Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,80  71,84 
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audio
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audiobook
Czyta Dorota Landowska
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Książkę tę dedykuję

PRZYJACIOŁOM oraz WROGOM

Podziękowania

Nie zdołałabym pokonać żadnego muru bez pomocy innych.

Przede wszystkim chcę wyrazić najgłębszą wdzięczność Jamesowi Kaplanowi. Spędził długie godziny, wysłuchując mnie, i pomógł mi opowiedzieć moją historię. Byłam do głębi poruszona jego pragnieniem zrozumienia mojego życia.

Serdeczne podziękowania kieruję również do Davida Kuhna, który przekonał mnie, że czas spisać wspomnienia, i był dla mnie niestrudzonym przewodnikiem po świecie literackim, oraz do Nicole Tourtelot.

Dziękuję mojemu wydawcy, Molly Stern, za otwartość, którą się wykazała, dostrzegając potencjał w mojej opowieści.

Jestem też ogromnie wdzięczna mojej redaktorce, Tricii Boczkowski, za błyskotliwe komentarze, ciągłe wsparcie i docenienie mojego słowiańskiego poczucia humoru.

Z radością współpracowałam z wysoce profesjonalnym i zaangażowanym zespołem z Crown Archetype, w którego skład wchodzili: David Drake, Penny Simon, Jesse Aylen, Julie Cepler, Matthew Martin, Christopher Brand, Elizabeth Rendfleisch, Robert Siek, Kevin Garcia, Aaron Blank i Wade Lucas.

Prawdziwym dobrodziejstwem była też praca z cierpliwymi i pełnymi pasji członkami mojego zespołu z Abramović LLC: Giulianem Argenzianem, Allison Brainard, Cathy Koutsavlis, Polly Mukai-Heidt i Hugonem Huertą, a także z Instytutu Mariny Abramović: Serge’em Le Borgne’em, Thanosem Argyropoulosem, Billym Zhao, Paulą Garcią i Lynsey Peisinger.

Chcę również podziękować galeriom za wspieranie sztuki, o której można przeczytać w tej książce: nowojorskiej Sean Kelly Gallery, londyńskiej Lisson Gallery, Galleria Lia Rumma z siedzibami w Neapolu i Mediolanie, Luciana Brito Galeria z São Paulo, Art Bärtschi & Cie z Genewy, wiedeńskiej Galerie Krinzinger oraz Galleri Brandstrup z Oslo.

Mam także nadzieję, że czytając tę opowieść, mój brat Velimir, jego córka Ivana oraz trójka moich chrześniaków, Vladka, Antonio i Nemo, z większym zrozumieniem odniosą się do pewnych wyborów, których w życiu dokonałam, i decyzji, które podjęłam.

Dziękuję też Dave’owi Gibbonsowi za okazane mi nieocenione wsparcie duchowe w życiu prywatnym i zawodowym oraz Ricie Capasie za przyjaźń i siostrzaną miłość.

Jestem również ogromnie wdzięczna wspaniałym ludziom, którzy od dłuższego czasu dbają o moje zdrowie i robili to także w trakcie powstawania tej książki. Należą do nich: dr David Orentreich, dr Linda Lancaster, dr Radha Gopalan, mój trener Mark Jenkins oraz moja masażystka Sarah Faulkner.

Bardzo wiele osób, których drogi życiowe skrzyżowały się kiedyś z moją drogą, ma dla mnie wielkie znaczenie. Bardzo żałuję, że nie wystarczy tu miejsca, by o nich wszystkich wspomnieć.

Kończąc, wyrażam również nadzieję, że ta książka będzie dla wszystkich inspiracją i dowodem, że jeśli nie brakuje nam chęci i pasji, nie ma przeszkód nie do pokonania.

Boulbon, Francja, 2016

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1.

Pewnego ranka spacerowałam z babcią po lesie. Wokół niezwykłe piękno i spokój. Byłam wtedy małą, zaledwie czteroletnią dziewczynką. Nagle dostrzegłam coś bardzo dziwnego – linię biegnącą w poprzek drogi. Tak mnie zaciekawiła, że podeszłam bliżej. Chciałam jej dotknąć. W tym momencie babcia tak głośno krzyknęła. Zapadło mi to w pamięć. Przez drogę sunął ogromny wąż.

Wtedy po raz pierwszy w życiu naprawdę odczułam strach – nie miałam jednak pojęcia, czego powinnam się bać. Właściwie przestraszyłam się głosu babci. A wąż szybko odpełzł dalej.

To niesamowite, jak rodzice i inne osoby z otoczenia zasiewają w człowieku strach. Na początku jest się tak niewinnym, nieświadomym.


Fot. 1. Ja w Belgradzie, 1951

Pochodzę z mrocznego miejsca. Z powojennej Jugosławii okresu od połowy lat czterdziestych po połowę siedemdziesiątych. Komunistycznej dyktatury pod wodzą marszałka Tity. Szarej, monotonnej, z wiecznym niedoborem praktycznie wszystkiego. Komunizm i socjalizm łączy rodzaj estetyki opartej na czystej brzydocie. Belgradowi mojego dzieciństwa brakowało nawet monumentalizmu moskiewskiego placu Czerwonego. Wszystko wyglądało, jakby było z drugiej ręki. Jakby przywódcy patrzyli przez pryzmat cudzego komunizmu i budowali coś gorszego, mniej funkcjonalnego i bardziej popieprzonego.

Nie zapomnę przestrzeni publicznych – malowano je przybrudzoną zielenią, a nieosłonięte żarówki rzucały sinoszare światło, które jakby zaciemniało widok. Połączenie takiego oświetlenia i barwy ścian nadawało skórze żółtawozielonkawy odcień spotykany u osób z chorą wątrobą. Wszelkie działanie rodziło poczucie ucisku i niejakiego przygnębienia.

Mnóstwo rodzin zamieszkiwało ogromne, szkaradne bloki. Młodzi nie mieli szans na własne mieszkania, więc każde mieściło kilka pokoleń – dziadków, nowożeńców, a później ich potomstwo. Prowadziło to do nieuniknionych problemów – rodziny gnieździły się przecież w okropnej ciasnocie. Spragnionym seksu młodym pozostawały jedynie park lub kino. A szansa na kupienie czegoś nowego czy ładnego była naprawdę znikoma.

W czasach komuny krążył taki dowcip: facet odchodzi na emeryturę i w nagrodę za wyróżniającą się pracę dostaje zamiast zegarka nowy samochód. W biurze dowiaduje się, że naprawdę wyjątkowy z niego szczęściarz – dostanie go w określonym terminie, już za dwadzieścia lat.

– Rano czy po południu? – pyta facet.

– Co za różnica? – dziwi się urzędnik.

– Tego dnia mam jeszcze hydraulika – odpowiada emeryt.

Moja rodzina nie musiała tego wszystkiego znosić. Rodzice byli bohaterami wojennymi – walczyli z nazistami w jugosłowiańskiej partyzantce komunistów z Titą na czele, więc po wojnie zostali prominentnymi członkami partii i objęli wysokie stanowiska. Ojca powołano w szeregi elitarnej ochrony marszałka Tity, a matka kierowała instytutem nadzorującym zabytki i zaopatrującym państwowe budynki w dzieła sztuki. Była także dyrektorem Muzeum Sztuki i Rewolucji. Dlatego mieliśmy sporo przywilejów. Zajmowaliśmy duże mieszkanie w centrum Belgradu, przy ulicy Macedońskiej 32. Wielki zabytkowy budynek z lat dwudziestych XX wieku miał elegancki wystrój, witraże i zdobienia z kutego żelaza, przez co przypominał paryskie kamienice. Mieliśmy dla siebie całe piętro – siedem pokojów dla czteroosobowej rodziny: rodziców, młodszego brata i mnie. W tamtych czasach było to niesłychaną rzadkością. Cztery sypialnie, jadalnia, ogromny salon (tak nazywaliśmy pokój dzienny), kuchnia, dwie łazienki i pokój służącej. W salonie stały regały pełne książek i wielki czarny fortepian, a całe ściany obwieszone były obrazami. Ponieważ matka kierowała Muzeum Rewolucji, mogła odwiedzać malarzy i kupować ich płótna – prace malowane pod wpływem Cézanne’a, Bonnarda czy Vuillarda, a także liczne abstrakcje.


Fot. 2. Moi rodzice, Danica i Vojin Abramoviciowie, 1945

W młodości uważałam nasze mieszkanie za szczyt luksusu. Później odkryłam, że kiedyś należało ono do zamożnej żydowskiej rodziny i zostało skonfiskowane podczas hitlerowskiej okupacji. Z czasem zorientowałam się też, że obrazy, którymi matka zapełniła mieszkanie, bynajmniej nie należały do arcydzieł. Spoglądając w przeszłość, dostrzegam, że – z tych i innych przyczyn – nasz dom był naprawdę okropnym miejscem.

Matka, Danica, i ojciec, Vojin zwany Vojem, przeżyli podczas II wojny światowej wspaniały romans. Niesamowita historia – ona była piękna, on przystojny, a każde ocaliło drugiemu życie. Matka była majorem i dowodziła oddziałem działającym na linii frontu, który odpowiadał za odszukiwanie i ratowanie rannych partyzantów. Kiedyś, podczas niemieckiego natarcia, zapadła na tyfus i leżała wśród ciężko rannych – nieprzytomna, z wysoką gorączką, nakryta kocem po czubek głowy.

Z pewnością by umarła, gdyby nie słabość ojca do kobiet. Kiedy dojrzał spływające spod koca długie włosy, zwyczajnie nie zdołał się powstrzymać przed uchyleniem nakrycia. A gdy zobaczył, jak urodziwa dziewczyna się pod nim kryje, przetransportował ją w bezpieczne miejsce w pobliskiej wsi, gdzie wyzdrowiała dzięki troskliwym chłopom.

Pół roku później wróciła na front, by znów zająć się odstawianiem rannych do szpitala. W jednym z ciężko rannych natychmiast rozpoznała mężczyznę, który ocalił jej życie. Ojciec śmiertelnie się wykrwawiał, a brakowało krwi do transfuzji. Matka odkryła jednak, że ma tę samą grupę, oddała krew i uratowała mu życie.

Zupełnie jak w bajce. Później wojna znów ich rozdzieliła.

Odnaleźli się jednak, a po zakończeniu działań wojennych pobrali. Dołączyłam do nich ponad rok później – 30 listopada 1946.

 

Noc przed rozwiązaniem matce śniło się, że rodzi olbrzymiego węża. Następnego dnia, gdy przewodniczyła zebraniu partyjnemu, odeszły jej wody. Odmówiła przerwania posiedzenia i dopiero po jego zakończeniu pojechała do szpitala.

Przyszłam na świat przedwcześnie, a poród okazał się dla matki bardzo ciężki. Część łożyska pozostała w macicy i rozwinęła się sepsa. Matka znów była o włos od śmierci; niemal przez rok musiała przebywać w szpitalu. Przez pewien czas po powrocie do domu praca i wychowywanie mnie sprawiały jej sporą trudność.

Początkowo zajmowała się mną nasza pomoc domowa. Byłam chorowitym niejadkiem – istna skóra i kości. Gosposia miała syna w tym samym wieku, który zjadał wszystko, co po mnie zostało. Wyrósł na ogromnego grubasa. Gdy odwiedziła nas babcia Milica, matka matki, na mój widok wpadła w przerażenie. Natychmiast zabrała mnie ze sobą i pozostałam u niej do szóstego roku życia, do narodzin brata. Rodzice przyjeżdżali do mnie jedynie w weekendy. Traktowałam ich jak dwoje nieznajomych, którzy zjawiają się raz w tygodniu i przywożą nietrafione prezenty.

Podobno we wczesnym dzieciństwie nie lubiłam chodzić. Kiedy babcia wybierała się na rynek, sadzała mnie przy kuchennym stole i tam po powrocie znajdowała. Nie wiem, z czego to wynikało, być może z tego, że przechodziłam z rąk do rąk. Nie miałam swojego miejsca i sądziłam pewnie, że jeśli gdzieś pójdę, znów będę musiała je zmienić.

W małżeństwie rodziców niemal natychmiast zaczęło się psuć, chyba jeszcze zanim przyszłam na świat. Połączyła ich niesamowita miłość i wzajemna atrakcyjność – krótko mówiąc, seks – lecz jednocześnie tyle ich dzieliło. Matka pochodziła z bogatej rodziny i była intelektualistką; studiowała w Szwajcarii. Pamiętam, jak babcia wspominała, że gdy matka opuściła dom, by dołączyć do partyzantów, wzięła jedynie stare chłopskie buciory, pozostawiając sześćdziesiąt par innych butów.

Rodzina ojca należała do ubogich, lecz bohaterskich. Dziadek był majorem odznaczonym za zasługi w boju, a ojca jeszcze przed wojną więziono za komunistyczne poglądy.

Dla matki komunizm był abstrakcyjną ideą, czymś, co odkryła w Szwajcarii, ucząc się o Marksie i Engelsie. Jej udział w partyzantce wynikał z idealizmu czy nawet chęci podążania za modą. W przypadku ojca był jedynym możliwym wyborem – pochodził przecież z biednej, a przy tym wojowniczej rodziny. Był prawdziwym komunistą. Wierzył, że komunizm to sposób na zmianę systemu klasowego.

Matka uwielbiała balet, operę i koncerty muzyki klasycznej. Ojciec przepadał za pieczonymi prosiakami i popijawami ze starą partyzancką bracią. Mieli więc ze sobą niewiele wspólnego, co skończyło się bardzo nieszczęśliwym małżeństwem. Nieustannie się kłócili. Do tego dochodziła jeszcze słabość ojca do płci pięknej, dzięki której zresztą poznał matkę.

Od początku małżeństwa nie udawało mu się dochować wierności. Matka nienawidziła tego i wkrótce przeniosła to uczucie na ojca. A ja, rzecz jasna, byłam tego wszystkiego nieświadoma – mieszkałam przecież u babci. Gdy miałam sześć lat, urodził się mój brat Velimir i wróciłam do domu rodziców. Nowi opiekunowie, dom i brat – wszystko naraz. Niemal natychmiast poczułam się nieszczęśliwa.

Pamiętam, że chciałam wrócić do babci, bo czułam się tam tak bezpiecznie, tak spokojnie. Jej poranne i wieczorne rytuały nadawały dniom swoisty rytm. Babcia należała do głęboko wierzących i całe jej życie kręciło się wokół cerkwi. Codziennie o szóstej rano, po wschodzie słońca, zapalała świecę i odmawiała modlitwę. Powtarzała to także o szóstej wieczorem. Do szóstego roku życia codziennie towarzyszyłam jej w cerkwi. Poznałam imiona rozmaitych świętych i ich historie. Dom babci zawsze wypełniał zapach kadzidła i świeżo palonej kawy. Wypalała zielone ziarna i własnoręcznie je mieliła. Jej dom dawał mi ogromne poczucie spokoju.

Gdy przeniosłam się do rodziców, brakowało mi tych rytuałów. Rodzice budzili się rano tylko po to, by przepracować cały dzień, i zostawiali mnie pod opieką pomocy domowych. Na dodatek byłam bardzo zazdrosna o brata. Jako chłopiec natychmiast stał się ulubieńcem. Na Bałkanach tak po prostu jest. Dziadkowie ze strony ojca mieli siedemnaścioro dzieci, lecz babcia trzymała jedynie zdjęcia synów. Narodziny mojego brata potraktowano jak wielkie wydarzenie. Później dowiedziałam się, że o moim przyjściu na świat ojciec nikomu nawet nie powiedział. Velimirem natychmiast pochwalił się przyjaciołom, z którymi wspólnie świętował, pijąc, strzelając w powietrze i szastając pieniędzmi.

Co gorsza, brat zapadł wkrótce na dziecięcą epilepsję – ataki sprawiały, że wszyscy koncentrowali się na nim, obdarzając go jeszcze większą uwagą. Kiedyś, gdy nikt nie widział (miałam wtedy sześć lub siedem lat), spróbowałam wykąpać brata i niemal go utopiłam – włożyłam go do wanny i plum – zniknął pod wodą. Gdyby babcia w porę nie wyłowiła Velimira, byłabym jedynaczką.


Fot. 3. Z ciotką Kseniją, babcią Milicą i bratem Velimirem, 1953

Oczywiście zostałam ukarana. Karano mnie często, za najdrobniejsze przewinienia, niemal zawsze cieleśnie – biciem, klapsami lub policzkowaniem. Dyscyplinowały mnie matka albo jej siostra Ksenija, która na jakiś czas się do nas wprowadziła – nigdy ojciec. Biły na kwaśne jabłko; chodziłam cała posiniaczona. Czasami jednak uciekały się do innych metod. W mieszkaniu mieliśmy wnękową szafę na ubrania, bardzo ciemną i głęboką – w języku serbsko-chorwackim określaną słowem plakar. Drzwi zlewały się ze ścianą i nie miały gałki; by je otworzyć, wystarczyło pchnąć. Szafa fascynowała mnie, a jednocześnie przerażała. Nie wolno mi było wchodzić do środka. Czasami jednak, kiedy coś zbroiłam – albo gdy matka lub ciotka uznały, że byłam niegrzeczna – za karę mnie tam zamykały.

Okropnie się bałam ciemności. Ale plakar zamieszkiwały duchy – świetliste, bezkształtne i milczące istoty, które bynajmniej nie wydawały mi się straszne. Rozmawiałam z nimi. Ich obecność odczuwałam jako zupełnie naturalną. Stanowiły po prostu część mojej rzeczywistości, mojego życia. Znikały, gdy tylko zapalałam światło.


Jak już wspomniałam, ojciec był bardzo przystojnym mężczyzną – o surowych, wyrazistych rysach, z gęstą i bujną czupryną. Miał twarz bohatera. Na zdjęciach z czasów wojny prawie zawsze dosiada białego konia. Walczył w 13. Dywizji Czarnogórskiej, grupie partyzantów, która przeprowadzała błyskawiczne ataki na Niemców. Wymagało to niesamowitej odwagi. W trakcie walk stracił wielu przyjaciół.

Jego najmłodszy brat wpadł w ręce nazistów, którzy zamęczyli go na śmierć, a oddział partyzancki ojca złapał i przyprowadził mu żołnierza, który go zabił. Ojciec nie zastrzelił Niemca. „Nikt już nie wskrzesi mi brata” – powiedział, po czym wypuścił tego żołnierza. Był wojownikiem i kierował się w walce głębokim poczuciem etyki.


Fot. 4. Vojo w dniu wyzwolenia Belgradu, 1944

Ojciec nigdy mnie za nic nie ukarał, nigdy nie uderzył i za to go pokochałam. I choć często wyjeżdżał ze swoją jednostką, gdy mój brat był jeszcze niemowlęciem, stopniowo się do siebie zbliżyliśmy. W końcu zostaliśmy z Vojem najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze starał się sprawić mi przyjemność – pamiętam, że zabierał mnie do wesołego miasteczka i kupował słodycze.

Rzadko wychodziliśmy we dwoje. Zwykle szła z nami jedna z jego przyjaciółek, które obsypywały mnie cudownymi prezentami. Przynosiłam je do domu, promieniejąc szczęściem, i chwaliłam się: „Och, dostałam to wszystko od takiej pięknej blondynki”, na co matka natychmiast wyrzucała podarki przez okno.

Małżeństwo rodziców przypominało wojnę – nigdy nie widziałam, by się przytulali, całowali czy obdarzali czułościami. Może to był nawyk z dawnych partyzanckich czasów, ale oboje spali z naładowaną bronią na nocnych stolikach! Pamiętam, jak kiedyś, podczas jednej z rzadkich przerw pomiędzy cichymi dniami, ojciec wpadł do domu na obiad, a matka spytała: „Chcesz zupę?”. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, zaszła go od tyłu i wylała mu gorącą zawartość talerza na głowę. Ojciec wrzasnął, odepchnął stół, rozbił wszystkie naczynia w pomieszczeniu i wyszedł. Między nimi zawsze czuć było napięcie. Nigdy ze sobą nie rozmawiali. Nie przypominam sobie szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia.


Fot. 5. Z ojcem, 1950

Zresztą i tak ich nie obchodziliśmy. Byliśmy komunistami. Za to babcia, bardzo religijna, 7 stycznia świętowała prawosławne Boże Narodzenie, co było zarazem cudowne i straszne. Cudowne, bo przez trzy dni przygotowywała się do tych uroczystości, przyrządzając tradycyjne potrawy, dekorując pokoje. Tyle że musiała zaciemniać okna, bo w tym czasie w Jugosławii obchodzenie Bożego Narodzenia wiązało się z dużym ryzykiem. Szpicle spisywali nazwiska rodzin zbierających się na święta, a rząd nagradzał ich za donosy. Moja rodzina schodziła się więc do domu babci pojedynczo, a uroczystości odbywały się za czarnymi zasłonami. Nikomu poza babcią nie udało się już wszystkich zgromadzić. A to było naprawdę piękne.

Podobnie zresztą jak świąteczne tradycje. Co roku babcia przygotowywała sernik, w którym zapiekała dużą srebrną monetę. Kto na nią natrafił – i nie złamał przy tym zęba – mógł się uważać za szczęściarza. Monetę trzeba było przechowywać do następnego roku. Babcia obsypywała nas też ryżem. Kto zebrał najwięcej, dla tego nadchodzący rok miał się okazać najbardziej pomyślny.

Straszne było to, że rodzice nie rozmawiali ze sobą nawet w Boże Narodzenie. I to, że co roku dostawałam użyteczne prezenty, które wcale mi się nie podobały. Wełniane skarpety, książkę, którą musiałam przeczytać, albo flanelową piżamę. Piżamy były zawsze o dwa rozmiary za duże – matka przekonywała mnie, że skurczą się po wypraniu, co wcale nie następowało.

Nigdy nie bawiłam się lalkami. Nigdy ich nie chciałam. I nie lubiłam zabawek. Wolałam igrać z cieniami przejeżdżających samochodów na murze albo z wpadającym przez okno promieniem słońca. Światło uwidaczniało opadające drobinki kurzu, a ja wyobrażałam sobie, że to planety zaludnione mieszkańcami innych galaktyk, istotami pozaziemskimi, które odwiedzają nas, podróżując na promieniach słońca. Ponadto miałam też świetliste zjawy z plakaru. Całe dzieciństwo spędziłam w towarzystwie duchów i innych niewidzialnych istot. Widywałam cienie i zmarłych.


Jedną z rzeczy, których zawsze najbardziej się bałam, była krew – moja własna. We wczesnym dzieciństwie, gdy matka z ciotką mnie biły, chodziłam cała posiniaczona i wciąż krwawiłam z nosa. Później, gdy wypadł mi pierwszy mleczny ząb, krwawienie nie ustawało przez trzy miesiące. Musiałam spać na siedząco, żeby się nie zachłysnąć. W końcu rodzice zaczęli mnie prowadzić do lekarzy, żeby ustalić, co się właściwie dzieje, i okazało się, że to choroba krwi. Początkowo podejrzewano białaczkę. Rodzice oddali mnie do szpitala. Spędziłam tam prawie rok. Miałam wtedy sześć lat i przeżywałam najszczęśliwsze chwile dzieciństwa.

Wszyscy w rodzinie byli dla mnie tacy mili. Prezenty stały się nagle trafione. W szpitalu traktowano mnie bardzo dobrze. Czułam się jak w raju. Lekarze zlecali wciąż nowe badania i odkryli, że nie cierpię na białaczkę, lecz na coś bardziej tajemniczego – prawdopodobnie była to swego rodzaju psychosomatyczna reakcja na przemoc fizyczną ze strony matki i ciotki. Spróbowano rozmaitych kuracji i wypisano mnie do domu, gdzie znów zaczęło się bicie, choć już nieco rzadsze.

Oczekiwano, że będę znosiła tę karę bez słowa skargi. Sądzę, że matka na swój sposób tresowała mnie tak, żebym stała się żołnierką jak ona. Komunistka była z niej może niezdecydowana, ale wytrwała. Prawdziwego komunistę cechuje spartańska determinacja, zdolna przebijać mury. „Co do bólu, potrafię go wytrzymać”, powiedziała Danica w wywiadzie, który przeprowadziłam z nią u schyłku jej życia. „Nikt nie słyszał, jak krzyczę z bólu, i nigdy się tego nie doczeka”. U dentysty, podczas wyrywania zębów, uparcie odmawiała znieczulenia.

 

Nauczyłam się od niej samokontroli i nigdy nie przestałam się jej bać.

Matka miała obsesję na punkcie porządku i czystości – po części z powodu partyzanckiej przeszłości, choć możliwe, że była to także reakcja na chaos panujący w jej małżeństwie. Budziła mnie w środku nocy, jeśli uznała, że leżę niechlujnie, kłębiąc pościel. Do dziś śpię całkowicie nieruchomo, po jednej stronie łóżka – gdy rano wstaję, wystarczy jedynie lekko je wygładzić. Gdy nocuję w hotelach, nikt by się nawet nie domyślił mojej obecności.

Dowiedziałam się też, że to ojciec nadał mi imię – otrzymałam je na cześć rosyjskiej żołnierki, w której się zakochał podczas wojny. Na jego oczach rozerwał ją granat. Matka czuła się głęboko urażona przywiązaniem ojca do tej kobiety i siłą rzeczy przeniosła swą niechęć na mnie.

Maniackie upodobanie porządku Danicy zagnieździło się w mojej nieświadomości. Nocami prześladował mnie bardzo męczący koszmar związany z symetrią: we śnie byłam generałem dokonującym inspekcji szeregu idealnych żołnierzy. Odrywałam jednemu guzik munduru i cały porządek się burzył. Budziłam się spanikowana. Tak się bałam naruszyć symetrię.


Fot. 6. Matka podczas wizyty delegacji bułgarskiej, Belgrad 1966

W innym powracającym śnie wchodziłam na pokład samolotu, by się przekonać, że jest zupełnie pusty – nie ma żadnych pasażerów. Pasy bezpieczeństwa leżały równo na wszystkich fotelach z wyjątkiem jednego. Ten drobny przejaw dezorganizacji wpędzał mnie w panikę, jakby wynikał z mojej winy. We śnie właśnie ja zawsze ponosiłam odpowiedzialność za naruszenie symetrii – było to zabronione i jakaś siła wyższa miała mnie za to ukarać.

Prześladowała mnie myśl, że moje przyjście na świat naruszyło symetrię w małżeństwie rodziców – w końcu to po moich narodzinach ich związek stał się tak burzliwy i pełen agresji. Matka zresztą przez całe życie miała mi za złe podobieństwo do ojca, który nas opuścił. Miała obsesję na punkcie czystości i symetrii, a także na tle sztuki.

Od szóstego czy siódmego roku życia wiedziałam, że chcę zostać artystką. Matka karciła mnie za mnóstwo rzeczy, lecz do tego zawsze zachęcała. Sztuka była dla niej świętością. W naszym wielkim mieszkaniu przydzielono mi więc nie tylko pokój, ale i pracownię malarską. W przeciwieństwie do reszty pomieszczeń zagraconych rozmaitymi przedmiotami, obrazami, książkami czy meblami moje pokoje cechowała spartańska prostota. Dbałam o to od wczesnego dzieciństwa. Starałam się, by nie było w nich nic zbędnego, by pozostały niemal puste. W sypialni stały jedynie łóżko, krzesło i stół, a w pracowni nie trzymałam niczego poza sztalugami i farbami.

W pierwszych obrazach odzwierciedlałam swoje sny. Wydawały mi się bardziej rzeczywiste niż świat, w którym na co dzień funkcjonowałam i który wcale mi się nie podobał. Pamiętam, jak po przebudzeniu wspomnienia o snach były jeszcze tak silne, że mogłam je spisywać, a następnie malować, używając tylko dwóch kolorów – głębokiej zieleni i granatu, nigdy innych.

Z niewiadomych przyczyn te barwy bardzo mnie pociągały. Zieleń i granat wypełniały moje sny. Ze starych zasłon w kolorach z moich snów uszyłam sobie nawet długą rozpinaną suknię.


Fot. 7. W ubraniu uszytym z zasłon, 1960

Z zewnątrz moje życie wyglądało na uprzywilejowane i w pewnym sensie takie było – w porównaniu z otaczającą mnie ponurą, pełną niedostatku rzeczywistością komuny żyłam w luksusie. Nie musiałam prać ani prasować ubrań, gotować ani sprzątać pokoju. We wszystkim mnie wyręczano. A wymagano jedynie, bym się uczyła i osiągała najdoskonalsze wyniki.

Brałam lekcje fortepianu, angielskiego i francuskiego. Matka fascynowała się kulturą francuską – z tego kraju pochodziło wszystko, co najlepsze. Byłam nie lada szczęściarą, jednak przy całym komforcie swojego życia czułam się bardzo samotna. Jedyną wolnością, jaką mogłam się cieszyć, była wolność artystycznej ekspresji. Pieniędzy na malowanie nigdy mi nie brakło, za to na ubrania – zawsze, a także na rozmaite inne rzeczy, których naprawdę pragnęłam jako dorastająca dziewczyna.

Jeśli chciałam kupić książkę, dostawałam ją. Gdy miałam ochotę wybrać się do teatru, kupowano mi bilet. Zaopatrywano mnie też w płyty z muzyką klasyczną, kiedy miałam ochotę jej posłuchać. Robiono to jednak nie po to, by mi całą tę kulturę pokazać, lecz po to, by mi ją na siłę wepchnąć. Przed wyjściem do pracy matka zostawiała mi na stole karteczki z poleceniami, ile zdań francuskich powinnam opanować i jakie przeczytać książki – wszystko już za mnie zaplanowano.

Zgodnie z wolą matki przeczytałam całego Prousta, Camusa i André Gide’a. Ojciec z kolei życzył sobie, abym zgłębiła literaturę rosyjską. Mimo przymusu z przyjemnością uciekałam w świat literatury. Podobnie jak w przypadku snów, rzeczywistość przedstawiana w książkach miała na mnie większy wpływ niż rzeczywistość, w której żyłam.

Gdy czytałam, otoczenie znikało. Nieszczęśliwa rodzina – zgryźliwe kłótnie rodziców czy smutek babci spowodowany faktem, że wszystkiego ją pozbawiono – przestawała dla mnie istnieć. Przenikałam w świat bohaterów.

Fascynowały mnie fabuły pełne skrajności. Uwielbiałam czytać o Rasputinie, którego nie imały się kule – mieszanina komunizmu z mistycyzmem to integralna część mojego DNA. Nie zapomnę też dziwnego opowiadania Camusa Renegat albo umysł zmącony. Jego bohaterem jest chrześcijański misjonarz, który zamiast nawracać pustynne plemię, przyjmuje jego wierzenia. Gdy złamał którąś z panujących w nim zasad, pozbawiono go języka.

Niezwykle wciągał mnie Kafka. Pochłonęłam Zamek i miałam poczucie, że naprawdę przeniosłam się do jego świata. Kafka w tajemniczy sposób wciąga czytelnika w labirynt biurokracji, z którym zmaga się główny bohater K. Poczucie znalezienia się w sytuacji bez wyjścia staje się nieznośne. Cierpiałam razem z K.

Lektura Rilkego przypominała z kolei oddychanie czystym tlenem poezji. Przedstawiał życie zupełnie inaczej, niż je dotąd odbierałam. Pisał o cierpieniu wszechświata i uniwersalnej wiedzy związanej z koncepcjami, które odnajdowałam później w tekstach dotyczących buddyzmu zen czy sufizmu. Pierwszy kontakt z taką perspektywą dosłownie oszałamiał:

Ziemio, czyż nie jest to twoim pragnieniem: w nas

narodzić się niewidzialnie? – Czy to nie sen twój,

być jeden raz niewidzialną? – Ziemio! być niewidzialną!

Co, jeśli nie metamorfoza, jest twym naglącym żądaniem?1

Jedynym trafionym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam od matki, była książka Listy (1926) zawierająca korespondencję pomiędzy Rilkem, rosyjską poetką Mariną Cwietajewą i Borysem Pasternakiem, autorem Doktora Żywago. We troje nigdy się nie spotkali, każde z nich uwielbiało jednak twórczość pozostałych i pisało do siebie, i przesyłało im swoje utwory. I zakochali się w sobie nawzajem.

Wyobrażacie sobie samotną piętnastolatkę, która natyka się na taką historię? (Fakt, że byłam imienniczką Cwietajewej, zdawał mi się nader znaczący). W każdym razie z upływem czasu uczucie Cwietajewej zwróciło się raczej ku Rilkemu niż Pasternakowi. Napisała do poety, że chciałaby wybrać się do Niemiec i poznać go osobiście. „Nie możesz” – odpisał. „Nie możemy się spotkać”. To tylko rozpaliło w niej namiętność. Nie przestawała pisać, nalegając na spotkanie. Wreszcie odpowiedział: „To niemożliwe – umieram”. „Zabraniam ci umrzeć”, odpisała. Nie zdołała jednak odwrócić losu i korespondencyjny trójkąt się rozpadł.

Cwietajewa i Pasternak wciąż wysyłali sobie wiersze, ona z Moskwy, a on z Paryża. Później poetka, jako żona więzionego przez komunistów zwolennika białych, musiała opuścić Rosję. Wyjechała na południe Francji, jednak po pewnym czasie, gdy środki do życia się wyczerpały, wróciła do ojczyzny. Postanowili z Pasternakiem, że nim na dobre wyjedzie, spotkają się wreszcie, po wielu latach żarliwej korespondencji, na Dworcu Lyońskim w Paryżu.

Oboje byli tym bardzo przejęci. Marina miała ze sobą starą rosyjską walizę pękającą w szwach od nadmiaru rzeczy. Widząc, jak się zmaga, by ją domknąć, Pasternak pobiegł po sznurek i przewiązał nim bagaż.

Siedzieli obok siebie, ledwie zdolni się odezwać – korespondencja zaszła już tak daleko, że gdy się wreszcie zobaczyli, przepełniły ich emocje. Pasternak wyszedł po papierosy, by już nie powrócić. Cwietajewa czekała wytrwale, aż nadeszła pora odjazdu pociągu. Wzięła więc przewiązaną sznurkiem walizkę i odjechała do Rosji.

Wróciła do Moskwy. Mąż wciąż przebywał w więzieniu, nie miała za co żyć. Udała się więc do Odessy, gdzie napisała desperacki list do stowarzyszenia pisarzy, prosząc o posadę sprzątaczki. Odpisali, że nie skorzystają z jej usług. Sięgnęła więc po sznur, którym Pasternak zabezpieczył jej bagaż, i się powiesiła.

Kiedy czytałam takie książki, nie ruszałam się z domu. Całymi dniami. Od czasu do czasu wychodziłam tylko do kuchni się najeść i zaraz wracałam do swojego pokoju, do książki. I tak to się toczyło.


Gdy miałam około dwunastu lat, matka zdobyła gdzieś szwajcarską pralkę. Było to nie lada wydarzenie – cieszyliśmy się tym luksusem jako jedna z pierwszych rodzin w Belgradzie. Przywieziono ją któregoś dnia rano, nową, błyszczącą i zagadkową. Umieściliśmy ją w łazience. Matka odnosiła się do niej z nieufnością. Wstawiała pranie, wyjmowała, a potem i tak oddawała naszej pomocy domowej, która jeszcze raz robiła je ręcznie.