Jabłonie. Wybrane utwory sceniczne. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Agata Passent, 2011

Projekt graficzny serii

Andrzej Barecki

Zdjęcia na okładce i w tekście

Archiwum Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Redakcja

dr Justyna Jaworska

Korekta

Elżbieta Steglińska

Książka powstała we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej


ISBN 978-83-7961-645-9

Warszawa 2011

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

ŚWIAT NIE JEST TAKI ZŁY?

Gdyby istniał polski Broadway z prawdziwego zdarzenia, musicale Agnieszki Osieckiej nie schodziłyby pewnie z afiszy. Podobały się przecież ogromnie. Jej pierwsza składanka wodewilowa Niech no tylko zakwitną jabłonie szła w warszawskim Ateneum (czyli w poważnym teatrze repertuarowym) aż przez pięć lat od prapremiery w 1964 roku i trafiła na przynajmniej dwadzieścia innych scen. Późniejszy Apetyt na czereśnie reżyserowano ponad trzydzieści razy, w tym po rosyjsku z piosenkami w tłumaczeniu Bułata Okudżawy, zaś Listy śpiewające stały się prawdziwym przebojem młodej jeszcze telewizji, na ich kolejne odcinki czekano jak przedtem na Kabaret Starszych Panów. Czekało się, chodziło, z trudem zdobywało bilety na Osiecką. Ona sama uważała się przede wszystkim za autorkę „próz lirycznych”, ale i tak przez większość dorosłego życia była związana z teatrem, od STS-u po Atelier na Wybrzeżu, i zdobyła pierwszą popularność właśnie tekstami na scenę.

To nie przypadek, że szczyt tej teatralnej popularności przypadł na połowę lat sześćdziesiątych. Czas sprzyjał musicalom – może spektakle muzyczne miały być namiastką Zachodu, miały zastąpić ludziom ów nieobecny Broadway i zarazem przedwojenną rewię, a może ich beztroski ton miał oddawać ducha epoki? Publicyści pisali wtedy zaangażowane artykuły o kulturze masowej, przed swoimi pierwszymi telewizorami zasiadało niebogate, ale spragnione rozrywki socjalistyczne mieszczaństwo. Po reformatorskich nadziejach odwilży zostało niewiele poza aspiracją do tego, by wreszcie „żyć normalnie”. To przecież w połowie dekady Gomułki, gdy w kinach z cenzuralnych względów królowały komedie obyczajowe, Agnieszka Osiecka napisała piosenki do Małżeństwa z rozsądku Stanisława Barei, w których (podobnie jak w nieco tylko wcześniejszych piosenkach z Jabłoni) kpiny z małej stabilizacji splatały się z ironicznym retro. Musical jako forma lekka i przyjemna odpowiadał ówczesnej polityce kulturalnej, ale niósł też, nieco wbrew tej polityce, oddech swobody i dystans. Przemysł rozrywkowy nabierał tempa, a tygodnik „Przekrój” donosił z udawaną naukową powagą o „zbawiennej roli relaksu”.

Rodacy walili zatem tłumnie na Jabłonie po zbawienny relaks i rozrywkę, a przy okazji dostawali kawał polskiej historii: całe dwudziestolecie międzywojenne od odzyskania niepodległości, po czym – z wyłączeniem okropności drugiej wojny – znów radosny czas odbudowy, plakatowy stalinizm, wreszcie odwilż i przywoływaną już „stabilizację”. Taka opowieść musiała działać jak terapia, syntetyzować doświadczenie i poruszać sentymenty. Tym bardziej że Osiecka jak chyba nikt inny potrafiła przekładać sytuacje społeczne na osobiste, liryczne – na przykład powojenne rozdźwięki ideowe sprowadziła do wyboru miłosnego między Krysią traktorzystką a Zuzanną reakcjonistką, co nie tłumaczyło może zbyt subtelnie dziejowych dylematów, ale pozwalało się wreszcie nad nimi uśmiechnąć. Zwłaszcza gdy na scenę wkraczała trzecia bohaterka romansowa: Personalna, Koleżanka z Pracy... Ale Jabłonie, poza ulirycznieniem zbiorowego doświadczenia coś ważnego też uprzytamniały – że historię można przedstawić jako karnawałowy korowód, w którym zmieniają się tylko przebrania. Szemrane, kolorowe postaci z półświatka lat międzywojennych powracały w drugim akcie w kostiumach szabrowników czy potem bikiniarzy, bez względu na epokę zawsze ktoś kombinował, ktoś do kogoś wzdychał, ktoś wznosił toasty. Osiecka złożyła swój spektakl, jak sama wspominała, „z setek małych kawałeczków”1 – reklam, wycinków z gazet, dawnych szlagierów, do których podopisywała własne – i ta praca archiwistki dała w rezultacie wzruszający fresk. Widzowie wychodzili ze spektaklu podniesieni na duchu tym zrekonstruowanym z okruchów mitem i długo jeszcze nucili pod nosem, że „świat nie jest taki zły”...

O tym, że popularność Jabłoni przebił jeszcze Apetyt na czereśnie, wystawiony po raz pierwszy również w Ateneum w 1968 roku z Igą Cembrzyńską i Marianem Kociniakiem, mogły zadecydować względy praktyczne. Kameralna śpiewogra dla dwojga aktorów wymagała w końcu jedynie zaimprowizowania na scenie przedziału kolejowego, dorzucenia kilku kostiumów i oczywiście dobrej obsady. Ale magia tej sztuki polegała na czymś innym. Znów udała się Agnieszce Osieckiej synteza obyczajów – oto skłóceni małżonkowie udają obcych sobie pasażerów i odgrywają raz jeszcze swoją historię, a przy okazji prezentują cały katalog polskich zachowań miłosnych. Poznają się na balu gałganiarzy po akademii ku czci Bieruta, on przepytuje ją z reguł moralności socjalistycznej, potem wyjeżdża w teren „kłaść podwaliny”, ona się nudzi i woli grać na wczasach w ping-ponga z zupełnie kim innym. Ona poznaje kogoś z szybkim samochodem, on zawierusza się z barmanką. Ona już nie czyta Marksa do poduszki, on jeszcze w coś wierzy i „interweniuje” – i tak dalej. Los jak los, podany w wystarczająco wielu wariantach, by widzowie mogli w tym „romansie z życia sfer normalnych” odnaleźć choćby fragment własnego doświadczenia. Ale zarazem odzywa się tu coś specyficznie pokoleniowego, swoisty romantyzm generacji zetempowców, rozdartej między prywatnym szczęściem a obowiązkiem, wspólną sprawą. To rzecz o chłopcu i dziewczynie, którym zależało kiedyś nie tylko na sobie nawzajem, a potem przestało zależeć. Tu Apetyt na czereśnie jest nostalgiczny w sposób nie dla każdego już może czytelny, za to jako opowieść o uniwersalnych kłopotach z miłością nie zestarzał się wcale.

Inaczej odbiera się dziś natomiast Listy śpiewające, które pojawiały się w telewizji od 1964 roku do końca dekady. Siedem programów ukazało się osobno drukiem2, w tym tomie przypominamy dwa wczesne: Pijanego zająca i Wielki biały okręt, bo one akurat trafiły na deski teatralne – w 1996 roku wystawił je Teatr Nowy w Zabrzu. Pisane dla telewizyjnego medium i z myślą o montażu, stąd operujące fragmentem, w lekturze robią wrażenie cokolwiek surrealistyczne – ich fabuła się rozwiewa, jakby miała być jedynie pretekstem dla pięknych piosenek z muzyką Adama Sławińskiego i Andrzeja Zielińskiego. A przecież za zwiewnością fabuły stoi poetycki koncept: te listy mijają się celowo, przefruwają koło siebie, jakby były pisane na Berdyczów. Każdy, jak to w życiu bywa, jest tu nadawcą i adresatem własnej opowieści. Korespondenci pozostają nieszczęśliwi (albo właśnie szczęśliwi) w tym permanentnym nieporozumieniu, na tle cierpliwej przyrody. Wysłuchują ich lasy, jeziora, ptaki, trzciny, czasem mazurski krokodyl... Fauna i flora Listów śpiewających wytrzymuje niejeden absurd i towarzyszy niejednej tęsknocie.

Następne utwory sceniczne Agnieszki Osieckiej nie odniosły już tak zawrotnego sukcesu – jeszcze tylko Łotrzyce doczekały się kilkunastu premier, większość pozostałych sztuk wystawiono tylko raz. W tym także zwariowany musical Dziś straszy z 1972 roku, inspirowany Witkacym, przeżywającym w latach siedemdziesiątych istny renesans (w tym samym roku wyszły jego zebrane dramaty, zaczęły się mnożyć wystawienia, pięć lat później nadjechała pisana do jego tekstów słynna Szalona lokomotywa, w której Maryla Rodowicz śpiewała z Grechutą). Tekst Dziś straszy nie jest do końca pastiszem, choć fabuła luźno przypomina W małym dworku – główna bohaterka, Agafia Demonowna Późniak, prowadzi tu bujne życie towarzyskie po śmierci niczym widmo witkacowskiej Anastazji, pozostając całkiem atrakcyjna i chyba niezupełnie nieżywa. Otoczona młodymi Zakochańcami i postaciami w rodzaju Ministra Nonsensu funkcjonuje na specjalnych prawach jako oderwana od ziemi poetka, w czym można się dopatrzyć ironicznego autoportretu Autorki. To chyba niesłusznie zapomniany, nieco hippisowski i bodaj najzabawniejszy musical Osieckiej.

Dalsze dwa pochodzą już z lat osiemdziesiątych i z tej racji mogłyby się znaleźć w drugim, ciemniejszym w tonacji tomie utworów scenicznych. Zamieszczamy je jednak tutaj jako swoistą klamrę: Damę z walizką można czytać jako Apetyt na czereśnie po latach, z kolei sztukę Znajomi znajomych jako domknięcie Jabłoni. Obie sztuki powstawały w niewesołym czasie, już po stanie wojennym, a jeszcze przed transformacją ustrojową i są trochę jak gorzkie migdały po słodkich rodzynkach – może dlatego nie udało im się podbić scen. Ale też czas mniej temu służył.

Bohaterka Damy z walizką, wystawionej z muzyką Jerzego Woy-Wojciechowskiego w 1988 roku, to pani w jesiennym już wieku, która wyrusza w podróż, by odszukać chłopców ze swojej młodości. Odwiedza wszystkich, z którymi tańczyła na pewnym przedwojennym balu, i jak w Apetycie na czereśnie odgrywa z nimi to, co przeżyte. Odgrzewanie dawnych wspomnień nie nadałoby jeszcze tej podróży należytej dramaturgii, gdyby nie odwieczne polskie sprawy: otóż chłopcy (teraz już starsi mężczyźni) okazują się rozmaicie przetrąceni przez historię. Co ciekawe, najbardziej „dziejoodporna” pozostaje główna bohaterka, choć czas jej przecież także nie oszczędził. W finale słyszy od męża: „Jesteś jak prześwietlona słońcem, masz w sobie siłę, masz niezwyciężoną radość życia. A wiesz dlaczego? Bo o życiu samym nie masz pojęcia”. Zgoda: tak jak bohaterka Apetytu na czereśnie na życiowych rozstajach chce sobie kupić kapelusz, tak bohaterka Damy z walizką jest nieuleczalnie sentymentalna, a przecież obie ostatecznie radzą sobie ze sobą lepiej niż mężczyźni pochłonięci i zniszczeni przez wielkie idee. Dlatego happy end tej sztuki wypada nieprzekonująco – żaden z chłopców na niego nie zasłużył.

 

O Znajomych znajomych Agnieszka Osiecka napisała w swojej autobiografii: „Chciałam utkać swoistą makatę, zrobić przegląd najnowszych typów i typków: ludzi pieniądza, ostrych dziewczyn... Taka znowu – po Jabłoniach – polska komedia dell’arte” 3.

Istotnie, znowu mamy zakreśloną z rozmachem obsadę i śmiały fresk społeczny, tym razem współczesny i drapieżny, bez sentymentalnej mgiełki. Jak to określiła samokrytycznie Autorka, która przyznawała się do kłopotów z konstrukcją: „Znajomi znajomych rozłażą się w szwach. To jest Bitwa pod Grunwaldem, która wylewa się z ram. Ale czułostkowości nie dostrzegam (...) wcale”4. Istotnie – sztuka miała być o tym, że „ludzie niewiele sobie dziś ofiarowują oprócz uprzejmego chłodu”. O ile odmalowany w Jabłoniach tak zwany margines społeczny, zarówno przedwojenny jak i tużpowojenny, miał niekłamany wdzięk ballad Grzesiuka, o tyle nowe „elity biznesu”, nowobogaccy salonowcy i artystyczna hochsztaplerka lat osiemdziesiątych, czyli tytułowi znajomi znajomych, budzą raczej niesmak i grozę. Widzowie Teatru w Gdyni, który wystawił ten musical w 1991 roku w reżyserii Ryszarda Majora, nie wychodzili już raczej z przedstawienia ze śpiewem na ustach. Wieńczący sztukę piękny, lecz smutny song Jeżeli miłość jest też nie dodawał otuchy.

Czy Agnieszka Osiecka była autorką sceniczną na miarę poetki? Pewnie nie, ale nawet w tak rozrywkowej na pozór i ulotnej formie jaką jest libretto, nie traciła słuchu na swój czas. Czytane po latach jej sztuki dojrzewają, mówią nam niekiedy więcej, niż mówiły w momencie swoich prapremier. Pewnie nie doczekamy się już polskiego Broadwayu, ale może jacyś teatralni zapaleńcy przywrócą je do życia? Niech zakwitną jabłonie, niech zaśpiewają listy, niech wreszcie wróci na scenę Agafia Demonowna Późniak, która i tak ani myśli umierać!

Justyna Jaworska

1 Agnieszka Osiecka, Galeria potworów, „Prószyński i S-ka”, Warszawa 2004, s.130.

2 Agnieszka Osiecka, Listy śpiewające, „Czytelnik”, Warszawa 1970.

3 Agnieszka Osiecka, Rozmowy w tańcu, Wydawnictwo Tenten, Warszawa 1992, s 55.

4 Tamże, s.141.

NIECH NO TYLKO ZAKWITNĄ JABŁONIE

Część I dzieje się przed wojną, część II dzieje się po wojnie


Półfinał sztuki Niech no tylko zakwitną jabłonie.

Na pierwszym planie: Hanna Skarżanka.

Fot. archiwum Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza.

WSTĘP KONFERANSJERA DO PRZEDSTAWIENIA W WERSJI ROSYJSKIEJ

Uwaga: Tekst poniższy może być zarówno drukowany w programie zagranicznym widowiska, jak i wygłaszany ze sceny.

Ad. 1. – proponuję, aby wydrukowano w kraju również wersję angielską lub francuską tego tekstu dla odwiedzających nas znakomitości cudzoziemskich i zwyczajnych zagraniczników.

Ad. 2 – proponuję, aby aktor wygłaszający tę konferansjerkę grał bardzo stylową postać lokalnego entreprenera, przedsiębiorcy czy hochsztaplera, który sprowadził nasz zespół. Powinien mieć kostium dyrektora cyrku, charakterystyczny dla swojego narodu. Powinien „sprzedawać” całą naszą trupę bardzo krzykliwie i rywalizować z p. Matyjaszkiewiczem.

W drugiej części – będzie to dziennikarz w okularach, koneser.

1. URZĄDZAMY SIĘ

Szanowni Państwo! Przed chwilą skończyła się wojna! Jeszcze się nie mówi „p i e r w s z a wojna”. Mówi się po prostu – skończyła się wojna.

Jest ładna pogoda. Jesteśmy w o l n i !

Rzecz dzieje się w Polsce.

Polacy otwierają sklepy, szkoły, rząd i parlament, kramy i kabarety. Zaczynają się rządzić. Zaczynają kombinować. Zaczynają robić głupstwa. Zaczynają żyć!

Za chwilę wejdzie Entreprener i przedstawi nam postaci widowiska: Kokotę Mimi, Inżyniera Metropolitaine, Chłopa Ze Wsi, Słodką Zuzannę, Włamywacza oraz Dziewczynki i Inteligentów, tych biednych statystów komedii dell’arte!

2. KUPUJEMY, SPRZEDAJEMY

Bohaterowie komedii zaśpiewają Państwu na początek pieśń handlową zatytułowaną: Tysiąc szlagierów dla kiepskich frajerów! Pomiędzy zwrotkami usłyszą Państwo teksty reklam i ogłoszeń, którymi afiszowały się pierwsze polskie sklepy, pierwsze polskie knajpy i pierwsze polskie plajty i bankructwa. „Tylko pasta Czarny Lew!”, „Wystrzegaj się falsyfikatów mydła Bébé!”, „Nie zaniedbuj kataru!”, „Firma Mleko Dworskie dostarcza mleko do domów włas­nymi końmi!”, „Polecamy gorąco sparaliżowaną szwaczkę: kto przyjdzie jej z pomocą?” – i tak dalej!

(tekst tylko na scenę. Do Entreprenera) Kolego, zaczynamy!

3. ZARABIAMY. GOŚĆ, KTÓRY PŁACI – MA DUŻO PIENIĘDZY, DZIEWCZYNKI WCALE ICH NIE MAJĄ

A więc, proszę Państwa, Polacy się rozkręcają! Zaczynają sprzedawać: piosenki, garnitury, maszyny, mydło Bébé, tysiąc szlagierów, co kto umie i jak umie.

Zaraz zobaczymy, kto to kupuje!

Oto nowa postać komedii dell’arte – kapitalista. Gość, Który Płaci.

Zaśpiewa Państwu piosenkę Płacę, żądam i wymagam. Dziewczynki w wierszowanych reklamach zaoferują mu szampon Pixavon, perfumy, czekoladę, budynie itp. Niestety – kapitalista okaże się niewypłacalny! A więc wszyscy razem odśpiewają piosenkę o ich jedynym ratunku, o... Polskiej Kasie Oszczędności. Będzie to piosenka cyniczna! Jej refren brzmi: PKO, kochana stara buda.

4. KOCHAMY. NIE KOCHAJĄ NAS. REBEKA PŁACZE

Drodzy Państwo! Za chwilę będziemy świadkami miłości na prowincji…

Biedna Rebeka sprzedaje kawę Ergo w sklepiku na rynku. Któregoś dnia do miasteczka przybywa piękny, bogaty młodzieniec. Rebeka nie potrafi o nim zapomnieć.

Czeka...

Któregoś dnia młodzieniec przybywa znowu do miasteczka, ale jest już mężem słodkiej Zuzanny, która (jak mówi piosenka) jest najcnotliwszą, najmodniejszą i najbogatszą panną w Warszawie.

Z Rebeką żeni się Ubogi Zakochany, ale Rebeka nie potrafi zapomnieć o tamtym! (konferansjer płacze, wyciera oczy chusteczką). Rebeka i Ubogi Zakochany mieszkają na stacji kolejowej i patrzą na pędzące tamtędy pociągi. Czy nas ktoś stamtąd zabierze?… – brzmi refren piosenki.

5. CZYTAMY POWIEŚĆ W ODCINKACH. MAMY ZŁY GUST

Wejście konferansjera następuje tuż przed powieścią brukową, ale już po zapowiedzi naszego Entreprenera, to znaczy po słowach Buby W głowie się kręci. W tym momencie wszyscy aktorzy zamierają w pozach tanecznych, a konferansjer mówi, trochę przeszkadzając Matyjaszkiewiczowi.

I oto mamy na scenie nowe postaci, poznajemy Bubę, Kobietkę Luksusową i Olgierda – jej wielbiciela. Są to bohaterowie powieści w odcinkach. Pamiętacie Państwo te niekończące się powieści w odcinkach?

Usłyszymy teraz prawdziwe fragmenty takiej starej, polskiej powieści brukowej, oczywiście – ilustrowanej, oczywiście – u nas – piosenkami!

Oto Buba wstawiła się na proszonej kolacji. Zakochany w niej Olgierd wiezie ją do siebie, Buba budzi się w łóżku kochanka, lecz nie może sobie przypomnieć wydarzeń minionej nocy. Na wszelki wypadek śpiewa piosenkę Czy nie straci pan do mnie szacunku? Olgierd na szczęście nadal kocha ją tkliwie. Ba, chce się żenić! Ona jednak nie szczędzi mu okrutnych wyznań, a wreszcie – porzuca go!

Olgierd pije w lokalach z Cyganami, lecz nie przynosi mu to ulgi. Buba umiera. Olgierd ginie na wojnie.

Koniec powieści.

6. RÓŻNIMY SIĘ POGLĄDAMI. ZUZANNA JEST BOGATA, A CHŁOP ZE WSI – BIEDNY

Jest już dziesięć lat po wojnie!

Jeszcze się nie mówi „po pierwszej wojnie”... Mówi się „po wojnie”.

Nie wszystkim w Polsce powodzi się tak dobrze jak Bubie – kobietce luksusowej – oraz jej wielbicielom...

Oto nowy bohater komedii dell’arte: Chłop Ze Wsi!

Usłyszycie Państwo autentyczne fragmenty pamiętników chłopskich. Mowa będzie o licytacji: biednemu chłopu komornik zabiera ostatnią krowę... Tymczasem słodka Zuzanna śpiewa piosenkę o pożytkach płynących z licytacji: tam właśnie panowie kupują jej biżuterię i całe masy słodkich drobiazgów... Oto względność wszechrzeczy.

7. BAWIMY SIĘ ZA GROSZE U CIOTKI „POD PYZAMI”, NIEKTÓRZY NAWET NA KREDYT, TYMCZASEM ŻYDOWSKA MATKA PŁACZE, BO ZGINĄŁ W KATASTROFIE OKRĘTOWEJ JEJ SYN, KTÓRY EMIGROWAŁ ZA CHLEBEM

Uwaga: Zmiana miejsca! Przenosimy się do ciotki Marcinowej na zabawę ludową. Tu tańczy lumpenproletariat – rozmaite Felki i Antki (uwaga: przetłumaczyć na zagraniczne ludowe imiona).

Tu można tanio zjeść i wypić, i mocno się zakochać w ślicznej Maniusi, córce pana majstra, albo w pannie Franciszce, córce rzeźnika. Może to dla Antków i Felków są za wielkie damy, ale przy sobocie można przecież z nimi zatańczyć.

Zabawa przerywana jest autentycznymi wierszowanymi powinszowaniami układanymi niegdyś przez kominiarzy i dozorców.

A więc – Tango milonga...!

8. NIE MAMY Z CZEGO ŻYĆ, ALE KOCHAMY SWOJĄ OJCZYZNĘ

Pogoda ciągle jest jeszcze ładna, ale znowu wojna wisi nam nad głową. Będzie się mówiło – „druga wojna światowa”...

Nie wszystkim Polakom udało się dorobić. Usłyszycie zaraz drobne ogłoszenia z gazet dotyczące bezrobocia: „Szofer, dwadzieścia pięć lat, szuka pracy za samo jedzenie”, „Student przyjmie każde zajęcie”... itp.

Bohaterowie komedii pocieszają się piosenką Choć goło, lecz wesoło. Ta głupia piosenka do tego stopnia irytuje Włamywacza, że zaczyna strzelać i mówić wierszem.

9. BĘDZIEMY MIELI WOJNĘ. TAŃCZYMY. PIJEMY

Konferansjer chodzi między powstającymi z ziemi trupami i mówi:

Spójrzcie, tańczą, piją i śpiewają, choć wojna na dobre już wisi im nad głową. Jeszcze o tym nie wiedzą! Tylko gazety piszą o Hitlerze. Refren ostatniej pieśni rewiowej brzmi: Śmiejmy się, może jutro z trzaskiem zawali się świat...

A potem usłyszymy przez głośnik prognozę pogody na dzień pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku: dzień, w którym zawalił się tamten świat.

I tak się skończy część pierwsza.

CZĘŚĆ II

1. PROLOG. SZUKAMY SWOICH BLISKICH, URZĄDZAMY SIĘ NA NOWO

Tę część prowadzi ten sam aktor, jako dziennikarz w okularach.

Szanowni Państwo!

Przed chwilą skończyła się wojna.

O tamtej, o poprzedniej wojnie, zaczniemy niedługo mówić: „pierwsza wojna światowa”. A o tej – po prostu: „skończyła się wojna”. Jesteśmy wolni.

Rzecz dzieje się w Polsce. Zaczynamy się znowu rozkręcać. Polacy otwierają sklepy, rząd, parlament, pierwsze restauracje i pierwsze budki z gazetami na gruzach zburzonej Warszawy.

Oto spotykają się po wojennej rozłące postaci naszej komedii. Niektórych już znamy, zmienili tylko zawody, nazwy – stosownie do nowych czasów. Dawny Entreprener pracuje dziś w państwowym przedsiębiorstwie jako Organizator Imprez Rozrywkowych.

Buba – kobietka luksusowa – pracuje również na państwowej posadzie. Podobnie Kokota Mimi – zmieniła się nie do poznania.

I wreszcie – całkiem nowi znajomi, Wśród nich centralna postać nowej komedii dell’arte – Bohater Pozytywny. Kocha go Koleżanka z Pracy – Personalna.

Oto oni! (wchodzi Matyjaszkiewicz, ale konferansjer go wyrzuca i kontynuuje).

Wspólnie śpiewają pieśń wojenną, wspominającą czerwone maki pod Monte Cassino i odczytują listy poszukujących się rodzin i przyjaciół umieszczane na murach zburzonej Warszawy.

Cytują także pierwsze powojenne reklamy, ogłoszenia Czerwonego Krzyża, handlują, remontują, wspominają...

 

(Gasną światła. Dopiero teraz zaczyna się część druga).

2. ODBUDOWUJEMY SIĘ. NIEKTÓRZY KRADNĄ

Tu wejście konferansjera następuje po tekście: I tango szaber. Wszyscy są gotowi do numeru, znów zamierają bez ruchu, a konferansjer objaśnia:

Tango szaber. Ludowe tango nieznanego autora z czasów, kiedy przedsiębiorcze gromady opryszków jeździły na Ziemie Odzyskane nad Odrę i Nysę szabrować opuszczone domostwa. Szabrownicy rabują, a budowniczowie śpiewają znaną piosenkę masową Budujemy nowy dom. Może tylko za bardzo przykładają się do piosenki niż do pracy, bo szabrownicy sprawniej rozbierają murek, niż budowniczowie go budują. Ale całość kończy się dobrze: sentymentalnym Walczykiem Warszawy.

3. JEDZIEMY DO NOWEJ HUTY. PIĘKNE DZIEWCZĘTA NIE KOCHAJĄ NAS. MY NIE MOŻEMY POKOCHAĆ KOLEŻANKI Z PRACY.

Zaraz nadejdzie bohater pozytywny... Ma osiemnaście lat i głowę nabitą pięknymi ideałami. Czy wolno mu w takiej sytuacji kochać Zuzannę – reakcjonistkę? Czy powinien raczej zwrócić się w stronę Krysi Traktorzystki, bohaterki lat pięćdziesiątych?...

Krysia Traktorzystka śpiewa mu dziarskie refreny o przodownikach i przodownicach, a Zuzanna przypomina burżuazyjne francuskie przeboje, a nawet oznajmia, że „przedwojenny woli styl” (!).

Wreszcie obie dziewczyny opuszczają bohatera i jadą pracować w brygadzie młodzieżowej w Nowej Hucie, a sytuację wykorzystuje Koleżanka z Pracy, która kokietuje smutnego chłopca.

Bohater pozytywny nie umie jej pokochać. Tęskni.

4. BYWA, ŻE WSPOMINAMY WOJNĘ, ALE JESTEŚMY JUŻ CAŁKIEM INNI

A oto inny świat; świat Małolatka i jego dziewczyny – ludzi, którzy nie pamiętają wojny. Nowe pokolenie! Ta para znalazła się w zakładzie poprawczym za chuligaństwo i śpiewa tamtejsze, autentyczne „przeboje” stylizowane pod stare pieśni wojenne. A więc mówi się o „Heli, która trzyma wyrok na kolanach”, o „złodzieju – czarodzieju” i... o bandzie, którą stworzą na wolności.

Bohater pragnąłby i ich wychować, ale nie zna jeszcze ludzi. Deklamuje im (również autentyczne) fragmenty broszurek agitacyjnych z lat pięćdziesiątych. Mówi o sposobach prowadzenia zebrań i redagowania gazetek ściennych... Nie, nie będą przyjaciółmi!

Koledzy Pozytywnego uważają parę młodocianych przestępców za „margines społeczny” i wyciągają Bohatera na stylową zabawę pierwszomajową z lat pięćdziesiątych!

5. IDZIEMY NA ZABAWĘ PIERWSZOMAJOWĄ. ORGANIZUJEMY SIĘ. POPEŁNIAMY BŁĘDY

Zabawa ludowa z lat pięćdziesiątych. „Jadą serdelki na ciężarówkach”, woła Organizator… Przyjeżdża zespół estradowy i daje występ pod gołym niebem. Śpiewają piosenkę o dwóch przodownikach i jednym bumelancie... Zjeżdżają się zespoły wiejskie w strojach regionalnych. Na to wchodzi Bikiniarz i śpiewa boogie-woogie oraz ludowy refren: Chuliganie to są ludzie tacy (...)5

5 Powyższy tekst napisany został przez Agnieszkę Osiecką i pochodzi z archiwum Fundacji Okularnicy. Nie zachował się dalszy ciąg (przyp. red.).