Kochankowie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Łazienka matek, położona w drugim skrzydle willi, miała zostać zbudowana od podstaw i ciągle jeszcze była w fazie projektu. Matki uwielbiały kolor żywoczerwony, stanowiło to spore wyzwanie, ponieważ on tej barwy nienawidził, jeśli już czerwień, to wolał jej głębszy i ciemniejszy odcień, ale zaczął rozważać przezroczyste elementy szklane na płytkach, rzucające czerwone refleksy, na tle białego marmuru, to mogłoby naprawdę dobrze wyglądać.

Później chciał zadzwonić do Krumme do pracy i go przeprosić. Nie do końca było to szczere, bo za co w sumie miał go przepraszać? Że miał dość tego, iż Krumme jada jak anorektyczny wróbel i przez cały czas jest zły? Niedawno Krumme przygotował marmoladę pomarańczową ze stewią zamiast białego cukru, stewia nie rozpuściła się w taki sam sposób jak cukier i przy śniadaniu Erlend siedział, chrupiąc marmoladę na swojej kanapce, zrobionej oczywiście z razowego, żytniego chleba, z tego wszystkiego przynajmniej ciemny chleb był smaczny, ale na śniadanie wolałby dostać grzankę z białej bułki albo croissanta, tymczasem obie te rzeczy uznawane były obecnie za czystą truciznę dla ciała.

Pomyśli później nad tym, co chce powiedzieć przez telefon, żeby trochę złagodzić atmosferę i uratować spokój domowy. W butelce Bollingera prawie już było widać dno, więc sprawa nie wydawała się aż tak skomplikowana. Mógł oczywiście wysłać jedynie autoironicznego esemesa z informacją, jak bardzo nienawidzi łazić po budowie z butelką szampana w dłoni, i zakończyć mnóstwem serduszek, wtedy na pewno sprawiłby przyjemność Krumme, który siedział tam przy biurku w redakcji „BT” i rozwiązywał dziennikarskie kryzysy, wcinając przy tym plastikowym widelcem zimną sałatkę.


– Możesz już zadzwonić do kierownika akcji ratunkowej i powiedzieć, że...

– Kierownika akcji ratunkowej? – zapytał Arne.

– Tak to się nazywa, tutaj masz numer telefonu komórkowego.

Margido zdjął prawą rękę z kierownicy i wskazał bloczek z kartkami zamocowany na uchwycie przy tablicy rozdzielczej. Ten uchwyt był pierwszą rzeczą, którą zorganizował sobie po nabyciu transita, własnoręcznie przykleił go mocnym klejem epoksydowym, nie ufał bowiem dołączonej przyssawce. Pokrył całą przyssawkę klejem i teraz trzymała się bardzo dobrze plastiku, z którego zrobiony był pulpit kierowcy.

Daleko przed sobą, po prawej stronie, już z daleka dostrzegli żółty helikopter pogotowia ratunkowego, śmigła były nieruchome, wszystko wskazywało na to, że lekarz ciągle pracuje, jechali pustym lewym pasem, na prawym utworzył się wielki korek, z daleka widzieli migające niebieskie światła pojazdów ratunkowych, policji, straży i ambulansów, wszelkie możliwe służby były na miejscu.

– Powiedz, że Neshov jest tutaj, że jedziemy białym transitem na zielonych tablicach o numerach rejestracyjnych HZ dwadzieścia osiem pięćset, to nas pokierują – rzekł Margido.

Musiał poruszać się ostrożnie zygzakiem, chociaż miał włączone światła awaryjne. Z wielu samochodów ludzie wysiedli, żeby popatrzeć, z wysoko uniesionymi w powietrze telefonami, zaabsorbowani możliwością uchwycenia czegoś dramatycznego. Poruszali się zwróceni do niego plecami, z całą uwagą skierowaną na miejsce wypadku, nie widzieli więc świateł awaryjnych. Cały czas filmowali, trzymając w wyciągniętych rękach komórki, chociaż wypadek był już faktem, wiedział, że rozglądają się za krwią, zawsze tak było, gdy po obu stronach miejsca wypadku tworzył się korek.

Arne zadzwonił pod numer zapisany na karteczce.

– Już nas widzą, więc wszystko w porządku – powiedział po kilku sekundach rozmowy.

– Dobrze – odparł Margido.

– Kurwa. Co za cyrk. Wyciągają z samochodu nawet dzieci, żeby popatrzyły.

– To normalne. I przykro mi, że wylądowałeś w tym wszystkim tak nagle, Arne, naprawdę jest mi przykro, ale tak to jest. Porozmawiamy w drodze powrotnej w samochodzie. Kiedy dotrzemy na miejsce, należy przede wszystkim zachować spokój. Pamiętaj, że dla nas nie jest istotna każda sekunda. Nawet minuta. Śmierć jednej kobiety została już stwierdzona. Mamy tylko wykonać swoją robotę i spieszyć się powoli. Postaraj się, aby to wszystko dookoła nie miało na ciebie wpływu, nawet jeśli prowadzona jest reanimacja i wszystko wydaje się dramatyczne, a ty myślisz, że powinieneś pomóc, zwłaszcza z twoim przygotowaniem.

– Ale ja przecież... Nie sądzę, żeby...

– To i tak będzie odmienne przeżycie, nie jedziemy do sali szpitalnej, tak jak jesteś przyzwyczajony. Przygotuj się, że różne rzeczy rozrzucone są po asfalcie wokół miejsca zdarzenia. Ale poradzisz sobie, poradzisz na pewno, i tak czy owak porozmawiamy o tym później. Tylko naśladuj mnie i rób, co mówię.

Margido wyjątkowo lubił ten nowy samochód. Siedząc tak wysoko, miał doskonałą widoczność, w citroënie oglądał świat niemalże od spodu. Stanął właśnie przy bardziej zniszczonym wraku, gdzie dwóch strażaków rozcinało blachy auta, żeby móc wynieść z niego kobietę. Czołowe zderzenie na długim odcinku prostej drogi prowadzącej do Melhus, tyle wiedział przed wyruszeniem tutaj. Podjechał tyłem do wraku najbliżej jak się dało, żeby w ten sposób zasłonić widok żądnym sensacji ludziom. Osoby z najbliższej rodziny nie powinny później w mediach społecznościowych oglądać zdjęć okaleczonego ciała właśnie utraconego bliskiego, niektórzy ludzie w ogóle nie czuli granicy, co można upubliczniać w sieci.

Od razu po otwarciu drzwi uderzył ich zapach spalonej gumy, oleju napędowego i spalin z samochodów ratunkowych, a także stopionego metalu, plastiku i obicia foteli samochodowych, niosący się od strony pojazdu rozciętego z bocznej strony z przodu.

Natychmiast zjawił się przy nich policjant, który przedstawił się jako kierujący akcją.

– Dam wam sygnał w odpowiednim momencie – powiedział.

Margido otworzył tylne drzwi transita, wyciągnął walizkę i wyjął z niej ubrania ochronne. Białe, takie jakich używali policjanci podczas przeprowadzania badań technicznych na miejscu przestępstwa. Naciągnęli ubrania na własną odzież, zapinając je z przodu na zamek błyskawiczny aż pod brody, a potem naciągnęli kaptury.

– Nałożę tylko zwykłą maseczkę na usta – stwierdził Margido – ale jeśli ty chcesz, to mam też pełną maskę 3M z filtrem węglowym, widzę, że jej ciało jest otwarte.

– Dla mnie też wystarczy zwykła maseczka. Nie ma problemu.

Margido wyciągnął worek na zwłoki oraz nosze, a z pudełka wyjął osiem rękawiczek jednorazowych, cztery dał Arnemu, a naciągając swoje, przyglądał się ludziom ze straży pożarnej. Z kolejnej torby wyjął cztery niebieskie ochraniacze, które mieli nałożyć na buty.

– Podwójny zestaw rękawiczek? – zapytał Arne.

– Zdejmiemy zewnętrzną parę po skończeniu najbrudniejszej roboty – odparł Margido – to zapewni nam dodatkową ochronę. Wiesz, zawsze jest dużo szkła i ostrych części samochodowych. Musimy poczekać, aż rozetną karoserię do końca i ją wyjmą, zdaje się, że już kończą.

Starał się nie patrzeć wprost na cokolwiek konkretnego dookoła, na lewo od nich pracowano z defibrylatorem, a ktoś powiedział, że „chwilę temu siedział przecież zupełnie spokojnie tu obok samochodu i rozmawiał ze mną, nawet pamiętał swój numer ewidencyjny...” Każdy coś wołał, starając się przekrzyczeć głosy strażaków pracujących przy rozcinaniu karoserii i hałas pojazdów chodzących na biegu jałowym. Obok zgruchotanego samochodu leżała sportowa torba, była rozdarta i czymś wysmarowana po jednej stronie, to mogło być cokolwiek, krew, inne płyny ciała albo po prostu hamburger, którego ktoś jadł w samochodzie w chwili zderzenia. W głębi torby można było dostrzec butelkę wody i czerwony dres. Metr dalej leżał atlas drogowy, był otwarty, a sterczące kartki powiewały na wietrze.

– Chyba już mało kto jeździ z atlasem drogowym w samochodzie – rzekł.

– Co takiego? – zapytał Arne.

Margido wskazał palcem.

– Atlas drogowy NAF-u. Tam.

– Nie mam pojęcia, co to jest – odparł Arne.

Margido przyjrzał się mu. Maseczka zakrywała mu większą część twarzy, ale widział, że Arne spokojnie mruga oczami, to zawsze stanowiło istotną wskazówkę. Margido mocniej naciągnął rękawiczki, wyciskając z nich jednocześnie powietrze, żeby palce weszły do samego końca.

– Zaniesiemy nosze jak najbliżej samochodu, najpierw otworzymy worek na zwłoki, a potem jak najdokładniej zasłonimy wszystko sobą w tym momencie, kiedy będziemy wkładali ją do środka. I pamiętaj, że musimy zabrać wszystko, żadna możliwa do nazwania część ciała nie powinna pozostać w samochodzie, pomijając płyny, bo na to nie ma rady.

– Gotowe! – zawołał kierujący akcją i wskazał na wrak.

Margido w odpowiedzi uniósł kciuk w powietrze.

Samochód był stary i nie miał poduszek powietrznych, Margido nie widział marki, ale kierownica rozcięła kobietę niemal na pół, poza tym silnik prawie się w nią wbił, docinając obie nogi na wysokości kolan. Głowa była cała, pokrywały ją odłamki szkła, tak samo długie, ciemne włosy zebrane w koński ogon.

– Najpierw złapmy ją za górną część ciała i ramiona – polecił Margido. – Nie jest duża, odwrócimy ją na bok, spróbuję tutaj trochę przytrzymać jej skórę, żeby wnętrzności nie wypadły. I uważaj, za co chwytasz, wszędzie jest szkło.

– Okej – odparł Arne.

Spora część jelit mimo wszystko wypadła na zewnątrz, odór krwi i ekskrementów był obezwładniający, Margido musiał wciągnąć wnętrzności za ciałem do worka na zwłoki, jako prowizorycznej torby użył podartego T-shirta, który kobieta miała na sobie, jej dżinsy nadal były zapięte w pasie, przez co wszystko wypływało na wierzch.

 

– Teraz nogi – zarządził.

Stopy w krótkich czarnych skarpetkach obute były w czerwone adidasy, na pewno nie większe niż trzydzieści sześć. Nogi miała opalone i gładkie, pokryte strużkami krwi. Włożył nogi jedną po drugiej na sam dół worka i ponownie nachylił się do wnętrza samochodu, uważnie przyglądając się ziejącemu lejowi z plastiku, metalu i rozciętych foteli, wokół było mnóstwo krwi i jeszcze jakiś kawałek z włosami, więc zabrał i to.

– Sprawdź jej ręce i palce – powiedział – zanim zamkniemy worek.

Usłyszał, jak jedna z karetek odjeżdża na sygnale, a kątem oka zarejestrował dwie właśnie przybyłe lawety.

– Brakuje jednego małego palca – stwierdził Arne.

– Ostatniej części czy całego?

– Całego.

– Nigdzie go nie widzę, potrzebuję latarki – rzekł Margido. – Ale najpierw przypnijmy ją do noszy i włóżmy do samochodu, a ja wtedy poszukam latarki.

Unieśli nosze i wsunęli je do tyłu samochodu. Margido znalazł latarkę i wyciągnął paczkę nawilżanych chusteczek, które podał Arnemu.

– Zdejmij teraz zewnętrzne rękawiczki, użyj tego do wytarcia krwi z worka, a ja poszukam palca.

Znalazł go w miejscu, które kiedyś było przestrzenią między siedzeniem kierowcy a fotelem pasażera, teraz oba fotele owinęły się wokół hamulca ręcznego, palec był bardzo mały, bez jednej kropli krwi, za to paznokieć pokrywał różowy lakier.

Wgramolił się do transita i ściągnął zewnętrzne rękawiczki, a potem odsunął zamek w worku na zwłoki i na samym wierzchu ułożył palec, nie brudząc niczego krwią. Worek z ciałem kobiety leżał tam teraz czysty i biały, a oni mieli pewność, że zabrali wszystko. Wyszukał w walizce identyfikator, napisał na nim NN i przyczepił go do przegubu zmarłej, odrobinę pobrudził sobie przy tym rękawiczki krwią, potem ostrożnie zasunął zamek.

Zeskakując na asfalt, poczuł ból w kolanach, powinien wozić ze sobą małe schodki, coś w rodzaju drabinki, którą ludzie podstawiają sobie pod drzwi przyczepy kempingowej. Stabilny stopień z lekkiego metalu. Był za stary i za ciężki, żeby w ten sposób wczołgiwać się do transita i z niego wyłazić, będzie musiał zapytać Bovima, on na pewno wiedział, gdzie sprzedają przyczepy kempingowe i akcesoria w stylu takich schodków.

Wyciągnął worek na śmieci, żeby wrzucić do niego ubrania ochronne, maseczki i ochraniacze na buty.

– Na końcu zdejmiemy wewnętrzne rękawiczki – powiedział. – Żeby się nie uświnić. Zazwyczaj wypełniam formularze dopiero, jak się już rozbiorę, uważam, że nie uchodzi plamić krwią dokumentów. Czy możesz poszukać kierującego akcją i powiedzieć, że skończyliśmy? I zapytaj go, czy ma już numer zgłoszenia, będę go potrzebował do formularza.

W drodze powrotnej Arne milczał, teraz też musieli jechać powoli, na drodze nadal było pełno ludzi. Ale w tym momencie migające światło przynajmniej zostało zauważone i ludzie się odsuwali, dzięki czemu nie musieli jechać zygzakiem. Wiele osób stanęło najbliżej miejsca wypadku jak tylko się dało, kilkoro policjantów utrzymywało ich w ryzach i zapobiegało podejściu jeszcze bliżej.

– Dałeś sobie nieźle radę – stwierdził Margido.

– Dziękuję. Czy rodzina będzie musiała ją zidentyfikować? – zapytał Arne.

– W żadnym razie. Nie, tego na szczęście uda im się uniknąć. Bardzo rzadko pokazuje się rodzinie ofiary wypadków, bo bywają naprawdę zmasakrowane. Będzie to zapewne typowa sprawa z identyfikowalną ofiarą.

– A jak wtedy wyglądają procedury?

– Nic innego niż udział przedstawiciela policji w sekcji, pobranie odcisków palców, próbek DNA i zanotowanie ewentualnych innych znaków szczególnych, na przykład tatuaży, blizn pooperacyjnych i tym podobnych rzeczy. Jeżeli zwłoki są mocno zmasakrowane, ocenia się też uzębienie. Obowiązuje to również w przypadkach samobójstw i jeśli zwłoki leżały długo w wodzie, w ziemi czy gdziekolwiek na łonie natury. A jeśli są rozczłonkowane, to oczywiście trzeba zrobić badania DNA wszystkich części.

– Rozumiem – odparł Arne. – Mam w sumie już o tym jako takie pojęcie, ale dobrze jest uzyskać nowy kontekst i jakoś poskładać tę wiedzę w całość, przyjmując nowy punkt widzenia.

Arne Elsøy był dla biura prawdziwym skarbem, Margido myślał o zatrudnieniu go jak o wygranej w Lotto, chociaż w nie nigdy nie grywał. Najpierw przyjął do pracy jego żonę, Karianne Elsøy, pielęgniarkę z ośrodka opieki Orkdal Helsetun. Rozmawiał z nią kiedyś, odbierając stamtąd mężczyznę, pacjenta chorego na serce, który zmarł zaledwie dobę po przeniesieniu do domu opieki. Zabieranie z ośrodka zmarłych pacjentów należało do wyjątków, Orkdal miało własne, lokalne biuro pogrzebowe, ale ten zmarły miał rodzinę w Trondheim, która chciała, aby Neshov zajął się wszystkim, już wcześniej korzystali z jego usług. I ta pielęgniarka niespodziewanie zaczęła wypytywać go o jego pracę, wydawała się szczerze zainteresowana, a po tygodniu zadzwoniła do niego, miesiąc po tym, jak Torunn nieskończenie wprost uradowała go swoim zamiarem rozpoczęcia kariery w biurze.

Karianne Elsøy miała już dość. Miała dość pracy zmianowej i ciągłego braku rąk do roboty, nie dano jej pełnego etatu na stałe, a poza tym miała ochotę przeprowadzić się do Trondheim i, jak powiedziała, być bliżej „życia i kultury”. Po kilku spotkaniach w biurze zaoferował jej posadę praktykantki, była zmuszona co nieco zejść z wynagrodzenia, ale przyjęła propozycję. A dwa tygodnie później przedstawiła mu swojego męża, studenta medycyny ze szpitala uniwersyteckiego świętego Olava, który właśnie zamierzał zrobić sobie przerwę w studiach. Margido powiedział jej, że potrzebuje więcej ludzi do pracy, i wyjaśnił, jak trudno jest zrekrutować kogoś spoza branży.

– Mój mąż to wygrana na loterii! – powiedziała wtedy.

I miała w tym całkowitą rację.

– Pewnie widziałeś gorsze rzeczy niż to – stwierdził Arne.

– Ty zapewne też.

– To zależy, jak zdefiniować, co jest gorsze. Widziałem, jak ludzie wyglądają w środku, zarówno zdrowi, jak i chorzy. Ale wtedy leżeli przecież na stole operacyjnym albo byli pokazywani na wykładach w charakterze przypadków. Nie miałem nigdy okazji zbierać jelit z asfaltu. Czasami zdarzyło się... że coś spadło na podłogę. To było obrzydliwe. Ale to tutaj... to nie może się równać z upuszczeniem czegoś na ziemię.

– Tak, wiem, o co chodzi – stwierdził Margido.

– Kiedyś upadła mi krtań. Robiliśmy akurat sekcję i mieliśmy zidentyfikować wszystko od tchawicy aż po nagłośnię, nie mam pojęcia, jak to się stało, chyba skalpel mi się obsunął, bo za bardzo drżały mi ręce, to była moja pierwsza sekcja i cała krtań wyjechała mi na podłogę. To było okropne.

– Doskonale to rozumiem, to troszkę inna sytuacja.

– Czy myślisz o tym, kim ona była? Kobieta, którą wieziemy? – zapytał Arne.

– A ty myślałeś, czyja była ta krtań?

– Tak. Prominentia laryngea... czyli jabłko Adama... wystawało pod dość ostrym kątem, więc musiał to być mężczyzna. Ale nie podawano nam nazwiska, wieku ani nic innego.

Minęli już obszar, na którym był korek, i Margido wyłączył światła awaryjne.

– W sumie najwięcej myślę o rodzinie – stwierdził Margido. – Jaki dzień czeka jej rodzinę. Cieszę się, że twarz i głowa są nietknięte, nie do końca wiem, dlaczego, skoro i tak nie żyje, ale zawsze mam wrażenie, że jakoś łatwiej temu wtedy sprostać. Jeśli w ogóle można tu użyć słowa „łatwiej”, ale zapewne wiesz, co mam na myśli.

– Tak, rozumiem.

Zapadło milczenie. Zachodzące słońce jak gdyby nigdy nic wyniośle oświetlało szerokie połacie pól uprawnych w Melhus, na których wysokie, zielone źdźbła jeszcze mocniej podbijały światło w stronę błękitnego, popołudniowego nieba. Przejechali przez centrum, gdzie dzieciaki pedałowały na rowerach, ludzie szli, niosąc torby z zakupami albo ciągnąc na smyczach psy, grupa robotników zajęta była wznoszeniem rusztowania przy ciemnoszarej, murowanej ścianie.

– Widziałem, że masz też z tyłu czarne worki na zwłoki. Czy wybieramy losowo, z którego korzystamy? – zapytał Arne.

– Ależ nie. O, nie. Absolutnie nie. Te czarne są dwa razy grubsze i używa się ich wtedy, gdy wskutek stężenia pośmiertnego kończyny sterczą w taki sposób, że ciało zajmuje więcej miejsca i napiera na worek od wewnątrz. Na przykład, po wypadnięciu z drogi w miejscu, gdzie zwłoki zostają znalezione dopiero po kilku godzinach. Czarne worki mają też uchwyt. Niekiedy zmarli leżą w miejscu, gdzie nie da się dojechać samochodem, wtedy często policjanci pomagają nam przenieść worek, który po to właśnie ma aż sześć uchwytów. Taka pomoc niekiedy bardzo się przydaje.

– Tak, na pewno widziałeś gorsze rzeczy niż ja.

– Wiesz...

Margido przerwał i się zamyślił. Nieczęsto zmuszony był nazywać te sprawy po imieniu.

– Wiesz, Arne. To, w czym teraz braliśmy udział, nie było najgorsze. Nawet to, co masz na myśli, mówiąc o zmasakrowanych zwłokach, też nie.

– Ach tak?

– Najgorszą stroną tej pracy jest spotykanie się oko w oko z dogłębnym smutkiem. To jest właśnie najstraszniejsze. Bycie bezradnym świadkiem wszechogarniającej żałoby. Szoku. Zaprzeczenia. Najgłębszej i najczarniejszej rozpaczy. A w środku tego wszystkiego musimy sformułować nekrolog, zmusić bliskich, aby sprawdzili, czy wszystko się zgadza, daty, nazwiska i sposób ich pisowni. I musimy ich skłonić do wyboru modelu trumny.

– Tak. Rozumiem, co masz na myśli, Margido. I to przecież... Dlatego na razie odłożyłem studia. Bo bardziej obchodzi mnie rozmawianie z ludźmi o przebiegu ich choroby i o tym, jak naprawdę się czują, niż stanie i dłubanie w ciele, ścięgnach, mięśniach i wkuwanie tych wszystkich łacińskich nazw, symptomów i diagnoz. Miałem wrażenie, że od tego zwariuję. Zastanawiałem się, czy nie zrezygnować i nie przerzucić się na psychologię. Ale ta praca w pewnym sensie łączy to wszystko.

– No tak, ale jeśli chodzi o płacę, to raczej niekoniecznie...

– Chciałbym dobrze czuć się w tym, co robię na co dzień, bo takich dni jest w życiu najwięcej.

Sprawy wydarzyły się tak szybko jedna po drugiej. Najpierw Torunn, która na dłużej chciała zostać w firmie. A teraz Arne i Karianne. Ciągle jeszcze daleko było do sytuacji, w której miałby już całodobową obsługę, kiedy stać go będzie na reflektor stroboskopowy na grillu, co stanowiłoby ogromne ułatwienie w sytuacji, gdyby musiał w nocy pojechać na miejsce wypadku po ciało, a może nawet na szczelną maskę ze zbiornikiem tlenu na plecach na okoliczność, gdy zwłoki są w stanie rozkładu, ale powoli zbliżał się do celu, choć trudno było w to uwierzyć. I to Arne i Karianne nadal siedzieli w biurze, kiedy kwadrans po piątej zadzwonili z policji z informacją o wypadku, wciągnął ich na listę dyżurów, która w tym biznesie stanowiła konieczność, pozostali pojechali do domu, a Torunn była w Neshov.

Wcześniej tego dnia wzięła udział w pogrzebie i doskonale poradziła sobie zarówno z rodziną zmarłego, jak i ze wszystkim, co było do załatwienia w kościele w Ilen, kościele, który jemu bardzo źle się kojarzył, ponieważ kilka lat wcześniej sataniści sprofanowali go krwawą ofiarą i swoimi symbolami, a on musiał w ostatniej chwili znaleźć inne miejsce na pogrzeb. Opowiedział jej o tym w wyważony sposób, kiedy po ustawieniu trumny na katafalku wnosili razem wieńce i zapalali świece.

– Bałeś się? – zapytała.

– Przeraziło mnie to. Że ktoś może wierzyć w coś takiego. Czcić Szatana.

– Biedaku.

– To nie mnie należy żałować. Tylko chorzy ludzie robią takie rzeczy.

Chciał łagodnie wprowadzić ją w sprawy firmy, obawiał się, że jeśli zbyt szybko rzuci ją na głęboką wodę, może zmienić decyzję. Dlatego odczuł niewysłowioną ulgę, kiedy Arne zaoferował, że pojedzie z nim na miejsce wypadku. Karianne miała wrócić do domu, zamierzał zabrać ją następnym razem. Poza tym Arne zapewne opowie jej potem, jak to wygląda, i dzięki temu będzie miała małe szkolenie.

– Widziałem, że jedna z karetek odjechała bez pacjenta – rzekł Arne. – Mam pewne przeczucia, dlaczego nie zabrali ze sobą zmarłej, chociaż tak samo jak my jadą do szpitala.

– Masz słuszne przeczucia – odparł Margido i uśmiechnął się do niego. – Na pewno taniej jest powierzyć nam jej transport niż ponieść koszt dezynfekcji karetki, czyli około trzydziestu tysięcy koron. My bierzemy tylko pięć tysięcy za odbiór i transport. Czyli w kasie publicznej zostaje dwadzieścia pięć tysięcy, lekko licząc.

– Cyniczne, ale jest w tym logika – stwierdził Arne.

– Głównie chodzi o logikę, moim zdaniem. I o kwestię praktyczną. Dla całego systemu. Z drugiej strony nieco to dziwne, że wszyscy, ale to wszyscy na miejscu zdarzenia, policjanci, strażacy, członkowie ekip ratunkowych, kierowcy, wszyscy natychmiast po czymś takim otrzymują ofertę kryzysowej pomocy psychiatrycznej. Każdy, tylko nie my.

 

– Naprawdę? O tym nie wiedziałem.

– Ależ oczywiście. Na przykład nawet zwykli cywile, którzy nadjechali z tyłu jako pierwsi, mogą otrzymać taką propozycję. Nie w każdym przypadku, ale to się zdarza. Ale my nigdy. My powinniśmy znieść wszystko.

– Pewnie uważają, że skoro na co dzień pracujemy przy sprawach związanych ze śmiercią, to nie robi to na nas takiego wrażenia, jak na innych – stwierdził Arne.

– Coś w ten deseń. Albo że jako firma prywatna powinniśmy sami zapewnić sobie taką usługę. Mamy sobie nawzajem zrobić psychoterapię. W sumie pozostali też tak robią. Pójście do psychologa po takich przeżyciach bywa odczytywane jako przejaw słabości, więc prawie nikt o to nie prosi.

– Chociaż mogliby.

– Tak. Ale jak wspominałem, gorsze jest konfrontowanie się z bezbrzeżną rozpaczą. Zachowanie dystansu, profesjonalnej rezerwy, czyli wprowadzenie pewnego chłodu w relację z człowiekiem jest bolesne. Trudne. Zostawia swoje ślady.

Po dostarczeniu do szpitala worka ze zwłokami i kopii formularza Arne pojechał do domu, a Margido ruszył z powrotem do biura, chciał wydrukować dla staruszka pełnomocnictwo do podpisania, żeby mógł załatwić sprawę tej gotówki dla niego.

W biurze odszukał swoją komórkę i zobaczył, że ma dwa nieodebrane połączenia od Sigvego Solåsa. Solås był postawnym i aktywnym mężczyzną dobrze po osiemdziesiątce, niecałe dwa tygodnie wcześniej stracił żonę, z którą spędził pięćdziesiąt lat, jej pogrzebem zajmowali się Margido i pani Gabrielsen.

Zawsze zapisywał sobie numer klienta już przy jego pierwszym kontakcie z biurem i usuwał go kilka tygodniu po wykonaniu zlecenia. Numer Solåsa nie został jeszcze usunięty, od razu oddzwonił.

– Z tej strony Margido Neshov, widzę, że pan do mnie dzwonił?

Drapało go w gardle, nie mógł sobie teraz pozwolić na atak kaszlu, poszedł więc z telefonem przy uchu do małej kuchenki, gdzie zazwyczaj robili sobie śniadania, odkręcił odrobinę kran, podstawił kubek po kawie pod strumień i pił małymi, bezgłośnymi łykami, jednocześnie słuchając.

Rodzina „znów zaczyna”, powiedział Solås, a Margido od razu pojął, co ma na myśli. Zlecenie od pierwszej chwili polegało na prowadzeniu negocjacji między Sigvem Solåsem a jego trzema synami i ich żonami. Solås był praktykującym chrześcijaninem, jego zmarła żona również, natomiast synowie byli zagorzałymi ateistami. I komunistami, jak dodał Solås, na co Margido odpowiedział, że przynajmniej poglądy polityczne nie będą odgrywały w tej sprawie większej roli. Margido nigdy nie brał udziału w podobnym zamieszaniu i pewnie na długo miał je zapamiętać.

Kłócili się o krzyż, który Solås pragnął mieć na górze nekrologu, a zakończyć chciał go ostatnim wierszem pieśni „O, zostań przy mnie”, od czego jego synowie i ich żony dostali białej gorączki. Sam pogrzeb wymagał wielkiego lawirowania, nie miał siły o tym myśleć akurat w tym momencie, pastor był w równie wielkim kłopocie jak on sam, ale Solås wygrał o tyle, że pogrzeb miał się odbyć w kościele, a nie w jakimś neutralnym miejscu przeznaczonym na świeckie ceremonie.

Argument Margida wobec synów i synowych przez cały czas był taki, że życzenia zmarłego zawsze należy respektować, a skoro zmarła była osobą głęboko wierzącą, to pogrzeb powinien ten fakt odzwierciedlać. Zupełnie się z tym nie zgadzali. To oni mieli żyć dalej, to oni mieli pożegnać na zawsze ukochaną matkę i teściową, a nie odwrotnie. Margido już wiele razy wcześniej słyszał podobną argumentację.

Teraz chodziło o formę nagrobka. Sigve Solås chciał na szczycie płyty nagrobnej mieć krzyż, a reszta rodziny widziała tam kwiat albo ptaka, nawet wnuki zostały nastawione przeciwko niemu.

Solås nie miał pojęcia, jak rozwiązać ten problem, nie sypiał po nocach, ciągle płakał i rozmyślał, co powiedziałaby Ingeborg, gdyby była świadoma całej tej kłótni.

– No ale ptak na szczycie jest przecież w sumie dobrym kompromisem – rzekł Margido.

Solås zamilkł.

– Ptak to symbol o silnym ładunku religijnym. W wielu religiach, w zasadzie w większości na tym świecie – dodał Margido.

Tak, to prawda, jak się zastanowić, to Solås w sumie to wiedział.

– A nie wiadomo, na ile twoja rodzina jest tego świadoma, niewykluczone, że dla nich symbol ptaka jest czymś religijnie neutralnym. Pewnie tak właśnie jest, skoro sami go zaproponowali. Ale to nieprawda. Ptak to symbol religijny.

Czy Margido naprawdę w to wierzył? Że jego rodzina składa się z pozbawionych wiedzy ateistów i komunistów, którzy nie wiedzą nawet, iż ptak to symbol chrześcijański?

– Nie można tego wykluczyć – odpowiedział.

Solås podziękował. Margido usłyszał ulgę w jego głosie. Potem Solås stwierdził, że dzień wcześniej dostał fakturę z biura i że jeszcze dziś zapłaci ją przekazem pocztowym.

– W porządku, wobec tego powodzenia i dobrego wieczoru.

Sporządzenie pełnomocnictwa nie zajęło mu wiele czasu, zostawił tylko dwukropek w miejscu, gdzie powinien znaleźć się numer ewidencyjny starego, przyszło mu wtedy do głowy, że jedynym dokumentem, jaki staruszek miał na potwierdzenie swojego istnienia, był akt urodzenia. Pewnie miał też gdzieś dokument zawarcia małżeństwa, o ile go nie wyrzucił, ale ani jednego ze zdjęciem. Zupełnie jakby żył sobie gdzieś na obrzeżach społeczeństwa.

Margido nacisnął „Drukuj” i odchylił się do tyłu na swoim biurowym fotelu, zamknął oczy i pomyślał o tych schodkach, które miał sobie zorganizować do transita, oraz o konieczności uzupełnienia podręcznej walizki o jednorazową odzież i worki na zwłoki.

Kiedy doszedł do siebie, minęła prawie godzina, czuł suchość w ustach, bo spał z otwartymi, zerwał się na nogi i poczuł, jak bardzo obolałe ma ciało i wszystkie stawy. Pełnomocnictwo leżało gotowe w plastikowej szufladce pod drukarką, wyszukał kopertę i całość włożył do torby, wyłączył światła i wyszedł, zamykając drzwi na klucz.

Pojechanie do starego jeszcze tego samego wieczoru nie wchodziło w rachubę, na pewno nie będzie z tym problemu później, teraz chciał już tylko znaleźć się w domu. Zamierzał wypić dwie pełne miarki wyciągu ziołowego z żelazem Floradix i zafundować sobie dłuższy pobyt w saunie. Chciał, żeby ciepło przeniknęło go do szpiku kości, a może przy okazji uda mu się zwalczyć kaszel pozostały po przeziębieniu, które nie chciało odpuścić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?