Saga rodziny Neshov. Ziemia kłamstwTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



PROLOG

Chodź – wyszeptała. – Przyjdź już, proszę...

Stała tuż przed drzwiami szopy na nabrzeżu, zaciskając dłonie w kieszeni fartucha, co będzie, jeśli ktoś się do niego przyłączy. Już tak bywało. Bo kto mógłby przypuszczać, że wyprawa na wybrzeże to coś więcej niż tylko wyprawa na wybrzeże, mogliby pomyśleć, że może pragnie towarzystwa. Ale gdyby nie przyszedł sam, a ona tu była, to zawsze mogła powiedzieć, że chciała tylko nabrać z fiordu zimnej wody do zalania śledzi. Właśnie z myślą o takim wytłumaczeniu zabrała ze sobą ceberek.

W domku gorące powietrze stało w miejscu, pasiaste promienie słońca kładły się między deskami na ścianach, a tam gdzie słoneczne blaski wytyczały swój szlak, pośród kamieni, rosły kępki krótkiej, zielonej trawy. Najchętniej rozebrałaby się teraz do naga i poszła, brodząc przez lodowatą jeszcze wodę fiordu, chciałaby poczuć ostry piasek pod stopami i wodorosty, ocierające się gładko o łydki i uda, zapomnieć o nim na chwilę, zapomnieć i tym bardziej się cieszyć, gdy znów do niej w myślach powróci.

– Chodź, teraz... Proszę...

Drzwi do szopy były uchylone i mogła wszystko śledzić. Na zewnątrz widać było otwartą starą łódź, wyciągniętą na ląd, na wpół przechyloną. Dziób tkwił w wodzie, drobne fale rozbijały się o jego smołowaną powierzchnię. Ostrygojady, wyglądające jak czarno-białe kulki z jaskrawymi czerwonymi paskami dookoła źrenic, ganiały się po tafli wody, oszołomione słońcem i nagłym gorącem. Wszyscy rozmawiali o upale, te ciepłe wiosny nadeszły razem z pokojem. Dwa lata pokoju w kraju i nagle ciepło powróciło. Pola nabrzmiały od kiełkujących zbóż i posadzonych ziemniaków, krzewy i drzewa owocowe stały pełne świeżych przyrostów, nawet niemieckie drzewa rosły jak szalone. Tej wiosny, gdy przyszli i rozgościli się Niemcy, było tak zimno, że w głębi fiordu lód leżał na ziemi prawie do końca maja.

Nadal radowała się pokojem i zastanawiała, ile czasu musi minąć, zanim stanie się on czymś oczywistym, tak jak przecież powinno być. Ale może ta radość pochodziła też z innego źródła, od niego. Od niego – spotkanego tego pierwszego lata pokoju. Zaraz spotkanego...

Od zawsze przecież wiedziała, kim on jest, nawet rozmawiała z nim kilkakrotnie o jakichś zwykłych sprawach, odwiedzał wszak wszystkie gospodarstwa w okolicy, tak jak to jest w zwyczaju wśród sąsiadów. Ale nagle tamtego letniego wieczoru na Snarli, gdy po skończeniu całodziennej pracy przy torfie siedzieli na leśnej polanie, spoceni i otumanieni gorącem i pracą, on nadszedł powoli od strony Neshov i natychmiast dostrzegła, że to do niej właśnie przyszedł. Zrozumiała to całą sobą, że każdy najdrobniejszy fragment jej ciała został przez niego zauważony, szyja, przepocone loki opadające na czoło, dłonie oparte z tyłu na trawie, brązowe i lśniące nogi, wystające z butów tuż przed nim, których istnienia była świadoma. Ktoś przyniósł dzbanek piwa, od piwa chciało jej się śmiać, on też się śmiał, próbował śmiać się głównie do innych, ale jego wzrok stale wędrował ku niej i czynił ją piękną, a gdy poczuła, jak brzeg jej sukienki przesuwa się nieco nad kolana, w miejsce, gdzie zaczynała się stromość ud, pozwoliła, aby przesunął się jeszcze odrobinę wyżej, i jeszcze trochę, rozchyliła troszeczkę kolana, śmiejąc się głośniej i przeczuwając narastanie w dole pleców jakby bólu, tak że prawie musiała jęknąć.

Ruszyła ku domowi, a on stał tam w cienistym lesie i czekał, położyła dłonie na jego skórze i napotkała spojrzenie, zrozumiała, że od teraz wszystko jest inaczej. Nie tylko zapanował pokój, a ona w ciągu lat wojny stała się dorosła, ale też świat był nowy, tworzyli go, stojąc tutaj, oni we dwoje, drzewa i wzgórza były nowe, i fiord tam w dole, i letnie niebo z latającymi jaskółkami, gdy on pochylił głowę i bez wahania oczekiwał na spotkanie jej ust.

Temu, co było potworne w tym wszystkim, nie poświęciła ani jednej myśli.

Przyszedł! Sam, dzięki Bogu na wysokościach.

Wciągnęła gwałtownie powietrze i poczuła narastające drżenie, włoski na jej nogach najeżyły się w stojącym upale, usta zaschły. Jego ręce zwisały swobodnie, czoło błyszczało brązem, gdy spoglądał na swoje drewniaki, planując kolejny krok na kamienistej, nierównej ścieżce. Pod ciężkim roboczym ubraniem był cały jej, za zapachem morderczej pracy ukrywały się jej zapachy, chciała polizać jego oczy tak, żeby mieściły tylko jej obraz, chociaż dobrze wiedziała, że tak już się stało. Jej miejsce było teraz w Neshov, tam miało być, załatwił to tak, aby mogła pozostać tam na zawsze. A czasami uciekali i przychodzili tutaj albo szli do stodoły lub do lasu, z dala od cienkich ścian sypialni i wszędzie obecnych uszu.

Jego drewniaki chrzęściły na wyschniętych wodorostach. Zatrzymał się przed szopą.

– Anno? – zapytał cicho w ciemną szczelinę w drzwiach.

– Jestem tutaj – wyszeptała i leciutko popchnęła drzwi.

C Z Ę Ś Ć 1

ROZDZIAŁ 1

Gdy telefon zadzwonił o godzinie wpół do jedenastej w niedzielny wieczór, wiedział oczywiście, o co chodzi. Chwycił pilota i ściszył telewizor, na ekranie przewijał się reportaż o Al-Kaidzie.

– Halo, tutaj Margido Neshov.

Pomyślał: Mam nadzieję, że to nie wypadek drogowy, tylko stary człowiek umarł w łóżku.

Okazało się, że to żadna z tych spraw, powiesił się młody chłopiec. Dzwonił jego ojciec, Lars Kotum, Margido doskonale wiedział, gdzie w Byneset leżało wielkie gospodarstwo Kotumów.

W tle słychać było głośny krzyk, zwierzęcy, przejmujący. Krzyk, z którym na swój sposób był zaznajomiony: krzyk matki. Zapytał ojca, czy powiadomił już policję i lekarza. Nie, zadzwonił natychmiast do Margido, wiedział przecież, kim jest, czym się zajmuje.

– Musi pan jednak zadzwonić na policję i do lekarza również, a może woli pan, żebym ja to zrobił?

– On nie powiesił się w... zwykły sposób. Raczej... udusił się. To coś potwornego. Tak, proszę zadzwonić. I przyjechać. Po prostu przyjechać.

Zamiast wziąć czarny karawan, wsiadł do citroena. Niech policja zamówi raczej karetkę ze szpitala Świętego Olava.

Zadzwonił z komórki, przekrzykując hałas pracującego na pełnych obrotach wentylatora, skierowanego na przednią szybę, na dworze był silny mróz, trzecia niedziela adwentu. Udało mu się zastać zarówno lekarkę, jak i komendanta policji, niedzielne wieczory zawsze bywały spokojne. W ten zimny, cichy zmrok na podjeździe gospodarstwa miało się wkrótce zaroić od samochodów, ludzie w sąsiednich obejściach będą stali przy oknach, dziwiąc się zamieszaniu. Zobaczą karetkę, samochód policyjny, pojazd lekarki i białego citroena CX kombi, którego niektórzy zapewne już skądś znali. Zauważą światła w oknach gospodarstwa zapalone dużo dłużej niż zazwyczaj, ale nie będą mieli śmiałości tak późno zadzwonić, zamiast tego będą długo leżeć bezsennie i cicho szeptać w mroku o wszystkim, co i któremu z sąsiadów mogło się przydarzyć, czując jednocześnie w środku tajemną, wstydliwą radość, że to nie ich spotkało.

Ojciec wyszedł mu na spotkanie do drzwi. Policjant i lekarka byli już na miejscu, mieli bliżej. Siedzieli w kuchni, z kawą stojącą w kubkach na stole, w towarzystwie matki, spoglądającej na nich poczerniałymi, suchymi oczami. Margido przedstawił się jej, chociaż wiedział, że ona wie, kim jest. Nigdy jednak się ze sobą wcześniej nie witali.

– Kto by pomyślał, że tu przyjedziesz. Ty. Z jego powodu – powiedziała.

Głos zabrzmiał monotonnie i nieco ochryple.

Elektryczny świecznik adwentowy stał na parapecie okna, skierowany na podwórze. Policjant podniósł się i poszedł w stronę sypialni, mijając Margida. Lekarka wyszła na ganek, gdy zadzwonił jej telefon. W małym oknie w korytarzu wisiała żółta papierowa gwiazda z żarówką w środku, elektryczne światło przedzierało się przez otworki w papierze – jasnożółtym pośrodku i przechodzącym w coraz ciemniejszy kolor pomarańczowy na gwiezdnych ramionach. Ojciec pozostał w kuchni. Wyglądał bezmyślnie przez okno i nie sprawiał wrażenia zainteresowanego matką chłopca, siedzącą tam tak po prostu, nagle obojętną na wszystko, z rękoma złożonymi na kolanach, ze stopami na podłodze, ze swoim oddechem, filiżankami stojącymi przed nią na stole, godziną, rachunkami na półce, krowami w oborze, mężem przy oknie, pogodą i mrozem, świątecznymi wypiekami, dniami mającymi dopiero nadejść, zupełnie same z siebie. Siedziała tam, dziwiąc się tylko, że jeszcze oddycha, że płuca nadal działają, całkiem same. Jeszcze nie wiedziała, czym jest smutek, siedziała tam szczerze zadziwiona, że wskazówka zegara ciągle jeszcze wędruje do przodu.

Margido po prostu obserwował wszystko. Skąd miał wiedzieć, jak to jest stracić syna – on, który nie wiedział nawet, jak to jest go mieć. Poza tym nie mógł pozwolić sobie na odczuwanie czegokolwiek, jego praca polegała na obserwowaniu, jakie uczucia dochodzą do głosu u osieroconych, musiał bowiem skłonić ich do zajęcia stanowiska w różnych sprawach praktycznych. Współczucie i smutek, ukrywające się za profesjonalizmem, próbował wyrazić poprzez wykonywanie wszystkiego dokładnie tak, jak sobie tego życzyli żałobnicy, i poprzez spełnianie wszelkich ich oczekiwań.

 

Był nieprzygotowany na taki widok, chociaż ojciec uprzedził go, że to nie było zwykłe powieszenie się. Mówiąc tak, miał zapewne na myśli sznur zwisający z belki sufitowej, przewrócony stołek i trupa obracającego się wolno wokół własnej osi albo wiszącego zupełnie nieruchomo. Klasyczny scenariusz, który każdy zna z filmów, ze wszystkimi szczegółami, z wyjątkiem kału spływającego zazwyczaj w takich wypadkach wzdłuż nogawki spodni i tworzącego plamę na podłodze. Teraz nie wyglądało to wcale w ten sposób, chłopiec nie wisiał swobodnie w powietrzu. Klęczał pochylony na łóżku, poza czerwonymi bokserkami całkowicie nagi. Sznur przywiązany był do wezgłowia, napięty od karku do łóżka. Twarz była bladoniebieska, oczy otwarte i wytrzeszczone – język suchy i opuchnięty – wystawał spomiędzy warg. Policjant zamknął za sobą drzwi i rzekł: – Mógł zmienić zdanie w każdej chwili.

Margido przytaknął, nie spuszczając oczu z trupa.

– Jak długo pracuje pan w tej branży? – zapytał policjant.

– Wkrótce będzie trzydzieści lat.

– Czy widział pan już kiedyś coś podobnego?

– Tak.

– A coś jeszcze gorszego?

– Może jedną dziewczynę na drzwiach. Nie było dostatecznie daleko do podłogi i przyciągnęła kolana do klatki piersiowej.

– Kurwa. Czyli oni naprawdę tego chcą.

– Chcą. Nie widzą innego wyjścia. Pewnie są zbyt młodzi, aby dostrzec inne wyjście, biedacy.

Skłamał policjantowi, nigdy wcześniej nie widział samobójstwa akurat w takim wydaniu, był jednak zmuszony okazywać zblazowany spokój, wtedy pracowało mu się najlepiej, miał warunki, patrzono na niego jak na profesjonalnego eksperta i nic ponadto. Tak, często oczekiwano od niego większego zawodowego dystansu niż na przykład od policjanta. Zakładano zapewne, że skoro codziennie ma do czynienia ze śmiercią, to nic nie jest w stanie go poruszyć. Wielokrotnie wspólnie z sanitariuszami i policjantami zbierał z asfaltu rozrzucone części ciała po wypadkach samochodowych, innym oferowano później pomoc kryzysową – jemu nigdy.

Przyglądał się chłopcu. Chociaż widok go zaszokował, jednocześnie w makabryczny sposób zaimponowało mu, że młody chłopak tak po prostu położył się w łóżku, oparł na kolanach i udach, pozwalając, aby sznur zacisnął mu tętnicę i unerwienie, i czekał na mrok. A gdy ten mrok zaczął już nadciągać, najpierw w postaci czerwonych plam przed oczami, nie wyciągnął rąk przed siebie i nie oparł się o materac. Nie zrobił tego. Udało mu się tego nie zrobić. Był zdecydowany.

– Czytałem o czymś w rodzaju zabawy seksualnej – wyszeptał policjant i przestąpił z nogi na nogę.

Margido rzucił mu szybkie spojrzenie, a potem znów popatrzył na trupa.

– Nie wiem, co ma pan na myśli – powiedział.

– Coś w tym stylu, że trzeba prawie się udusić, żeby...

– Przecież on ma na sobie majtki.

– Tak. Ma pan rację. Tak tylko sobie pomyślałem. Wszystko jest przecież oczywiste. Nie ma podejrzeń, żeby zaszło coś... kryminalnego. Zostawił nawet list. Tylko kilka słów, przeprosiny. Rodzice byli na poprawinach u znajomych nowożeńców. Chłopak wiedział, że ma kilka godzin. Właściwie to miał iść z nimi. To ich najmłodszy syn. Mają dwie córki, jedna studiuje jakieś dziwactwo w Trondheim, najstarsza na szczęście chodzi do szkoły w Ås. Ale on... Yngve, mieszkał jeszcze w domu, zupełnie nie wiedział, czego chce. Widywałem go często, jak na rowerze zjeżdżał nad deltę rzeki Gauli, z lornetką na ramieniu, podglądał ptaki, strasznie dużo ptaków ma tam swój przystanek, wie pan. Ale dla ojca posiadanie syna-podglądacza ptaków musiało być męczące, tyle jest roboty w gospodarstwie, nawet jeśli to nie Yngve miał je przejąć. Ale powiesić się, i to na kolanach! Przecież tego, do cholery, normalny człowiek nie idzie i nie robi...

Margido przyniósł z samochodu pojemnik na odpady specjalne. Karetka jeszcze nie przyjechała. Lekarka siedziała w kuchni razem z rodzicami. Słyszał ich głosy, mijając otwarte drzwi w drodze powrotnej. Zdania o niewielu słowach i długie przerwy pomiędzy nimi. Lekarka weszła tuż za nim do sypialni, zamykając za sobą drzwi.

– Musimy go odciąć – powiedział policjant. Lekarka przyniosła domowe nożyczki, z uchwytem z pomarańczowego plastiku, i wręczyła je policjantowi. Odciął. Głowa opadła na kołdrę. Margido odwiązał końcówkę sznura od wezgłowia łóżka.

– Zaraz będzie tu karetka – powiedział policjant. – Resztę załatwi pan jutro? W szpitalu?

– Oczywiście – odrzekł Margido.

– No cóż, z tym pacjentem nie mogę już nic więcej zrobić – powiedziała lekarka.

Margida zdziwił nieco ten brak ludzkiego komentarza z jej strony. Była w końcu kobietą, nawet jeśli z zawodu lekarzem. A jednak rozmawiała w taki sposób, jakby codziennie znajdowała martwych młodych chłopców, powieszonych na kolanach we własnym łóżku. Poczuł ulgę, gdy lekarka poszła z powrotem do kuchni.

Usłyszał na podwórku dźwięk ambulansu, wyszedł więc do korytarza i już w drzwiach zewnętrznych pochwyciwszy spojrzenie kierowcy, skinął głową. Margido zdecydowanie wolałby, żeby trup leżał na noszach w karetce przed przyjściem matki lub ojca. Tak było lepiej. Wtedy wszystko wyglądało bardziej jak wypadek, jak coś, za co nikt nie mógł być odpowiedzialny.

– Wolałbym go trochę oporządzić. To okropne wysyłać go w tym stanie, ze sznurem zwisającym z szyi – powiedział cicho Margido.

– Tak to przecież wygląda przy samobójstwach – odparł policjant. – To oczywista sprawa.

Personel karetki zablokował rozłożone nosze, przykrywając je czarną folią. Byli to dwaj młodzi mężczyźni. Nie więcej niż kilka lat starsi od chłopca leżącego na kolanach w łóżku. Włożyli jednorazowe rękawiczki i chwycili chłopca pod pachy i za kostki, wspólnie policzyli cicho do trzech i jednym szybkim ruchem przełożyli go na folię, a następnie szczelnie go nią owinęli. Pusty już materac nie przedstawiał ładnego widoku.

– Przyniosłem pojemnik – powiedział Margido. – Czy mogę przynajmniej zdjąć prześcieradło? Żeby rodzice nie musieli na nie patrzeć?

– Tak, proszę – odrzekł policjant.

Przed przyjściem matki zdążył jeszcze rozłożyć kołdrę i zasłonić nią dużą, wilgotną plamę na materacu. Materac i tak zostanie wyrzucony, zawsze tak się działo, ale dodatkowe przykre uczucia i niepokój rodziny, którym musiał sprostać, były tym większe, im więcej ona zobaczyła. O uświadomieniu sobie przez bliskich prawdziwości tragedii często decydowały szczegóły, które wpychały osieroconych w nagłą realność, histerię; mogło to być cokolwiek, począwszy od opróżnionego do połowy kubka z herbatą na nocnym stoliku, poprzez brudnego misia na podłodze, aż po termos i kanapki, które Margido musiał oddać rodzinie zmarłego, gdy do wypadku doszło w pracy.

– Ależ co wyście z nim zrobili! – krzyknęła matka. – Zapakowaliście go w folię? Przecież on nie da rady... nie da rady oddychać! Chcę go zobaczyć!

– Nie można – powiedział policjant. – Ale jutro, jak Margido już...

– Nie! Chcę go zobaczyć teraz!

– Muszę najpierw go trochę oporządzić – rzekł Margido.

Matka rzuciła się na nosze i zaczęła rozdzierać czarny plastik. Lepiej byłoby, gdyby jej mąż teraz przyszedł. Ale jego nie było. W końcu to kierowca karetki musiał złapać kobietę za ramiona i unieruchomić.

– Tylko spokojnie, zaraz...

– ON NIE MOŻE ODDYCHAĆ! YNGVE! Mój synku...

Mąż wreszcie się pojawił. Przejął od kierowcy łkającą kobietę, wpatrując się przy tym nieobecnym wzrokiem w ładunek na noszach, otulony czarnym plastikiem, zawierający jego jedynego syna. Zdawało się, że cała energia z pomieszczenia została wessana w ten widok, w tę potworność, wynikającą z faktu, że dawniejszy mieszkaniec pokoju leżał teraz zapakowany w ten sposób, większy i bardziej dominujący, niż kiedykolwiek był za życia.

– Ale dlaczego... – powiedział. – Sądziłem, że go zobaczymy, zanim go zabierzecie. Nie wiedziałem, że... Myślałem, że Margido...

– Trzeba przeprowadzić sekcję – rzekł policjant, patrząc w podłogę. – To zwykła procedura przy samobójstwach.

– Ale po co? Chyba nie ma wątpliwości, że zrobił to sam!

Ojciec tak bardzo próbował wziąć się w garść, że jego głos stał się nagle ochrypły i napięty. Matka chłopca zwisała bezradnie w jego ramionach i z zamkniętymi oczami cicho płakała.

– Nie chodzi o to, że uważam inaczej – powiedział policjant i chrząknął, przestępując z nogi na nogę.

– Czy mogę się nie zgodzić? Nie zgodzić się na krojenie naszego synka?

Matką wstrząsnął dreszcz, ale jej oczy pozostały zamknięte, a łzy nadal ciekły po policzkach.

Nagle policjant spojrzał prosto na ojca chłopca i powiedział:

– W porządku. Nie będę wnioskował o sekcję. Dobrze, Lars. Ale i tak nie pozwolę wam zobaczyć go jeszcze raz dziś wieczorem. Niech karetka go zabierze. Ale gdy Margido już się nim zajmie...

Ojciec powoli skinął głową.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję. Turid, teraz muszą go zabrać. Chodź.

W zamieszaniu spowodowanym wynoszeniem zwłok z domu Margido zdołał przenieść pojemnik na odpady do swojego samochodu i zabrać dokumenty. Karetka powoli zjechała w dół podjazdu, bez włączonego sygnału alarmowego i niebieskich świateł, teraz wszyscy sąsiedzi wiedzieli już, że ktoś umarł. Samochód policyjny stał przy drodze.

Drzwi zewnętrzne nadal były szeroko otwarte, żółte światło padało na śnieg na ganku i na wzgórze przed nim, złotożółte światło, które łatwo można było wziąć za żar domowego ogniska, za ciepło rozpalonego pieca i dzbanka z kawą, za normalność. Margido nigdy nie zdołał nadziwić się kontrastom, śmierć w zasadzie nigdzie nie pasowała, może z wyjątkiem placu bitwy – pomyślał. Księżyc wisiał dość wysoko nad polami, była prawie pełnia, wokół miał słabą poświatę, cienie drzew rysowały pęknięcia w świeżym śniegu, przyglądał się im, planując jednocześnie kolejny dzień. Musiał wrócić tu przed południem, potem miał pogrzeb w kościele w Strindzie o godzinie drugiej, następnie należało oporządzić ciało, żeby można je było pokazać, również siostrom. Może też będą chcieli mieć chwilę czuwania przy zwłokach jutro wieczorem w kaplicy szpitalnej. Będzie musiał uzgodnić szczegóły ze swoimi paniami jutro rano. Nie wszystko musi przecież załatwiać sam. Dobrze było mieć świadomość, że panie Gabrielsen i Marstad kontrolują swój zakres prac. Ale mimo że było ich w sumie troje, to zawsze on sam jeździł na wizyty domowe. A jeżeli nie miał na to czasu, odsyłał klienta do innego biura. Panie nie chciały tego robić, wiedziały aż nadto dobrze, że chodzi o coś zupełnie innego niż wkładanie prześcieradeł do specjalnego pojemnika.

Lekarka dała matce tabletkę uspokajającą, ojciec odmówił. Pełna klasyka: mężczyźni muszą sobie poradzić bez pomocy, muszą zachować jasność umysłu, nie mogą załamać się, stracić kontroli. Zamiast tego chodził z rękami założonymi na plecy tam i z powrotem po kuchni, Margido nie zazdrościł mu nadchodzącej nocy.

– Może weźmie pan chociaż lekarstwo nasenne? – zapytała lekarka, najwyraźniej pomyślawszy sobie to samo co Margido.

– Nie.

– Zostawiam na wszelki wypadek listek tabletek. To nie są żadne... przestarzałe środki nasenne. Pomagają jedynie na zaśnięcie w spokoju.

Margido rzucił jej krótkie spojrzenie, ale nie zdradziła się niczym, czy zwróciła uwagę na własny dobór słów, pozostali dwoje też najwyraźniej tego nie uchwycili.

– Nie będziemy go kremować – powiedział ojciec i wyprostował szyję, patrząc na swoje odbicie w szybie.

– Oczywiście, że nie, jeśli tego nie chcecie – rzekł Margido.

– Ależ tak! – krzyknęła matka. – Nie zamierzam mieć go gdzieś pod ziemią! Nie pozwolę, żeby tam leżał i gnił, zjadany przez robaki! On... on zostanie...

– Nie będzie się spalał w ogniu, dopóki ja mogę temu przeszkodzić – powiedział cicho ojciec. Matka zamilkła i podniosła rękę do oczu.

– Nie rozumiem – wyszeptała. – Dlaczego on... Miało nas nie być tylko przez kilka godzin. Czemu nie poczekał, aż z nim porozmawiam, pomogę, pomogłabym swojemu synkowi. Jak bardzo musiał cierpieć...

– Myślę, że powinnaś teraz pójść się położyć – powiedział ojciec. Podniosła się natychmiast, zagubiona, i wyszła chwiejnym krokiem. Mąż odprowadził ją do korytarza. Lekarka i Margido siedzieli w milczeniu, słuchając monotonnych, powolnych kroków na górę. Spojrzeli na siebie. Jej wzrok napełnił się nagle ogromnym smutkiem, ale nic nie powiedziała.

Po odjeździe lekarki został w kuchni sam z ojcem, który w końcu usiadł na prostym, drewnianym krześle, z pochyloną głową i pięściami wspartymi o uda. Chłopskie ręce, czarne obwódki wokół paznokci, brud w każdej bruździe i zmarszczce. Ale jego najstarsza córka uczyła się w Ås. I to nie jego główny dziedzic w tę przedświąteczną noc był w drodze do szpitalnej chłodni. Zupełnie jakby to była jakaś pociecha. Najwyraźniej takiego zdania był policjant.

 

– Mogę udzielić wam wszelkiej pomocy, jakiej potrzebujecie – zaczął Margido. – To wy decydujecie.

– Proszę załatwiać wszystko. Ja nie dam rady nawet... Pogrzeb. Pogrzebać Yngve, przecież to jest zupełnie niewiarygodne. To całkowicie bez sensu.

– Czy powiadomiliście jego siostry?

Ojciec uniósł twarz. – Nie.

– Chyba pan powinien. I resztę rodziny także.

– Jutro rano.

– No tak, może teraz lepiej nie za dużo naraz – rzekł Margido głosem, w który włożył pełne współczucie, wiedział dobrze, jak to się robi. – Najpierw nekrolog. Mógłby ukazać się we wtorek.

– Nie mam siły, żeby...

– Oczywiście, że nie. Dlatego zostawiam wam broszurkę do obejrzenia i wrócę tutaj jutro przed południem. Tak około dziesiątej, może być?

– Wszystko jedno, kiedy pan...

– Wobec tego pojawię się w okolicach dziesiątej.

Ojciec wziął broszurę do ręki i otworzył ją w przypadkowym miejscu. – Symbole śmierci – przeczytał. – Symbol śmierci. Symbol śmierci? To dziwne określenie.

– Chodzi o symbol umieszczony na górze nekrologu.

– Rozumiem. Nie wiedziałem tylko, że to... ma nazwę. Gdy zmarł ojciec, matka załatwiła wszystko, a gdy umarła ona, wszystkim zajęła się moja siostra. Muszę chyba... zadzwonić też i do niej. Byliśmy wspólnie dziś wieczorem na tych poprawinach, w tym samym miejscu. Składaliśmy się na prezent. Zdaje się, że to był lniany obrus. Markowy, wykonany w Røros. Albo raczej... utkany... w Røros. Przez kogoś.

– Na pewno był ładny.

– Tak. Na pewno był – powiedział ojciec. Siedział i kołysał się na krześle z broszurą w rękach. Margido był świadom, że siedział tam, szukając wyjaśnienia. Wyjaśnienia, którego Margido już dawno przestał poszukiwać, chociaż bez przerwy był o nie pytany. W śmierci zapisana była niemożliwość, która nigdy nie przestała go fascynować, ale nie potrafił jej wyjaśnić. Prawdy nie można było odnaleźć nigdzie poza rytuałami.

– Czy nie mógłby pan po prostu wybrać... symbolu śmierci? – zapytał ojciec.

– Naturalnie, że mogę. Ale to mogłoby być... dobre dla was. Wybrać samemu. Będziecie pamiętali pogrzeb. Później. Wtedy może stać się ważne to, że był... właściwy według was.

Miał zwyczaj robić krótkie przerwy między słowami, tak jakby nie mógł znaleźć właściwych. Nie widział nic cynicznego w tym obyczaju, był świadom, że dla ludzi, z którymi rozmawiał, sytuacja była jedyna na całym świecie, jedyna w całym ich życiu. Dlatego nie zamierzał nigdy wylewać z siebie potoku słów, dając im w ten sposób odczuć, że robi to często, że ma w głowie coś na kształt wzorca, co należy powiedzieć w każdej sytuacji. A przynajmniej w prawie każdej sytuacji.

– Policjant wspomniał, że Yngve bardzo lubił ptaki – rzekł.

– Tak.

– Może jaskółka – powiedział Margido. – Na górze nekrologu.

– On ma zupełnego fioła na punkcie jaskółek tu w gospodarstwie. Zapisuje... zapisywał w kalendarzu ich przyloty z południa, to ostatnie ptaki wędrowne, które tu przylatują. Często nie wcześniej niż dopiero z początkiem czerwca. A to, zdaje się, późno, jak na ptaki wędrowne. Potrafił siedzieć godzinami i obserwować ich pokazy lotnicze nad stodołą.

– Może zatem jaskółka. W nekrologu.

– Tak bardzo lubił przyrodę. Tak bardzo. Człowiek mógłby pomyśleć, że to oczywiste, że chłopski syn lubił naturę, ale u niego miało to inny charakter. Ja nie rozmyślam specjalnie o przyrodzie, jeśli mnie pan rozumie, to moja praca, jest wszędzie wokół mnie, to oczywistość. Ale Yngve interesował się wszelką odmiennością, marudził o sortowanie śmieci, o przywrócenie pierwotnego wyglądu krajobrazu, narzekał, że gospodarstwa zanikają. Jasne, że czasem myślę o takich rzeczach, ale dla niego to było... ważne! Ja nie mam przecież czasu, żeby... Nie rozumiem, czemu on... Zaledwie siedemnaście lat. Chodził na naukę jazdy. W stodole stoi samochód, stara toyota. Ale nie był zainteresowany nawet tym, żeby coś przy niej naprawić, to nie był ten typ człowieka. Zapewne sądził, że w dniu, w którym mając prawo jazdy w kieszeni, przekręci kluczyk w stacyjce, samochód jakoś sam się potoczy. A my siedzieliśmy tam, żując ciasta, pijąc kawę i oglądając zdjęcia, ględząc o tym cholernym ślubie, podczas gdy on...

– Myślę, że powinien pan teraz trochę odpocząć, jest późno, a jutro czeka pana długi dzień.

Ojciec zamilkł, schylił głowę, spojrzał na swoje ręce i powiedział cicho: – Jaskółka. Niech zatem będzie to jaskółka. Dziękuję.

– Nie ma za co dziękować. Jasne, że nie. I proszę pamiętać, tam leżą te tabletki.

– Nie chcę niczego brać. Jutro rano trzeba zrobić obrządek. Muszę być trzeźwy.

Ruch był nieduży. Nad fiordem unosiła się mroźna mgiełka, przetykana frędzlami księżycowej poświaty. Samochód zdążył się całkowicie wychłodzić. Gdy w chwilę później mijał wysadzany długą klonową aleją podjazd do Neshov, wzrok miał utkwiony nieruchomo w przestrzeni. Wiedział przecież, że okna zazwyczaj są ciemne o tej porze, paliły się tylko światła na zewnątrz, a te widział już wcześniej.

Włączył radio w samochodzie, podjazd pozostał już w tyle, słuchał teraz wesołej muzyki wygrywanej na akordeonie. Nagle poczuł się zaskakująco odprężony i zadowolony, choć nie do końca wiedział, dlaczego. To było dziwne uczucie. Może chodziło o ulgę z tego powodu, że dostrzegł smutek w spojrzeniu lekarki.

Gdy następnego przedpołudnia przyjechał do gospodarstwa Kotumów, dom wypełniony był ludźmi. Przy stole kuchennym siedział ksiądz z kościoła w Byneset. Nazywał się Fosse. Był to starszy mężczyzna mniej więcej w wieku Margida. Chudy i przykurczony w swoim ubraniu, ale z ciepłym i mocnym uściskiem ręki, Margido bardzo go lubił. Zawsze zorganizowany, punktualny i profesjonalny, nie wszyscy księża tacy byli; niektórzy marudzili i rządzili ludźmi z zakładu pogrzebowego, tak jakby ci ostatni mieli za zadanie zadowolić księdza, a nie rodzinę.

Kuchnia stała się terytorium kobiet, mężczyźni zostali skierowani do jednego z salonów w wielkim, tradycyjnym domu, typowym dla okolic Trondheim. Matka chłopca siedziała w kuchni na stołku i ze zdumieniem przyglądała się wszystkiemu, co działo się dookoła niej. Pięć kobiet o zaczerwienionych oczach, prawdopodobnie wśród nich jedna z sióstr zmarłego i jego ciotka, ciężko pracowało, przygotowując jedzenie, kawę, kubki, półmiski, serwetki, cukiernice. Kobiety miały pod tym względem szczęście, zawsze mogły zająć się przyrządzaniem i podawaniem jedzenia, mężczyźni natomiast musieli uporać się ze smutkiem w bezczynności. Zostałoby to źle odebrane, gdyby ojciec rozpoczął dziś pracę na dworze, za to matka mogła spokojnie rozmieszać dziesięć litrów ciasta na naleśniki i nikt nie uznałby tego za niestosowne. Gdyby w nocy spadł śnieg na wysokość metra, mężczyzna mógłby co najwyżej odśnieżyć, ale raczej nic ponadto, a najlepiej, gdyby przyszedł sąsiad i go w tym wyręczył.

Ojciec zamknął drzwi do kuchni, oddzielając w ten sposób zewnętrzne zabieganie, i jeszcze zanim puścił na dobre klamkę, powiedział, zwracając się do Margida: – Dziewczyna go rzuciła. W sobotę wieczorem. A my nawet nie wiedzieliśmy o jej istnieniu.

Ojciec osunął się na skórzaną sofę, jego ciało zapadło się w sobie, obojczyki wyraźnie odcinały się wewnątrz kraciastej flanelowej koszuli.

– Smutek zawiedzionej miłości – wyszeptał. – Proszę pomyśleć, że on odebrał sobie życie z powodu zawodu miłosnego. Zabrał sobie sam... całe swoje życie. Bo jakaś dziewczyna go nie chciała. Jedna dziewczyna.

Margido zrozumiał, że nikt nie przejrzał broszury, którą wczoraj zostawił. A dzisiaj miał ze sobą kolejną, z różnymi rodzajami trumien. Kolejna bariera do pokonania. Ale dziś trumna musiała już być wybrana dla oporządzonych zwłok, przed wieczornym czuwaniem w kaplicy.

– Kiedy przyjeżdża najstarsza siostra Yngve? – zapytał.

– Ingebjørg? Sądzę, że za kilka godzin.

Margido skinął głową. Musiał teraz wyjaśnić kwestię trumny.

– Czy chcecie zobaczyć go wieczorem? Wszyscy razem? – zapytał Margido.

– Zapewne tak.

– Zróbcie to – powiedział ksiądz i pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. – Dziewczęta powinny go zobaczyć. A przynajmniej mieć taką możliwość. Jeśli nie będą chciały, to w porządku. Ale Margido robi to tak pięknie. Będzie dobrze, Lars, postąpicie krok naprzód w żałobie, w tym szoku dla wszystkich.