozpaczona, do domu, wyjęłam Davida z kołyski, w której jeszcze spał, zamknęłam się w pokoju, siedziałam z nim na łóżku i się modliłam. Modliłam się jak wariatka, nigdy w życiu się tak nie modliłam. Pewnie się zastanawiasz, dlaczego nie poleciałam do przychodni, zamiast zamykać się tam w pokoju, ale czasami po prostu brakuje czasu, żeby szukać potwierdzenia nieszczęścia. To, co wypił koń, dostało się także do ust mojego Davida, więc jeśli koń tam zdycha, to i jego szanse były żadne. Miałam tego pełną świadomość, bo już za wiele tu u nas słyszałam i widziałam: zostało mi mało czasu, parę godzin, może minut, żeby znaleźć jakieś wyjście, więc czekanie pół godziny na wiejskiego lekarza, który pewnie i tak się spóźni, nie miało najmniejszego sensu. Potrzebowałam kogoś, kto uratuje życie mojego syna, niezależnie od ceny.

Przyglądam się znów Ninie, która robi parę kroków w stronę basenu.

– Bo czasami choćbyś nawet miała oczy dookoła głowy, to i tak za mało, Amando. Nie wiem, jak mog­łam tego nie zauważyć, dlaczego zajmowałam się tym pieprzonym koniem, zamiast pilnować dziecka.

Zastanawiam się, czy mogłoby mnie spotkać to samo, co Carlę. Ja zawsze jestem przygotowana na najgorsze. Teraz na przykład szacuję, ile czasu zajęłoby mi wybiegnięcie z samochodu i złapanie Niny, gdyby ona nagle rzuciła się biegiem do basenu i skoczyła do wody. Nazywam to „bezpieczną odległością”, tak określam ten zmieniający się dystans, na jaki mogę pozwolić oddalić się córce. Połowa dnia schodzi mi na jej obliczaniu, choć i tak ryzykuję bardziej, niż powinnam.

– Kiedy zdecydowałam, co robić, nie było już odwrotu, im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej dostrzegałam, że to jedyne wyjście. Wzięłam płaczącego Davida, który pewnie wyczuwał moje zdenerwowanie, i wybiegłam z domu. Omar dyskutował nad koniem z dwoma facetami, co rusz łapiąc się za głowę. Dwaj inni sąsiedzi przyglądali się temu z pewnego oddalenia i od czasu do czasu wtrącali się do rozmowy, głośno wykrzykując swoje opinie. Nikt nawet nie zauważył, że wyszłam. Pobieg­łam na ulicę – powiedziała Carla, pokazując drogę biegnącą za ogrodem, za bramą – i ruszyłam do zielonego domu.

– Jakiego zielonego domu?

Ostatni strzępek popiołu spada jej między piersi, ona zdmuchuje go i wzdycha. Będę musiała wysprzątać samochód, bo mój mąż bardzo zwraca uwagę na takie rzeczy.

– My, tutejsi, zachodzimy tam czasami, bo wiemy, że lekarze z przychodni zjawiają się dopiero po paru godzinach i przeważnie nie są w stanie nic zrobić. Jak dzieje się coś poważnego, to idziemy do kobiety z zielonego domu – wyjaśnia Carla.

Nina odkłada kreta na moim leżaku, przy ręczniku. Robi kolejnych kilka kroków w stronę basenu, więc prostuję się czujnie w fotelu. Carla też patrzy, ale sytuacja w ogóle nie wydaje się jej niebezpieczna. Nina kuca, siada na krawędzi i zanurza stopy w wodzie.

– To nie jest żadna wróżka, jak sama zawsze zaznacza, ale ona widzi energię ludzi, potrafi ją czytać.

– Jak to: czytać?

– No, widzi, czy ktoś jest chory i w jakiej części ciała siedzi mu ta zła energia. Leczy bóle głowy, mdłości, krosty na skórze i krwawe wymioty. Jeśli się zdąży na czas, umie powstrzymać poronienie.

– Dużo tu jest poronień?

– Ona mówi, że to wszystko energia.

– Moja babcia też zawsze to powtarzała.

– Ona ją wyczuwa, zatrzymuje, jeśli jest zła, albo mobilizuje, jeśli dobra. Tutejsi, z miasteczka, często do niej chodzą, czasami zjawiają się też ludzie z zewnątrz. Jej dzieci mieszkają w tym domu z tyłu. Ma siódemkę, same chłopaki. Troszczą się o nią, o wszystko, czego jej trzeba, ale podobno nigdy nie wchodzą do domu. Chcesz, żebyśmy weszły z Niną do basenu?

– Nie, nie przejmuj się.

– Nina! – woła Carla i moja córka dopiero teraz zauważa nas w samochodzie.

Uśmiecha się, ma boski uśmiech, robią jej się dołeczki na policzkach i lekko marszczy nosek. Wstaje, bierze kreta z leżaka i biegnie do nas. Carla sięga za siebie, żeby otworzyć jej tylne drzwi. Porusza się na miejscu kierowcy ze swobodą, trudno uwierzyć, że pierwszy raz siedzi w tym samochodzie.

– Najpierw muszę zapalić, Amando. Przykro mi z powodu Niny, ale nie dam rady dokończyć tej historii bez papierosa.

Kiwam głową na znak, że nie ma problemu, i ponownie podaję jej paczkę.

– Tylko wydmuchuj dym na zewnątrz – uprzedzam, a Nina pakuje się na tylne siedzenie.

– Mamo.

– Co tam, kochanie? – odzywa się do niej Carla, ale Nina ją ignoruje.

– Mamo, kiedy otworzymy pudełko z lizakami?

Nina, wyszkolona przez ojca, siada i natychmiast zapina pas.

– Za chwilkę.

– Okej – odpowiada Nina.

– Okej – powtarza Carla i dopiero teraz zauważam, że z jej opowieści kompletnie wyparował początkowy dramatyzm. Nie płacze już, nie opiera głowy o kierownicę. Opowiada, nie przejmując się tym, że ktoś jej przerywa, jak gdyby dysponowała nieograniczoną ilością czasu i chętnie wracała do przeszłości. Zastanawiam się, Davidzie, czy rzeczywiście mogłeś aż tak się zmienić, czy opowiadanie o tamtych wydarzeniach nie pozwala Carli na chwilę wrócić do syna, za którym podobno tak mocno tęskni.

– Kiedy tylko ta kobieta mi otworzyła, włożyłam jej małego na ręce. Ci ludzie jednak są nie tylko tacy ezoteryczni, ale też rozsądni, więc położyła Davida na podłodze, dała mi szklankę wody i wysłuchała mnie dopiero, kiedy się uspokoiłam. Woda pozwoliła mi trochę zebrać myśli i, prawda, przez chwilę wydawało mi się, że te moje lęki to jakieś szaleństwo, przyszły mi do głowy różne inne powody, przez które koń mógł się pochorować. Kobieta przyjrzała się uważnie Davidowi, który zajął się układaniem w rządku ozdobnych figurek stojących na stoliku z telewizorem. Podeszła i przez chwilę się z nim pobawiła. Uważnie, choć dyskretnie go obserwowała, czasami kładła dłoń na jego ramieniu albo podnosiła mu brodę do góry, żeby zajrzeć mu w oczy. „Koń już padł” – powiedziała kobieta, choć ja jeszcze nie zdążyłam powiedzieć o tym ogierze ani słowa, przysięgam. Powiedziała, że Davidowi zostało jeszcze parę godzin, może dzień, ale potem będzie potrzebował wsparcia układu oddechowego. „To zatrucie – powiedziała – zaatakuje mu serce”. Gapiłam się w nią tępo, nie pamiętam nawet, jak długo tam byłam, czułam się skamieniała, nie mogłam wydusić nawet słowa. Wtedy kobieta powiedziała coś okropnego. Coś, co jest jeszcze gorsze od zapowiedzi, jak umrze twoje dziecko.

– Co powiedziała? – pyta Nina.

– No leć, otwórz te lizaki – mówię do niej.

Odpina pas, bierze kreta i biegnie do domu.

– Powiedziała, że ciało Davida nie przetrwa tego zatrucia, że on umrze, ale możemy spróbować migracji.

– Migracji?

Carla zgasiła niedopalonego papierosa i wyciąg­nęła swobodnie ramię. Jej ręka opadła, tak jakby palenie okazało się bardzo wyczerpującą czynnością.

– Jeśli w porę przemieścimy duszę Davida do innego ciała, wtedy część tego zatrucia przejdzie razem z nią. Jak się ją podzieli na dwa organizmy, to jest szansa na przeżycie. Pewności nie ma, ale czasami się udaje.

– Jak to: czasami się udaje? Robiła już coś takiego?

– To był jedyny sposób na uratowanie Davida. Kobieta podała mi herbatę, powiedziała, żebym wypiła powoli, to pomoże podjąć decyzję, ale ja skończyłam ją dwoma haustami. Nie byłam w stanie nijak uporządkować tego, co słyszałam. W głowie kotłowało mi się poczucie winy, ogarnął mnie strach, całe moje ciało dygotało.

– Ale ty wierzysz w takie rzeczy?

– Wtedy David się potknął, w każdym razie mnie się wydawało, że się potknął, i chwilę mu zajęło, zanim wstał. Widziałam go od tyłu, miał na sobie swoją ulubioną koszulkę w żołnierzyki, próbował podeprzeć się rękami i podnieść. Wykonywał niezgrabne i niepotrzebne ruchy, przypominały mi te sprzed miesięcy, kiedy dopiero uczył się samodzielnie wstawać. Teraz kosztowało go to znów więcej wysiłku i zrozumiałam, że to początek tego koszmaru. Obrócił się do mnie ze zmarszczonymi brwiami i dziwną miną, jakby coś go bolało. Podbiegłam do niego i go przytuliłam. Objęłam go tak mocno, Amando, tak mocno, że trudno mi było uwierzyć, żeby coś albo ktoś mógł wyrwać mi go z ramion. Słyszałam jego oddech, tuż przy moim uchu, trochę przyśpieszony. Kobieta rozdzieliła nas delikatnym, ale stanowczym gestem. David usiadł, opierając się o tył fotela, zaczął trzeć sobie oczy i usta. „Trzeba działać szybko” – powiedziała kobieta. Zapytałam, dokąd David pójdzie, gdzie trafi jego dusza, czy można ją ulokować gdzieś blisko, czy możemy wybrać dla niego dobrą rodzinę.

 

– Nie jestem pewna, czy rozumiem, Carlo.

– Rozumiesz, Amando, doskonale rozumiesz.

Mam ochotę powiedzieć Carli, że to wszystko jedna wielka bzdura.

To twoja osobista opinia. To nie ma znaczenia.

Ale ja nie jestem w stanie uwierzyć w takie historie. Tylko w którym momencie takiej opowieści wypada wyrazić oburzenie?

– Kobieta odpowiedziała, że ona nie może wybrać rodziny – mówiła dalej Carla. – Nie da się sprawdzić, dokąd on trafi. Dodała też, że taka migracja ma swoje konsekwencje. Nie ma w ciele miejsca na dwie dusze i nie ma ciała bez duszy. Migracja przeniesie duszę Davida do zdrowego ciała, ale także sprowadzi do jego chorego ciała inną, obcą duszę. One się trochę ze sobą przemieszają, to już nie będą te same osoby, i będę musiała pogodzić się z tą nową formą.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?