Dzienniki 1956-1958Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright Agata Passent, 2021

Przypisy i indeks

Karolina Felberg

Opracowanie materiałów archiwalnych

Marta Dobromirska-Passent

Korekta

Irma Iwaszko

Projekt graficzny

Zbigniew Karaszewski

Książka powstała we współpracy

z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.


Zdjęcia z Archiwum Fundacji.

ISBN 978-83-8234-681-7

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

WSTĘP

Pociemniało to życie jak scena

Agnieszka Osiecka żyła tak szybko, że nawet pisząc na cztery ręce, nie dałoby się nadążyć za tempem, które sobie narzuciła. Dlatego ten tom Dzienników otwierają lakoniczne, pośpieszne, zmierzwione zapiski robione jakby po to, by nadać jej pędzącemu umysłowi i neurotycznej psychice jakiś szkielet, plan. Pisane równoważnikami zdań, pełne skreśleń telegramy do siebie samej: kawa z Grzegorzem Lasotą, premiera z Markiem Hłaską, rozmowa z Ami w Bristolu. Nie mając czterech rąk i nie mogąc sama dogonić siebie, prowadziła w życiu kilka agend. Zarówno „w sensie ścisłym”, jakby powiedział Jerzy Pilch, jak i w sensie metaforycznym. Zapewne wszystkim z nas marzy się często życie równoległe, a jej przez kilka, a może kilkanaście lat chyba udało się żyć z intensywnością do szóstej potęgi.

To Dzienniki pisarki. Stąd wyszedł taki „kolaż”, który widać tu nawet w graficznym ułożeniu zapisków. Co kilka zdań w prozę życia z agend wkraczają poezja, skreślenia, piosenka, rozpoznajemy zalążki piosenek, które do dziś są śpiewane, np. Ballady o malarzu. Życie w literaturze.

Oryginalne zapiski sprzed lat posłużyły starszej Agnieszce Osieckiej jako malarska deska. Przemalowuje obraz innymi figurami. Dojrzalsza, bardziej doświadczona, z oczytanej, piekielnie utalentowanej panienki trzpiotki przepoczwarza się w znaną autorkę, złośliwą krytyczkę. Po latach w innej politycznej i życiowej sytuacji wraca do siebie z przeszłości, tłumaczy się, wyjaśnia. Czy wyciągała te notatki z wnętrza tapczanu w swoim pokoju na Saskiej Kępie przy ulicy Dąbrowieckiej 25, w którym po jej śmierci je odnaleźliśmy? Trudno się dziwić, że zapiski te chowała. To zapiski szczere, intymne, ale też czasem politycznie ostre, więc trzeba było uważać. Zapadł mi w pamięć fragment o popularnym pisarzu lat sześćdziesiątych: „…Kretyn, który świadomie stosuje własną paranoidalność”. Uff… Denuncjacje koleżanek, rewizje… Lepiej dziennik chować. Choć ta wielość agend i notesów to fascynująca cecha tej publikacji, jednak na pewno nie ułatwia początku lektury.

Czytając, trudno zliczyć role, w których Agnieszka Osiecka postanowiła się sprawdzić. Jej tempo i ambicja powodują u czytelnika poczucie utraty tchu.

Piękna dwudziestoletnia Agnieszka rzuca się w teatr. Do końca życia pozostała teatrowi wierna jako autorka, ale tu widzimy żarliwe zaangażowanie w pomysł na teatr. Współtworzy od podstaw STS. Kibicuje Bim-Bomowi i regularnie w nim bywa. W teatrze interesuje ją wszystko: od plastyki i scenografii po grę aktorów.

Agnieszka rzuca się w film. Nie tylko jako recenzentka po studiach dziennikarskich, ale też jako widzka. Z teatralnych premier biega na teatralne próby. Cały czas czyta. A to Czechow, a to nowy tomik Jesienina, a to brytyjskie powieści. Wszystko ją interesuje. Agnieszka rzuca się w film tak bardzo, że zdaje do Szkoły Filmowej w Łodzi. Wszystkie egzaminy na Wydziale Dziennikarstwa UW czy w szkole filmowej idą jej tak gładko, że kwitowane są w tym tomie Dzienników jednym zdaniem. Zajęcia praktyczne w ciemni zdają się ją ciekawić nie mniej niż podróże do Rucianego-Nidy i odkrywanie historii ostatnich Mazurów. Łódź Agnieszki jest jednak czarna. Woli być w pociągu do Łodzi, w drodze na wykłady, niż nocować w ciasnym biednym pokoiku akademickim.

Agnieszka rzuca się w przyjaźnie i koleżeństwo. Dzienniki to kronika towarzyska życia artystycznego tamtych lat. Znała chyba wszystkich. Wskakiwała w pociąg, by zobaczyć nowy spektakl Cybulskiego i Kobieli, napić się z Łajmingiem. Wracała na kawę z Grzegorzem Lasotą w Niespodziance. Środowisko filmowe, teatralne, literackie było zdominowane przez mężczyzn. Te Dzienniki czytane dziś są też o tym. Dziewczyna musi się przebić. Przyjaciele z pracy wypełniają jej cały świat: czasem imponują, czasem próbują ją „przerobić”, ona ulega fascynacjom, ale udaje jej się z wielkimi sukcesami stworzyć swój odrębny styl. W tle socjalizm, bardzo powoli i z oporami po szynach rusza Odwilż, a opisywane tu środowisko artystyczne pisze, tworzy, tańczy, spotyka się na domowych prywatkach i balach. To lata nieustannego gadania, bycia blisko, omawiania spraw istotnych, politycznych, ideowych, autorka nie „czerni papieru” ani nie traci życia na pisanie o tym, co jadła czy co kupiła. Odnosi się wrażenie, że dosłownie żyje twórczością.

Agnieszka Osiecka rzuca się w podróże. W tym tomie rodzi się Agnieszka dziennikarska i Agnieszka reporterska. Miejsca i ludzie, których teraz odkrywa, pozostają dla niej ważne do końca życia: Warszawa, Mazury, Trójmiasto, Łódź, Tatry, Londyn i Paryż. Niestandardowe wychowanie, jakie zapewnił jej ojciec Wiktor Osiecki, i wrodzony apetyt na życie oraz ciekawość „innych” powodują, że pisarka czuje się swobodnie tak na molo w Orłowie, jak i na jednym z największych dworców świata, paryskim Gare du Nord.

Agnieszka rzuca się w arystokrację. Dzięki dalekim koligacjom rodzinnym odwiedza często Londyn i mieszka u swojej ciotki Zofii Arciszewskiej i jej męża, emerytowanego pułkownika Franciszka Arciszewskiego. Jej londyński dziennik to dla mnie jedno z największych odkryć. Ton zaskakuje złośliwością, czasem pogardą, choć niepozbawioną czułości, drażni ją to eks-ziemiaństwo żyjące infantylnymi mitami o Polsce i mieszczańskimi przyjemnostkami, drwi nawet z charytatywnego zaangażowania cioci w pomoc polskim sierotom. W tle pobrzmiewa tu pytanie: czy pomagała też sierotom innego pochodzenia…

Agnieszka rzuca się w miłość. Ten tom pokazuje, jak centralną postacią w jej życiu sercowym był poeta Witold Dąbrowski. To była miłość, ale komunizm i ideowość Witolda okazują się dla niej zbyt pryncypialne. Nie chciała zapisać się do partii, nie chciała realizować w swojej literaturze i życiu prywatnym założeń systemu, który ocenia już wtedy bardzo krytycznie. Bliższe stają się jej talent, styl, dowcip i erudycja Andrzeja Jareckiego, wybitnego twórcy STS. Ten związek też nie okazuje się trwały, ale uczucie bliskości pozostało na zawsze. Do tragicznej śmierci Andrzeja w wypadku samochodowym w Stanach Zjednoczonych byli przyjaciółmi. Tom ten rozwiewa mity, które narosły wokół związku poetki z Markiem Hłaską. W zapiskach Agnieszka więcej miejsca poświęca ocenie prozy i nieudanych według niej (i Marka!) filmów Forda i Hasa niż „herzklekotom” wokół ich romansu. Miejscami miałam wrażenie, że w Marku Hłasce najbardziej Agnieszce podoba się mama, pani Maria Hłasko.

Agnieszka rzuca się w wielką włóczęgę. Tę dosłowną, typową dla tego pokolenia warszawiaków. Nie mają się gdzie podziać ze swoją miłością, pocałunkami, seksualnością, bo wszyscy dorośli już bohaterowie tych Dzienników mieszkają z rodzicami. Problem mieszkaniowy w nadal zrujnowanej Warszawie powoduje, że autorka niczym szakal przemierza miasto we dnie i w nocy, nigdzie nie zaznając pełni szczęścia i harmonii. Varsavianiści rozpoznają tu „kultowe” lokale: Telimena, Niespodzianka, café Bristol, Kameralna, Krokodyl, Manekin. Po tańcach i „łowach” przychodzi czas na samoocenę. Trawią ją poczucie winy, wyrzuty sumienia, bo żaden mężczyzna nie potrafi dać jej w pełni tego, czego ona potrzebuje. We wszystkim, czego się dotknie, jest świetna, ale czuje się niespełniona. Włóczęga psychiczna połączona z chorobliwą wręcz empatią doprowadzą ją do neurozy, stanów lękowych. Krystalizuje się niska samoocena, wieczna pogoń za perfekcjonizmem, pisarka nie jest zadowolona ze swoich tekstów i życiowych wyborów.

W tym tomie wybrzmiewa już Agnieszka, którą poznałam jako córka. Z jednej strony wielka samoświadomość, a z drugiej niemożność zapanowania nad uczuciowym i umysłowym włóczęgostwem, apetytem na zmianę, ucieczką przed strasznym mieszczaństwem. Marzy o wspólnym mieszkaniu i małżeństwie z Witoldem, by potem popatrzeć na to jakoś z dystansu, doszukać się wad, lękać się, uciekać na pomost ze Stachem.

Agnieszka rzuca się w samotność. W kołowrocie polityki, setek przyjaciółek, kolegów, inspiracji ten tom odsłania nam wielką otchłań samotności, w jaką coraz częściej pisarka popada. Zwierza się w dzienniku, że czuje się niewysłuchana, niezrozumiana, że nie ma nikogo. Nawet najbliższe przyjaciółki (psycholożki!) Hanna Żurek i Ami Navarro, nawet ten dziennik nie wystarczają, by autorkę „dotulić”. Przyczyny tego stanu rzeczy znamy częściowo z poprzednich tomów.

Wygląda na to, że dwadzieścia cztery lata po śmierci Agnieszka Osiecka wreszcie trafiła na kogoś, kto poznał ją najlepiej, kto zrobił dla jej twórczości być może najwięcej, choć ani nie wykonywał jej piosenek, ani nie reżyserował jej sztuk, ani nie redagował jej nagrań radiowych czy telewizyjnych. Wielkim szczęściem pisarki i diarystki jest trafić na odpowiednią redaktorkę. Stanisław Ignacy Witkiewicz trafił na profesora Janusza Deglera. Agnieszka Osiecka trafiła na dr Karolinę Felberg. Wierzę, że ten związek badaczki z pisarką zmienił ich życie na lepsze. Ogrom pracy i wiedzy literaturoznawczej, sił i czasu, a nawet zdrowia, jaki dr Karolina Felberg przez dziesięć lat (!) włożyła w opracowywanie przypisów do Dzienników Agnieszki Osieckiej, stanowi równoległą wartość. Miejscami mam wrażenie, że przypisy dr Felberg opowiadają o umyśle i życiu Agnieszki Osieckiej pełniej niż sam tekst poetki.

 

Czy Andrzejewski, Mrożek, Gombrowicz, Woroszylski lub inni diaryści XX wieku byli „rodzinni”? Niewątpliwie kategoria „rodzinność” częściej stosowana jest do kobiet… Po dwóch dekadach okazuje się, że Agnieszka Osiecka stworzyła na tyle silną rodzinę „patchworkową”, iż to Marta Dobromirska-Passent, druga żona Daniela Passenta, moja przyszywana mama, czuwała od początku nad pracami przy wszystkich tomach Dzienników.

No i Wydawca. Pełne, nieocenzurowane wydanie Dzienników możliwe było dzięki zaangażowaniu Wydawnictwa Prószyński i S-ka, a w szczególności dzięki jego Prezesce Annie Derengowskiej.

Czy postąpiłam przyzwoicie, upubliczniając Matki Dzienniki? Po lekturze tego tomu mam pewność, że tak (choć przyzwyczaiłam się już do krytyki i tego, że wszyscy wiedzą lepiej, jak rozporządzać dorobkiem Agnieszki Osieckiej). Dla badaczy literatury polskiej XX wieku, kulturoznawców, varsavianistów, filmoznawców to bezcenna książka. Nie była przeznaczona do druku. Jednak musiała przecież być dla Mamy ważna – nie zniszczyła jej. Przeciwnie. Wracała do tych zapisków, niejako sama dla siebie tę książkę życia „przepisując”. Chciała coś lub siebie nam wytłumaczyć? Ćwiczyła się w tych zeszytach w ocalaniu od zapomnienia?

Agata Passent

Część pierwsza

DZIENNIKI I ZAPISKI (1956–1957)


Agnieszka Osiecka, Mazury, 1956 r.

20 X 1955 – [23 I 1956]1

7 I

Skończyłam na dobre Czechowa2. Zmęczona. Napisane dużo gorzej niż chciałam. Nerwy.

Piosenka3

10 I 56

W Łodzi na Pstrągach4. Niesmaczna – wulgarna historia. Politycznie przeważnie dobry, ale nienowy gag ze znaczkiem ZMP5.

Niewykorzystane teksty (reżyser, kreślić!). Wredna historia z rowerem, Witold6 był zmęczony.

Ballada o malarzu7

Rzeka (Gdańsk8), dziewczyna, martwa natura w kącie.

Jeden z piękniejszych śmietników na świecie.

Miał lat dwadzieścia parę

czarne bure oczy i średni wzrost

Miał pędzel i farby stare

I często chodził przez most.

Gdzie była rzeka,

miejska rzeka

rdzawa rzeka

jak ogi

od murów rdzawa

jak ogień rdzawa

i zła

Myślał sobie – woda się pali,

Taką cię jeszcze nie malowali

Malował (I zrobił) rzekę,

rudą szarą rzekę

pustą rzekę

jak wieczność długą nie

jak nuda długą namalować

i mdłą świata,

kiedy się

Mijały różne lata bardzo chce

Te najlepsze i bardzo złe (złe)

Podróżował i trochę schudł, głód

co nie namalował świata

I kiedy tak bardzo się chce

Mijały różne lata, mięło trochę czasu

Gdzieś wyjeżdżał i bardzo schudł

Miał radio

Polubił przyglądać się gratom

Pracował

I myślał, że to jest cud.

Że była Malował szklankę

zwykła szklanka

złota szklanka

herbatą złota –

pod lampą światło złota

ze szkła

Że dwa razy, dla malarza

Myślał także, że dla malarza

Że dwa razy, że dla malarza

Taka się szklanka nie powtarza

Malował więc zrobił szklankę

ciemną szklankę

brudną szklankę

jak dykta płaską,

jak papier płaską

i z farb.

Wciąż nie był jeszcze stary (czary).

Pod siwizną miał młodą twarz,

Miał swoje małe czary,

I czarodziejski miał płaszcz.

bo była żona

mała żona

czarna żona

od włosów czarna,

jak od oczu czarna

jak noc

Myślał sobie – żona i czary,

takich was jeszcze nie malowali

Malował żonę

z płótna żonę

martwą żonę

od włosów siwą

od oczu siwą

jak mgłę

Gdy przeszło lat trzydzieści

Kupił wino i wypił je sam

[–]się

że

W swój pierwszy jubileusz

Kupił szampana wino i wypił je sam

że już

znał

A potem go zabrał Morfeusz

I poszli razem aż tam

gdzie była

[tekst z lewej strony spięty klamrą:]

gdzie na obrazkach

były rzeki

jego rzeki

rude rzeki

od murów rdzawe

jak ogień rdzawe

i złe

i były szklanki

jego złote szklanki

złote szklanki

herb[atą] złote

pod św[iatło] złote

ze szkła9

Na dworcu

Wyjście z peronu. Po jednej stronie przejścia kontroler biletów, po drugiej facet (nasz „impresario”). Pali. Elegancki. Pozytydo Postawa wyczekująca.

Głos z megafonu: Pociąg pośp[ieszny], z Paryża, przez Berlin, Frank[furt], Poznań, wjechał na peron trzeci. Gorąco witamy powracających do kraju rodaków… (wyciszenie)

Wchodzą dziewczęta z walizkami.

Kontroler: Proszę okazać [?] bilety o bilety.

Facet: Proszę Nogi proszę?

Pierwsza d[ziewczyna]10: Coo?

F[acet]: (zniecierpl[iwiony]) Niechże pani nie tarasuje przejścia. Nogę proszę.

Każda t… Segreguje (my [?]) No tak, tak… tak, nie… już…

Teraz proszę się ustawić, o tak, i nie ruszać się.

(Stoją bezradne, nic nie rozumieją).

Do Pierwszej: Pani będzie śpiewać tańczyć.

Pierwsza: Teraz?!

F[acet]: Nie, w ogóle. W T[eatrze] Narod[owym].

[Pierwsza:] Ja, ależ…

[Facet:] Żadne ależ, jutro pani zaczyna występy.

[Pierwsza:] Ale…

[Facet:]: Gażę sama sobie pani [–]

[Pierwsza:] Ale…

[Facet:] Mieszkanie załatwione, zaraz pojedziemy.

[Pierwsza:] Ale ja nie umiem tańczyć, jestem maszynistką…

[Facet:] Szczegóły na potem, załatwione.

(Do Drugiej:) Pani będzie śpiewać.

[Druga:] Dobrze, mogę tramwajem.

Pierwsza: Głośniej, ona nie dosłyszy.

[Facet:] Będzie pani śpiewać, od jutra.

[Druga:] Tak, mam brata. Chciałabym go zobaczyć.

[Facet:] Śpiewać pani będzie…

[Druga:] Że jak? Z nut? Jako szwaczka, ale wolałabym w jakieś większej pracowni.

[Facet do Trzeciej:] Pani będzie t[ańczyć] i śpiewać.

[Trzecia:] Oh, pardon, monsieur, je ne comprend pas…11.

[Facet:] Pani nie rozumie…

Czwarta: Non…12.

[Facet:] Nie umie pani po polsku. Ależ to wspaniale. Pensyjka dwa razy większa, reklama zapewniona. Pani śpiewa.

[Trzecia:] Je ne comprends pas…

[Facet:] Wu (ryczy jakieś „arie”)…

Wu (tańczy idiotyczny step, pyta na migi).

Ona [Trzecia] śmieje się: Oh, non, non…13.

[Facet:] Ale nic pani nie rozumie po polsku?

[Trzecia:] Pas du tout…14.

[Facet:] Pas di tu [!], pas di tu, kochana istota (ściska ją). Jest jeszcze variete15 pod suchym baldachimem i pod murami, i variété małe, i variété [–], ale niech pani mi wierzy – pieniążki, reklama, tylko z niej, tylko u nas…

[Trzecia:] Tylko – vous ne comprenez16?

[Facet:] No, panienki, idziemy, samochód czeka.

[Trzecia:] Mais je m’apprendre, vais m’apprendre17?

[Pierwsza:] Mówi, że się nauczy.

[Facet:] Ach, broń Boże, broń Boże, toż to klęska dla teatru. No, panienki, idziemy, idziemy, samochód czeka. (Zabierają się do wyjścia. Wbiega drugi facet śpiewak).

[Drugi:] Panie, panie, pan. Halo, proszę pana, pan podobno poszukuje śpiewaczki.

[Facet:] A pan skąd?

[Drugi:] Z opery. Ale jeśli chodzi o jakiś koncert, czy inne…

[Facet:] Skąd się pytam? Skąd p

[Drugi:] Z opery, mówiłem.

[Facet:] Skąd pan jedzie wraca?

[Drugi:] Z podróży, z Moskwy.

[Facet:] Eee, no to co mi pan głowę zawraca? Ja tu mam doskonałe siły. Proszę szanowne panie, idziemy…

[połowa strony pusta]

[dwie i pół strony nieczytelnych notatek studenckich i innych]

Egmont18

„Skoro mi nie wolno czynić, co bym rad czynił, niechże mi przynajmniej dadzą myśleć i śpiewać, co mi się podoba”.

[połowa strony pusta]

Obłomow – Gonczarow, 185719

Wołkow – paniczykowaty fanfanow20

Pienkow [?] – lit. (że bez uczucia! – O)

Tarantiew – krzyczy, rady, ojciec prawnik. Naciąga na litość [?]

Sztolc – mądry ziemianin

Iwan Aleksiejew – nijaki

[tekst z lewej strony spięty klamrą:]

Olga – letnisko, potem jesień i nie z małż[onkiem]

Agafia – [–], małż[eństwo], paraliż, dzieci, braciszek

Obłomowszczyzna21

„na rachunek trzechset Zacharów” – a toć to tej leń [?]

Olga wyżej niż S[z]tolc (do smutku) – lipa, takie same smutki znamy my. I takich samych Obłomowów.

[tekst od spodu spięty klamrą:]

I Zwykła Hist[oria] II Obłomow III lenistwo [?]

13 I, piątek (!)

„Zaczęła bacznie obserwować siebie i doszła do wniosku, że niepokoiły ją momenty ciszy w życiu, jego zatrzymania się na chwilach szczęścia”.

„I cały ten kwitnący poemat letni zatrzymał się, jakby toczyć się począł leniwiej, jak gdyby zabrakło mu treści”.

Iwan Gonczarow

14, 15 I, Gdańsk

Bal u plastyków22. Bobek Kobiela i Zbyszek Cybulski23. Demonstracja „za” profesorem Cybisem24.

Cudna wystawa Pągowskiej25.

18 I

Egzamin z lit[eratury] powszechnej. Sam egzamin niepoważny, przedtem dużo ciekawej lektury. Dni niezmarnowanego czasu.

19 I

Z Witoldem ciągle „nijak”. Bardziej się boję, że to się bierze ze mnie niż z niego. Wydaje się, że nie wytrzymałam tęsknoty i… przestałam tęsknić. Sylwester wydaje mi się bardzo dawno. Widzę innego, trochę obcego chłopaka. Te łzy, kiedy już w Gdańsku tam przyszłam i go nie było, były właściwie niespodziewane. Gdyby nie to, że tak bardzo płakałam, cieszyłabym się z nich.

Piosenka o Zgubie

[tekst z lewej strony spięty klamrą i opatrzony dopiskiem:] Ryba bis [?]

Inne walce śpiewają o błękitnym Dunaju,

O [– –] i winie. Zawieruszył się chłopiec,

co wesołe najlepsze miał oczy

I najmilszą na świecie czuprynę.

Nie wiem czemu się gniewał, nie wiem czemu się boczył,

Nie wiem czemu gdzieś w tłumie mi zginął.

Może gdzieś go znajdziecie

i mu o tym powiecie,

 

Że go szukam i znaleźć nie mogę.

Gdzieś mi mignął wysoko na diabelskim aż młynie,

Więc pobiegałam też wsiadłam, choć bałam się bardzo srodze

Lecz co z tego, gdy chłopiec gdzieś pod niebem hen płynie

A ja w dole w śmiertelnej drżę trwodze.

Potem w beczce do śmiania śmiechu się godzinę kręciłam

Bo mi mignął gdzieś krawat w kropeczki,

Ale to był ktoś inny rudy, znowu się pomyliłam

Więc ze łzami wybiegłam z tej beczki.

Potem na karuzeli na zielonym był koniu

A ja za nim w niebieskiej karecie,

Chciałam wołać, lecz on gdzieś bardzo szybko pogonił

Może za tą w czerwonym berecie.

Zawieruszył się chłopiec…26

Sobota 21 (u Luby), niedziela 22

Witold!

Poniedz[ialek]

Opijamy egzamin Marka i Hanki27.

23 I

Marek. Neapol miasto milionerów28. Kłopotliwa rozmowa z Jurkiem29. Wyrzuty w stosunku do teatru30.


Amelia Borowska, później Amy Navarro, 1957 r.

Piosenka o czasie, o tęsknocie, o kochaniu, o wietrze, o minutach, o czekaniu, a może, że w mieście innym (nie!).

20977 – Teresa31, Łódź

48721 – Ami32

[tekst z lewej strony spięty klamrą:]

Idzie czas

Czarne kroki stawia

Idzie czas

kroki stawia czarne

czarne stawia kroki

kroki stawia ciche

Po cichutku stąpa

Idzie czas

Kroki stawia czarne

Idzie czas

Zaraz [?] Cię zagarnie noc.

Idzie czas, idzie czas

Już na nasze okna wlazł.

Musisz już iść.

Wlecze się czas stary

W całym mieście stanęły zegary,

Usnął czas

Papierosa woń [?] się zapala

Lata! Miesiąc się zapala nowy świt.

Za to jutro pogna ruszą w ten czas


Lecz jak wariat pogna czas

Gdy zobaczy razem nas

Popatrz, jak prędko zapala się świt

[tekst z prawej strony spięty klamrą i opatrzony dopiskiem:] bis

Czas czerwone buty ma

W stumilowych butach gna

Nie zna łez, nie zna snów

Chociaż on sekrety zna,

Serce ma w zegarze.

[tekst z lewej strony spięty klamrą:]

Kiedyś

Może przyjdą takie dni,

Wyrzucimy czas za drzwi

I nie będzie mógł nas prześladować

Chochlik zły.


Choć sen [?]

Nic mu nie pomoże.


[półtorej strony puste]

[pięć stron rysunków, głównie misiów i innych zwierzątek, opatrzonych rozmaitymi dopiskami]

[strona pusta]

NOTES33

[6 X 1956 – 4 V 1957]

Madalińskiego 2534

Sala 3

Obserwacja

[przez całą stronę biegnie odwrócony o 180 stopni zapisek:] Serock35

W jakimś późniejszym wydaniu zakończenie poematu było „przekręcone”:

„В венчике из белых роз шёл матрос”36 [wyimek opatrzony rysunkiem twarzy i dopiskiem:] (!!!!)

6 X

U Fedeckiego37.

Znakomite rysunki Annienkowa w Błoku38 (1918!).

Kłócą się o Крюченыха, Achmatową, Cwietajewą, Mandelstamma39. W[itold] – „Nie warto”.

Fedecki o obiedzie u B. Pasternaka z wielką personą Крюченыха o Uczcie40.

F[edecki] czyta wiersze. Źle.

Wolę Annienkowa.

Jakieś rękopisy – bzdurki Gałczyńskiego41 na odwrotach kwitków sądowych. I to: „odkrycie mojego życia”.

Tłumacz – Włoch (?) – nieźle w głowie.

Śmieszny pokoik Ami.

7 X

Wielki Leń.

Zamyślenie nad Ostatnim Mostem42.

8 X

Piotr z Opola. Dobre wieści.

PIS – Murnau – Portier z hotelu Atlantic43

Tartuffe44

Faust45 (nic niewarty. Jak mały Kazio wyobraża sobie expresjonizm [!]).

Ciągle straszy.

9 X, Gdańsk

Stocznia46. Kapitalny krzykacz [?] – Mazurek. Z „robociarską” pozą.

Plenum KZ PZPR47.

Rozmowa z Kitą z „Głosu Stoczniowca”48.

Dużo megalomanii. A przy tym kupa zdrowego rozsądku w ocenie zjawisk i ludzi (niezły psycholog!).

Grand – Bobek Kobiela, Zbyszek, Wowo Bielicki49.

Politykowanie50, Paryż, sprawy teatralne (jaki teraz robić program). Śpiewy u Zbyszka. Długa nudna gadanina. Cinerama, przyszłość kina, przyszłość teatru („nagość” Hamleta krakowskiego51 – do czego to prowadzi?). Opowiadam o kanadyjskich filmach abstrakc[jonistycznych]. O Małym Księciu52 – filmie. Ja, nieśmiało: to o Królu Ubu53.

Lubię pokój chłopaków – ten „gzyms” z gałęzi (na końcu zeschłe liście), „żyrandol” – patyki z żarówką, tapczan na cegłach.

To bardzo piękne.

10 X

Stocznia.

Rada Zakładowa + Rada Robotn[icza] (zaczyna się kotłowanina. Niech zrobią wybory!).

W „Głosie” Sławek Sierecki głosi „wdupizm” (wszystko mam w d…), Walicki54 skretyniał. Wszystko uzależnia od tego, co Gomułka sądzi o jazzie55.

Kapitalny pomysł Stelli Buchsdorf [?] („jazzowe szkolenie ideologiczne”).

Solo obżeram się kremami.

(pomysły – wojenne baloniki z Cedetu56,

– optymistyczne ruiny gdańskie – jarmark, port, pomidor na kanale,

– nad grobem chłopaka. Pointa z pogodą)

– o trzeciej – Łajming Władzio57 (w Ratuszowej).

Iść na Annouilhę58.

– idiotyczne „pisemko służbowe” Lasoty59 z W-wy. Asekuranctwo na dwie strony. A może to jest mądrość polityczna? Ostatecznie nikt z nas nie siedzi w Grzegorzu.

Znowu wyszło podłe wydawnictwo artystyczne – Dziecko w malarstwie polskim60. W kraju, gdzie ludzie nie rozróżniają Boznańskiej od Wyczółkowskiego i van Gogha od Świętego Metodego61.

Wychodzi Boy62. Postarzał się przez te parę lat.

Rehabilitacja na Stoczni63. To jest sprawa! 400 ludzi wyrzuconych za nic, wysiedlonych, niszczonych „zewnętrznie” i moralnie! Te podania!

Nawrót „wszystko [!] co wiem i co sobie wyobrażam”.

– Duża wódka u Włodeczka Łajminga. Zbych załamany sytuacją polityczną. Bober cynizuje [!].

Grand. „Tańce, hulanki”. Jacek Federowicz, Ela Chwalibożanka, Chyła, „Śrubokręt”, Andrzej, Drugi Jacek64.

Włodeczek bardzo zalany, cichutki.

11 XI, niedziela

Z Elą. Dużo kawy. Prawie nic „katza”65. Bober i Zbych na zdjęcia do Wrocławia. Spokój, prztykanie budzika, dużo jabłek. Na szafie hełm tropikalny i gacie Cybulskiego. Z Elą o Boznańskiej, van Goghu – plotki o obrazach. Łajming blady. Przychodzi do SPATiF-u66 i powiada grzeczniutko: Przepraszam, a ja jadłem zupę szczawiową?

Dowcipy Bobera o zdenerwowanych pianistach (na końcu nie trafia w fortepian). Mgła.

Wajdun [?]: „A wiecie, jak odkryto, że mam słuch? Byłem w przedszkolu. Kiedy dzieci fałszowały, zrobiłem w majtki”.

12 XI

Stocznia Gdyńska – Zebranie TRR67.

Wyrzucają §28 (dyr[ekcja] teraz nie ma prawa zawiesić uchwały rady).

„Głos Stoczniowca” – „automat[yczna] klasyków rada”

dyr[ektorskie] decyzje o wykonaniu planu.

osobno uprawnienia dyr[ekcji]

stos[unek] rady do dyr[ekcji] – osobna sprawa.

Genialni ludzie, robią samorząd robotniczy z prawdziwego zdarzenia.

– Sprawa eksperymentów.

W Zbrojowni68 u Włodeczka i Tadka Chyły. Kolorowa pracownia Cybisa, brzydka szara wystawka (cholernie wyskakuje jasna czyściutka martwa Żuka i Fedorowicz (!!) – kaloryferki, kobieta – { – oszczędne, pysznie zakomponowane}). Na ściennym u Żuławskiego kapitalne pajace, czarno-niebieskie okno (oszczędne!!), jedna pstra ściana (wesoła!!). U Włodeczka znowu bałagan, dużo bezsensownie poukładanych przedmiotów. Bez wdzięku.

Śliczny czarny dom Teresy na Długiej69. (Żółte, niebieskie, czarne – kolor!).

– wódka u Włodeczka. Van Gogh. Niekończące się opowieści o Jasiu Banuszce70.

– SPATiF. Kupa śmiechu.

Jak malowali wozy Cyganom (w pawie, lwy i czego tam nie było). Z radości Tadkowi robią się zupełnie okrągłe oczy, bardzo śliczne.

„Student zaginął w wapnie…”.

(Do filmu – historia ze sztucznym hałasem w pracowniach. I Teysser71).

13 XI, Sopot72

Odsapka.

Wieczorem z Bimbomami w jazz-klubie. Rock-and-roll73. To bardzo ładna zabawa. Tyle że ducha można wyzionąć. Wyhasałam się jak jaka koza albo co. Śmiszne, kiedy tańczy jedna para, a wszyscy klaszczą i cieszą się. Takie czastuszki74.

Walicki przejęty tym jazzem jak jaką ideologią. Świat zbawia.

13 XI, Sopot

Dużo pracy.

Reportaż Dwie stocznie75 (żeby puścili! Trudne sprawy rehabilitacji gdańskich, żądania antydyrektorskie). Recenzja z Wyprawy w przeszłość76. Ładna, śmieszniutka taka.

Reportaż nudnawy, niegodny tematu.

Zmęczona.

Dziś jadę.

Cyniczne rozprawianie z B[ogumiłem] Kobielą o kobietach. Cybulski dobry chłopak (stosunek do Bobera, uczciwość – Ela).

Dziś jadę. Cholera. Nie pozwolę, żeby znowu zaczęło się piekło.

Wyszła Mortkowiczowa o Michałowskim77.

Włodeczek „Strzeliłem”

59512

17 XI

List od A[melii] B[orowskiej] z Paryża. Cztery piękne Buffety78.

List do Berkowitscha79. M.in.:

Всё ето, что сказал Fajon, это ложь и глупости: Нельзя говорить, что все ошибки и тяжёлые преступления наших партий ето „буржуазыйное влияние”. Так говорят люди, кoторые боятся думать и отвечать. Это не буржуазия виновата; сталинизм это внутреннoе зло нашей партии. Надо думать, хотя›б это болело. Без этого, без глубокой откровенной мысли партия Ваша будет слабой и реакция будет из вас насмеваться так, как делает это теперь.

…Бескритичное отношение к Советскому Союзу может в победе этой (над сталинизмом) только намешать, не помочь…

Насчет Венгрии… Мы уверены, что коммунизм победилбы на Венгрии без советской „помощи”80.

…(wysyłam zdjęcia!)

(18 XI – Stach81: „Wolno człowiekowi zabrać wszystko, nie wolno mu zabierać nadziei”.

Jakże mogę nie zabierać. Nie wolno jej zostawiać!

Łzy, „będę siedzieć na schodkach”, spokój – chińskie obrazki).

To wszystko po wielkiej rozmowie z W[itoldem], po jego łzach i samobójczej bzdurze.

Żebyście wiedzieli, jak niewarta jestem takiego kochania!

Nawet ta, która zostanie z W[itoldem], nawet ta, która zostanie i przestanie myśleć o astrach i melodiach Stacha.

Ale przecież do licha. Ja teraz o nich pamiętam, kiedy [–], Witold całuję.

Grzegorza urodziny – wino, hipopotam.

W[itold] – długi dowód pod tytułem „Grzegorz szmata”82, wiem, wiem…

To nieuleczalny sentyment.

Spec od stalinizmu, amoralny?!

A kto wie, kim my byśmy byli?

Wizyta Zenka z Mazur. Chce kupić kuter. Będzie wtedy pływał, mimo że nie ma nogi. Proponuję okraść totalizator.

Wyszedł V t[om] Odwilży, Sandauer, Kott, „Po prostu” (idiotyczna wystawa – Urban83 oczywiście).

18 XI

– Dzisiejsze czasy (piosenka!)

Witold.

W Rycerskiej nad Calabrese84. Szkic wiersza o wiecu sosen, pomysł „o tych, którym ziemia ucieka spod nóg”.

Odwilż – Straszliwy prymityw.

Nic buntu, nic złości, mały proteścik.

Przyzwyczajenie do zła.

Literacko zero.

I gdzie ten Erenburg od tamtych słów: „Człowiek to nie obrabiarka

i nie ameba, to coś znacznie bardziej skomplikowanego…”85.

Zapomniał o tym.

Dla telewizji86 Szympans umarł.

19 XI

Deklaracja polsko-radziecka.

Merytorycznie pełen sukces.

Sformułowania o „osobach pozostających w miejscach odosobnienia” i „ze względów od siebie niezależnych” nie mogły wrócić do kraju – cokolwiek dziwaczne.