Zabawy poufne

Tekst
Z serii: Osiecka
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Agata Passent, 2012

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Korekta

Irma Iwaszko

Projekt graficzny serii

Andrzej Barecki

Zdjęcie na okładce

Ze zbiorów Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej

Książka powstała we współpracy

z Fundacją Okularnicy

im. Agnieszki Osieckiej


ISBN 978-83-7961-744-9

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Drodzy Państwo,

Wielbiciele Agnieszki Osieckiej dzielą się, w przybliżeniu, na dwie kategorie: zafascynowanych jej życiem i osobowością oraz zafascynowanych jej twórczością. Tylko ludzie naiwni, tacy jak ja, nieustannie dziwią się, iż te dwa zainteresowania nie idą w parze. A nawet się wykluczają.

Pierwszy rodzaj fana to przeważnie poczciwy i wylewny człowiek, który spotkał Agnieszkę w pociągu Lajkonik relacji Piwnica pod Baranami (Kraków) – Teatr Atelier (Sopot) i po wspólnym piwku w Warsie uznał, że zaprzyjaźnił się z panią Osiecką na całe życie. Mówi o niej zawsze per „Agnieszka”: „Proszę spojrzeć, ten kawałek kory brzozowej Agnieszka dała mi w przedziale dla niepalących”. Człowiek ten żyje w przekonaniu, że to właśnie jego koleżanka napisała szlagier Wsiąść do pociągu byle jakiego, czym doprowadza słynną Magdę Czapińską do wrzenia z bulgotem.

Drugi rodzaj wielbiciela to przeważnie ukochany typ Agnieszki, a mianowicie zakatarzony student filologii dowolnej płci, z lekkim przechyleniem w stronę chudego bruneta z torbą listonoszką. Czytelnik ten przeorał katalogi bibliotek wojewódzkich, podwórkowych i internetowych w poszukiwaniu choć paru genialnych zdań Mistrzyni. Obudzony w środku drzemki w nocnym autobusie cytuje pieśni z STS-u.

Z radością stwierdzam, iż niniejsza książka ucieszy obie kategorie wielbicieli Agnieszki Osieckiej. I nie tylko. Biografomani odnajdą w niej wiele aluzji do prawdziwych znajomych, przyjaciół, miejsc i sytuacji z życia autorki: Ustrzyki, Ukty, Wieczni Chłopcy. Felietony te są niczym powieść z kluczem, ale przecież nie jestem aż tak tępa, by je „rozkluczać”. Są to w końcu zabawy poufne.

Większość miłośników pióra i dowcipu Osieckiej zna jej piosenki i poezje. Zapominamy, że była ona autorką biegłą w wielu gatunkach. Pisała sztuki, libretta, powieści. Zabawy poufne w pełni ukazują jej talent felietonowy. Stefan Kisielewski stwierdził, że „nie ma satyry pro, satyra musi być kontra. Bez tej przyprawy bigos narodowy nie będzie miał smaku”. Zabawy poufne potwierdzają tę tezę i jednocześnie jej zaprzeczają. W każdej niemal metaforze czujemy dawkę złośliwości, ale jest to złośliwość ciepła, bez zakompleksiałego szyderstwa, ironia współczująca. Jej źródłem może być fakt, że tak naprawdę w każdej postaci w Zabawach… sportretowana została sama autorka (dotyczy to również postaci męskich), która miała naturę dwoistą – pro i kontra.

Tematem Zabaw poufnych są zawirowania miłosno-towarzyskie Polaków, tłem – siermiężne, ale przez wielu wspominane z wielkim sentymentem, lata PRL-u; bohaterami zaś kobiety i mężczyźni szamoczący się psychicznie w różnych konfiguracjach.

Psychologia była prawdziwym hobby autorki, a jej talent do obserwowania naszych osobowości, nerwic i zaburzeń nie wymaga komentarza. Stąd forma, która tworzy kleszcze spinające całość – postać i wykłady doktora Amy’ego. Jak wiadomo ze wstępu autorki, psycholożka Amy Navarro była przyjaciółką Agnieszki. Mam jednak smutną wiadomość – Amy zmarła w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Na koniec banalne podsumowanie. Choć epoka, którą z kronikarską dokładnością uwieczniła autorka, minęła i nie ma już Peweksów, a walerianę zastąpił prozac, marząc zaś o wakacjach, marzymy bardziej o Seszelach niż Pilawkach, to problemy rodzinno-łóżkowe pozostają bez zmian. Dalej rywalizujemy z teściową, męczymy się z maminsynkami, a panowie stają się coraz mniej rycerscy. Dziś jednak felietony te zyskały nowy kontekst. Księgarnie zalane są poradnikową literaturą quasi-psychologiczną. Teksty te zaś drwią nie tylko z tego typu hochsztaplerskich porad, ale i z psychoterapii jako takiej.

Agata Passent, 2002

Drodzy, Szanowni Państwo!

Jak może niektórzy z Państwa pamiętają, felietony Zabawy poufne ukazywały się w miesięczniku „Magazyn Rodzinny”. Opowiastki te mają charakter żartobliwy, czasem wręcz groteskowy. Autorka starała się w krzywym zwierciadle przedstawić nasze dole i niedole miłosne. Śmiesznie sfotografować zapłakane oczy, przypudrować podstarzałą metrykę, ulżyć w rozpaczy poprzez błazeństwo. Niektóre zaś dowcipy służyć mają czystej krotochwili.

Jest jednak jeszcze jedna sprawa, o której warto wspomnieć: aby dodać sobie powagi i dostojeństwa, autorka powołała do życia fikcyjny superautorytet naukowy, genialny trolejbus medyczno-psychologiczny – profesora doktora Amy’ego. Jednakże na dnie niejednego zmyślenia znaleźć można łut prawdy. Otóż pod skórą demonicznego doktora kryje się żywa i prawdziwa, dyskretna przyjaciółka moja, psycholożka i psychoterapeutka – Amy Navarro. Jej to zawdzięczam tę odrobinę naukowego przygotowania i okruchy powagi, jakie są potrzebne nawet do napisania takiej wesołej książki. Bardzo, bardzo dziękuję, Amelio.

Manię zmyślania obłędnych nazwisk zawdzięczam, jak się Państwo domyślają, Witkacemu.

Reszta pochodzi z niczego, czyli z głowy.

Agnieszka Osiecka, 1990

Nicowanie chłopca

Łatwiej jest się pozbyć fortepianu niż motyla. Postarajmy się jednak wyrażać nieco jaśniej. Umysł nieocenionego doktora Amy’ego, w którego blasku snujemy nasze rozważania, odznaczał się bowiem, a nawet szczycił, niebywałą wprost jasnością. Pamiętajmy, że nie kto inny, a właśnie doktor Amy stworzył najklarowniejszą w dziejach nowoczesnej psychologii kategoryzację wszystkich mężczyzn i kobiet.

Doktor Amy wyodrębnia trzy grupy kobiet. Są to: Kochanka, Żonka i Męczennica.

Kochance chodzi przede wszystkim o to, żeby jej było dobrze z nim. Żonce także na tym zależy, ale nie bardzo. Jej świat to jej dom: garnki, garnuszki, pies, dywan, dziecko, no i mąż jako element większej całości, w miarę sprawnie funkcjonujący elemencik.

Męczennica zaś to intelektualna dręczycielka z wyobraźnią. Zamęcza miłością siebie i jego. Częściej kocha, niż jest kochana. Pisze, maluje i nierzadko popada w alkoholizm.

Typy kobiece doktora Amy’ego są więc naszemu czytelnikowi znane. A oto kategoryzacja mężczyzn. Doktor Amy wyodrębnia trzy podstawowe grupy męskie: Pan Czesiek, Dostojnik oraz Wieczny Chłopiec.

Pan Czesiek – to mężczyzna obrotny, rzadko błądzący głową w chmurach, w domu szorstki, ale solidny, lubiący wypić z kolegami, niemal całkowicie obojętny wobec świata wartości wyższych. Bywa, że ukazuje się na tak zwanych obiadach domowych lub na tenisowym korcie z gołym torsem i zależy mu na tym.

Typ Dostojnik to typ prestiżowy. Blady jak ściana, ubrany nienagannie, zawsze lekko ponad okazję, uwielbiany przez panie z komitetów rodzicielskich, nieoceniony jako kierownik wycieczki. W domu nieco nużący, ale niezastąpiony w samochodzie, w urzędzie itp. Sprytne kobiety lubią wychodzić za mąż za Dostojnika, ponieważ jego wygląd jest tak sugestywny, iż nierzadko ułatwia to autentyczny awans.

Typ Wieczny Chłopiec to wieczny chłopiec. W wieku lat sześćdziesięciu planuje ukończenie studiów geodezyjnych, przedłubanie się przez glob ziemski na wylot, wydłubanie się na środku oceanu i własnoręczne postawienie tam pomnika Latarnika Henryka Sienkiewicza. Łapy uwalane atramentem, w kieszeniach sznurki i tabele. Absolutny brak talentu do pieniędzy. Otóż wszystkie wymienione tu kobiety stosują w stosunku do wszystkich wymienionych tu mężczyzn jeden podstawowy chwyt: próbują ich zmienić.

Kobieta wychodzi za mąż za motocyklistę, zawadiakę, szaleńca w umorusanym podkoszulku. Już po miesiącu owa młoda mężatka pokazuje koleżance statecznie kroczącego Dostojnika i mówi:

– O, chciałabym, żeby tak wyglądał mój mąż!

– To dlaczego wyszłaś za Tolka? – pyta zdumiona koleżanka.

– Bo chciałam go zmienić – pada błyskawiczna odpowiedź.

Jest to tak zwany Podstawowy Chwyt Żeński: ona chce go zmienić. Doktor Amy z niezwykłą błyskotliwością konstatuje, że podobnie wściekłe działanie w kierunku przerobienia partnera nie występuje z drugiej strony. Mężczyźni nie uprawiają owego żmudnego, męczącego majsterkowania psychologicznego na co dzień. Prędzej wymienią cały model na nowy, niż będą się babrać i kombinować przy starym. Niewiasta zaś nie popuści.

Znałam pewną hrabinę, która wyszła za mąż za Wiecznego Chłopca. Hrabina, jak to hrabina, odczekała z grzeczności parę lat, a nic niewiedzący małżonek zbierał sobie po staremu motyle, śpiewał po francusku i grał na fortepianie. Kiedy jednak surowe warunki reformy rolnej niejednemu hrabiemu pokazały pazurki, postanowiła i nasza bohaterka ukrócić swego epuzera. Przybiega on pewnego dnia do domu, jak zawsze w podskokach, a tu fortepian wyniesiony, kolekcja motyli wyrzucona, francuskie wierszyki oddane na makulaturę, a na stole leży adres pośrednika i książka telefoniczna. Nie znała jednak hrabina hrabiego. Już na drugi dzień wybiegł po pracy na podwórko i wrócił z pięknym okazem pazia królowej, po czym bawił się nim wesoło do wieczora.

 

Co do mnie, to wraz z doktorem Amym uważam, że nie należy nicować chłopca, nie należy niczego w nim psuć ani poprawiać. Należy się cieszyć takim, jaki jest. Co najwyżej: należy się lekko ubezpieczyć.

Taka, powiedzmy, akrobacja z dzieckiem. Tę, jak wiadomo, lepiej jest ćwiczyć z siatką. Oto przykład. Niejaka Mariola Igreczyńska, tkaczka artystyczna, miała męża – też artystę. Artysta ów był Wiecznym Chłopcem jak wielu artystów i wstydził się wychodzić z wózkiem na spacer. Zwłaszcza kiedy młode dziewczęta widziały go uwózkowionego, purpurowiał i cierpiał. Inny zaś artysta, również Wieczny Chłopiec, miał zwyczaj wręcz przerażający: zamyślał się i gubił dziecko w parku.

Cóż, w każdym z tych przypadków reagujemy inaczej. Przypadek drugi jest oczywiście groźniejszy. Musimy wziąć pracę nocną, zarzucić myśl o doktoracie i, niestety, całkowicie przejąć sprawę spacerów z dzieckiem. W przypadku pierwszym jednak wystarczy jedynie lekko przerobić wózek: zarzucamy go na przykład ciekawymi czasopismami i książkami, maskujemy budkę i robimy dziecku w „Perspektywach” małą tylko dziurkę, aby mogło oddychać. W ten sposób ojciec dziecka może śmiało udawać, że wybiera się na przykład do składu makulatury albo na dłuższą wycieczkę połączoną z lekturą. Możemy też wózek przyozdobić kwiatami, balonami lub po prostu małpką z katarynką – i po krzyku.

Mija mu

Pewnego razu Bułgar zaprosił mnie do tańca.

W samym tym zdarzeniu nie dopatruję się niczego osobliwego, jednakże Bułgar ów żywo zapisał się w mojej pamięci. Było to w ładny wieczór, w jednym z kurortów czarnomorskiej Riwiery. Bułgar, jak wspomniałam, poprosił mnie do tańca, a nawet, prawdę mówiąc, zaprosił na tańce. Mnie jednak ciągnęło w inną stronę i, początkowo, zwodziłam Bułgara, a wreszcie – dałam kosza. Wtedy do akcji przystąpiła moja przyjaciółka, Maryla R. Dręczyła mnie, że postąpiłam obrzydliwie, że odtrącony rozpacza i że wręcz – jak to mówią dziewczyny w jej wieku – „gotów sobie coś zrobić”.

Na takie dictum obiecałam solennie jej i sobie, że nazajutrz zajmę się solidnie Bułgarem i przetańczę z nim całą noc. Powodowała mną nie tylko wskrzeszona przez Marylę miłość bliźniego, ale i, co tu dużo gadać, próżność. Zwłaszcza na samobójcze zamiary Bułgara rzuciłam się jak wilk na ananasy. Proszę bowiem zapamiętać jedną ze słynnych teorii doktora Amy’ego: „Każde oświadczyny są dla dziewczyny niedzielą, a każde samobójstwo kochanka – oświadczynami”.

Cały następny dzień przeznaczyłam na gonitwę za Bułgarem. Los mi sprzyjał. Znajoma sylwetka pojawiała się przede mną dosłownie co godzina, a to na deptaku, a to na rozpalonej słońcem plaży. Niestety, wszystkie moje umizgi szły na marne. Postanowiłam więc do zasadniczego ataku przystąpić wieczorem. Szczęście sprzyjało mi nadal i około dziesiątej spotkałam go w hotelowym barze. Siedział przy kieliszku i, prawdę mówiąc, nie był sam. Mimo to przypuściłam szturm: „że co to wszystko ma znaczyć, że wczoraj był całkiem inny i że jak to właściwie z nami będzie?”. Bułgar spojrzał na mnie z pewnym wysiłkiem i oświadczył w języku Wielkiego Brata:

– Nu cztoż. Siegodnia drugaja programma (No cóż. Dziś inny program).

Drogie czytelniczki – sprawa jest prosta: minęło mu. Nie roztrząsałybyśmy jednak dłużej tego zdarzenia, gdyby nie to, że symptom pod nazwą „mija mu” występuje niezwykle często i to w o wiele poważniejszych sytuacjach.

Otóż moja dobra przyjaciółka, powiedzmy, Anna, wyszła wiele lat temu za młodego inżyniera o imieniu, powiedzmy, Henryk. Małżeństwo było idealne. Wytrzymało nawet słynną próbę doktora Amy’ego. Doktor Amy uważa, jak wiadomo, że istnieją tylko trzy typy dorosłych kobiet: Żonka, Kochanka, Męczennica. W Annie tkwiły wszystkie te trzy wcielenia! I wszystkie trzy kochały inżyniera Henryka!

Henryk również ją (je) kochał bez pamięci. I oto, ni z gruszki, ni z pietruszki – powiedzmy (he, he!) – pojawiła się między nimi jakaś dziwna obcość. Jakieś obszary niczyje, dawniej niezauważalne. Poszło na przykład o psa. Pies, krótko mówiąc, starzał się. Chorował i tak dalej. Anna, niezwykle czuła i wrażliwa osoba, chciała na wszystkie sposoby przedłużyć mu życie. Henryk natomiast, jakby diabeł w niego wstąpił, optował za uśpieniem owego Burka czy Lorda. Żeby to po prostu optował! Ale nie: on wymyślił sobie pewne osobliwe uzasadnienie. Oto dziadkowie czy pradziadkowie Henryka pochodzili z dalekich pampasów Ameryki Południowej. Jeden z nich był, o zgrozo, Indianinem. Było to wszelako tak dawno, że w ciągu długoletniego małżeństwa Henryków nie było jakoś o tym mowy. Teraz jednak indiaństwo owo zostało wywleczone z mroków podświadomości i Anna musiała nagle, zdumiona, trawić takie teksty:

– Zupełnie cię nie rozumiem, Anno. Ja jako Indianin od dzieciństwa przywykłem do tego, że chore psy zrzucało się ze skały.

Anna nie jest osamotniona. Ileż to razy niejednej z nas zdarzyło się słyszeć, że bliski człowiek zwraca się ku nam z pianą na ustach – myjąc, na przykład, zęby – i powiada:

– Ja jako harcerz (Polak, uczony, żeglarz) jestem niejako zmuszony udać się natychmiast w półroczną podróż dookoła świata.

Czy jest to symptom „mija mu”? Zapewne tak. Uściślijmy jednak, co mianowicie mu mija? Sądzę, idąc za przeczuciem doktora Amy’ego, że mija mu mianowicie fascynacja terenami wspólnymi. Mija mu – ni stąd, ni zowąd – chęć na pójście z nami na lody czy odwiedzenie pewnego staruszka, który trzynaście lat temu obserwował z nami księżyc w pełni. I nie ma sensu wkładanie pewnej sukni (tej-co-wtedy) i mruczenie: „Chodź, pójdziemy tam-gdzie-wtedy”. Wszystko to rozdrażni go jeszcze bardziej i spowoduje jeszcze większy atak tęsknoty za pampasami-samopasami.

Uprzytomnijmy sobie zatem, co to za tęsknota? Jest to tęsknota za terenami, gdzie nie ma nas. Tęsknota za dworcami, rybami, grzybami, górami, za wszystkim, co nie jest napiętnowane nami i Naszym Wspólnym. Czy zatem, drogie czytelniczki, przypadek jest beznadziejny? I tak, i nie. Po części zależy to trochę od naszych własnych planów i zamiarów. Jeżeli jesteśmy, na przykład, podszyte awanturnicą, powinnyśmy wykorzystać symptom Indianina dla naszych własnych celów. W takim wypadku robimy smutną minę i mówimy tak:

– Och, mój drogi, nie wyobrażasz sobie, jak ja ciebie rozumiem! Jako Indianin musiałeś po prostu dusić się ze mną. Proszę cię, odejdź, bez skrupułów! Mało tego: wyznam ci, że ja jako Kujawianka od jakiegoś czasu czułam to samo. W najbliższy wtorek wyjeżdżam ekspresem, aby poślubić doktora Aleksandra Kujawskiego, który będzie najczulszym ojcem dla naszych dzieci.

To jest wariant, powiedzmy, R.

Wariant P (prosty) będzie jednak inny: kochamy Henryka do szaleństwa i nie wyobrażamy sobie rozstania. Czy w takim razie sprawa jest beznadziejna? Otóż jest ona beznadziejna, jak wszystkie sprawy, na których zależy nam naprawdę, ale historia zna wypadki, kiedy udało się, jak powiada doktor Amy, zmóc symptom. Jest to niezwykle trudne: należy uprzedzić Indianina (ha, uprzedzić Indianina!). Należy przewidzieć cios. Należy wywęszyć indiaństwo w powietrzu i opracować kontratak w najmniejszych szczegółach, zanim jeszcze usłyszymy pierwsze trąby nadciągającego wojska.

No tak, ale na czym ma polegać ów kontratak? Ma on polegać na „grze w tajemnicę”. Musimy ni stąd, ni zowąd stać się zagadką. Musimy wydobyć z krtani swoiste ultradźwięki. Musimy zaskoczyć niegotowego jeszcze pół-Indianina swoim mocarnym, już rozwiniętym, a dotąd skrywanym superindiaństwem. Musimy zaskoczyć go: okazać się lunatyczką, śpiewaczką operową, zdobywczynią Himalajów, działaczką społeczną bądź producentką najwspanialszych na świecie racuszków. Zresztą, czy tego naprawdę trzeba się uczyć na seminarium Zabawy poufne? Wierzę, czytelniczki moje, że macie tę wiedzę w małym palcu. I w następnym wykładzie obiecuję przejść do trudniejszych tematów. To była tylko rozgrzewka.

Wakacyjna przygoda

Nie wolno poznawać się na wakacjach. Znana jest Państwu postać doktora Amy’ego: ten fenomenalny uczony, twórca Psychologii kolibrów, Życia wewnętrznego żab, a przede wszystkim niestrudzony badacz duszy ludzkiej, przez całe życie unikał sądów zbyt pochopnych i określeń zbyt dosadnych. Wiedział, że ludzie są tacy i siacy, a ponadto, iż może być tak i siak. Może też zdarzyć się to i to, a może też, o zgrozo, nic się nie zdarzyć. Mimo to ten doświadczony relatywista w jednym jedynym przypadku, a mianowicie w przypadku wakacji, używa kategorycznego zwrotu „nie wolno”. Nie wolno poznawać się na wakacjach.

Weźmy ołówki i notujmy. Oto Nahalia Mrucz Młodsza (córka słynnego ogrodnika, właściciela przedsiębiorstwa Cebula pod Szkłem) była dziewczyną rozpuszczoną. Rozpuszczoną i rozpieszczoną. Jedyna córka starego Mrucza, oczko w głowie ciotek i babek, przez całe dzieciństwo wyprawiała z nimi, co chciała. Samych pluszowych misiów miała czterdzieści cztery. Na dziesiąte urodziny dostała rasowego kucyka marki Volvo, na osiemnaste elektrycznego pawia, na dwudzieste zaś zdalnie sterowane cacko erotyczne, zamieniające się zależnie od jej życzenia w chłopca lub w dziewczynkę (takie to bowiem było dziecko rozpaskudzone). W szkole uczyła się średnio. Dopomagał jej w tym japoński komputer-ściągaczka „Mnożę sam” oraz tłum parobczaków szkolnych, którzy w przebraniu fikusów i szkieletów zakradali się do gabinetu przyrodniczego i podpowiadali jej bezczelnie. Tak więc z samych przysłówków miała czwórkę z plusem. W ogóle ptasiego mleka jej nie brakowało. Nade wszystko zaś nie brakowało jej cebuli. Oczki Nahalii były błękitne i duże jak jeziorka, ale zimne, wręcz lodowate. Nawykłe do zapachu cebuli, oduczyły się płaczu! Nahalia, co tu kryć, była nieczuła na nieszczęście ludzkie, na niedole sąsiadów, a także na westchnienia zalotników. Stary Mrucz nieraz, cichaczem, spoglądał na swoje spracowane dłonie, na hektary szkła inspektowego, na konie i traktory, fury i autobusy, i mówił sam do siebie:

– Komuż ja to wszystko zostawię, nie mam, ach nie mam dziedzica.

Mijały lata. Mrucz wysyłał Nahalię za granicę (w przebraniu osoby w wieku poprodukcyjnym) na wycieczki helikopterowe i ziemne. Mimo to, niestety, nie udało się jej poznać odpowiedniego kawalera. Nawet trzytygodniowy pobyt na tak zwanym studium wiedzy o teatrze w towarzystwie perwersyjnego korepetytora i rozwydrzonych koleżanek spłynął po Nahalii jak po kaczce.

Wreszcie, nieoczekiwanie, nadeszły Wakacje Jej Życia. Było to w Skwarkach Dolnych. Tam przytulona między łachami i szuwarami, zapomniana przez Boga i ludzi odpoczywała grupka cyganerii warszawskiej. Łachy, łachmany, noce pod gołym niebem, bose nogi, bose dusze, namioty, koce, wódka prosto z butelki, wisiory z kości słoniowej, uszy pomalowane na niebiesko, kolorowa nędza – ten styl. Tam wśród ludzi prawdziwie wolnych (hę, hę) Nahalia spotkała najpierw samą siebie. Ale to jeszcze głupstwo! Wkrótce poznała też i Jego.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że to mężczyzna wyzwolony. Wysoki, ogorzały, rozebrany do pasa, wieczorami odziany w skórę żywego wilka. Cygan ćwierćkrwi, żywiołowy ekscentryk. W południe łowił, w nocy grzybobrał, o świcie przygrywał na cytrze. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to nic go tak nie podniecało i nie wzruszało jak tak zwane frygidy. Gdy tylko spojrzał na Nahalię Mrucz Młodszą, poczuł przemożną potrzebę: ach, wziąć ją w ramiona, okryć pocałunkami i rozgrzać w ciepłych dłoniach to przemarznięte serduszko.

Nahalia przeżyła sen na jawie: kiedy budziła się koło południa, zastawała swój (ich!) ukochany namiot ozdobiony baldachimem świeżo zerwanych fiołków. W porze, kiedy inne cyganeryjki szorowały w jeziorze sfatygowane menażki i patelnie, jej podawano na chińskiej porcelanie mus z młodych jarząbków i potrawkę na dziko. Wieczorami grano jej na cytrze i śpiewano we wszystkich językach. Wgadywano w nią, pieszczono się z nią i słuchano bajek o dzieciństwie.

Cała historia skończyła się pospiesznym ślubem w studenckim stylu, zawartym w magistracie w Mrągowie. Niestety, nadeszła jesień. Pojechano do miasta. W mieście zaś, o zgrozo, wyzwolony okazał się technikiem budowlanym drugiej grupy, w dodatku pracowitym jak mrówka. Zrywał się o świcie, otwierał okna na oścież, gimnastykował się (w tak zwanych dynamówkach), a następnie tęgim kuksańcem i słowami:

– Śniadanie podawać – budził Nahalię. Zasiadłszy do stołu, dodawał: – Po gazetę lecieć, nie guzdrać się.

O godzinie szóstej udawał się do zakładu, po południu uczestniczył w naradach, jeździł na obwodowe konferencje PTTK oraz spotykał się z kolegami w sprawach niecierpiących zwłoki. Wymagał czystych koszul, dobrej kuchni, ciszy i wzorowego porządku. Raz, gdy Nahalia coś zapiszczała pod nosem, warknął tylko znad „Kuriera”:

 

– Marsz do garów, bo zatłukę.

Biedna Nahalia. Próbowała, oczywiście, uciec do ojca, ale stary Mrucz kompletnie się zagryzł. Oczy zżarła mu cebula, traktory rdza, a resztę pożarły Podatki. Włóczy się więc dziewczynisko po łachach i wyje w księżycowe noce. Do tego: są dzieci.

Tak więc, drodzy moi słuchacze, a także wy – Męczennice, Żonki i Kochanki: nie wolno się poznawać na wakacjach. W ogóle w żadnych sztucznych warunkach (na zebraniach, w kabinie okrętowej, w okopach bądź w czasie kosmicznej oblotki). Powstają wtedy tak zwane reakcje sytuacji zagęszczonej i potem widzicie sami, do czego dochodzi. W życiu codziennym jesteśmy zupełnie inni!

PS Najważniejsza sprawa: przede wszystkim nie wolno poznawać się w życiu codziennym.