Dzienniki 1953

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Agata Passent, 2017

Przypisy i indeks

Karolina Felberg-Sendecka

Opracowanie wstępne materiałów archiwalnych

Marta Dobromirska-Passent

Korekta

Irma Iwaszko

Projekt graficzny

Zbigniew Karaszewski

Książka powstała we współpracy

z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.

Zdjęcia z Archiwum Fundacji.


ISBN 978‒83‒8123-431-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02‒697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl



ZESZYT XX1

BOŻENA OSTOJA2

[9 X 1952 – 5 II 1953]

1 Czarny notes z wytłoczonym napisem: AKADEMICKI.

2 Bożena Ostoja – pseudonim urodzonej 9 października 1936 r. Agnieszki Osieckiej. Używała go w dziennikach od 1949 r., a zapożyczyła od ojca Wiktora Osieckiego, który pod pseudonimem Ostoja wstąpił w 1937 r. do Związku Autorów i Kompozytorów Scenicznych.


– 1953 –

„Życie ma swoje wybryki

i to cały jego wdzięk”.

Boy-Żeleński3


(„– I was in love with somebody

who really wasn’t there,

somebody I’d made up.

– You can always build up

another image for yourself

to fall in love with.

– No, I can’t. That’s the trouble

I lose the capacity for building

I run short of the stuff

that creates beautiful illusions,

just if a gland stopped working”).

J.B. Priestley4

1 I 1953, czwartek

Był Janek Rajski5 złożyć mi życzenia noworoczne.

Nie umiem tego ocenić. W każdym razie był to pierwszy krok ku rzeczy, której nikt bardziej niż ja nie pragnie, a którego mimo to (a może właśnie dlatego) nie podjęłam. A może po prostu dlatego „nie odpowiedziałam”, że siedziała u mnie Alina6 i nie mogłam z nim swobodnie porozmawiać?

Raczej to drugie. Zdaję sobie sprawę z tego, że lepiej byłoby dla mego spokoju, żeby się Janek więcej „w moim życiu” nie zjawiał. A jednak ćmy lecą do ognia. Gęś.

Znowu nie mam czasu się wypisać. A tyle się tego zebrało!

2 I 1953, piątek

Należałoby zacząć od „wrażeń teatralnych”.

W pierwszy dzień świąt byłam na Radcach pana radcy w Ludowym7. Przemiła komedyjka Bałuckiego: polskość (już ta geldhabowska8, nie kontuszowa i sumiasta) bucha ze sceny, młode panienki są uroczo naiwne, tatusiowie zażywni i jowialni, mamusie niezaspokojone, a kawalerowie dzielą się na „czarne charaktery” i „tych szlachetnych”. Wszystko kręci się koło „złotego cielca”, ale z wdziękiem. Głupota też wdzięczna i w miarę podkasana. Satyra Bałuckiego cięta, przez wykonanie ożywiona i niepozbawiona pewnej aktualności (niewłaściwi ludzie na niewłaściwym miejscu). Wykonanie – świetne.

Bodajże nazajutrz byłam na Rozbitym dzbanie (Zerstorbene Krug) w wykonaniu berlińskiego Ensemble9. Zabawna, sprytnie zmajstrowana komedyjka von Kleista wywodzi się z końca XVIII wieku. Toteż „dusza teatru” – Bertolt Brecht – tym razem nie mógł „zrobić” z nią charakterystycznego dla swych ujęć eksperymentu. Trochę dzięki temu, trochę (najprawdopodobniej) dzięki samym aktorom sztuka ta była dla widza polskiego w ogóle, a więc i dla mnie, uderzającą niespodzianką – grana była tak żywo, z takim wyjątkowym temperamentem, że gdyby nie język, trudno byłoby uwierzyć, że to naprawdę ten sam niemiecki, wypracowany, ciężki często „teatr Bertoltowski”.

À propos tego określenia – „teatr Bertoltowski”. Wspomniałam niedawno, że poeta i dramaturg, reżyser główny i dyrektor BE Bertolt Brecht jest duszą „swego teatru”. Zrobiłam to celowo: fakt ten to nie tylko jego udział w organizacji pracy teatru, to jego rola w charakterze teatru. BE jest faktycznie „teatrem Bertoltowskim”. Prasa polska z odcieniem pobłażania lub też szacunku dla pionierskich poczynań w dziedzinie szukania nowych „form” wspomina o śladach rozmaitych „izmów” w charakterze inscenizacji BE. Otóż te rozmaite „izmy” i ich nowa interpretacja (a więc prymityw środków artystycznych dochodzący do wyrafinowania – i wyrafinowanie przechodzące w prymityw, silnie indywidualne potraktowanie ról charakterystycznych – itd., itd.) to nic innego jak „Bertoltowski teatr” – próba ujęcia artystycznego rzeczywistości z jeszcze jednej strony. Pisząc o Matce Gorkiego10 w Bertoltowskiej interpretacji, mówiłam, że mnie osobiście to się nie podoba. Jako eksperyment, jako „próba nowego stylu” jest to jednak bezsprzecznie bardzo ciekawe i szkoda, że w Polsce nie możemy sobie na swego rodzaju eksperymenty pozwolić, gdyż na przeszkodzie stoją surowe socrealistyczne11 kanony.

A tymczasem interesujący kierunek – egzystencjonalizm12, w którym tylko głuche wieści dochodzą na powierzchnię – musi występować jako zakonspirowane „podziemie artystyczne” naszej nowej sztuki! Szkoda.

Wróćmy do mojej „skromnej” osoby:

Wtedy na Bałuckim byłam z Kazikiem13 i jego przyjacielem Maćkiem. Ze względu na to, że moi „czterej muszkieterowie”14 przesiadywali u mnie przez cały ten okres, nie obyło się bez tego, żeby ci dwaj się na nich nie natknęli. Wrażenie przeszło moje oczekiwania i przekształciło się w dyskusję na temat: „Jak możesz pogodzić się z przebywaniem u ciebie tego rodzaju ludzi?”. W dyskusji „zamotałam” się straszliwie. Dowodziłam na przemian, [to] że ich bikiniarstwo15 jest powierzchowne, to że ja sama lubię ten sposób bycia i zabawy (co nie ma odbicia w świadomości) etc., etc. A oni mi o niemożliwości kompromisu i o błędnym liberalizmie. Kazika stosunek do mnie jest może bardziej serdeczny, ludzki i nie piłowałby on tak tego tematu, ale Maciek jest takim „super-hiper” aktywistą i w to mu graj (notabene wzbudza we mnie antypatię. Być postrzelonym na punkcie zetempowskich16 metod, a jednocześnie „zasługiwać” na moją sympatię i szacunek – na to potrzeba być Kazikiem). Dyskutowało się wtedy jeszcze o kilku zagadnieniach, co mi nie sprawiło żadnej przyjemności – to były święta – wesołe święta – w czasie których miałam ochotę rozmawiać i śmiać się, a nie dyskutować.

Tyle o wypadkach teatralnych. Co tam jeszcze ze świąt? Bałaganienie na wesoło u mnie to już, rozmowy z Aliną – mniej więcej już... Aha! Jeszcze w związku z Aliną: na podstawie naszych ostatnich wzajemnych stosunków zaczynam czuć, że mogę ufać Alinie i wierzyć w szczerość jej „lubienia” mnie. Rozmawiałyśmy jeszcze o tym na takim bardzo długim spacerze w pewien bardzo mglisty, tajemniczy wieczór i wtedy również zdecydowałam definitywnie „skończyć” z Waldkiem17. Wpłynęła na to postawa Aliny: jeżeli chcę (jak to jej kiedyś mówiłam) „kręcić” z Waldkiem, ale nie zależy mi na nim bardziej niż na którymś z bliższych znajomych – to mogę zrobić to dla niej i zerwać znajomość. Jeżeli kocham Waldka i zerwanie byłoby „ciosem” – w takim wypadku oczywiście Alina nie chce wymagać ode mnie poświęcenia. Takie postawienie sprawy uważam za rozumne i ponieważ aktualna jest pierwsza alternatywa [!], „poczynię odpowiednie kroki”.

Nie chcę wpadać w jakieś samoupojenie – to nie będzie „poświęcenie w imię przyjaźni”. Postępuję dobrze, ale to nie jest żaden altruizm – aby tak było, musiałabym się wyrzec czegoś bardzo drogiego. Tymczasem Waldek potrafił mi się podobać, ale nie wzbudzał ani namiętności, ani zainteresowania (jeśli chodzi o to ostatnie, to był mi najmniej bliskim ze wszystkich moich, najbardziej nawet obojętnych kolegów). Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że w ogóle nie jestem zdolna do wyrzeczeń. Chcę tylko słusznie ocenić swoje postępowanie – poprawne, ale nie „wzniosłe, bohaterskie”.

We wtorek pisaliśmy colloquium18 z historii. Byłam „w formie”, że aż ha! I dostałam taki efektowny, ciekawy temat: „Układ polit[yczny] i teryt[orialny] Europy po 1815 roku według traktatu wiedeńskiego”. Temat – marzenie! Naczytałam się ostatnio sporo książek z tej epoki i późniejszej, więc pisałam o zdarzeniach i ludziach żywych (a to lubię). M.in. (wśród tych książek historycznych) przeczytałam wreszcie w całości Wojnę i pokój Tołstoja19 (kiedyś czytałam tylko w wyjątkach po rosyjsku). Zainteresowała mnie tu jedna rzecz:

 

Tołstoj pisze:

„Starożytni pozostawili nam wzory poematów bohaterskich, w których bohaterowie stanowią centrum zainteresowań historycznych, my zaś wciąż nie możemy jeszcze przyzwyczaić się do myśli, że tak pojęta historia nie ma sensu”.

A gdzie indziej, charakteryzując gen. Kutuzowa20:

„...rozumie, że istnieje coś silniejszego i bardziej ważkiego od jego woli – nieunikniony bieg wypadków. Umie je widzieć, pojąć ich znaczenie, a wobec tego znaczenia potrafi wyrzec się własnego udziału w owych zdarzeniach, potrafi wyrzec się swej własnej woli skierowanej w inną stronę”.

A więc co? Nieunikniony bieg wypadków, ograniczona rola jednostki w historii uwarunkowana stopniem, w jakim jej dążenia pokrywają się z nastrojami mas... To przecież znane, marksistowskie sformułowanie! Tołstoj nie czytał Marksa21. U niektórych pisarzy przedmarksistowskich lub też (jak Tołstoj) obcych Marksowi – też czasem się je spotyka. Czyżby więc Marks i jego ortodoksyjni kontynuatorzy „ściągali” z Tołstoja? To bezsprzecznie nie. Tołstojowe „nieuniknione wypadki” wynikają z uznania głęboko przez Tołstoja wielbionego (tak, nawet „wielbionego” – chociaż to „nieładne” określenie) fatalizmu w historii. Marksowskie „obiektywne warunki” wiążą się ściśle z pozbawionymi wszelkiego pierwiastka nadprzyrodzonego „prawami rozwoju”. Ta różnica wypływa z tego, że Tołstoj był równie głęboko przekonanym o swej słuszności idealistą, jak Marks – materialistą. Stąd różnica w interpretacji tych samych sformułowań. Ta różnica nie przeczy jednak temu, że to są te same sformułowania. Przestawić np. Tołstojowski fatalizm (czy podobny pogląd – tych było wiele: Hercen, Czernyszewski, Hegel22 – ze znanych mi) na materialistyczny grunt to, wydaje mi się, nie odkrycie godne „epokowości”. Na to nie trzeba było być geniuszem – pionierem. Wystarczyło być materialistą. Jajko Kolumba23? Nie. Nie neguję wartości ekonomicznych i filozoficznych prac Marksa. A jednak przez mglistą zasłonę, jaką nas (mnie i moje pokolenie) się otacza, zaczynam dostrzegać jakąś przesadę, jakiś do nieprawdopodobnych rozmiarów doprowadzony „pucz” w nauce i filozofii „oficjalnej”. Ot, choćby moje poprzednie sformułowanie: „Nie neguję wartości prac Marksa w dziedzinie ekonomii i filozofii”. A cóż ja mogę negować czy nie negować, jeżeli to są jedyne teorie tego rodzaju, jakie znam i rozumiem, a wszelkie inne dotyczące tych dziedzin poglądy otrzymuję już w formie gotowej krytyki?!

Jeszcze w związku z Tołstojem: „chylę czoła” przed Tołstojem jako historykiem i mędrcem, zachwycam się nim jako pisarzem i odtwórcą duszy ludzkiej. Jedno tylko (już nie w związku z zagadnieniami społecznymi) razi mnie, gdy patrzę z perspektywy czasu: Tołstoj ma skłonność do ulubionych bohaterek – Natasza z Wojny i pokoju i Kitty z Anny Kareniny24 to postaci kobiece „wyczarowane” piórem pisarza. Wdzięk, niewinność, młodość potęgująca urok, nieświadomość życia (dziś – gęś, kiedyś – podlotek) – oto co cechuje Tołstojowską kobietę-dziewczynkę. Ale te „pączuszki różane” zawikłane są w obu powieściach w „straszny” romans (dziś powiedzielibyśmy – przelotny flircik), gdzie jakiś szkaradny czarny charakter (Kuragin i Wroński25), lekkoduch, hulaka i w ogóle – „okrutnik” zwodzi biedne dziewczę, zaplątuje swe mamiące sieci i doprowadza do tego, że panienka się „kompromituje” na całej linii.

No dobrze, wszystko to bardzo wzruszające, ale cóż to niewinne i czyste dziewczę robiło, gdy ten ciemny typ tak ją przebiegle zwodził i bałamucił? Czyżby siedziało zarumienione i panieńskim zwyczajem trzymało „buzię w ciup i rączki w małżyk”26? Żeby dać się zbałamucić temu „zbrodniarzowi”, też trzeba było mieć, u licha, nie lada temperamencik!!

Może odarliśmy dziś miłość z poezji, ale odarliśmy ją również z głupoty.

Miłość sama jest zjawiskiem przeraźliwie niesprawiedliwym („le coq aime la poule, la poule aime le cochon – et c’est la vie...”27). Po cóż ją jeszcze komplikować?

To wszystko, co napisałam o przemiłej zresztą Nataszy Rostowej i jej romansie, nie dowodzi śmieszności Tołstoja, nie dowodzi to nawet śmieszności jego czasów. To tylko oddziaływanie perspektywy28.

À propos: i dziś mówi się o „uwiedzionych dziewczętach”. Nie wierzę w te bajki z łezką. Jestem zwolenniczką „obopólnej odpowiedzialności” w tych sprawach: „Cierp, grzeszne ciało, gdy się chciało” – jak mawiali nasi dziadkowie w dostatecznie przyzwoitych okolicznościach.

À propos lektury ostatnich czasów: czytałam nie tylko Tołstoja i Tarlego (!! – połączenie) – Talleyrand i Napoleon, ale i rozmaite powieścidełka (zdrobnienie nie dlatego, że głupie, tylko dlatego że lekkie): np. Nowoczesną pannę Clémenta Vautela29. Jest to niesamowite opowiadanie z „tysiąca i jednej nocy”, jak to pewna urocza paryska modystka jechała, wysłana przez swą firmę, reklamować Francję w Afryce przez wystawę kapeluszy, jak ta młoda osoba wylądowała na Wyspie Nieznanej, a wraz z nią grupka ocalałych rozbitków (gdyby nie katastrofa, nie byłoby powieści), jak tam wreszcie po masie komicznych przygód podbiła serce króla tubylców i została jego ministrem i... uf, mnóstwo różności. Wszystko razem urocze, bardzo francuska satyra na politykę (dziś świętokradztwo): wraz z naszą bohaterką jadą statkiem trzej dyplomaci w binoklach: Anglik, Francuz i Włoch. Są scharakteryzowani lekkim i ciętym piórem i ta ich charakterystyka, rządy Gaby na Wyspie oraz ich subtelne zestawienie ze stosunkami francuskimi zasługują na miano pierwszorzędnej farsy politycznej pt. „Możni tego świata w bieliźnie” albo „Dessous30 wielkiej polityki”. A może lepiej: „Bojowa satyra układu sił politycznych w aparacie państwa kapitalistycznego” czy „Zgnilizna kapitału”. Wybór – to rzecz gustu.

Szukałam jakiegoś zeszytu i znalazłam... zawieruszony pamiętnik z ubiegłego roku (jak to zwykle przy takich okazjach bywa). Otwieram i czytam:

„W tramwaju jacyś państwo bardzo mnie obserwowali, pan przez chwilę jakby się wahał, wreszcie podszedł do mnie i spytał:

– Bardzo przepraszam, czy pani grała Luizę w Intrydze i miłości31?

Zaskoczona i zdziwiona ze śmiechem zaprzeczyłam, wobec czego pan przeprosił i znikł w tłumie. Było mi bardzo przyjemnie na duszy, bo pani Krasnodębska jest śliczna i zgrabna, o co siebie posądzać nie mogę. Wkrótce jednak doszłam do wnios­ku, że »pan« mógł podziwiać Luizę z ostatniego rzędu galerii, a poza tym »oczy nie sługa (?)« etc.

No ale zawsze fakt – faktem, a za faktem wnioski: podobno stare panny upodabniają się do swych kotów, a długotrwali właściciele psów, papug i wszelkiego innego bydła pokojowego – do swych »pociech«. Jeżeli przerzucić to na teren mojego »fanatyzmu« teatralnego, to obawiam się, że zaczepią mnie pewnego dnia na ulicy z pytaniem:

– Przepraszam, czy grała pani babcię Pipskiego w sztuce Stalinowskie cudaczki?

Lub:

– Przepraszam, czy nie była pani czasem nogą od stylowej szafy gdańskiej ze sztuki O okręcie Bydlaku?”32.

Oto co mnie czeka.

Dzisiaj przez calutki dzień byłam na Uniwerku33: nauganiałam się mnóstwo, więc powinnam dawno iść spać (już chyba ok. 5-ej34 w nocy). Trzyma mnie jednak przy biurku pióro tudzież potężne pudło czekoladek (mamusia35 dostała od życzliwych kolegów, którzy dowiedzieli się, że jest chora, ale nie myśleli, że na zęby). Ponieważ są to dwa podstawowe elementy natchnienia, więc piszę dalej.

Mój „sylwester” poprzedziło niesamowite „uganianie się” mojej paki za zaproszeniami (choroba Mamusi ostatecznie rozwiała projekty pląsu u mnie), w czym im aktywnie pomagałam. Mnie DD się nie udał, z CWKS-u na razie zrezygnowałam, więc bawiłam się z Kazikiem u Medyków36. Ani przez chwilę nie przypuszczałam, że będzie tak przyjemnie – począwszy od orkiestry (grali miejscowi fanatycy jazzu – cudnie!!), a skończywszy na Kaziku samym. Wyglądał bardzo przystojnie w granatowym garniturze „w kant” (mój ideał ubrania męskiego!). Tańczy doskonale i wcale nie tak „obojętnie”, jak się spodziewałam. Rozmawialiśmy na mnóstwo tematów. Jak zwykle – o ludziach i zagadnieniach (à propos – bardzo lubię sposób rozmowy z Kazikiem. Można się tak bardzo „dorzecznie” porozumieć). Zdarzyło się nam m.in. rozmawiać o miłości (o dziwo, bez aluzji). Kazik chciałby i tu „organizować i doskonalić”. Chociaż nie śmiałam obalać jego podstawowego postulatu, że „nie można kochać człowieka o wrogich lub po prostu obcych przekonaniach”, gdyż to byłaby jawna „zdrada stanowiska”, to jednak pozwalałam sobie na rozmaite herezyjki. Przypomniały mi się ni stąd, ni zowąd słowa lorda Tennysona („love in a man’s life a thing apart; for a woman – her whole life”37) i w całej naszej „polemice” wychodziłam z tego założenia (oczywiście nie powołując się na „cytaty z Tennysona”). Kazik był przerażony i pytał, czy ja rzeczywiście w to wierzę. Ja na to:

– Nie tylko wierzę, ale wiem.

– Obiektywne warunki?

– Tak.

Przejął się tym bardzo, bo to mu zakłóciło „porządek rzeczy” – a Kazik przecież dąży do światopoglądu wszechstronnie jednolitego. Taki psychiczny monolit. Moje powiedzenie, „pierwsze westchnienie miłości jest ostatnim westchnieniem mózgu”38, burzyłoby mu całe gmachy – gdyby było słuszne. Miłość, co wynika z wspólnej idei przyświecającej dwojgu... itd., itd. – oto co jest godne w Kazika mniemaniu miana miłości. To już zahaczało o światopogląd, więc się nie mogłam w pełni wygadać, a moje skromne zdanie brzmi: cóż, każdemu wolno kochać inaczej. Jeżeli Kazik kocha przez Ideę, dla Idei, w związku z Ideą – pięknie, niech będzie i tak. Inny kocha jakimś demonicznym szałem, „spazmem pijanej duszy”, czy jak tam się denerwował pan Przybyszewski39 – i to też dobrze. I niechże temu również będzie wolno nazywać „rzecz” miłością, jeżeli „jako taką” się to odczuwa.

[dopisek w lewej strony:] Ile serc, tyle rodzajów miłości. Waldek mówi – „Miłość – to nie takie proste”. I nie ma racji. Dla jednego proste, dla innego skomplikowane. Ludzie żyją, umierają, znając tylko jeden rodzaj miłości – swój.

Ośmieliłam się powiedzieć, że Kazika jedyną wadą jest to, że nie chce mieć braków, a i w stosunku do otoczenia wierzy w wychowanie człowieka – doskonałości. A on na to, że... tak!! I potem – co Kalinin40 mówił o wadach. Słusznie, mądrze, trafnie. Wolę Oniegina41. Wolę jedną zabawną czy interesującą wadę od tysiąca nudnych zalet. A bawiłam się dobrze. Spotkałam tam wesołego kompana Andrzeja Wierzbę ze swoim towarzystwem, tańczyłam z nim parę „dzikich” fokstrotów, z Kazikiem niemalże namiętne tanga i slow, fruwałam w rzadkich (!!) polkach42 (i mnie się „fruwać” zdarza), a o dwunastej myślałam o wszystkich znajomkach naraz tudzież o tym – co przyniesie nowy rok?

Wczoraj (czyli w sam Nowy Rok) wstałam oczywiście dopiero na obiad i zaczęła się istna „pielgrzymka” znajomków: przede wszystkim mój kolektyw43 (nauka szła trudno, bo nikomu jeszcze sylwester z głowy nie wywietrzał), potem „czterej muszkieterowie” (coraz to któryś inny na półgodzinne pięć minut), Lutek, Alina, wreszcie Janek R[ajski]. Do kolektywu mam żal: Mamusia była bardzo chora i każdy najmniejszy hałas ją denerwował. Bolało ją strasznie. Nawet „chuligany”, gdy im o tym powiedziałam, zachowywały się „jak myszki”, mówiły niemalże szeptem. A wiem, jak to im trudno przychodzi, wziąwszy pod uwagę ich „rozbisurmanienie” i swobodę, do jakiej są u mnie przyzwyczajeni. Mój „kolektyw”, który zresztą nadal bardzo lubię, strasznie mi jazgotał, powtarzali jakieś piosenki na akademię (Jurek śpiewa równie ładnie, jak donośnie) i w stosunku do mnie byli jacyś tacy rozbałaganieni. Hm, mówiło się tyle i teraz jeszcze się mówi o moim zarozumialstwie. A przecież są wypadki, w których (wiem o tym) mam prawo czuć żal do otoczenia o pewną niesprawiedliwość, jaka mi się z jego strony dzieje. To nie żadne roztkliwianie się nad sobą, ale po prostu określenie sytuacji: przecież ja ostatecznie uczę ich po 5–6 godzin tego, czego sama nauczyłam się przez godzinę, a co im z kolei beze mnie by bardzo trudno przyszło. A oni potrafią przyjść, „wypompować” mnie do granic przeciętnej ludzkiej wytrzymałości i jeszcze robić szum i hałas, kiedy proszę, żeby się uspokoili, bo obok leży Mama i jęczy z bólu! Przecież nie będę na nich krzyczała jak „pani” na dzieci w ochronce. Chyba na rozumienie tych rzeczy nie wstyd jest być wystarczająco dorosłym.

 

À propos kolektywu – Anita stoi wyraźnie poniżej poziomu chłopców i wykazuje nie tylko brak zdolności, ale jakieś zadziwiające lenistwo umysłowe: jej nie brak jest czasu na naukę, tylko brak jej chęci do zrobienia samodzielnego wysiłku umysłowego.

Kiedy tłumaczę coś chłopakom (szczególnie Jurkowi – Jurek w ogóle tylko dlatego jest na razie nieco poniżej mojego poziomu, że ma braki. Niedługo będziemy po prostu razem prowadzili kolektyw), to wiadomości czy jakieś wyjaśnienia wsiąkają w nich jak woda w gąbkę. A mówić do Anity, to jak wlewać coś prędko do sitka – wylewa się po bokach, a odrobina dostaje się do naczynia. Zdaję sobie sprawę, że z tych moich słów przebija niechęć do „holowania” Anity. I to jest prawda – czuję tę niechęć nie dlatego, że ona jest „niezdolna”. To byłoby z mojej strony co najmniej głupie. Czuję ją właśnie dlatego, że ta dziewczyna przejawia kompletny brak samodzielności. Odczuwam to (zadeklarowała mi to również i w słowach), jakby mi się zwaliła całym ciężarem na barki, mówiąc: „No, rób co chcesz, zobaczymy, czy ci się uda mnie czego nauczyć”. A sama ani drgnie.

Dzisiaj miałam swój „bardzo zaganiany piątek” (notabene poza niesamowicie śpiącą logiką cały czas byłam w fantastycznym humorze) powiększony jeszcze o tarapaty przy zdobywaniu dodatkowych zaproszeń na ten jutrzejszy „bal” absolwentek naszej budy44. Jak nie chcieli brać, to nie chcieli, a od wczoraj „łapią mnie za słowo” i urwanie głowy z tym miałam. Zresztą zdobyłam tylko połowę tego, co potrzebowałam, a o reszcie – dla Jurka i dwóch dla Aliny – marzyć nie mogłam. Psiakość! (Jak ja delikatnie klnę „na piśmie”). Ciekawe, jak wypadnie ta jutrzejsza zabawa „w ogóle”, no i jak będę się bawiła ja sama. I Waldek...

„Посмотрим, сказал слепой...”45.

Spróbujmy zrobić coś w rodzaju uogólnienia (ten bilans roczny). Zawsze kiedy spoglądam w przeszłość, dzielę sobie zupełnie odruchowo lata ubiegłe na „dobre i złe”. Zaczęło się to mniej więcej od powrotu z Austrii46. Pamiętam rok [19]46 – „rok oszołomienia” – z jednej strony radość powrotu, z drugiej – gruzy, do których się powróciło, i złośliwy światek dzieciarni, w której rozkoszne łapki się dostałam. Śmieszny akcent polski, czasem dziwaczna budowa zdań, kompletna nieznajomość historii Polski, „wieść” o stosunkach u nas w domu – to było „pasjonujące” dla dzieciaków. A ja sama – zła, napuszona, opancerzona jak symboliczny żółw (że niby taki wrażliwy). Obywatelstwo – polskie czy niepolskie? Kompromitująca chwila: „Osiecka, jakiej ty jesteś właściwie narodowości?”47. Nie wiem. Potem zima – błotnista, zła. Ojca praca w Neptunie48. Atmosfera straconej fortuny w domu, pułapki, w jakie się wpadło, wracając. Nawrót ataków ojca. I dalej – ta zima. Coś w rodzaju nostalgii za Austrią – Alpy, Rosenau49, suchy, głęboki śnieg. Taki to był ten [19]46 rok.

Rok [19]47 był dobry – pierwsza w życiu „paka” (czy coś w tym rodzaju), wesołe lato, szał piłki, wybryki, zabawy w Indian, łobuzerskie wypady, wiecznie podrapane kolana, zdobywanie szczytów topoli, pierwszy raz przepłynięta Wisła w poprzek. Wesoły umorusany łobuz, którego jedyną lekturą są Przygody Tomka Sawyera, Tiel Eulenspiegel und seine Abeuteur i Emil und die Detektive50. Długie spacery z ojcem, rozmowy o różnościach (przygody, podróże – czasem wniosek). Zaczynam myśleć.

Rok [19]48 – nigdy go nie lubiłam, chociaż nie odznaczał się niczym szczególnie przykrym. Rozlatuje się powoli „paka” do uganiania za piłką („Nasi”). Gimnazjum żeńskie – dziwne, krępujące stosunki. Początek fanatycznej przyjaźni z Ewuśką51. Moja rola „pazia” u stóp boginki. Łobuziak z podrapanymi kolanami i końskim zdrowiem i eteryczna księżniczka. Ja myślę o piłce, a ona czyta Przeminęło z wiatrem52. Rozmowy u Ewuni u internacie. Pytanie: co to jest miłość? Dla niej – kraina wymarzonych cudów. Dla mnie – rzecz interesująca, kiedy nie ma w planie jakiegoś „wypadu”, jakiejś gry w dwa ognie, w siatkę, plaży czy co tam wypadnie.

Rok [19]49 – Przełom. „O Roku ów”53 – ileż o tobie już napisałam, myślałam, uogólniałam i znowu rozdrabniałam... Zaczął epokę54.

Rok [19]50 – zły, męczący. Cały czas oczekiwałam, że coś się wydarzy, że skończą się tamte cierpienia lub przyjdzie jakieś olśnienie; w każdym razie coś nadzwyczajnego. Nic się nie wydarzyło. (Sopot55!). Rok czasu [!] na kontemplację. Ta potwierdziła i rozdmuchała ważność tamtego. Chwile załamań, nawrotów, chwile pewnego spokoju, jakiejś zmiany. W sumie – właśnie ów rok na kontemplację. Stępienie niemalże rozhisteryzowanej wrażliwości na literaturę z jesieni [19]49 roku. Rosnące zainteresowanie zabawami, tańcem, otoczeniem męskim. Brak „takowego”. Klub56 – nowy sposób wygłupów i współżycia, oszołomienie wywołane taką hulaszczą bandą wyjców, jaką zastałam na basenie, w porównaniu z subtelnościami ledwo powleczonych cienką błonką skaleczeń. Miłość Stacha i Ludwika57. Nieoczekiwane „powodzenie” u chłopców na basenie. Nie umiem na to reagować. Pierwsze marzenie o wyniku. Zerwanie z Ewą.

Rok [19]51 – dobry, cudny!

Ten rok zawsze uśmiecha się do mnie promieniście przez obóz szczeciński. Chyba już nigdy w życiu (ojej, nonsens! Ale niech już zostanie) nie będę na takim obozie. Jezioro Głębokie58. Rozkosz pływania na „ogrooomne” (wtedy) dystanse na jeziorze. Wygłupy wieczorem przy ognisku. Międzyzdroje. Kamień Pomorski. Zdjęcia. „Hej, dziadu Wieśku59”. Stargard!

No, ale to był nie tylko obóz szczeciński, ten rok 1951. Buda – piszę „wypracowanka” – dużo efektów, długie a niewodniste. „Sława” polonistyczna „na terenie”60. Przyjaźń z Elizą61. Zainteresowanie taką dziwną kategorią jak Dobroć. Rozwijam dalej swoją filozofię szczęścia. Czytam Balzaka, Voltaire’a62. Męczę Materializm filozoficzny Siwka63. Gram, a zaczynam lubić szczerość. Zazdroszczę ludziom prostoty.

Pierwsze rozpacze z powodu wyników (mimo obozów). Kompletny brak zainteresowania szkołą poza przedmiotami humanistycznymi.

Prace na odcinku harcerskim – „rozpasjonowanie”, pierwszy atak zetempowskiej lewicowości. Poznaję Janka Banuchę – czytam Romain Rollanda, Boya, Słonimskiego64. Uczę się patrzeć na kolory. Jestem pod wpływem Janka i jestem (nadal aktualne – jeżeli chodzi o rezultaty) tym zachwycona. Jednocześnie namiętność Stacha, „nieszczęśliwa miłość” Ludwika. Moje własne nawroty fali [19]49 roku. Dobry rok.

Rok 1952

Czy on był dobry? On był bardzo rozmaity. I dzieli się na trzy „etapy”: zima – pierwszy „szalony” karnawał przetańczony i (niepoważnie) przepity z Januszkiem, poznanie mojej obecnej paczki chuligańskiej i na skutek tego rozluźnienia basenowych więzi towarzyskich. Po wyjeździe do Karpacza ([19]51/[19]52) – ostateczne zerwanie z Ludwikiem. Jego komiczne oświadczyny, moje krętactwa, satysfakcja, wreszcie – „nareszcie” definitywne załatwienie sprawy. Ten szalony karnawał. Pierwsze zaniedbane treningi. Pierwsza próba przyjaźni z Teresą65 i „wprowadzenia jej w życie”. Okres przedmaturalny – przedłużenie karnawału – dużo tańczę, upajam się tym. Nie myślę o Jerzym. Matura – niepozbawiona uroku „chwila strachu i po bólu”. Okres pomaturalny – rozczarowanie: „te czasy przedmaturalne, ciągle pełne zmory maturalnej były przecież lepsze”. Zagadnienie – co począć ze Staszkiem?

Etap drugi: obóz w Złocieńcu. Przedtem jeszcze trening – bardzo forsowny. Pierwszy start motylem na mistrzostwach juniorów. Trzecia. Wreszcie sam obóz. Przyjaźń z Kajtkami. Uczę się prostoty. Słuszne zadowolenie z siebie. Jest mi dobrze. Przesadna i niepotrzebna praca uświadamiająca z Kazikiem na obozie. Początek przyjaźni (wówczas. Teraz już nie – skończyła się szczerość. Wtedy uwierzyłam – znowu) z Kazikiem. Znowu – nie umiem skończyć ze Stachem. Znowu wyrzuty – że on się przecież męczy. Olek wyjeżdża na Olimpiadę66. Trenuje Wieliński67. Początek załamania. A w ogóle: dobrze. Kajaki, słońce, zdjęcia – jeziora. Scysje z Aliną. Jurata. Egzaminy na uczelnię – za łatwo, żeby przyniosły satysfakcję. Spartakiada68 – załamuję się. Pojawia się Waldek – ze swoją „miłością”. Co z nim znowu począć? Godzę się z Aliną.

Etap trzeci – początek studiów, początek rozczarowania. 7 październik [!] – nawrót najgorszych, najbardziej bolesnych „spraw jesiennych”69. Jesień ciężka jak epidemia smutku. Boli.

Sprawa Teodora70, początek rozczarowania do Uniwerku. Dalej – jesień boli. Stach – znowu nudy i znowu „wyrzuty sumienia”. Kazik – to nie to, co na obozie. Praktyka odrzuciła mnie daleko od pięknej wizji Kazikowego wyobrażenia rzeczywistości. Tracę oparcie. Filozofia szczęścia „drży w posadach”. Strata Januszka jako partnera. Śmieszna rzecz, a dobija. Przy tym „humor na co dzień” raczej dopisuje.

Pojawiają się jeszcze stany „nowego życia” – Marek71, „kolektyw”, zacieśniane więzy z „chuliganami”. Nie widuję Janka. Okres świąteczny – kryzys tego października mija. Wychodzę z niego zadowolona. Zaczyna się nowy rok. Jestem „uzdrowiona” po ostatnim nawrocie (ojej, jak ja to głupio formułuję – ale to nic, w tym wypadku sobie wybaczę – obym tylko rozumiała) bez potrzeby okresu rekonwalescencji.

A więc zaczyna się Nowy Rok. Nie wiem, co przyniesie. Czekam uśmiechnięta i ciekawa i zrobię wszystko, abym nie musiała się na długo przestać uśmiechać. A wstępuję w ten Nowy Rok z poczuciem (i pewnością) czegoś bardzo ważnego: że nie wróci już miłość do Jerzego ani jej złudzenie. Minęły trzy „sylwestry” – trzy razy zaczynałam nowy rok z dwoma wnętrzami i bolesną, niepotrzebną nadzieją. Przyszedł czwarty nowy rok – jestem naprawdę wolna. Już nie potrzebuję oszukiwać siebie Stachem czy robić różne inne głupstwa – po prostu skończyło się. Nie kpię z tego, nie potępiam siebie i rozumiem „gorejącą treść” pod każdym najgłupszym nawet sformułowaniem dotyczącym mojej Wielkiej Miłości, a potem jej Wielkiego Wspomnienia, Złudzenia – czy jak tam było – zależnie od chwili.