Marina Abramović. Pokonać mur. WspomnieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,80  71,84 
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audio
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audiobook
Czyta Dorota Landowska
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Facet usiadł obok i wywiązała się rozmowa – na początku o wszystkim i o niczym. Powiedziałam, że wracam z Londynu na spotkanie w Belgradzie. Okazało się, że również leci tam na spotkanie. Opowiedział nieco więcej i zorientowałam się, że wchodzi w skład komisji rekrutacyjnej, przed którą miałam wkrótce stanąć; nagle przypomniałam sobie seans u rosyjskiego wróżbity. Gdy przypalił mi kolejnego papierosa, powiedziałam:

– Dziękuję, Borisie.

Nie zdążyliśmy się sobie przedstawić, więc nagle pobladł.

– Skąd wiesz, jak mi na imię? – zdziwił się.

– Wiem też, że spotkało cię w życiu coś strasznego – dodałam.

Zaczął się trząść.

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytał. – Skąd możesz to wiedzieć?

Nie bacząc na fakt, że lecieliśmy na to samo spotkanie, opowiedziałam mu o wizycie u wróżbity, a on wyjawił mi swoją tragedię. Ożenił się z dziewczyną, którą bardzo kochał. Zaszła w ciążę, lecz – o tym dowiedział się dopiero później – wdała się jednocześnie w romans z jego najlepszym przyjacielem. Pewnego dnia oboje wybrali się gdzieś razem samochodem i zginęli w wypadku drogowym.

Po naszym spotkaniu w samolocie stanęłam przed komisją. Mój widok był dla Borisa nie lada niespodzianką! Dostałam tę pracę i nigdy więcej się z nim nie zobaczyłam.


Po krótkim okresie wolności w Zagrzebiu wprost nie mogłam sobie wyobrazić powrotu do mieszkania matki, zupełnego braku swobody i niewychodzenia z domu po dziesiątej wieczorem. Miałam tego dość. Przez cały czas mojej nieobecności Neša dręczył mnie w listach pytaniami, więc postanowiłam coś z tym począć.

– Co powiesz na ślub? – zaproponowałam.

Zawarliśmy coś w rodzaju paktu – pobierzmy się, żebym mogła odzyskać swobodę. Tak też zrobiliśmy, w październiku 1971 roku. Dla matki nic się jednak nie zmieniło. Nie tylko nie pojawiła się na ślubie, ale nie pozwoliła też Nešy się do mnie wprowadzić.

– Żaden mężczyzna nie będzie spał w moim domu – oświadczyła, więc się do nas nie przeniósł. (Wprawdzie od czasu do czasu nocą się do mnie przemykał, ale bynajmniej wtedy nie spaliśmy! A przed wschodem słońca musiał znikać). Nie było nas stać na wspólne mieszkanie, więc żyliśmy oddzielnie, on z rodzicami, a ja z matką i babcią. I wciąż musiałam się meldować o dziesiątej. Taki układ był bardzo dziwny i z gruntu nieprzyjemny.

Rodzice Nešy byli bardzo biedni i zajmowali w Belgradzie maleńkie mieszkanie z jedną sypialnią, niewielkim pokojem syna i kuchnią. Matka była bardzo religijna, ojciec pracował gdzieś jako robotnik i zapadł na mocznicę, objawiającą się krwiomoczem. Chorował od dłuższego czasu i cierpiał okropny ból. Jedynie siedzenie na łóżku w skulonej pozycji, z poduszką przyciśniętą do brzucha przynosiło mu nieco ulgi. Na środku pokoju rodziców Nešy stał stół z płonącą świecą i Biblią. Gdy odwiedzali ich goście, matka zawsze namawiała:

– Idźcie trochę z nim posiedzieć!

Któregoś dnia, kiedy przyszłam do Nešy, a jego matka zajmowała się w kuchni obiadem, znów usłyszałam:

– Posiedź z nim trochę.

Weszłam więc do sypialni, usiadłam na krześle przy stole ze świecą i zaczęłam czytać Biblię. Nic innego nie przyszło mi do głowy. Pogrążony w swoim cierpieniu ojciec Nešy nigdy nie zwracał na nikogo uwagi – siedział ze spojrzeniem błądzącym gdzieś w przestrzeni. W pewnej chwili odwrócił się jednak i na długo wbił we mnie wzrok. To było niesamowite – nigdy dotąd nie nawiązałam z nim takiego kontaktu. Wpatrywał się we mnie, po czym powoli odłożył poduszkę przyciśniętą wcześniej do brzucha i łagodnie opadł na oparcie, z błogim uśmiechem na twarzy, jakby zobaczył coś, czego ja nie dostrzegałam. Potem powoli zamknął oczy i zrobił przeciągły wydech. Wkrótce zorientowałam się, że nie żyje.

Po raz pierwszy stałam się świadkiem czyjejś śmierci, lecz ojciec Nešy odszedł najpiękniej ze wszystkich, przy których w takim momencie czuwałam. To była tak spokojna i tak wyjątkowa chwila – jakby dopiero w moim towarzystwie mógł się poczuć na tyle swobodnie, by umrzeć. Wiedziałam, że obecność żony oznaczałaby piekło: Słowianki robią w takich okolicznościach dramatyczne przedstawienie. Matka Nešy krzyczałaby więc, bijąc się w piersi. A ten biedak potrzebował jedynie spokoju.

Moment śmierci ojca Nešy tak mnie zauroczył, że długo, długo nie byłam w stanie się poruszyć – po prostu chciałam mu dać trochę czasu. Później bardzo powoli wstałam, poszłam do kuchni i powiedziałam:

– Twój ojciec chyba umiera.

Matka Nešy pobiegła do pokoju, zobaczyła, że mąż nie żyje, i dostała szału.

– Jak mogłaś mnie nie zawołać? Dlaczego mnie nie zawołałaś? – wykrzykiwała.

Zresztą zawsze była nieznośna. Za każdym razem, gdy Neša dokądś wychodził, odgrażała się, że umrze, zanim wróci – stosowała nieustanny szantaż emocjonalny. W rzadkich przypadkach, kiedy udało nam się coś zaoszczędzić i wyjechać razem na wakacje, mawiała:

– Och, dzieci, bawcie się dobrze, chociaż kiedy wrócicie, mnie już nie będzie na tym świecie.

A dożyła, rzecz jasna, późnej starości.


Moje życie z Nešą to w ogóle dziwna historia. Mocno się nawzajem pociągaliśmy i zawsze miałam ochotę się z nim kochać, lecz on nigdy nie osiągał kulminacji. Bardzo nas to frustrowało. Mimo to jakimś cudem zaszłam w ciążę. Poddałam się aborcji – pierwszej z trzech, jakie w życiu przeszłam. Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Z wielu powodów nie miałam co do tego żadnych wątpliwości.


Fot. 16. Od góry, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, siedzą: Raša Dragoljub Todosijević, Zoran Popović, mój pierwszy mąż Neša Paripović oraz ja, Belgrad 1967

Niemniej, gdy Neša dowiedział się o ciąży, wszystko się zmieniło – jego kłopoty minęły jak ręką odjął. To było wprost niesamowite! Nasz przygnębiający sposób życia – razem, a jednocześnie osobno – niewiele się jednak zmienił.

Wciąż marzyłam o wolności – od matki, Belgradu i dwuwymiarowej sztuki. Jedną z wiodących do niej dróg były pieniądze. Nigdy nie miałam własnych. Choć niczego mi nie brakowało, żyłam w tyranii finansowego wsparcia. Od dzieciństwa kupowano mi podręczniki, ubrania, letnie i zimowe buty, płaszcze. Danica wybierała dla mnie rzeczy praktyczne i trwałe, których szczerze nienawidziłam.

W akademii studenci mogli zgłaszać się do wakacyjnej pracy przy konserwacji fresków i mozaik w bazylikach na wybrzeżu Adriatyku. Spędziłam tak dwa sezony. Uwielbiałam przebywać nad morzem, czuć na skórze słońce i sól. W Belgradzie można się było zająć czymś mniej przyjemnym – sprzątaniem biur czy składaniem i malowaniem stoisk targowych. Chętnie to robiłam. Ponieważ wciąż mieszkałam w domu, mogłam wydawać zarobione pieniądze na przyjemności: książki, płyty, a nawet ubrania.

Poza tym kupiłam coś jeszcze na kredyt – jednoizbową chatkę w Grožnjanie, miasteczku artystów na Istrii. Spędzałam tam lato, ciesząc się chwilami niezależności.

Większość czasu spędzałam jednak u matki. Miałam prawie dwadzieścia pięć lat i byłam żoną, która nie mieszka z mężem. Dom matki był dziwny – wypełniony wymyślnymi bibelotami materialistycznie nastawionej komunistki z partyjnej elity.

Wciąż się buntowałam, zwłaszcza przeciwko matce. Pewnego razu, by się przed nią bronić, wysmarowałam całe ściany, okna i drzwi swojej pracowni brązową pastą do butów (zużyłam ze trzysta pudełek). Pokój wyglądał jak wymazany gównem; zapach był zresztą równie nieznośny. Mój plan zadziałał bezbłędnie. Matka otworzyła drzwi, krzyknęła i nigdy więcej nie przekroczyła progu pracowni.

Im bardziej rozrastała się niedorzeczna kolekcja bibelotów matki, tym bardziej spartańskie stawało się wyposażenie moich pokoi. Jedynym wyjątkiem, który powiększył zasoby rupieci w mieszkaniu, była moja skrzynka pocztowa. Skonstruowałam wielkie drewniane pudło, pomalowałam je na czarno i oznakowałam według projektu mojego przyjaciela Zorana. „Centrum Sztuki Wzmocnionej” – głosił napis. Zoran stworzył też dla mnie listownik i logo.

Nie bardzo wiem, skąd przyszła mi do głowy ta nazwa, jednak miała ona dla mnie głębokie znaczenie. W mieszkaniu matki, w centrum Belgradu, w komunistycznej Jugosławii, kontakt z zewnętrznym światem – światem sztuki – wydawał mi się bardzo istotny. Pisałam do różnych galerii – we Francji, Niemczech, Anglii, Włoszech, Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych – z prośbą o katalogi i publikacje na temat sztuki i zaczęłam je otrzymywać – całymi stosami. Przechowywałam je w swojej olbrzymiej skrzynce pocztowej. Czytałam wszystko, łapczywie chłonąc wszelkie nowości ze świata sztuki i marząc, że będę je kiedyś współtworzyć.


Wystawa Drangularium wzbudziła wiele emocji i SCK wkrótce zorganizowało kolejną, zatytułowaną Obiekty i projekty. Stworzyłam na tę okazję pracę pod tytułem Uwalnianie horyzontu. Wykonałam reprodukcje zwykłych pocztówek przedstawiających ulice i zabytki Belgradu, po czym wykorzystując techniki fotograficzne, usunęłam historyczne budynki wraz z otoczeniem. Przykładowo, na kartce ze Starym Pałacem dynastii Obrenoviciów wybieliłam budowlę, pozostawiając jedynie poprzedzający ją trawnik, parę samochodów i kilku przechodniów.

Efekt był przejmujący i niesamowity i świetnie oddawał moje pragnienie uwolnienia się od przytłaczającego życia w tym mieście, pod kontrolą matki, w komunistycznym reżimie. Co dziwne, podczas wojny w Kosowie pod koniec lat dziewięćdziesiątych niektóre „wymazane” przeze mnie budynki w wyniku amerykańskich bombardowań Belgradu rzeczywiście przestały istnieć.

 

Im więcej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej uświadamiałam sobie nieograniczoność sztuki. W owym czasie zaczęłam się też fascynować dźwiękiem. Znalazłam nową inspirację: chciałam zestawić nagranie odgłosów walącego się mostu z mostem istniejącym i odtwarzać je co trzy minuty – choć konstrukcja pozostawałaby bez wątpienia nienaruszona, co trzy minuty odbiorca słyszałby ogłuszający dźwięk sugerujący, że gwałtownie się zapada. Wizualnie most wciąż istniał, lecz akustycznie ulegał unicestwieniu. Wykonanie tej pracy wymagało jednak oficjalnego zezwolenia, którego nie otrzymałam. Poinformowano mnie, że w wyniku silnych wibracji dźwiękowych most mógłby naprawdę runąć.

Zaledwie miesiąc po Obiektach i projektach w Studenckim Centrum Kultury odbyła się następna, jeszcze bardziej minimalistyczna wystawa, na której przedstawiłam już pierwsze prace dźwiękowe. Na drzewie przed galerią umieściłam duży głośnik, który emitował na okrągło nagranie ptasiego śpiewu – niczym w tropikalnej dżungli, nie w ponurym Belgradzie. Wewnątrz zaś zainstalowane w kartonowych pudłach magnetofony wydawały inne odgłosy przyrody: powiew wiatru, szum i bicie fal, beczenie owiec.

Podczas tej wystawy zupełnie spontanicznie wydarzyło się coś, co skierowało mnie ku mojej artystycznej przyszłości. Jeden z najbardziej uzdolnionych kolegów z mojej paczki, Era, stworzył pracę, pokrywając wielkie lustro w galerii przezroczystą taśmą pakową. Tym samym diametralnie zmienił zwyczajową funkcję tego przedmiotu – zmusił widza do oglądania zniekształconego odbicia. Któregoś dnia późnym popołudniem ze zmęczenia położyłam się na niskim stoliku w galerii. Nagle Erę olśniło – postanowił okleić mnie swoją taśmą. Przystałam na to. Leżałam wyprostowana z rękami wzdłuż ciała, z wyjątkiem głowy unieruchomiona niczym mumia. Publiczność reagowała rozmaicie – niektórzy z fascynacją, inni z obrzydzeniem. Za to nikt się nie nudził.

W następnym roku na innych belgradzkich wystawach zaprezentowałam kolejne prace dźwiękowe. Jedna z nich (zatytułowana Wojna) znajdowała się przy wejściu do Muzeum Sztuki Współczesnej. Widzowie przechodzili przez wąski korytarz ze sklejki konfrontowani z ogłuszającym grzmotem wystrzałów z karabinu maszynowego. Dźwięk posłużył mi jako miotła oczyszczająca umysły widzów przed wejściem do sal muzeum. Panująca wewnątrz absolutna cisza pozwalała im zupełnie inaczej odbierać zgromadzone dzieła sztuki.

Wreszcie udało mi się też zrealizować pracę z walącym się mostem, tyle że nie na samym moście, lecz przed SCK. Zainstalowany na drzewie głośnik emitował odgłosy rozbiórki budynku, stwarzając niepokojące wrażenie, że cała konstrukcja się rozpada.


Fot. 17. Era Milivojević przykleja mnie do ławy w Studenckim Centrum Kultury w Belgradzie, 1971

Parę miesięcy później przedstawiłam nieco bardziej żartobliwą pracę. W holu SCK rozbrzmiewał zbzikowany komunikat lotniskowy: „Pasażerów linii JAT uprasza się o natychmiastowe przejście do wyjścia numer 265. [Lotnisko w Belgradzie miało wtedy zaledwie trzy wyjścia]. Na trasie lotu znajdują się Nowy Jork, Bangkok, Honolulu, Tokio oraz Hongkong”. Ludzie siedzący w holu – pijący kawę, oczekujący na seans filmowy czy po prostu czytający prasę – zmieniali się w pasażerów wyimaginowanego samolotu.

O ironio, w tym czasie niemal nie ruszałam się z Belgradu.


Pod koniec 1972 roku szkocki kurator Richard Demarco odwiedził Belgrad w poszukiwaniu pomysłów na kolejną edycję festiwalu w Edynburgu. Eskorta rządowa zawiozła go do wszystkich aprobowanych przez władze malarzy. Rzecz jasna Demarco śmiertelnie się znudził. Wieczorem w przeddzień wylotu ktoś szepnął mu jednak słówko o SCK, a moją studencką paczkę zawiadomił, że kurator chciałby się z nami zobaczyć. Spotkaliśmy się w jego hotelowym pokoju, opowiedzieliśmy o swoich pracach i pokazaliśmy zdjęcia. Bardzo się nami zainteresował. Przysłał do władz oficjalny list zapraszający nas do udziału w festiwalu, spotkał się jednak z odmową – tego rodzaju sztuka nie mogła przecież reprezentować jugosłowiańskiej kultury. Powiadomił nas wtedy, że jeśli mimo wszystko uda nam się dotrzeć do Szkocji, zapewni nam nocleg. Ucieszyłam się, że mam oszczędności.

Latem 1973 roku pojechaliśmy do Edynburga – wszyscy z wyjątkiem Ery, który kiedyś owinął mnie taśmą pakową. Sytuacja była dziwna – uważałam go za bardzo zdolnego i ciekawego artystę, słowiańskiego Marcela Duchampa. Kiedy jednak spytałam:

– Dlaczego z nami nie jedziesz?

Usłyszałam:

– Przyjechałem do Belgradu z maleńkiej wioski – to wcale niemało. Ty jedziesz z Belgradu do Edynburga, a ja już do niego dotarłem – jest tutaj.

Nie wyjechał, nigdy naprawdę tego nie zrobił.

Sztuka jest ciekawą sferą. Niektórzy mają możliwości – i energię – by nie tylko stworzyć dzieło, ale też umieścić je we właściwym miejscu, w odpowiednim czasie. Niektórzy artyści zdają sobie sprawę, że znalezienie dobrego sposobu prezentacji idei i infrastruktury oferującej wsparcie pochłania równie wiele czasu, co proces powstawania samej koncepcji. Są ludzie, którym brak siły przebicia i wymagają opieki – ze strony pasjonatów sztuki, kolekcjonerów czy systemu instytucji wystawienniczych. Przykładowo na wczesnym etapie kariery artystycznej kontrowersyjny performer Vito Acconci korzystał ze środków przekazywanych mu przez marszandkę Ileanę Sonnabend – 500 dolarów miesięcznie wystarczało mu na czynsz i wszystkie inne potrzeby. Nie sprzedawał prac – nie musiał. Stypendium zapewniało mu warunki do tworzenia. W Belgradzie początku lat siedemdziesiątych taki system wsparcia w ogóle nie istniał, więc biedny Era nie zdołał sobie poradzić.

Tymczasem dotarliśmy do Edynburga. Zatrzymałam się u przyjaciół Demarco i planowałam pierwszy performans. Charyzmatyczną gwiazdą festiwalu był Joseph Beuys (który po raz pierwszy wyjechał z Niemiec) w charakterystycznej białej koszuli, kamizelce i popielatej fedorze. Po sześć–siedem godzin dziennie prowadził wykłady-performanse poświęcone swej koncepcji rzeźby społecznej, rysując wykresy na szkolnej tablicy. Do Edynburga przybyło też wielu artystów z całego świata, w tym amerykański konceptualista Tom Marioni, polski reżyser teatralny Tadeusz Kantor, Hermann Nitsch oraz kilku innych akcjonistów wiedeńskich – autorów szaleńczych performansów, które przyniosły im nie najlepszą sławę. (Jeden z nich, Günter Brus, trafił do więzienia po akcji, podczas której jednocześnie się masturbował, mazał kałem i śpiewał austriacki hymn narodowy). Na festiwalu zebrała się więc silna grupa twórców, co mnie w pewnym sensie przerażało. Odbywałam pierwszą podróż artystyczną na Zachód. Czułam się jak maleńka rybka w olbrzymim stawie.

Z drugiej strony zupełnie się tym nie przejmowałam. Moi rodzice mieli wiele wad, ale nie można im było odmówić siły i odwagi, które mi w znacznej mierze przekazali. Dlatego bardzo ekscytuje mnie to, co nieznane, idea podejmowania ryzyka. Gdy ryzykuję, na nic się nie oglądam. Po prostu działam.


Fot. 18. Z Josephem Beuysem i Dunją Blažević, dyrektorką SCK, 1974

Nie znaczy to jednak, że jestem nieustraszona. Wprost przeciwnie. Bardzo się boję śmierci. Podczas turbulencji drżę w samolocie jak osika. Myślę nad testamentem. Niemniej w sferze twórczości porzucam wszelkie obawy.

Z takim właśnie nastawieniem planowałam Rytm 10, który zamierzałam przedstawić w Edynburgu. Zamysł pracy był zupełnie szalony. Opierał się na pijackiej zabawie popularnej wśród chłopów w Rosji i Jugosławii: na barze lub stole kładzie się dłoń z rozstawionymi palcami, pomiędzy które trafia się jak najszybciej czubkiem ostrego noża. Każde chybienie powodujące ranę wymaga wypicia kolejnego kieliszka, a im więcej alkoholu, tym więcej przelanej krwi. Podobnie jak rosyjska ruletka, jest to gra dla śmiałków, idiotów, desperatów i pijaków, słowem – idealna dla Słowian.

Przed występem tak się denerwowałam, że zaczęłam się obawiać potężnego ataku migreny. Sama myśl o tym, co mnie czeka, zapierała mi dech w piersiach. Podchodziłam jednak do rzeczy poważnie, z pełnym zaangażowaniem. Wtedy w ogóle nie umiałam inaczej! Sądzę, że mi się to przydało. Wiele lat później przeczytałam zdanie Bruce’a Naumana: „Sztuka to sprawa życia i śmierci”. Brzmi melodramatycznie, ale ileż w tym prawdy. Tak właśnie czułam, od samego początku. Sztuka to życie i śmierć. Nie ma nic poza tym. To takie poważne, a zarazem takie potrzebne.

Mój wariant gry wymagał użycia nie jednego, lecz dziesięciu noży, a także dźwięku i nowego pomysłu: przekształcenia ciągu przypadków w plan performansu. Na podłodze sali gimnastycznej Melville College – jednej z przestrzeni festiwalowych – rozwinęłam duży arkusz grubego białego papieru. Rozłożyłam na nim dziesięć noży różnych rozmiarów oraz dwa magnetofony. Później na oczach tłumu – z Josephem Beuysem w nieodłącznej fedorze na głowie w pierwszym rzędzie – uklękłam na papierze i włączyłam magnetofon.

Strach, który mnie wcześniej paraliżował, wyparował w chwili rozpoczęcia performansu. Zajmowana przeze mnie przestrzeń zapewniała mi poczucie bezpieczeństwa.

Ra-ta-ta-ta-ta – jak najszybciej uderzałam nożem między palce lewej ręki. Rzecz jasna w takim tempie od czasu do czasu nieznacznie chybiałam, nacinając sobie skórę. Za każdym razem jęczałam z bólu, co nagrywałam na taśmę, a potem zmieniałam nóż.

Wkrótce użyłam już wszystkich noży, pozostawiając na białym papierze wyraźne ślady krwi. Widownia wpatrywała się we mnie w przejmującym milczeniu. Doznałam przedziwnego uczucia, o którym nigdy nawet nie marzyłam – zdawało mi się, że przez moje ciało biegnie prąd, który łączy mnie z publicznością. Staliśmy się jednym organizmem. Poczucie niebezpieczeństwa zjednoczyło mnie z widzami – byliśmy tu i teraz, nigdzie indziej.

Na co dzień każdy z nas żyje we własnym małym świecie, jednak wkraczając w przestrzeń performansu, działa się z zupełnie innego, wyższego poziomu – nie jest się już tylko sobą, a przynajmniej nie kimś sobie znanym. To coś zupełnie innego. Klęcząc na podłodze sali gimnastycznej Melville College w Edynburgu, czułam, że staję się odbiornikiem i zarazem przekaźnikiem potężnej energii jakby rodem z doświadczeń Tesli. Strach i ból zniknęły. Stałam się Mariną, jakiej dotąd nie poznałam.


Fot. 19. Rytm 10 (performans, 1 godz.), Museo d’Arte Contemporanea, Villa Borghese, Rzym 1973

Gdy przecięłam się dziesiątym nożem, przełączyłam pierwszy magnetofon z nagrywania na odtwarzanie, uruchomiłam zapis na drugim i rozpoczęłam proces od nowa, od noża numer jeden. Tym razem jednak, wsłuchując się w nagranie rytmicznych uderzeń noży i jęków bólu, próbowałam jak najdokładniej je powtórzyć, synchronicznie się przy tym raniąc. Okazało się, że całkiem nieźle sobie poradziłam. Jedynie dwukrotnie nie trafiłam w odpowiedni moment. Drugi magnetofon rejestrował zarówno poprzednie nagranie, jak i drugą rundę gry.

Gdy zakończyłam, przewinęłam taśmę, odtworzyłam podwójny zapis performansów, wstałam i odeszłam. Usłyszawszy szaleńcze brawa, zdałam sobie sprawę, że udało mi się stworzyć wyjątkowe połączenie teraźniejszości z przeszłością, pomijając przypadkowe błędy.

Doświadczyłam wolności absolutnej – czułam, że moje ciało nie zna granic, że ból nie ma znaczenia, że wszystko przestało się liczyć – i to mnie odurzyło. Upajałam się wszechogarniającą energią, którą otrzymałam. W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że odnalazłam swoje medium. Żaden obraz, żaden obiekt, który mogłabym stworzyć, nie dałby mi takiego poczucia, i wiedziałam, że odtąd już zawsze będę go poszukiwać, wciąż od nowa.


Fot. 20. Nikola Tesla czytający książkę podczas doświadczeń związanych z wytwarzaniem prądu przemiennego o wysokiej częstotliwości, 1901