Marina Abramović. Pokonać mur. WspomnieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,80  71,84 
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audio
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audiobook
Czyta Dorota Landowska
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pewnego ranka, kiedy akurat nie poszłam do szkoły, usiadłam w łazience i wpatrywałam się w tę fascynującą nową maszynę. Obracała ubrania, wydając monotonny dźwięk – du-dum-du-dum. Zahipnotyzowała mnie. Pralka automatycznie wirowała – zaopatrzona była w dwa gumowe wałki, które kręciły się w przeciwnych kierunkach w pełnym skłębionych ubrań korpusie. Zaczęłam się bawić, wsuwając palce pomiędzy rolki i szybko je wyjmując.

Za którymś razem zrobiłam to zbyt wolno i wałki wciągnęły mi palec, coraz mocniej go ściskając. Poczułam potworny ból i krzyknęłam. Babcia była akurat w kuchni. Usłyszawszy mnie, wbiegła do łazienki, lecz z powodu ograniczonego pojęcia o technice nie wpadła na to, by po prostu wyciągnąć z kontaktu wtyczkę. Postanowiła pobiec na zewnątrz po pomoc. W tym czasie wałki wciągnęły mi już dłoń.

Mieszkaliśmy na trzecim piętrze, a babcia była przy kości, więc pokonanie schodów w dół i z powrotem na górę zajęło jej sporo czasu. Ściągnęła na pomoc muskularnego młodziaka, tyle że moja ręka tkwiła już po sam łokieć między wałkami pralki.

Techniczna smykałka chłopaka nie przekraczała zdolności babci, więc i on nie wpadł na to, by odłączyć dopływ prądu. By mnie ocalić, postanowił uruchomić muskuły. Całą ich mocą rozciągnął rolki pralki, a po chwili, potężnie rażony prądem, wylądował nieprzytomny na drugim końcu łazienki. Ja też padłam na podłogę z siną i opuchniętą ręką.

W tej samej chwili wróciła matka i w lot oceniła sytuację. Wezwała karetkę i wymierzyła mi siarczysty policzek.


W okresie mojego dzieciństwa historia partyzantki odgrywała w szkolnym programie nauczania bardzo ważną rolę. Musieliśmy opanować nazwy wszystkich bitew, rzek czy mostów, które przekroczyli w czasie wojny jej żołnierze. Uczyliśmy się też, rzecz jasna, o Stalinie, Leninie, Marksie i Engelsie. W każdym publicznym miejscu Belgradu wisiał ogromny portret marszałka Tity z podobiznami Marksa i Engelsa po bokach.

Jugosłowiańskie siedmiolatki wstępowały w szeregi pionierów. Zakładały na szyje czerwone chusty, zawsze odprasowane, nawet w nocy pozostające w zasięgu ręki, tuż obok łóżka. Jako pionierzy uczyliśmy się maszerować, śpiewać komunistyczne pieśni, wierzyć w przyszłość ojczyzny i tym podobne. Pamiętam, jaką dumą napawały mnie ta chusta, status pionierki i przynależność do partii. Odkrycie, że ojciec, który zawsze miał bujną czuprynę, używa mojej chusty w charakterze bandany, wprawiło mnie w wielkie przerażenie.

Ogromne znaczenie miały też pochody, w których musiały uczestniczyć wszystkie dzieci. Obchodziliśmy 1 maja, międzynarodowe komunistyczne święto, oraz 29 listopada, dzień powstania Republiki Jugosławii. Wszystkie dzieci urodzone w listopadowe święto mogły odwiedzić Titę, który częstował je cukierkami. Matka powiedziała mi, że należę do tych szczęściarzy, ale nigdy nie pozwalała na wyprawy po słodycze. Co roku oznajmiała, że swoim zachowaniem nie zasłużyłam na ten przywilej. Otrzymywałam więc kolejną karę. Kilka lat później, po dziesiątych urodzinach, odkryłam, że przyszłam na świat nie 29, lecz 30 listopada.


Miesiączkę dostałam w wieku dwunastu lat. Za pierwszym razem trwało to ponad dziesięć dni i krwawiłam naprawdę obficie. Czerwony płyn zdawał się sączyć bez końca. Dziecięce wspomnienia niespodziewanych krwotoków i pobytów w szpitalach spowodowały, że bardzo się wystraszyłam. Myślałam, że umrę.

W zrozumieniu, co się ze mną dzieje i na czym polega menstruacja, pomogła mi raczej nasza pomoc domowa Mara niż matka. Gosposia była miłą, korpulentną kobietą z wielkim zadkiem i pełnymi wargami. Gdy objęła mnie czule, by wyjaśnić zmiany zachodzące w moim ciele, poczułam przedziwną ochotę, by pocałować ją w usta. Niezupełnie do tego doszło – nastąpiła bardzo niezręczna chwila, a później zapał do całowania minął. Odtąd moje ciało stało się jednak źródłem wielu niepojętych odczuć. W tym czasie zaczęłam się też często masturbować, czemu nieodmiennie towarzyszyło głębokie poczucie winy.

W okresie dojrzewania dopadły mnie także pierwsze migreny. Cierpiała na nie i matka – raz lub dwa razy w tygodniu wracała wcześniej z pracy i zamykała się w zaciemnionej sypialni. Babcia przykładała jej do głowy chłodne kompresy – z plastrów mięsa, pomidorów czy ogórków – i wszyscy dosłownie chodziliśmy na palcach, zachowując się niemal bezgłośnie. Danica, naturalnie, nigdy się nie skarżyła, demonstrując iście spartańskiego ducha.

W głowie mi się nie mieściło, że migreny mogą być tak dotkliwe – matka nigdy nie rozmawiała ze mną o swoich i nawet słowem nie okazywała mi współczucia. Ataki ciągnęły się całą dobę. Wiłam się z bólu, a z łóżka wyciągały mnie jedynie biegunka i wymioty. Zresztą rzyganie i sraczka tylko wzmagały łupanie w głowie. Ćwiczyłam leżenie w bezruchu w określonych pozycjach – z dłonią na czole, z idealnie wyprostowanymi nogami albo z głową nachyloną pod pewnym kątem – co przynosiło niewielką ulgę. W ten sposób zaczęłam się uczyć akceptować i opanowywać ból i strach.

Mniej więcej w tym czasie odkryłam w szafce z bielizną pościelową dokumenty rozwodowe rodziców. Ich wspólne życie – czy raczej piekło – miało potrwać jeszcze całe trzy lata. Spali więc w jednym łóżku z pistoletami przy wezgłowiu. Najgorsze były nocne powroty ojca, które doprowadzały matkę do szału i nieodmiennie kończyły się bójką. Za każdym razem pobita matka wbiegała w końcu do mojego pokoju, wyciągała mnie z łóżka i trzymała przed sobą niczym tarczę, by zatrzymać rozjuszonego ojca. Zawsze mnie, nigdy brata.


Fot. 8. Mój brat Velimir, 1962

Do dziś nie znoszę, gdy ludzie w gniewie podnoszą głos. Gdy się to zdarza, zamieram. Jak po zastrzyku – po prostu nie mogę się poruszyć. To bezwiedna reakcja. Sama też się czasem wkurzam, ale bardzo trudno mi się doprowadzić do krzyku. Wymaga to nieprawdopodobnej ilości energii. Niekiedy wrzeszczę podczas performansów – to jeden ze sposobów na wypędzenie demonów, tyle że nawet wtedy nie krzyczę na kogoś.

Ojciec wciąż pozostawał moim przyjacielem, lecz dla matki stawałam się coraz większym wrogiem. Gdy miałam czternaście lat, została przedstawicielką Jugosławii w UNESCO i spędzała w Paryżu długie miesiące. Podczas jej pierwszej nieobecności ojciec przyniósł wielkie gwoździe, wspiął się na drabinę i wbił je w sufit salonu. Wszędzie posypał się gips! Do gwoździ przymocował huśtawkę, co wprawiło mnie i brata w zachwyt. Czuliśmy się jak w niebie – absolutnie wolni. Po powrocie matka szalała z wściekłości. Huśtawkę usunięto.

Na czternaste urodziny ojciec podarował mi pistolet. Był piękny – niewielki i zgrabny, z rękojeścią wykładaną kością słoniową i srebrną grawerowaną lufą.

– To pistolet operowy, do małej torebki – wyjaśnił.

Nigdy nie potrafiłam wyczuć, kiedy żartuje, a kiedy mówi poważnie. Chciał, żebym nauczyła się strzelać, więc zabrałam pistolet do lasu, kilka razy wypaliłam, a potem niechcący upuściłam w śnieżną zaspę. Przepadł na dobre.

Ojciec zabrał mnie też jako czternastolatkę do lokalu ze striptizem. O nic nie pytałam, choć zdawałam sobie sprawę, że to wysoce niestosowne.

Marzyłam o nylonowych pończochach, z punktu widzenia matki – rzecz nie do pomyślenia, bo coś takiego nosiły tylko prostytutki. Ojciec mi je sprezentował, a matka wyrzuciła przez okno. Wiem, że próbował się wkupić w moje łaski – chciał, bym go kochała i nie opowiadała matce o jego eskapadach, ale ona i tak o wszystkim wiedziała.

Matka nigdy nie pozwalała mi ani bratu przyprowadzać do domu kolegów, bo śmiertelnie się bała zarazków. Byliśmy tak nieśmiali, że inne dzieci wciąż się z nas natrząsały. Kiedyś jednak w mojej szkole uruchomiono program wymiany uczniowskiej z Chorwacją. Gościłam w domu pewnej dziewczynki w Zagrzebiu. Miała przecudowną rodzinę. Jej rodzice z miłością odnosili się do dzieci i do siebie nawzajem; wszyscy zasiadali do wspólnych posiłków, rozmawiali i często się śmiali. Później chorwacka koleżanka przyjechała do nas i było naprawdę okropnie. Nie rozmawialiśmy. Nikt się nie śmiał. Nie zdarzyło się nam nawet razem posiedzieć. Tak bardzo się wstydziłam – za siebie i swoją rodzinę, za totalny brak miłości w moim domu – i to poczucie wstydu było dla mnie istną torturą.

Gdy miałam czternaście lat, zaprosiłam do domu kolegę ze szkoły – na rosyjską ruletkę. Byliśmy zupełnie sami. Usiedliśmy naprzeciw siebie przy stole w bibliotece. Rewolwer wzięłam ze stolika nocnego ojca. Wyjęłam naboje, zostawiając tylko jeden, wprawiłam magazynek w ruch i przekazałam go chłopcu. Przyłożył lufę do skroni i nacisnął spust. Rozległ się charakterystyczny trzask. Przekazał mi rewolwer. Zbliżyłam go do skroni i nacisnęłam kurek. Znów usłyszeliśmy trzask. Wtedy skierowałam broń ku biblioteczce i wystrzeliłam. Nastąpiła potężna eksplozja, kula przeleciała przez pokój, by utkwić w grzbiecie Idioty Dostojewskiego. Natychmiast oblałam się zimnym potem. Nie mogłam opanować drżenia.


Swoje nastoletnie życie wspominam jako nader uciążliwe i nieszczęśliwe. Uważałam się za najbrzydszego dzieciaka w szkole, na dodatek nietypowo szpetnego. Byłam wysoka i szczupła, więc przezywano mnie Żyrafą. Musiałam siedzieć w tylnych ławkach ze względu na wzrost, ale nic stamtąd nie widziałam, więc dostawałam kiepskie oceny. W końcu ktoś się domyślił, że potrzebne mi okulary. Nie były to jednak normalne okulary, lecz okropne bryle z czasów komuny, z grubaśnymi szkłami i ciężkimi oprawkami. Usilnie starałam się je zepsuć, „przypadkowo” na nie siadając lub „niechcący” umieszczając na framudze otwartego okna, które później zamykałam.

 

Fot. 9. Z ojcem, w namiastce sztywnej półhalki, 1962

Matka nigdy nie kupowała mi ubrań, jakie nosiły inne dzieciaki. Przykładowo, kiedy zapanowała moda na usztywnione halki, wszystko bym za taką oddała, lecz matka nie chciała ustąpić. Nie dlatego, że brakowało nam pieniędzy. Nic podobnego. Jako partyzanci i komuniści, czyli czerwona burżuazja, rodzice byli zamożniejsi niż otoczenie. Chcąc nie chcąc, markowałam taką halkę. Nosiłam pod wierzchnią spódnicą sześć czy siedem innych, jednak efekt nigdy mnie nie zadowalał. Dodatkowe warstwy wychodziły spod spodu albo wręcz spadały.

Na dodatek miałam jeszcze ortopedyczne buty. Z powodu płaskostopia musiałam nosić specjalne obuwie korekcyjne – nie były to bynajmniej zwykłe buty, lecz okropne socjalistyczne buciory z grubej żółtawej skóry sięgające aż po kostkę. Jakby tej toporności i brzydoty było mało, matka zleciła szewcowi podbicie obcasów metalowymi podkładkami przypominającymi podkowy, co przedłużało wprawdzie trwałość obuwia, ale przy okazji sprawiało, że okropnie stukało. Stuk-stuk, stuk-stuk – i tak przy każdym kroku.

Mój Boże, w tych hałaśliwych buciorach było mnie słychać wszędzie i z daleka. Bałam się nawet wychodzić na ulicę. Gdy ktoś za mną szedł, zatrzymywałam się, by go przepuścić – tak się wstydziłam. Pamiętam zwłaszcza jeden z pochodów pierwszomajowych, gdy nasza szkoła dostąpiła zaszczytu przemaszerowania przed obliczem samego Tity. Musieliśmy utrzymać idealny szyk – przez cały miesiąc ćwiczyliśmy przemarsz na szkolnym boisku, doprowadzając wszystko do perfekcji. Rankiem 1 maja ustawiliśmy się, by rozpocząć pochód, i niemal od razu odpadła mi jedna z „podków”. Nie mogłam prawidłowo maszerować. Natychmiast usunięto mnie z szeregu. Rozpłakałam się ze wstydu i wściekłości.

Nietrudno sobie to wyobrazić – miałam chude nogi, ortopedyczne buty i okropne okulary. Matka obcinała mi włosy wysoko nad uszami i ciasno je spinała. Ubierała mnie w grube wełniane suknie. Miałam też twarz smarkuli z niesamowicie wielkim nosem, który „wydoroślał” znacznie szybciej niż jego bezpośrednie otoczenie. Czułam się paskudnie brzydka.

Pytałam często matkę, czy pozwoli mi na korektę nosa, ale za każdym razem dostawałam jedynie w twarz. Cichaczem wymyśliłam więc plan działania.

W owym czasie wielką gwiazdą kina była Brigitte Bardot, mój ideał kobiecej atrakcyjności i piękna. Sądziłam, że posiadanie podobnie zgrabnego nosa rozwiązałoby wszystkie moje problemy. Wymyśliłam więc plan, w moim przekonaniu doskonały. Powycinałam z gazet rozmaite fotosy Bardot – ujęcia profilowe i en face eksponujące jej piękny nos. Schowałam je wszystkie do kieszeni.

Rodzice mieli w sypialni olbrzymie drewniane łoże małżeńskie. Był ranek, czyli pora, gdy ojciec lubił grywać „na mieście” w szachy, a matka spotykać się z przyjaciółkami na kawie. Zostałam w domu zupełnie sama. Weszłam do sypialni rodziców i postanowiłam zakręcić się wkoło, najszybciej jak się uda. Zamierzałam przewrócić się, uderzyć o twardą krawędź łóżka i złamać nos, by trafić do szpitala. Fotosy Brigitte Bardot trzymałam w kieszeni, sądząc, że korekta nosa według tego wzoru to dla lekarzy bagatelka. Plan wydawał się idealny.

Wirowałam więc coraz szybciej, tyle że upadając, nie trafiłam w nos. Za to paskudnie rozcięłam sobie policzek. Długo leżałam na podłodze, krwawiąc. W końcu wróciła matka. Omiotła całą scenę surowym spojrzeniem, wyrzuciła zdjęcia do toalety i siarczyście mnie spoliczkowała. Spoglądając wstecz, błogosławię los, że nie udało mi się zrealizować tego zamysłu. Moja twarz z nosem aktorki byłaby istną katastrofą. Inna sprawa, że czas wcale nie okazał się dla Bardotki łaskawy.


Dni swoich urodzin bynajmniej nie zaliczałam do szczęśliwych. Po pierwsze, prezenty zawsze okazywały się nietrafione, a po drugie – właściwie nie było wspólnego, rodzinnego świętowania. Nie przeżywaliśmy żadnych radosnych chwil. Pamiętam, że w szesnaste urodziny bardzo się rozpłakałam, bo po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że kiedyś umrę. Czułam się taka niekochana i opuszczona. Słuchałam w kółko Koncertu fortepianowego nr 1 Mozarta – coś w tym utworze sprawiało, że moja dusza zaczynała krwawić. W pewnej chwili rzeczywiście rozcięłam sobie nadgarstek. Krew polała się tak obficie, że poczułam bliskość śmierci. Okazało się, że cięcie było głębokie, lecz ominęło ważne tętnice promieniowe. Babka odwiozła mnie do szpitala, który opuściłam z czterema szwami. Nie powiedziała o niczym matce.

Pisywałam smutne wiersze o śmierci. W gronie rodzinnym nigdy jednak o niej nie rozmawialiśmy, szczególnie w obecności babci. Nie poruszało się przy niej przykrych tematów. Wiele lat później, po wybuchu wojny w Bośni, brat wszedł na dach domu, w którym mieszkała, by rozchwiać antenę telewizyjną. Dzięki temu myślała, że zepsuł się odbiornik, który rzeczywiście oddano do „naprawy”. Z tej też przyczyny (i dlatego, że nie wychodziła już na zewnątrz) babcia nigdy nie dowiedziała się o wojnie.

Gdy miałam siedemnaście lat, rodzice wyprawili przyjęcie, by uczcić osiemnastolecie szczęśliwego związku małżeńskiego. Zaprosili do domu przyjaciół i wydali uroczysty obiad. Rodzinny dramat powrócił natychmiast po wyjściu ostatniego gościa.

Ojciec poszedł do kuchni posprzątać – rzecz niespotykana, bo takie czynności nigdy nie zaprzątały mu głowy. Akurat tego dnia z niewyjaśnionych przyczyn znalazł się przy zlewie.

– Zacznijmy od kieliszków do szampana. Ja myję, ty wycierasz – zaproponował mi.

Chwyciłam więc ręcznik do naczyń, gotowa przystąpić do pracy. Niestety, ojciec niechcący stłukł pierwszy umyty kieliszek. W tej samej chwili do kuchni weszła matka, zobaczyła rozbite szkło na podłodze i wybuchła gniewem. Przez kilka godzin udawali szczęśliwych, więc tłumiła w sobie całą złość i gorycz – wściekłość, która znalazła teraz ujście. Rozkrzyczała się na ojca za wszystko – za jego niezdarność, za małżeńską katastrofę i za rozliczne kochanki. On zaś stał nieruchomo. Obserwowałam tę scenę w milczeniu, ze ścierką do naczyń w ręku.

Matka nie przestawała krzyczeć, a ojciec nie przerywał milczenia. Nie wykonał najmniejszego ruchu. Czułam się jak bohater sztuki Becketta. Po długich lamentach nad ich rozpieprzonym związkiem matka ucichła, bo ojciec nie reagował. Wreszcie się odezwał:

– Skończyłaś?

Kiedy potwierdziła, wziął pozostałe kieliszki do szampana i – jeden po drugim – rzucił wszystkich jedenaście na podłogę.

– Mowy nie ma, żebym miał to znosić jeszcze jedenaście razy – powiedział i wyszedł z domu.

To był początek końca. Wkrótce na dobre nas opuścił. Wieczorem, gdy odchodził, zajrzał do mojego pokoju, żeby się pożegnać.

– Wychodzę i już nigdy nie wrócę, ale wciąż będziemy się widywać – powiedział. Wyprowadził się do hotelu i odtąd z nami nie mieszkał.

Nazajutrz tak rozpaczałam, że doznałam załamania nerwowego. Sprowadzono doktora, który podał mi jakiś lek, bo nie mogłam przestać płakać. Z żalu odchodziłam od zmysłów, bo ojciec zawsze obdarzał mnie miłością i wsparciem. Wiedziałam, że po jego odejściu będę jeszcze bardziej osamotniona.

Wtedy jednak wprowadziła się babcia.


Kuchnia stała się centrum mojego świata – początkiem wszystkich zdarzeń. Zatrudnialiśmy pomoc domową, ale babcia Milica nigdy nie darzyła jej zaufaniem, więc z samego rana przejmowała ster w gospodarstwie. Mieliśmy piec opalany drewnem i duży stół, przy którym siadywałam z babcią, by omówić z nią swoje sny. To nas najbardziej zajmowało. Babka interesowała się znaczeniem snów i odczytywaniem pojawiających się w nich symboli. Jeśli śniły się wypadające zęby, które wcale przy tym nie bolały, oznaczało to śmierć znajomej osoby. Jeśli jednak pojawiało się przy tym cierpienie, umrzeć miał członek rodziny. Sny o krwi zwiastowały dobre nowiny, a o własnej śmierci – długie życie.

Matka wychodziła do pracy kwadrans po siódmej. Dopiero wtedy wszyscy czuliśmy się swobodniej. A gdy wracała po południu (punktualnie o drugiej piętnaście), ponownie następowała mobilizacja – jak w wojsku przed inspekcją. Zawsze się obawiałam, że zrobiłam coś nie tak, że niewłaściwie postawiłam jakąś książkę lub w inny sposób zaburzyłam porządek w domu.

Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy przy kuchennym stole, babcia opowiedziała mi swoją historię – sądzę, że była w stosunku do mnie znacznie bardziej otwarta niż w relacjach z innymi.

Matka babci pochodziła z bardzo bogatej rodziny i zakochała się w służącym. Takie rzeczy były oczywiście zabronione. Rodzina ją odrzuciła. Zamieszkała z ukochanym w jego wsi. Żyli tam w skrajnej biedzie. Doczekali się siedmiorga dzieci. By dorobić, prababka zajmowała się praniem. Opierała nawet własną rodzinę, która w zamian dawała jej trochę pieniędzy lub żywność. Jedzenia wciąż im jednak brakowało. Babcia opowiadała mi, że prababka – osoba bardzo dumna – trzymała zawsze na piecu cztery garnki, tyle że robiła to jedynie na pokaz, na wypadek niespodziewanej wizyty sąsiadów, i gotowała w nich samą wodę, bo zwykle w domu nie było czego do nich wrzucić.

Babcia była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa i wyróżniała się urodą. Kiedy miała piętnaście lat, pewnego dnia w drodze do szkoły poczuła na sobie wzrok nieznajomego, któremu towarzyszył inny mężczyzna. Gdy wróciła do domu, matka poleciła jej podać kawę, bo odwiedził ich kandydat do jej ręki. Taki był wtedy zwyczaj.

Dla rodziny babci zainteresowanie okazane córce przez wyglądającego na dżentelmena nieznajomego było prawdziwym błogosławieństwem. Klepali biedę, więc wydanie jej za mąż zmniejszyłoby liczbę osób do wykarmienia. Co więcej, kandydat pochodził z miasta i okazał się zamożny, choć przy tym znacznie starszy – dzieliła go z babką dwudziestoletnia różnica wieku. Pamiętała, że podając mu kawę po turecku, po raz pierwszy miała okazję spojrzeć przyszłemu mężowi w twarz. I że okazała się zbyt nieśmiała, by się na to odważyć. Mężczyzna omówił z rodzicami babci plany małżeńskie i odjechał.

Trzy miesiące później młodą narzeczoną przewieziono na miejsce ślubu, po którym zamieszkała w domu męża. Miała piętnaście lat i wciąż była dzieckiem – dziewicą. Nikt nie rozmawiał z nią o seksie.

Babcia opowiedziała mi o nocy poślubnej, kiedy mąż spróbował się do niej zbliżyć. Zaczęła krzyczeć, że ją mordują, i w poszukiwaniu schronienia uciekła do teściowej – która mieszkała razem z nimi – i wskoczyła do jej łóżka z krzykiem:

– On chce mnie zabić! Chce mnie zabić!

Kobieta tuliła ją całą noc, uspokajając:

– To nieprawda, chodzi mu o coś zupełnie innego.

Minęły jeszcze trzy miesiące, nim babka straciła dziewictwo.

Dziadek miał dwóch braci. Jeden został księdzem prawosławnym, a drugi kupcem jak dziadek. Byli wspólnikami importującymi z Bliskiego Wschodu przyprawy, jedwab i inne towary. Mieli sklepy, domy, ziemię i należeli do bardzo zamożnych.

Brat dziadka, który był duchownym, został później patriarchą Serbskiego Kościoła Prawosławnego, najpotężniejszą po władcy osobą w kraju. W latach trzydziestych XX wieku, jeszcze w czasach monarchii, król Aleksander poprosił patriarchę o zjednoczenie Kościoła prawosławnego z katolickim, lecz spotkał się z odmową.

Władca zaprosił więc patriarchę oraz jego bogatych braci na obiad, podczas którego zamierzał przedyskutować tę kwestię. Przybyli, lecz duchowny wciąż obstawał przy swoim. Podczas posiłku braciom podano dania zawierające potłuczone diamenty. W ciągu miesiąca wszyscy trzej zmarli w męczarniach spowodowanych krwotokami wewnętrznymi. Babcia owdowiała więc bardzo młodo.

Relacja babci z matką była dziwna i bynajmniej nie dobra. Babka z rozlicznych powodów wciąż złościła się na córkę. Przed wojną jako zamożna wdowa trafiła przez nią, zadeklarowaną komunistkę – za kratki. Musiała wykupić się z więzienia, poświęcając odłożone na czarną godzinę złoto. Po wojnie zaś, gdy komuniści doszli do władzy, matka, udowadniając swoje oddanie partii, wyrzekła się wszelkich posiadanych dóbr, w tym należących do babki. Sporządziła nawet listę ze stanem posiadania rodzicielki i w dowód lojalności przekazała ją komunistom. Uczyniła to, rzecz jasna, dla dobra kraju. Babka utraciła więc swoje sklepy. Odebrano jej ziemię i dom. Pozbawiono dosłownie wszystkiego. Poczuła się zdradzona przez własną córkę.

 

A teraz, po odejściu ojca, babka zamieszkała właśnie z nami. Nie było im łatwo – ani jej, ani matce, lecz dla mnie obecność babci miała ogromne znaczenie.

Do dziś żywo wspominam niektóre chwile z jej udziałem. Odkąd skończyła trzydziestkę, obmyślała swój strój do trumny. Co dziesięć lat odświeżała go, by odpowiadał aktualnym trendom mody. Początkowo zamierzała odejść w beżach. Później zdecydowała się na kropki. Potem na granat w cieniutkie paseczki i tak dalej. Dożyła stu trzech lat.

Gdy pytałam ją o wspomnienia z czasów obu wojen światowych, odpowiadała:

– Niemcy zachowują się bardzo poprawnie. Włosi natychmiast rozglądają się za fortepianem i w głowie im tylko balangi. A kiedy nadchodzą Rosjanie, każdy bierze nogi za pas, bo gwałcą wszystkie kobiety, nieważne – młode czy stare.

Pamiętam też, że gdy babka po raz pierwszy znalazła się w samolocie, poprosiła stewardesę o miejsce z dala od okna, bo właśnie wyszła od fryzjera i nie chciała, by wiatr rozwichrzył jej uczesanie.

Podobnie jak wiele innych osób naszego kręgu kulturowego w tamtej epoce, babka była bardzo przesądna. Wierzyła, że kto po wyjściu z domu ujrzy ciężarną lub wdowę, musi natychmiast oderwać sobie z ubrania guzik i go wyrzucić, w przeciwnym razie czeka go nieuchronny pech. Za to spadająca nań znienacka ptasia kupa zwiastowała szczęście.

Gdy miałam w szkole sprawdziany, babka wylewała na mnie przy wyjściu szklankę wody, żeby wszystko poszło jak po maśle. Czasami w środku zimy chodziłam więc do szkoły z przemoczonymi do nitki plecami!

Milica wróżyła też z fusów kawy parzonej po turecku lub z ziaren fasoli, które rozrzucała pełną garścią, by interpretować tworzone przez nie abstrakcyjne obrazy.

Te znaki i rytuały stanowiły dla mnie namiastkę duchowości. Łączyły mnie też z moim wewnętrznym światem, marzeniami i snami. Wiele lat później, gdy pojechałam do Brazylii zgłębiać szamanizm, przekonałam się, że szamani także doszukują się tego rodzaju znaków. Jeśli swędzi lewe ramię, to sygnał o pewnym przesłaniu. Każda część ciała wiąże się z konkretnymi znakami, które pozwalają zrozumieć, co się z człowiekiem dzieje – nie tylko na poziomie duchowym, ale też fizycznym i umysłowym.

Niemniej, gdy byłam nastolatką, czułam zaledwie przedsmak tego wszystkiego, a niezdarne ciało stanowiło dla mnie jedynie źródło zakłopotania.

Zostałam przewodniczącą szkolnego klubu szachowego – byłam niezłym graczem. Szkoła zwyciężyła w turnieju i wyznaczono mnie do odbioru nagrody na scenie. Matka nie chciała mi kupić nowej sukienki, wystąpiłam więc na uroczystości w ortopedycznych butach i podróbce usztywnianej halki. Urzędnik wręczył mi nagrodę – pięć nowych szachownic. Znosząc je ze sceny, utkwiłam gdzieś wielkim butem i upadłam, a plansze rozleciały się na wszystkie strony. Wszyscy się śmiali. Po tym zdarzeniu rodzinie długo nie udawało się wyciągnąć mnie z domu. I na dobre straciłam ochotę na szachy.

Głęboki wstyd, wielka nieśmiałość. Jako nastolatka odczuwałam ogromny lęk przed rozmową z ludźmi. Teraz mogę stanąć przed trzytysięczną publicznością bez jakichkolwiek notatek; bez zakładania z góry, co chcę jej przekazać, nawet bez materiałów wizualnych, i patrząc na nią, z łatwością mówić przez dwie godziny.

Co się stało?

Sztuka.

Gdy miałam czternaście lat, poprosiłam ojca o farby olejne. Kupił mi je, a na dodatek zorganizował naukę malowania u przyjaciela z czasów partyzantki, Branka Filipovicia Filo, przedstawiciela kierunku zwanego informelem, który swoje obrazy nazywał abstrakcyjnymi pejzażami. Artysta przybył do mojej maleńkiej pracowni z farbami, płótnem i innymi materiałami, by udzielić mi pierwszej lekcji.

Odciął kawałek płótna i rozłożył go na podłodze. Otworzył puszkę z klejem, rozlał go, dodał nieco piasku i trochę żółtego, czerwonego i czarnego pigmentu. Następnie skropił wszystko obficie benzyną, zapalił zapałkę i spowodował wybuch.

– To zachód słońca – obwieścił i wyszedł.

Byłam pod wielkim wrażeniem. Odczekałam, aż zwęglone szczątki przeschną, i ostrożnie zawiesiłam je na ścianie. Potem wyjechaliśmy na rodzinne wakacje. Gdy wróciliśmy, sierpniowe słońce zdążyło dosuszyć pracę. Kolory spełzły, a piasek poodpadał. Z dzieła pozostała jedynie kupka popiołu i piasku. Zachód słońca przestał istnieć.

Dopiero później zrozumiałam, na czym polegała istotność tego doświadczenia. Nauczyłam się dzięki niemu, że proces jest ważniejszy niż efekt, tak jak performans znaczy dla mnie więcej niż obiekt. Widziałam, jak powstaje praca Filipovicia i jak się rozpada. Nie było w tym trwałości ani autorskiego przywiązania do efektu. Tylko czysty proces. Później natknęłam się na słowa Yves’a Kleina, które pokochałam: „Moje obrazy to tylko popioły mojej sztuki”.

Wciąż malowałam w domowej pracowni, jednak pewnego dnia, leżąc na trawie i wpatrując się w bezchmurne niebo, zobaczyłam dwanaście wojskowych odrzutowców, które przelatując, pozostawiły białe smugi. Zafascynowana obserwowałam, jak ślady znikają, a niebo odzyskuje nieskazitelny błękit. Wtedy pomyślałam – dlaczego malarstwo? Dlaczego mam się ograniczać do dwóch wymiarów, jeśli mogę tworzyć za pomocą dosłownie wszystkiego: ognia, wody, ludzkiego ciała? Wszystkiego! Coś jakby zaskoczyło w mojej głowie – uświadomiłam sobie, że bycie artystą oznacza bezgraniczną wolność. Jeśli zechcę stworzyć coś z kurzu czy śmieci, mogę to zrobić. To uczucie było niewiarygodnie wyzwalające, szczególnie dla kogoś wychowanego w domu na każdym kroku ograniczającym swobodę.

Pojechałam do bazy lotniczej w Belgradzie poprosić o użyczenie dwunastu samolotów. Zamierzałam tak nimi pokierować, by stworzone przez nie smugi ułożyły się we wzór na niebie. Ktoś w bazie zadzwonił do ojca.

– Proszę przyjechać i zabrać stąd córkę. Wymyśla sobie rysunki na niebie, a pojęcia nie ma, ile kosztują loty odrzutowców.

Nie od razu porzuciłam malowanie. Kiedy miałam siedemnaście lat, zaczęłam przygotowania do egzaminów wstępnych do Akademii Sztuk Pięknych w Belgradzie. Najpierw odbywało się wieczorowe kursy rysunku, żeby zebrać portfolio. Pamiętam, jak koledzy mówili:

– Po co się w ogóle wysilasz? Nawet palcem nie musisz kiwnąć – wystarczy jeden telefon matki i zaraz się dostaniesz.

Wkurzałam się, ale w rzeczywistości wprawiało mnie to w wielkie zażenowanie. Mieli rację. Tym bardziej zależało mi na określeniu swej tożsamości.

Na zajęciach wieczorowych przerabialiśmy rysunek postaci z natury, czyli rysowaliśmy nagich modeli. Kobiety i mężczyzn, a ja nigdy dotąd nie widziałam gołego faceta. Pamiętam, że kiedyś pozował nam niewysoki Rom z penisem zwisającym po kolana. Nie mogłam na niego patrzeć! Narysowałam więc wszystko oprócz członka. Krążący po pracowni profesor za każdym razem powtarzał:

– Rysunek nie jest skończony.

Kiedyś, gdy miałam jedenaście lub dwanaście lat, siedziałam na kanapie, czytając fascynującą książkę, i objadałam się czekoladą. Przeżywałam rzadką chwilę pełni szczęścia. Siedziałam w rozluźnionej pozie, z nogami rozrzuconymi na poduszce. Wtem, nie wiedzieć skąd, pojawiła się matka i wymierzyła mi tak siarczysty policzek, że dostałam krwotoku z nosa.


Fot. 10. W Rovinj na Istrii, 1961

– Za co? – wykrztusiłam.

– Na kanapie trzymaj nogi razem – odparła.

Matka miała nader dziwne podejście do seksu. Bardzo się obawiała, że przed ślubem stracę dziewictwo. Kiedy dzwonił do mnie jakiś chłopak, pytała:

– Czego pan chce od mojej córki? – i rzucała słuchawką.

Otwierała nawet moją korespondencję. Mówiła o seksie jak o czymś brudnym, co przydaje się jedynie do poczynania dzieci. Bałam się go, bo nie chciałam zajść w ciążę. Posiadanie dzieci kojarzyło mi się ze straszną pułapką, a przecież zawsze pragnęłam tylko wolności. Kiedy dostałam się do Akademii Sztuk Pięknych, wszyscy na roku utratę cnoty mieli już za sobą. Koledzy bawili się na imprezach, a moja matka wciąż wymagała ode mnie powrotu do domu przed dziesiątą, nawet gdy skończyłam dwadzieścia lat. Nigdzie więc nie wychodziłam. Nie miałam chłopaka i byłam głęboko przekonana, że coś jest ze mną nie w porządku. Dziś podobam się sobie na starych fotografiach, lecz wtedy czułam się przeraźliwie brzydka.