Kochankowie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Krumme, czy pamiętasz, ile kosztował bekon w Norwegii? Kiedy byliśmy tam ostatnio, jakieś dziesięć tysięcy lat temu?

– Czy nie mógłbyś skończyć?

– Z czym?

– Z mówieniem przez cały czas pogardliwie o swojej ojczyźnie, czasami mam tego naprawdę serdecznie dość.

– Ach, taaaaaaak. A więc tak się sprawy mają. Ale cenę pamiętasz?

– Nie. Ale teraz mamy tu w koszyku kawałek chudego, duńskiego, ekologicznego bekonu od szczęśliwych świń, więc nie do końca rozumiem problem. Poszukaj stewii, Erlendzie. I musztardy dijońskiej, a nie miodowej. A Ellen pobiegła właśnie w przeciwną stronę. O ile jeszcze tego nie zauważyłeś.

– ELLEN! Chodź! Tutaj! JUŻ! Ale to był twój pomysł, żeby zabrać dzieci na zakupy.

– I kolendry. Ta doniczka, którą kupiliśmy w zeszłym tygodniu, wczoraj wylądowała w śmietniku, musimy zajrzeć do szafki na zioła, chyba coś tam szwankuje ze światłem albo temperaturą. Leonie, czy możesz to potrzymać, gdy tata będzie ogarniał kwestię gruli? Krumme podał Leonowi swój portfel, który ten schwycił obiema rączkami, obserwując przy tym uważnie, jak Krumme wrzuca do dolnej części koszyka dwa pięciokilowe worki ziemniaków. Na samej górze wózka królowała Nora, śledząc wzrokiem uciekającą Ellen. Nora rytmicznie uderzała nogami w metal, który wydawał dość denerwujący dźwięk, szczególnie dla kogoś, kto jednocześnie musiał mieć na oku drugą bliźniaczkę.

– Ellen! Chodź TUTAJ! Więcej nie będę wołał! A ty, Noro, czy możesz przestać machać nogami?

– Wyluzuj. Przecież sobie grzecznie siedzi – rzekł Krumme.

– Łomocze, Krumme. ELLEN!

– Chcesz zabrać dzisiaj ze sobą coś do jedzenia, idąc do willi? Na swoją.... Samotną wizytację?

– Nie zaprzątaj sobie tym głowy, wezmę jakieś resztki – odparł Erlend. – Albo zamówię sobie pizzę z dowozem. Ellen! I Noro, przestań, proszę. To był okropny pomysł, Krumme.

– Nigdy przecież nie robią z nami zakupów, więc to dla nich duże przeżycie.

– Chodzą do sklepów z matkami – stwierdził Erlend.

– A teraz również z nami. Bądź tak dobry i znajdź wreszcie tę stewię.

Musiał też rozejrzeć się za parasolem, czyż w takich marketach przy kasach nie stały zazwyczaj wielkie pojemniki z parasolami, kapciami, bateriami i rolkami taśmy? Skręcił w stronę kas, musiał przejść na pewno z trzysta metrów, Boże święty, jakże nienawidził takich miejsc, wolał kameralne delikatesy, sklepiki rzeźnicze i piekarnie, wyspecjalizowane miejsca, gdzie mógł wejść i wyjść, niosąc niewielką torbę i czując się po trosze Francuzem.

Tak jak sądził, przy kasach stały parasole, schwycił trzy czarne, pewnie były niewielkich rozmiarów i śmiesznej średnicy, zamierzał ochronić kurtkę, będzie zmuszony nieść po jednym w każdej ręce, a może Krumme też będzie jednego potrzebował, no a wtedy dzieciaki też będą chciały mieć własne, wziął więc jeszcze trzy. Grzmoty rozlegające się na zewnątrz zagłuszały nawet rozmowy i hałas pchanych wózków oraz odmóżdżającą pseudomuzykę, sączącą się spod sufitu.

Znalazł stewię i musztardę i lawirował teraz między półkami, szukając pozostałych rzeczy, zlokalizował je przy warzywach, wszystkie cztery w jednym miejscu, to dopiero była ulga, wrzucił w końcu zakupy do wózka.

– Czyżby? Sześć parasoli? – zapytał Krumme.

– Na dworze szaleje burza, nie słyszysz?

– Sześć parasoli, a kolendry brak.

– Stoi tuż za tobą – powiedział Erlend i pochwalił się w duchu za błyskawiczny refleks.

– A co będziemy robić z sześcioma parasolami? – kontynuował Krumme, biorąc doniczkę z kolendrą.

– Ja potrzebuję dwóch – odparł Erlend.

– To raczej ja tylu potrzebuję, zważywszy na mój obwód – stwierdził Krumme bez swojej zwykłej, jowialnej autoironii, był wkurzony, ostro wkurzony, a Erlend wiedział, że to dlatego, że krąży tutaj, myśląc o kaloriach, zmuszony jest wybierać stewię zamiast cukru i bekon od wolno biegających świń, które nie miały tej cudownej warstwy tłuszczyku co świnie hodowane w niewoli. Wszystko, co obecnie wkładali do ust, było w wersji light, Erlend tego nienawidził, o tej pizzy wspomniał prowokacyjnie, zważywszy że Krumme uwielbiał tłuste, roztopione sery oraz plasterki chorizo delikatnie ułożone na wierzchu pizzy.

– Idziemy do nabiału – powiedział Krumme – Twarożek, odtłuszczony jogurt, śmietanka sojowa.

– Śmietanka sojowa? – zapytał Erlend.

– Jak zwał, tak zwał.

– Chcę kawałek kurczaka – stwierdziła Ellen.

Erlend od razu poczuł zapach dobiegający od strony garmażu.

– Ja też! – zawołali jednocześnie Nora i Leon.

– Tylko się uświnicie – powiedział Krumme – palce i buzie, i na pewno też ubrania, a potem przecież wsiadamy do taksówki, będziemy jechać do mamy i mamusi.

– Kupimy po prostu kilka nawilżanych chusteczek – stwierdził Erlend, który poczuł nagły głód i chęć wbicia zębów w grillowane kurze udko bez względu na to, skąd pochodziło, czy było pełne narazyny, czy – i na ile – kurczak cieszył się dobrą jakością życia. Równie chętnie pożarłby teraz oba soczyste udka jakiegoś brojlera.

– Nie – odrzekł Krumme – dostaniecie obiad w domu, w Amager.

– Ja też mam ochotę – dorzucił swoje trzy grosze Erlend.

– Tak! – krzyknęła Ellen.

– Ależ, do kurwy nędzy, Erlendzie, nie możesz w ten sposób podważać mojego zdania.

– Tata przeklina! Musi umyć sobie buzię!

– Tym zajmiemy się później – oświadczył Krumme.

– To tylko jedno udko, przecież się tym nie najedzą – stwierdził Erlend.

– Skończ już – odpowiedział Krumme.

– Ale tato! – zawołał Leon. – Skoro tatuś też ma ochotę!

– Widzisz? – powiedział Krumme. – To zupełnie jakby chodzić tutaj z czwórką dzieci!

– Ale przecież jedziesz na dyżur, Krumme, i potrzebujesz włożyć coś do żołądka. Jedno zwykłe udko z kurczaka nie zrujnuje twojej... naszej diety; w końcu ja też jestem zmuszony do jedzenia tego całego gówna light.

– Czyż nie miałeś chwilę temu planu zamówienia pizzy? A u nas w kantynie są sałatki.

– Ale kupię cztery udka dla siebie i dzieci. I nawilżane chusteczki. Chodźcie, moje małe brzydkie kaczątka.

Pozostawili Krumme stojącego przed produktami sojowymi, Erlend nie czuł ani śladu wyrzutów sumienia, jakim cholernym idiotą Krumme niekiedy potrafił być. W miarę jak coraz bardziej angażował się w swoją kurację odchudzającą, coraz trudniej było z nim wytrzymać pod jednym dachem.

Kiedyś, gdy Krumme przyrządzał posiłki, w kuchni panował szczęśliwy i radosny nastrój, włączał wtedy muzykę klasyczną, często Brahmsa, nucąc do taktu, o ile w ogóle do muzyki Brahmsa da się nucić, dyrygował w powietrzu zatłuszczonymi palcami, a Erlend siedział obok z kieliszkiem wina i wciągał nosem obiecujące zapachy, gawędząc jednocześnie z Krumme o tym i owym.

Obecnie w kuchni panowała cisza.

Krumme stał w głębokim skupieniu, czytając na iPadzie odchudzające przepisy i bez przerwy musiał wsuwać na nos okulary, żeby dokładnie przeczytać drobne literki na opakowaniach z żywnością, to było nie do zniesienia.

Przyrządzane przez niego potrawy koniec końców były całkiem niezłe, Krumme naprawdę znał się na przyprawach, ziołach i wszelkich dodatkach, ale całkiem niezłe to nie to samo co pyszne, każdy przecież wiedział, że najlepszym wzmacniaczem smaku było masło, a teraz w kuchni rządziły oleje, wyłącznie oleje, masła Krumme nie chciał nawet widzieć na stole, zamiast tego obsmarowywał kanapki jakimś sojowym gównem. Nawet sól została wycofana z użycia, teraz na tapecie był seltin, a i to w niewielkich ilościach, bo przecież walczyli o obniżenie cholesterolu. Minęły dni, kiedy wystarczająco dobrym lekarstwem była kostka ciemnej, obniżającej cholesterol czekolady, podana z kawą i koniakiem.

Ta pieprzona historia z sercem.

Zaraz potem wszystko wróciło do normy, odczuwali ekstazę, bo Krumme tak szybko doszedł do siebie po zabiegu, który na szczęście okazał się dosyć prosty, i mogli ponownie, ze szczerej potrzeby serca i z wielką ulgą, dać nura w swoje dobre życie.

Potem Krumme zaczął stawiać się na regularne kontrole. A ci cholerni lekarze bez przerwy marudzili mu w kwestii wagi, mącąc w głowie biednemu człowiekowi, teraz dla odmiany przejmowali się jego tłuszczem na brzuchu.

Tłuszcz na brzuchu! Sama istota Krumme! Erlend miał ochotę ich pozabijać. Wiele razy próbował wydobyć z Krumme nazwisko chociaż jednego lekarza z zamiarem zadzwonienia do niego osobiście i poinformowania, że właśnie całkowicie pozbawia człowieka radości życia. A w zasadzie pozbawia jej dwóch ludzi. Jednak Krumme przejrzał jego chytre plany i przezornie nie puszczał pary z ust. Lekarze najwyraźniej mocno go indoktrynowali, bo sprawiał wrażenie kogoś, kto naprawdę wierzy, że padnie trupem na miejscu, jeśli choćby tylko weźmie do ust mikroskopijny kawałek kurzego udka.

– Poproszę cztery udka z kurczaka! – powiedział Erlend, a kaczęta w tym czasie dreptały wokół niego, Ellen ściskała w rączkach znalezioną wcześniej paczkę nawilżanych chusteczek.

– I zjemy je tu od razu na miejscu, więc proszę nakleić cenę na pustą torebkę, włożę ją do koszyka – zwrócił się do ekspedientki.

Każdy dostał swoje udko, owinięte od cieńszej strony kawałkiem papieru, Erlend jakoś odepchnął od siebie myśl, że ta wąska końcówka przechodziła kiedyś w drobne, urocze stópki kurczaka.

– Pójdziemy usiąść tam w kąciku i zjemy, żeby tata nie musiał na nas patrzeć.

Pokryte chrupiącą, przypieczoną skórką ponad warstwą gładkiego tłuszczyku udka smakowały niebiańsko, zajadali się żarłocznie każdy swoim, a Erlend jednocześnie rozglądał się za Krumme. Nigdzie nie było go widać. Pewnie stał gdzieś z okularami na nosie i wczytywał się w zawartość tłuszczu w chudym serze. Chudy ser, przecież to była jakaś sprzeczność sama w sobie, klocek sztywnej, prawie przezroczystej niby-gumy, której prawie nie dawało się kroić, nóż kleił się do niej jak przyssawka, ale Krumme utrzymywał, że po kilku sekundach w mikrofalówce ten ser wcale nie smakuje tak źle. Erlend go nie tykał. Ale w ramach solidarności nie kupował prawdziwych, dobrych serów. Nie mógł przecież siedzieć naprzeciwko Krumme, obżerając się dojrzałym stiltonem, po prostu nie mógł, smutek Krumme zepsułby mu totalnie wszelką radość.

 

Z drugiej strony, jeśli miałby znaleźć coś pozytywnego w tej całej histerii wokół kalorii, to byłyby to te fantastyczne przeżycia, jakie towarzyszyły mu w tych rzadkich sytuacjach, gdy miał okazję zjeść coś prawdziwie pysznego, tak jak ostatnio na placu Højbro Plads. Zajrzał na chwilkę do ratusza w związku ze skargą na jakąś dawniejszą fakturę, która po tym, jak wygrzebał już wszystkie listy godzinowe i załączniki na zakup rekwizytów, okazała się oczywiście prawidłowa. Tak cudownie było znów przejść się po mieście, miał przecież bezpłatny urlop i prawie cały czas spędzał teraz w willi, usiadł więc sobie w ogródku Café Norden z twarzą zwróconą ku słońcu i zamówił podwójne cappuccino oraz zwykłą bagietkę z serem i szynką, a wszystko to przyniósł mu piękny kelner z nagimi, czystymi palcami wystającymi z indyjskich sandałów, ubrany w jeden z tych opiętych, ciemnych fartuszków, które po prostu kochał, gdyż uroczo uwydatniały zgrabne pośladki. I w ogóle nie zastanawiał się nad tym, co właściwie zamówił, zanim piękny nie podał mu kawy i jedzenia, Boże święty, cieplutka bagietka, miękka i krucha zarazem, cheddar, żółty, tłusty, o pokojowej temperaturze; plaster szynki zawinięty w ser błyszczał różowo; a masło, wielkie nieba, masło! odrobinkę roztopione w wilgotnej głębinie bagietki.

Poczuł, jak łzy napływają mu do oczu, i musiał je zamknąć, kiedy tak delektował się każdym okruszkiem.

Jadł tak szybko, z tak doskonałą świadomością każdego niuansu smakowego, że kiedy talerz był już pusty, bolały go szczęki i skronie. Prawdopodobnie tak właśnie smakował pierwszy posiłek komuś, kto został uratowany z rozbitego samolotu po przetrwaniu dwóch miesięcy w górach, albo kto został wypuszczony z ciemnego lochu po dziewiętnastu latach o wodzie i spleśniałym chlebie. I uderzyła go myśl, że powoli zmienia się w kogoś, kto jada ukradkiem, i że skończy z wielką baryłką na brzuchu à la Krumme, Krumme zaś będzie szczycił się delikatnym i szczupłym ciałem, takim jak ciało Erlenda, nawet jeśli sporo niższym. Role się odwrócą, to była przerażająca myśl.

– Tata jest tam – wskazał Leon.

– Tak, faktycznie, odnalazł się – odparł Erlend – więc wytrzyjmy wszyscy buzie i palce, żebyśmy wyglądali ładnie i czysto, i wcale nie musimy opowiadać tacie, jak bardzo nam smakowało.

Przed centrum handlowym lało tak strasznie, że na bruku utworzyła się biała piana, stanęli więc pod daszkiem, a Erlend zaczął rozdzielać parasole. Wyciągnięcie ich z futerałów, w których spoczywały, obwiązane plastikowym sznurkiem, stanowiło prawdziwe wyzwanie.

– Tylko źli ludzie są w stanie stworzyć coś takiego – stwierdził Erlend. – Źli!

– Przecież nic się nie stanie, jeśli trochę zmokniemy – odparł Krumme. – Postój taksówek jest tuż obok, widzę tam co najmniej dwa minibusy, nie musimy dzwonić. A przy okazji deszcz zmyje trochę dzieciom z twarzy tłuszcz z kurczaka, przecież temperatura jest bardzo przyjemna.

– Poczekaj. Przegryzę je. Ale musisz wziąć torby z zakupami, bo ja potrzebuję dwóch parasoli.

– Ależ na Boga, Erlendzie, co ty znowu wymyśliłeś...

– Mam wrażenie, że coś mnie bierze. Nie chcę zmoknąć. Poza tym te torby nie mogą zbyt wiele ważyć, skoro cała ich zawartość jest w wersji light. Proszę bardzo, oto twój.

– A po co mi parasol? Nie mam ani jednej wolnej ręki, nie bądź głuptasem, ruszamy – rzekł Krumme, dając krok w deszcz, w każdej dłoni dzierżył torbę z zakupami, trójka dzieci dreptała za nim, każde schowane pod własnym czarnym parasolem, był to widok bardzo osobliwy i gdyby atmosfera była inna, bawiłby go on niezmiernie i stanowił przyczynek do przypomnienia sobie, że powinien nauczyć się porządnie fotografować, pójść na kurs, zostać w tym dobrym, kupić sobie wypasioną lustrzankę, ale teraz rozmyślał o skórzanej kurtce, była naprawdę dostatecznie wypasiona, model od Dolce & Gabbana, nietolerujący nawet kropli deszczu, tydzień temu przyszła pocztą, Krumme by go zamordował, gdyby wiedział, ile kosztowała, uszyta z jagnięcej i cielęcej skóry, ozdobiona drobnymi haftowanymi motywami, na jednym rękawie był to kaktus, na drugim kwiat. Kupił ją co prawda na eBayu jako mało używaną, ale i tak była niebotycznie droga, a Erlend nie chciał męczyć Krumme tego rodzaju szczegółami teraz, kiedy odnawiali willę, a Erlend dostał wolną rękę i pieniądze wypływały szerokim strumieniem.

Wolną rękę. Kochał te słowa. I kochał Krumme. Ale w najmniejszym stopniu nie kochał tej zmiany, jaka nastała w ich życiu od czasu tej cholernej historii z zatkaną tętnicą, która zagroziła sercu Krumme. Czuł, jakby sam stał się jedną wielką, zapchaną arterią. W takich momentach cudownie było ustrzelić korzystną ofertę na eBayu, a równie cudowne było to, że Krumme był całkowicie pozbawiony odzieżowej świadomości i nigdy nie zauważał tego, że Erlend ma na sobie coś nowego, to też zapewniało mu wolną rękę, z czego w pełni korzystał.

Krumme w ogóle nie orientował się w garderobie Erlenda, a nawet w swojej własnej, to Erlend kupował mu bieliznę, skarpetki i koszule, jedyna sytuacja, w której Krumme wyraził jakieś życzenie co do swoich ubrań, zdarzyła się wtedy, gdy zapragnął czarnego, skórzanego płaszcza w stylu Matrixa, który Erlend oczywiście uszył na zamówienie, żeby pasował na jego nieduże, zaokrąglone ciało. Teraz płaszcz został zesłany na sam tył szafy, na odchudzonej sylwetce Krumme zapewne wisiałby i majtał się dookoła, wydając się jeszcze szerszy, gdyż brzuch nie podtrzymywałby go już równie majestatycznie z przodu. Erlendowi natomiast od kupowania ekskluzywnych ubrań krew żywiej krążyła w żyłach, upajało go ubieranie się w nie, było mu całkowicie obojętne, czy ktoś je zauważy, czy nie, i tak odczuwał w środku powiew słodkiego szczęścia, dokładnie taki sam, jak w tych chwilach, gdy przychodziło mu na myśl, jak daleko odszedł od chłopskiego gospodarstwa w Norwegii.

Ale biorąc pod uwagę sześć miesięcy urlopu, z którego tylko trzy były płatne – a bez zleceń nie dostawał również premii – to trzeba przyznać, że ta kurtka nie była jego najlepszym pomysłem, nawet sam Erlend to rozumiał.

A jednak. Takich bomberek od Dolce nie było na rynku zbyt wiele, to była seria limitowana. Po prostu musiał ją mieć. A teraz zmuszony był ją chronić przed deszczem za pomocą dwóch parasoli kupionych w Irma City po trzydzieści koron za sztukę. Biegł pod nimi w stronę wielkiej taksówki, w której zniknęła już pozostała czwórka, otworzył przednie drzwi i dosłownie rzucił się na siedzenie pasażera.

Z tyłu Krumme zmagał się z zamknięciem trzech ociekających wodą parasoli, a dzieci w tym czasie rozsiadały się w fotelikach, gmerając przy zapięciach pasów.

– Aha, a więc nie pomożesz mi tutaj z tyłu? Mam wszystko nosić, moknąć do suchej nitki, składać parasole i jeszcze przypiąć dzieci?

– Na to wygląda – odparł Erlend. – Spalisz zapewne kilka kalorii.

Nie ma mowy, nie wyjdzie ponownie na deszcz, jedyne, co teraz zaprzątało jego myśli, to pozostawienie dzieci u matek, pojechanie do domu, a potem do willi.

– W sumie cieszę się, że pojedziesz dziś do Klampenborg – stwierdził Krumme.

– Ja też – odrzekł.

– Przestańcie wreszcie na siebie krzyczeć! zawołała Nora i wsadziła kciuk do ust, z czym w zasadzie skończyła już dawno temu.

– Ależ nie, skarbie, nie myśl tak nawet, my tylko żartujemy – powiedział Erlend, próbując odwrócić się na siedzeniu pasażera, ale skóra nowej kurtki przywarła do obicia fotela i nie pozwoliła mu posłać jej uspokajającego, ojcowskiego spojrzenia. Zaczął ostrożnie, krótkimi ruchami trzeć plecami o oparcie, chyba nie nasiąkła wilgocią? Czyżby dlatego stawiała taki opór?

– Czy ta kurtka jest nowa? – zapytał Krumme. – Skoro siedzi ci się tak niewygodnie? I nie możesz usiąść z tyłu i mi pomóc? Proszę, Leonie, już jesteś zapięty. Możemy ruszać, panie kierowco. Dziękuję panu za cierpliwość. Jedziemy na Koreavej w Amager.

Kolega Polaków pracujących przy willi został zalany trzema tonami cementu przy jakichś pracach prowadzonych nad kopenhaskimi jeziorami i dzisiaj mieli wyprawić stypę. Nieboszczyk został już przewieziony do Polski, Erlend nie był w stanie sobie wyobrazić, jak człowieka utopionego w zaprawie można włożyć do normalnej trumny, oczyma wyobraźni widział postać rodem z Pompejów, z zesztywniałymi jak beton ramionami i nogami sterczącymi w obie strony, naprawdę należało mieć nadzieję, że istnieją ogromne, kwadratowe trumny, a co jeśli to wszystko wewnątrz zacznie gnić, chyba wtedy całość eksploduje, myśl ta była tyleż makabryczna, co fascynująca, ale tak czy owak, koledzy z pracy w Kopenhadze chcieli go uczcić, mieli spotkać się we wspólnej kwaterze, coś tam razem wypić i przygotować kilka polskich dań.

Kierownik robót w willi był Finem, mówiącym trochę po angielsku, on też miał wziąć w tym udział, Finowie przecież, podobnie jak Polacy, znani byli z tego, że nie wylewali za kołnierz.

Today we drink for a dead friend. So tomorrow no good day also – wyjaśnił Toivo.

Oznaczało to w praktyce, że po raz pierwszy w historii będzie mógł zostać sam w Willi pod Skowronkiem, przenocować tam, pochodzić spokojnie dookoła, pomyśleć i zwizualizować prace, które precyzyjnie posuwały się naprzód. Najęci przez niego ludzie byli znakomitymi rzemieślnikami, pedantycznymi perfekcjonistami, uwielbiał to równie mocno, jak nienawidził amatorów i dyletantów niezależnie od tego, czym się zajmowali. Albo należy robić coś porządnie, albo wcale, taka była jego filozofia.

Stał przez chwilę na chodniku przed willą, patrząc w ślad za odjeżdżającą taksówką, która najpierw przejechała jakieś pięćdziesiąt metrów prosto, a potem łagodnie skręciła w prawo. Kiedy szum silnika ucichł, ciągle jeszcze tam tkwił, teraz w palącym słońcu, chyba musiało być co najmniej dwadzieścia stopni, burza przeszła też nad Klampenborg, przywędrowała tutaj z północy Kopenhagi, bluszcz i niski żywopłot okalające bramę od strony ulicy parowały, drobne kałuże lśniły przy krawężnikach, ale w tym upale nie miały szansy długo przetrwać. Zaczął nadsłuchiwać, dotarł do niego czyjś basowy śmiech, niewyraźny odgłos koszenia trawy, gdzieś daleko przejechał pociąg, trzmiel wpadł prosto na niego, leniwym, łaskawym machnięciem dłoni skierował go we właściwym kierunku, trzmiele były zagrożone wyginięciem, w sumie to nie były owady, tylko malutkie zwierzęta futerkowe, których trudno było nie kochać, które człowiek zobowiązany był kochać, i to jasne, że on je kochał, stojąc w tym miejscu, gotów wreszcie samotnie otworzyć bramę i wejść, kochał wszystko na świecie.

Pomacał kieszeń w poszukiwaniu kluczy. Spodnie miał najwęższe z możliwych, brelok do kluczy zakończony był metalowym krokodylem pokrytym łuszczącą się farbą, Ellen znalazła go na ulicy i wręczyła mu, pięknie opakowany w rysunek lwa i dwóch różowych lwiątek, a teraz ten brelok zaklinował mu się w spodniach. Kiedy w końcu go wyciągnął, stał i po kolei przyglądał się kluczom zwisającym z krokodyla, jeden do bramy, drugi do głównych drzwi, trzeci do drzwi bocznych przy wielkiej, kutej furtce, prowadzącej do parkingu i garaży, i jeden do drzwi od tylnego tarasu. Trudno wprost było pojąć, że ta zbudowana z takim przepychem willa miała wkrótce stać się ich domem. Mógł jeszcze spokojnie zapalić sobie papierosa, żeby dłużej cieszyć się tą chwilą.

W sumie dał sobie pozwolenie na to, żeby trochę dziś popłakać. Myślał o tym już od wielu dni, że powinien przyznać sobie taki przywilej. Przywilej uronienia łez adresowanych nie do kogoś innego, obliczonych nie na to, żeby coś osiągnąć albo sprawić wrażenie dramatycznie poruszonego. Nie, chciał popłakać własnym, zupełnie prywatnym płaczem, smakując każdą kroplę, jaką uda mu się zlizać z kącika ust, wiedząc, że są to łzy szczęścia i że to jedna z tych chwil, które zapamięta na resztę swojego życia. Dzięki Bogu, że przestał używać konturówki do oczu. Co prawda istniały wodoodporne, ale przestał malować oczy konturówką już wiele lat temu, odkąd zaczął co sześć tygodni farbować rzęsy czarną henną. Krumme miał rzęsy naturalnie ciemne i nie musiał myśleć o takich sprawach, ale Erlendowi wydawało się absurdem, żeby dorosły mężczyzna miał przejść przez życie ze świńskimi oczkami otoczonymi rzęsami w kolorze kukurydzy tylko dlatego, że było to naturalne. Przecież to można było załatwić w mgnieniu oka i nikt nawet nie podejrzewał, że człowiek się takim nie urodził.

 

Zaplanował sobie również, że dzisiaj przyjedzie tutaj bez toreb i paczek w rękach, mając w kieszeniach tylko drobiazgi: kartę kredytową w stalowym futerale, papierosy, rzecz jasna, oraz zapalniczkę, i Bogu dziękować!, że pamiętał o kupieniu dodatkowej paczki fajek. Kiedyś nabywał całe kartony i nigdy mu nie zabrakło papierosów, ale czas kartonów dawno przeminął. Był odpowiedzialnym ojcem, a Krumme przejawiał lekką histerię w kwestii jego papierosów, chociaż to Krumme, a nie on, nabawił się problemu z sercem. Więc teraz prawie ukradkiem kupował sobie po jednej paczce, którą potem nosił w kieszeni albo ukrywał wysoko na półce.

Przez dwa miesiące niemal codziennie przyjeżdżał tutaj obładowany próbnikami kolorów, próbkami materiałów, listami rzeczy do zrobienia, kolorowymi magazynami i do tego komputerem i tak miało być jeszcze przez kilka miesięcy. Ale nie dzisiaj. Aż do jutra miał wolne, więc po wyrzuceniu niedopałka w jedną z kałuż otworzył kluczem bramę, starannie zamknął ją za sobą i powoli ruszył w górę wzdłuż szerokiego, wyłożonego brukiem podjazdu prowadzącego na posesję.

Za głównymi drzwiami prowadzącymi do hallu zrzucił z nóg białe trampki z kolekcji Common Projects, znalazł parę plastikowych kroksów i wetknął w nie bose stopy. Nareszcie było dość ciepło, żeby całkowicie zrezygnować ze skarpetek i pozwolić palcom u stóp oddychać i poruszać się swobodnie.

Wielka liczba tych brzydkich, plastikowych butów roboczych we wszystkich rozmiarach przewalała się w ogromnej ocynkowanej balii w hallu willi w Klampenborg. Erlend zakupił te kroksy dla całej rodziny. Plus siedem–osiem par w dużych, męskich rozmiarach dla rzemieślników na wypadek, gdyby chcieli zdjąć wielkie, niezgrabne buty robocze, których zazwyczaj używali. Każdy rozmiar kroksów był w tym samym kolorze, żeby łatwo było sparować dwa odpowiednie. On sam używał rozmiaru czterdzieści dwa, a te były w kolorze liliowym, w niemal prowokująco obrzydliwym kolorze lilaróż.

Kroksy były czymś, czym brzydził się całą swoją duszą i do samej głębi swego hedonistycznego jestestwa, i to właśnie dlatego kupił ich całą masę. Nie były warte ani grosza więcej niż te dwadzieścia koron, które zapłacił za nie w Remie 1000, ale kochał po prostu ich odrażającą brzydotę, sygnalizowała żałosny i tandetny okres przejściowy, który miał zostać uwieńczony nieomal rajskim stanem, gdy willa będzie już ukończona, wszystkie kroksy zostaną wyrzucone na śmietnik, przypominało to sytuację, w której człowiek miałby głodować przez cały grudzień, żeby następnie po wybiciu dzwonu oznajmiającego święta rzucić się do ucztowania bez granic. Złe miłego początki, lecz koniec wspaniały. Odwrócenie tego popularnego przysłowia miało tu wiele sensu. Tylko Norwegowie ochoczo i ze zrozumieniem przytakiwali porzekadłu, że miły początek karany jest zaraz potem cierpieniem.

Nie żeby kiedykolwiek miał głodować przez cały grudzień, no może jako dziecko w Neshov, ale to, chwała Bogu, udało mu się wyprzeć i nie miał najmniejszego zamiaru karmić już spasionego konta jakiegoś psychologa za wyciąganie tego rodzaju wspomnień na światło dzienne.

Kroksy kupił więc jako buty do użytku na budowie na czas totalnego remontu tej ogromnej willi, podczas którego wszystkie podłogi pokryte były mieszanką tynku, piasku, ziemi i gwoździ oraz czegoś w rodzaju gliniastego materiału izolacyjnego, który wylewał się spod ścian w miarę ich wyburzania. I te narzędzia, wszędzie narzędzia, do tego przemysłowy odkurzacz oraz wielka piła tarczowa ustawiona pośrodku jednego z salonów, a kolejna, jeszcze większa, na parkingu.

Lilioworóżowe kroksy zaniosły go do gigantycznej kuchni, w której odszukał rolkę worków na śmieci. Oderwał jeden, starannie rozpostarł go w kącie, po czym na plecaku złożył swą nową kurtkę. Przy okazji od razu zdjął T-shirt, który miał pod spodem. Następnie otworzył jedną z prehistorycznych lodówek, obie były ogromne i pożółkłe, a ich drzwi przywodziły na myśl rozwieszoną do wietrzenia, rozdętą wiatrem kołdrę. Za każdym razem, kiedy włączał się termostat, z lodówki wydobywał się dźwięk przypominający sygnał do startu podawany przez NASA. Żeby otworzyć lodówkę, musiał nacisnąć mały, szary guzik na uchwycie. Drzwi otworzyły się opornie, wydając przy tym odgłos zasysanej próżni, a w środku zapaliło się światło. Ostrożnie podniósł butelkę Bollingera. Kiedy dowiedział się od polskiego rzemieślnika o stypie, natychmiast kupił całą skrzynkę trunku i zabrał do taksówki. Razem z orzeszkami i czipsami serowymi. Na budowie jadało się proste potrawy, nawet jeśli napitek był szacowny.

Butelka wkrótce zaczęła pokrywać się rosą. Podszedł do skrzynek wypełnionych szkłem z jednej z witrynek, które już udało im się sprzedać za pośrednictwem lokalnego portalu z ogłoszeniami, i wypakował kieliszki do czerwonego wina, nie miał pojęcia, gdzie mogą stać szampanki. Otworzył butelkę, napełnił kieliszek po brzegi, a potem przemierzył oba salony, żeby dotrzeć do drzwi tarasowych. Rozwarł je na oścież. Słońce wpłynęło do środka, wystawił twarz, ogród parował, trzmiele brzęczały, ptaki świergotały między sobą, a z oddali dobiegł go odgłos powolnych kroków koni zaprzężonych do dorożek, którymi obwożono turystów po ogrodzie zoologicznym Dyrehaven. Zoo zaczynało się tuż przy działce Thomsenów, zaraz za zarośniętym kortem tenisowym, co do którego też miał plany, to jasne, że musieli wszyscy nauczyć się grać w tenisa, skoro już mieli własny kort, ale najpierw trzeba było zrobić dom. Działka miała łącznie dwanaście tysięcy metrów, więc na razie trudno byłoby się nią zająć, głowa by mu chyba pękła, póki co przedłużyli jedynie umowę z dawnym ogrodnikiem Thomsena, który potrzebował kilku godzin tygodniowo, żeby skosić trawę wokół domu, przyciąć żywopłoty i drzewa, reszta składała się z czegoś, co należałoby nazwać krzakami, a może nawet lasem.

Opróżnił kieliszek do dna, aż poleciały mu łzy, gdy wznosił niemy toast za siostrę Krumme, Birgit, która wyraziła życzenie, aby to oni odziedziczyli wszystko po śmierci starego Thomsena, dzięki czemu ich spora rodzina mogła zająć nieruchomość, a oni stać się panami na włościach. Miała dostatecznie dużo, jak sama powiedziała, i żadnych własnych dzieci. Erlend zawsze uważał, że jest odpychająca, myślał o niej jako o zimnej suczy, a tu nagle jakby odmieniła się przez jedną noc, stając się ciocią, chociaż dzieci uważały, że jest nieco dziwna, bo zawsze wyglądała tak elegancko, jakby właśnie wybierała się na przyjęcie, starannie umalowana, odziana w garsonkę lub sukienkę, z naszyjnikiem, broszką, pierścionkami oraz polakierowanymi paznokciami, z których lakier nigdy się nie łuszczył.

– Kojarzy się z angielską damą – stwierdził pewnego dnia Erlend i od tego dnia dzieci zaczęły nazywać ją ciocią Lady. Kiedy usłyszała to określenie po raz pierwszy, na jej policzkach pojawił się żywy rumieniec, najwyraźniej uznała ten tytuł za duży komplement.

Wrócił do domu i ponownie napełnił kieliszek, wyciągnął z kieszeni kurtki papierosy i znów wyszedł na słońce. Później zamierzał znaleźć czystą pościel i posłać sobie w jednej z sypialni na piętrze, których jeszcze nie zaczęli remontować. Planował też wziąć kąpiel w majestatycznej wannie wspartej na lwich łapach, chcieli ją zachować. W projekcie głównej łazienki, która miała być tylko do użytku jego i Krumme, zamierzał nawiązać do tej antycznej wanny z białej porcelany, która, choć stara, pozostała nieskazitelna. Takie były korzyści z wysokiej jakości przedmiotów. Lwie łapy zrobione były z chromowanego mosiądzu, armatura również miała być mosiężna i pochodzić od firmy Tapwell. Ale zwieńczeniem dzieła nadającym charakter temu pomieszczeniu miały być marokańskie kafle, o których myślał jako o muzułmańskich, ponieważ przypominały mu wystrój meczetu. Myśląc o nich, odczuwał radość, ale nie wolno mu było teraz się niecierpliwić, wszystko miało swoją kolejność.