Czytadła

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Agata Passent, 2010

Projekt graficzny serii

Andrzej Barecki

Projekt okładki

Maciej Trzebiecki

Zdjęcie na okładce

Jan Borkowski

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Korekta

Katarzyna Szajowska

Łamanie

Jacek Kucharski

Książka powstała we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej


ISBN 978-83-7839-331-3

Warszawa 2010

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

  Wstęp

  A LUBI PAN REZEDĘ?

  ANIOŁY ZAWSZE WRACAJĄ

  BABA Z OBIADEM, CZYLI PROZA PROZĄ

  BARDZO MIŁA KSIĄŻKA

  BIBLIJKA

  BYŁEM, BYŁAM

  CZAS OWOCARNI

  CZY EUGENIUSZ TO GENIUSZ?

  CZYTADŁO-NIECZYTADŁO (tekst karnawałowy)

  DEPRESJA CZY OPRESJA

  DOBRE SENSOWNE ROZPIESZCZANIE

  EMMI I SALEM W JEDNYM STALI DOMU, czyli fassbinder na miękko

  FANICA

  FRYTKI GÓRĄ!

  JAMA W JAMIE

  JESTEM BILL!

  JURATA, SELEDYNOWY WYŻEŁ, ONA I JA…

  KAKTUSY MIŁOŚCI

  KALENDARZYK

  KARATE DLA PRZEDSZKOLANEK

  KOCHAŁAM PANIĄ

  KOCHANKOWIE POETEK

  KUCYKI HESSA

  LALKA DO GÓRY NOGAMI, CZYLI BRONIĘ BELI

  LISTA PRZEDPŁACICIELI

  MATKA WIDMO, KOCHANEK POTWÓR, ŻYŁY PODERŻNIĘTE

  MAZURY, CZYLI PRZESZKADZA Ml CZUŁOŚĆ

  METAFIZYCZNY PSIKUS

  MĘŻCZYZNA Z IRCHĄ

  MNIEJ WIĘCEJ DWADZIEŚCIA KOBIET DUŃSKICH I JA

  NIERECENZJA Z NIEKSIĄŻKI

  NOWELA PT. MÓJ AMERYKAŃSKI MĄŻ

  NOC SZYBUJE NADE MNĄ

  NO WIĘC, MARLON BRANDO CZY POMIANOWSKI?

  OCH LILLY, JAK MOGŁAŚ!!!

  ODA DO URODY I WDZIĘKU

  OPOWIEŚCI ZE ŚCIEŻKI JUTRZEJSZEJ

  PARYŻ ALBO NIC!

  PIĄTY PARYŻ

  PIĘĆ BIAŁYCH GAM

  PIT POLONISTYCZNY

  PODLOTKI I PODLOTY

  POUR ELISE

  POŻYTEK Z POETÓW

  PRZYBYLI NA SKRZYDŁACH PÓŁNOCNYCH GĘSI

  PRZYSTANEK NABOKOVA

  PYTA ŻONY ŻYRAF SKROMNY, CZEMU DEKOLT TAK OGROMNY?

  RADOŚĆ Z ODMOWY

  ROZMOWY PRZEZ ŁAŃCUCH

  STADO WAFELKÓW POLO PO KOSMETYCZCE ALBO SAMOTNOŚĆ PIERNIKA

  SZEPTEM PRZELECIAŁ PTAK NAD MOJA GŁOWĄ

  ŚWITANIE TAPET

  TAŃCZĄCY Z AURORAMI

  TRZEŹWI POLICJANCI I PIJANE KOBIETY

  WARSZAWO, TY MOJA WARSZAWO!

  WŁAŚCIWIE

  WSZĘDOBYLSKOŚĆ CIERPIENIA

  WYŁUDZACZE PORTRETÓW

  ZAGAJEWSKI

  ZAPACH PIETRUSZKI ALBO CZARNY PROSIAK NA HORYZONCIE

  ZDUMIEWAJĄCA ZOSIA

  ZIMNA POŚCIEL HITLERA

  ZMĘCZENIE ŚMIECHEM

  ŻYCIE JAK WAKACJE

  Przypisy

Wstęp

Zebrane w Czytadłach teksty Agnieszki Osieckiej na szczęście trudno zaszufladkować. Nie są to recenzje z książek – za dużo tu wątków osobistych, wspomnień i dowcipnych felietonistycznych zabiegów. Nie są to też eseje literackie na miarę Jerzego Stempowskiego czy Marcela Reicha-Ranickiego – za mało w nich intertekstualnych zawijasów i profesorskiej erudycji. Nie są to hermetyczne zapiski krytyczki literackiej, która pisząc o książkach, decyduje się na pewną metodologię i za pomocą odkrywczych tez tworzy nową teorię znaku czy kontekstu.

Te krótkie i przystępne teksty Agnieszka Osiecka pisała regularnie dla nieistniejącego już dziś literackiego magazynu „Ex Libris”, który był dodatkiem do „Życia Warszawy”. Powstał zbiór impresji z lektury. Dla Agnieszki Osieckiej nie tylko same książki były istotne, ale i sama czynność czytania. Mamy tu zatem dużo informacji o tym, gdzie (na ławce w parku), w jakiej atmosferze, a nawet pozycji (na kanapie) czy mieście (Berlin, Cambridge, Warszawa) poetka czyta. Ważne były dla niej okładki książek, księgarnie, konkursy literackie czy biblioteki, z których recenzowane teksty pochodzą. Czasem impresje te przywodzą na myśl wyznania i eseje poufałe znakomitej współczesnej amerykańskiej autorki Anne Fadiman.

 

Wytrawni znawcy twórczości Agnieszki Osieckiej wnet rozpoznają, że recenzując czyjeś książki, wraca ona do wątków znanych nam z jej życia, poezji i prozy. Jako absolwentka łódzkiej szkoły filmowej chętnie recenzuje książki związane z kinem, wspomina przy okazji takich swych kolegów, jak Roman Polański czy Eugeniusz Priwieziencew. Jako dziecko Skamandrów (sama tak siebie w tej książce określa) potrafi „przytruć” futurystom i opisuje wiersze między innymi znanych polskich poetek. Wybór lektur, po które autorka sięgnęła, jest bardzo eklektyczny. Dyplomatycznie byłoby napisać, iż zainteresowania

Osieckiej były niezwykle szerokie: mamy tu impresje dotyczące klasyki powieści rosyjskiej, popularne harlekiny, poradniki o kotach i scenariusze Fassbindera.

Jako córka Autorki miałam okazję znać jej domową biblioteczkę. Było w niej sporo książek o psychologii, m.in. dzieła Zygmunta Freuda i Antoniego Kępińskiego. W zbiorze niniejszym pisze ona o ważnej dla ludzi w depresji (i nie tylko!) autobiograficznej książce Williama Styrona Darkness Visible, stawiając ciekawe pytanie dotyczące kulturowych różnic w recepcji tej książki.

Autorka nigdy nie jest bezwględna w swoich analizach książek i autorów. W jej tonie nie ma żółci czy sadyzmu typowego dla recenzentów o niezrealizowanych własnych pretensjach literackich. Nie znaczy to jednak, że teksty te są mdłe. Agnieszka Osiecka była fenomenalnie dowcipną felietonistką i złośliwą obserwatorką epok, w których żyła – znajdziemy tu kilka genialnych przykładów stylu felietonistycznego, na przykład typologię kochanków opisywanych w erotykach. Po latach można też stwierdzić, iż miała „nosa” do autorów dobrze rokujących. Dziś chwaleni przed laty przez Agnieszką Osiecką młodzi autorzy, tacy jak Paweł Huelle czy Jerzy Pilch, są gwiazdami polskiej literatury.

Na koniec tego wstępu uprzedzę Państwa pytanie: nie, nie trzeba przeczytać wszystkich recenzowanych przez Autorkę lektur, aby czerpać przyjemność z czytania tej książki. Czytadła na pewno zachęcą Państwa do czytania w ogóle. A w szczególe do czytania prozy Agnieszki Osieckiej w tej serii wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Agata Passent

A LUBI PAN REZEDĘ?

…nie, to nie muzyka… to miłość…

Iwan Gonczarow

Dobrze już w maju usiąść sobie na ławce w parku i poczytać. Są nowe ptaszki, nowe łaszki, ale książka powinna być stara. Park czy skwerek może być taki, jaki się nam przydarzy. Mnie się przydarza Cambridge, a więc campus, a więc szare wiewiórki, a więc studentki w szortach, Japończycy i ławeczka, prawie że z widokiem na Barańczaka. Ale książka jest stara, starannie obłożona w biblioteczny brązowy papier z numerem wypisanym atramentem: 2853

Obłomow Iwana Gonczarowa.

Książka pochodzi z mojej dzielnicowej biblioteki w Warszawie, ale kiedy się ją czyta w Ameryce, to jednak inne skojarzenia przez głowę przelatują: mniej Lenina, więcej Freuda. Och, bo biedny Obłomow zadręczony został przez krytykę socrealistyczną po same uszy, aż po dzieła samego Wodza włącznie!

Tak: biedny Obłomow. Pół życia przespał. Przedrzemał i przechrapał na kanapie. Stał się symbolem spania na kanapie! Stał się symbolem nicnierobienia. No i dobrze. Zapłacił za to niemałą cenę: marne życie, utracona kobieta, udręka nudy, choroba wreszcie. Ale krytykom, jakby tego było mało, zachciało się wmawiać Obłomowowi, przeciwko komu on tak śpi i któż go tak starannie do snu ułożył. Wrzucano tedy Gonczarowa do jednego worka z Bielińskim, Hercenem i z Czernyszewskim – z tymi wszystkimi, którym droga była idea demokratycznej rewolucji w Rosji. Włodzimierz Lenin z rozbrajającą prostotą wyznał, że nieróbstwo i śpiączka Obłomowa są typowym wykwitem ustroju pańszczyźnianego… Może i tak. Nawet – z pewnością tak. Ale chyba nie tylko tak. Chciałoby się rzec: więcej Freuda!

No bo tak. W 1859 roku dziewiętnasty wiek był jeszcze syty, można było spać z najróżniejszych powodów. Czy kanapa, do której tuli się młody Gonczarow, to jest po prostu zwykła kanapa? A może to ciało matki, która nie dotuliła chłopca za młodu? A może to ciepła przystań, w której niknie chwilowo i tłumi się lęk przed wyjątkowo srogim ojcom? A może to symbol ledwo przeczuwanej kobiety, która najpierw zbyt długo nie nadciąga, a gdy nadciągnie, okaże się… zbyt wymagająca? Jednocześnie czuła, ale i groźna???

O, bo przepiękne dialogi liryczne Obłomowa z Olgą nasycone są wieloznacznością, rozwibrowane, skołtunione jak maj po burzy, kiedy nawet słowiki są potargane. Niby to mowa jest o bzach. O łzach i konwaliach. Kto woli jakie kwiaty, kiedy, dlaczego. Ale w Oldze nabrzmiewa niecierpliwość, pretensja, irytacja. Bohater powtarza sobie w duchu: Jaka ona zła, jaka zła…

Zastanawiam się, czy ucieczka od Olgi jest rejteradą, czy też postępkiem mężczyzny obdarzonego głębokim poczuciem odpowiedzialności.

Oto Olga zdecydowana jest podać Obłomowowi rękę i podnieść go z kanapy. I on, w porywach, gotów jest wstać. Ale czy Olga, gdy już Obłomow się podniesie, ofiaruje mu prawdziwe partnerstwo, czy też będzie wywijać nim wte i wewte? A może zacznie wymagać zbyt wiele? A może zadręczy go społecznikostwem, familijnym rajem, egzaltacją, dewocją? Nigdy się tego nie dowiemy. Postać Olgi narysowana jest na tyle wykwintnie i tajemniczo, że ledwo śmiemy przypuszczać, iż ta bajeczna dziewczyna stanowi materiał na jędzę. Nie wiemy tedy, czy Obłomow uciekł jako nieuleczalny leń i produkt epoki, czy też jako człowiek odpowiedzialny, który wie, że nie wytrzyma w sieci i nie sprosta zadaniom, które postawi przed nim śpiewająca żona. A może jako ktoś, kto broni siebie, swojej najwłaściwszej treści, choćby dla siebie samego niejasnej.

Tak czy inaczej, Obłomow traci kobietę swojego życia. Dawniej bardzo mi go było z tego powodu żal. Ale teraz, kiedy jest maj i wiewiórki mają nowe futerko, i rosa spada na skrypty, i każdemu należy się odrobina współczucia, to bardzo mi żal Sztolca. Sztolc to przyjaciel Obłomowa, człowiek pracowity, zamożny, pół-Niemiec. Jest przez całe życie wiernym przyjacielem Obłomowa. Haruje, wozi kolegę na letniska, leczy go, ratuje z upadku. W oczach Olgi stara się być zawsze w cieniu. Żeni się z nią dopiero wtedy, kiedy Obłomow ostatecznie się wycofa. Mimo to zraniona i odtrącona Olga będzie już zawsze na dnie serca przechowywała zmąconą wprawdzie, lecz nieuleczalną miłość do neurotycznego lenia. I właśnie Sztolc, w swojej kryształowej przyzwoitości, wytłumaczy żonie, cóż to tak cennego posiadał Obłomow:…uczciwe, wierne serce …serce jego nie wydało ani jednej fałszywej nuty, błoto nie przywarło do niego. Nie olśni go żadne wytworne kłamstwo…

Tak, tak. Kobiety kochają czystych i leniwych, a taki Sztolc może się tylko wygrzewać w ich uprzejmym chłodku. Jakie to piękne i jakie smutne. Odpowiednia lektura na maj. Stare książki są wciąż młode, a wiewiórki będą miały szczeniaki.

Iwan Gonczarow, Obłomow, przeł. Nadzieja Drucka, Warszawa 1978.



ANIOŁY ZAWSZE WRACAJĄ

Kiedy czytam Opowiadania na czas przeprowadzki Pawła Huellego, odnoszę raz po raz wrażenie, że autor jest człowiekiem wiekowym. Odruchowo spoglądam na zdjęcie, widzę twarz ozdobioną jeszcze pucołowatością młodości i wracam do lektury. Ulotne wrażenie nie mija jednak, ponieważ Paweł Huelle jest akuszerem historii. Tam, gdzie jej nie ma, odgaduje ją. Tam, gdzie jest poszarpana, składa ją na nowo. Nasze biedne, rozsypane wątki są jak klocki lego kopnięte ordynarnym butem żołdaka. Przychodzi młody autor i znów wszystko odbudowuje. Przedmioty, ludzie i zwierzęta mają swoich dziadków i wnuków. Mają swoją przeczuwalną przeszłość, wyrazistą teraźniejszość i zato – pione jeszcze w mgławicach pytajników – życie wieczne. Nigdy nie wejdą na ten kamień – powiedział ojciec, wskazując na ślimaki. A my nie dowiemy się, dlaczego muszą tam wchodzić…

Huelle odważnie zagląda na każdej niemal stronicy do metafizycznej jamy, i to jest druga cecha tej magnetycznej prozy, dla której tak bardzo chce się ją czytać. Proza ta nasycona jest życiem jak żywicą. Krzaki porzeczek pachną mocno, dusi się mięso w pieprznym sosie, marudzą wujowie, sznury rwą się od ciężaru ryb. Wariatka zapala papierosa, młoda matka marzy o stole i pieją nieobecne koguty. Ale proza ta nasycona jest również śmiercią. Brodziłem po kałużach jak Bóg pochylony nad światem, powiada młody autor nie bez pychy i pozwala sobie towarzyszyć. Ciekawe jest to wszystko i człowiek bardzo by się chciał dowiedzieć, dokąd dopłyną drewniane łódki.

Czasem, kiedy jak w opowiadaniu In Dublin’s fair City nasycenie szczegółami jest zbyt gęste, zaczynam się odganiać od tej ilości kuzynek, nazw, ulic, placów i informacji, ale potem, kiedy powraca plaża i las, zaczynam znów czytać w narzuconym przez autora rytmie i ogromnie żałuję, że te opowiadania nie są powieściami. Niestety, powieściami być nie mogą, bo ta proza jest również poezją, a wiersze są krótkie.

Nie wiem, może się mylę, ale mam wrażenie, że Huelle pisze po południu. To jest ta pora, kiedy światło ma kolor miodu, przedmioty wyraźnieją, kwiaty puchną, a Indianie zaczynają się modlić i w lęku wyczekują nadchodzącej nocy. Czasem tylko – ogromnie rzadko – przeczuwam w tej gorącej prozie elementy wyrachowania, ale to głupstwo. Jest jeszcze wcześnie, a anioły zawsze wracają.

PS Piękna jest też okładka.

Paweł Huelle, Opowiadania na czas przeprowadzki, Warszawa 1991.

BABA Z OBIADEM, CZYLI PROZA PROZĄ

Jest taki typ mężczyzny, który w okolicy czterdziestki rozstaje się z romantycznymi porywami serca i ze wszystkich młodzieńczych marzeń zostaje mu jedno: zjeść raz dziennie coś na ciepło.

I jest taki typ nieszczęsnej niewiasty, której też coś w życiu nie wyszło. A może i wyszło, ale nie z tym, o którego jej chodziło. Tych dwoje „zaprzyjaźnia się” i od słowa do słowa on zaczyna chodzić do niej na obiady. Najpierw co jakiś czas, a potem codziennie. Z jej strony naturalnie ten rodzaj miłości jest katorgą: trzeba umieć gotować albo mieć wierną kuchtę. Trzeba mieć czas. Można pośmiardywać garami, ale bez przesady. I przede wszystkim trzeba być masochistką (to po mamusi). Trzeba bowiem przyzwyczaić się do jednego: że on nigdy nie zostanie na noc. Wprost przeciwnie: zje, podrzemie w fotelu i pójdzie do siebie (?).

No tak. Ale co z tego? – Nic.

To znaczy, jeżeli chodzi o życie, to może jednak coś tam! Może on się na przykład na starość ożeni z młodą dziewczyną i dla niej zacznie gotować obiady. Albo ona – ta nieszczęśnica – spotka nagle pana, który zostanie na noc. Poświecą się przez chwilę jak robaczki świętojańskie, ale ten nowy zobaczy kalosze tego starego w przedpokoju i pójdzie sobie. No w każdym razie. Tyle o życiu. Dla literatury nie wynika z tego literalnie nic. Nic, nic, absolutnie nic!

Tymczasem Augustyn Baran…

Tymczasem Augustyn Baran wie o tym od dziecka, ale z wiedzy tej nie korzysta. Pisze o rzeczach Ciekawych i Innych. Pisze o świecie zanurzonym w gorączce. A przede wszystkim sam się gorączkuje.

Przecież naczelnym i podstawowym zadaniem człowieka, którego prosi się, aby coś opowiedział, jest dać ludziom „coś ciekawego”. Każdy gaduła w celi więziennej będzie miał powodzenie, jeżeli opowiada na przykład o cielęciu o dwóch głowach albo o romansie z Pigmejką. Facet, który opowiada o obiadach domowych, skazany jest na niepowodzenie. Wniosek z tego prosty: prozę trzeba pisać wierszem, tylko że winien to być niejako wiersz utajony: poetycka woda podskórna, która płynie pod suchą glebą życia, życieńka, żyćka.

Z prozą Augustyna Barana – galicyjskiego nauczyciela – zetknęłam się w sposób arcybanalny, mianowicie w czasie obrad jury konkursu literackiego. Konkurs rozpisali płocczanie, którymi dowodził Marek Grala – poeta, szlachetny maniak i mój stary znajomy. Konkurs zorganizowano pod hasłem miłości do Stefana Themersona, futurystycznego pisarza, a przy tym płocczanina. Prawdą mówiąc, niewiele z nadesłanych wierszy i opowiadań nawiązywało do tradycji futuryzmu, znacznie więcej do Tuwima i Nowej Fali. Nie dziwota. Futuryści nie brylowali po salonach jak Skamandryci, traktowali swoje kanciaste samoloty niezwykle poważnie, a poza tym wszyscy byli od skamandrytów mniejsi. Przyboś – miniaturowy, Peiper – chudzinka. Tuwimowi sięgali do pasa: poza tym Tuwim był piękny, bogaty i pisał piosenki. Inny skamandryta, Franz Fiszer, był nie tylko od futurystów wyższy, ale i grubszy. Dlatego Fiszer w ogóle nie umiał nic pisać, ale i tak był sławniejszy od Peipera. Jedynie autor Jakuba Szeli [Słowo o Jakubie Szeli Brunona Jasieńskiego] przebił się do towarzystwa, ale to pewnie dzięki tytułowi Palę Paryż. Polacy lubią takie fimfy literackie. Tak więc polskich futurystów każdy zna, ale nikt nie czyta. Nasi autorzy konkursowi orientowali się w sprawie na tyle, żeby wiersz przesłać do Płocka, a jeden uczestnik to nawet na tyle się orientował, że zaczął swój elaborat od słów: Bardzo lubię futuryzm

 

Tak czy siak, przeczytaliśmy kilkadziesiąt interesujących wierszy i kilka zgrabnych opowiadań, ale przejęliśmy się – Klara Kopcińska, Urszula Ambroziewicz, Marek Grala i ja – przejęliśmy się chyba wszyscy w tym samym stopniu – tylko jedną porcją prozy: opowiadaniami Augustyna Barana. Ich autor nie jest już chłopczykiem, ma grubo ponad czterdziestkę, swoje przeżył i mieszka w Izdebkach. Jestem galicyjskim nauczycielem – powiada. Ba! Gdybym była Zofią Nałkowską, wysłałabym do pana Barana list, jak Ona do Schulza. Skoro jest tak, jak jest, wysłałam telegram.

Z przedstawionych przez Augustyna Barana tekstów najbardziej wyraziście zapamiętałam trzy opowiadania: Głowa wroga, Mężczyźni pragną nagród i Wszystkim już się zdarzyło.

Pierwsze – Głowa wroga – to jest zawikłana walka chłopaczka z kogutem. Każdemu, kto pomyśli, że rzecz trąci tak zwaną prozą wiejską, powiem, że jest na złym tropie. W opowiadaniu króluje ów wielobarwny upał, który trawi poetów Ameryki Południowej, a jednocześnie panoszy się polska aż do upiorności – mentalność naszej prowincji.

Historyjka druga opowiada o kobiecie, która za wszelką cenę chce przerobić mężczyznę na swoje kopyto. Ale to nie jest powszednia proza obyczajowa. Baran dotyka tych miejsc, które bardzo bolą. Bohater bowiem jest człowiekiem niezwykłym, pokręconym, brudnym, dziwacznym, cyganeryjnym. Wkręca się w jego życie niewiasta zdrowa, dobra, zacna, a przy tym z temperamentem. Nikt nie chce źle, a jednak oboje zaglądają do otchłani (gdyby nie zajrzeli, gdyby oboje nie szli po wszystko, spotkaliby się przy obiadach domowych).

Trzeci tekst zaczynia się od słów: Nareszcie doszedłem donikąd. I jest silnym tekstem poetyckim, zatem niezbyt nadającym się do streszczenia. Język jest po męsku metafizyczny, ale nie po babsku astrologiczno-hochsztaplerski. Oto próbka: Trawę zjadła szarańcza. Potem sama padła z głodu. Tak dziwnie nogi skrzypiały w jej kilkucalowej warstwie. I dalej: W miasteczku nie było miasteczka. Nic i nikogo. Bohater Augustyna Barana nie jest odporny na życio-watość życia. Bywa, że ucieka w chorobę. Ale wraca, wraca! Bogaty w język w jasność obserwacji, w niemazgajenie się. No, to niemodne.

Zatem – proza prozą?…

Myśmy się w szkole uczyli, że najlepiej prozie robi realizm. I że w ogóle proza realistyczna jest cudna. Żeby powiększyć szeregi „realistów”, nauczyciele wrzucali do tego garnka co się dało, nawet takie dzikie pisarstwo jak to, które uprawiał Emil Zola. Ogólnie jednak realizm kojarzono z pewną zgrzebnością. Powstało z tego wszystkiego sporo zacnej pisaniny spod skrzydeł Marii Dąbrowskiej. Na kontrze do realistów działała od wieków grupka dziwnych chłopców odkrywanych przez Henryka Berezę. No, ale to było w czytaniu trochę trudne. I właściwie mało jest w powojennym pokoleniu u nas takich prozaików, którzy mówią „realistycznym”, ale własnym głosem – jak Marek Nowakowski czy Paweł Huelle.

Ale wydaje się, że Augustyn Baran dołączy właśnie do tej rozstrzelonej plejady. Umie interesująco opowiadać o interesujących dziś sprawach i jedno wie na pewno: prozy nie pisze się prozą.

[O opowiadaniach Augustyna Barana: Głowa wroga, Mężczyźni pragną nagród i Wszystkim już się zdarzyło1]