Nowy świat pana TompkinsaTekst

Autorzy:Russell Stannard, George Gamov
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Przedmowa od autora nowej wersji

Wstęp Gamowa do wspólnego wydania przygód Pana Tompkinsa

1. Ograniczenie prędkości w mieście

2. Wykład profesora o względności, który wywołał sen Pana Tompkinsa

3. Pan Tompkins jedzie na wakacje

4. Notatki do wykładu profesora na temat zakrzywionej przestrzeni

5. Pan Tompkins odwiedza zamknięty Wszechświat

6. Kosmiczna Opera

7. Czarne dziury, śmierć cieplna i palnik acetylenowy

8. Bilard kwantowy

9. Kwantowe safari

10. Demon Maxwella

11. Radosne plemię elektronów

11½. Pozostała część wykładu, którą Pan Tompkins przespał

12. Wewnątrz jądra

13. Rzeźbiarz w drewnie

14. Dziury w niczym

15. Odwiedziny w „zderzaczu atomów”

16. Ostatni wykład profesora

17. Epilog

Słownik niektórych pojęć

Przypisy

© Copyright by Copernicus Center Press, 2017

© Cambridge University Press 1999

A revised and updated edition by Russell Stannard of Mr. Thompkins in Paperback © Cambridge University Press 1965, 1993

All rights reserved

Tytuł oryginału:

THE NEW WORLD OF MR TOMPKINS

Adiustacja i korekta: MIROSŁAW RUSZKIEWICZ

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

Skład: MELES-DESIGN

ISBN 78-83-7886-296-3

Wydanie I

Kraków 2017

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Przedmowa od autora nowej wersji


Jest niewielu fizyków, którzy mogą powiedzieć, że nie czytali przygód Pana Tompkinsa. Choć pierwotny zamysł Gamowa był taki, aby napisać książkę dla początkującego adepta fizyki, jego klasyczne wprowadzenie do współczesnej fizyki cieszy się trwałą popularnością u najróżniejszych grup czytelników. Ja sam zawsze czułem wielką słabość do Pana Tompkinsa. Z ogromną przyjemnością przyjąłem więc propozycję uaktualnienia tej książki.

Już od dłuższego czasu zbierało się na nową wersję – tak wiele zdarzyło się w ciągu 30 lat od ostatniego wydania, zwłaszcza w dziedzinie kosmologii i fizyki wysokich energii. Kiedy jednak siadłem do ponownego czytania tej książki, uderzył mnie fakt, że nie tylko kwestie czysto naukowe wymagały uwagi.

Przykładowo, współczesne produkcje hollywoodzkie trudno określić jako „niekończące się romanse pomiędzy popularnymi gwiazdami”. Inny przykład: czy powinniśmy opowiadać teorię kwantową, odwołując się do polowania na tygrysy, wziąwszy pod uwagę silniejszą niż przed laty troskę o zagrożone gatunki? I co z „nadąsaną” Maud, córką profesora, „zaczytaną w »Vogue«”, pragnącą „ślicznego futra z norek”, której mówi się „uciekaj, dziewczyno”, gdy tylko w rozmowie pada choćby słowo o fizyce?... Nie wydaje się to być czymś odpowiednim w czasach, gdy wkładamy tak wiele wysiłku w zachęcanie kobiet do studiowania fizyki.

Są też problemy z fabułą. Choć Gamow zasługuje na uznanie za to, w jak innowacyjny sposób opisuje fizykę, sama fabuła zawsze miała swoje słabości. Przykładowo, Pan Tompkins często poznaje nowe zagadnienia naukowe w snach, jeszcze zanim doszło do jakiejkolwiek formy jego kontaktu z tymi ideami (choćby podświadomie) w rzeczywistych sytuacjach życiowych, w trakcie wykładów profesora lub rozmów z nim. Jeszcze inny przykład: wakacje nad morzem. Pan Tompkins zasypia w pociągu i śni mu się, że w podróży towarzyszy mu profesor. Później okazuje się, że profesor rzeczywiście jest z nim na wakacjach, a Pan Tompkins lęka się o to, czy profesor będzie pamiętał, na jakiego głupca wyszedł on sam w trakcie rozmowy w pociągu – we śnie?!

Momentami wyjaśnienia fizyczne nie są tak klarowne, jak by mogły być. Przykładowo, gdy mowa o relatywistycznych kłopotach z jednoczesnością zdarzeń dokonujących się w różnych miejscach, opisywana jest sytuacja, w której wyniki pomiarów porównują obserwatorzy znajdujący się w dwóch statkach kosmicznych. Nie zostaje jednak przyjęty punkt widzenia jednego z tych układów odniesienia, lecz problem będzie opisany z trzeciego, niewymienionego wprost, układu, w którym obydwa pojazdy są w ruchu. Podobnie opis zastrzelenia kontrolera biletów, w którym kasjer miał rzekomo czytać gazetę na końcu peronu, tak naprawdę nie dowodzi jego niewinności, jak twierdzi Gamow. (Aby tak było, należałoby jeszcze wykluczyć scenariusz, w którym kasjer najpierw strzela, a potem zasiada do czytania gazety.)

Jest też pytanie, co zrobić z „operą kosmiczną”. Idea, aby dzieło tego typu zostało wystawione w Covent Garden, była oczywiście od samego początku naciągana. Dzisiaj jednak stoimy przed dodatkowym problemem: temat opery – rywalizacja między teorią Wielkiego Wybuchu a teorią stanu stacjonarnego – nie jest już obecnie żywym zagadnieniem naukowym, jako że dowody obserwacyjne wyraźnie świadczą na korzyść tej pierwszej. A przecież usunięcie tego genialnego, radosnego przerywnika byłoby wielką stratą dla książki.

Jeszcze inny problem dotyczy ilustracji. Pan Tompkins był częściowo ilustrowany przez Johna Hookhama, a częściowo przez samego Gamowa. Aby zilustrować najnowsze odkrycia fizyki, potrzebne są kolejne ilustracje, co oznaczałoby wynajęcie trzeciego rysownika. Czy powinniśmy się zgodzić na wynikające z tego niezadowalające zderzenie się stylów, czy może podejść do problemu na zupełnie nowy, świeży sposób?

Biorąc to wszystko pod uwagę, należało podjąć decyzję: mogłem oczywiście zgodzić się na minimalny poziom ingerencji i po prostu uaktualnić kwestie czysto fizyczne, nie patrząc przy tym na wszystkie inne słabości tekstu. Mogłem też chwycić byka za rogi i przepisać całą książkę gruntownie.

Zdecydowałem się na to drugie rozwiązanie. Wszystkie rozdziały wymagały pracy. Rozdziały 7, 15, 16 i 17 są całkowicie nowe. Postanowiłem również, że pomogę Czytelnikom, dodając na końcu książki słownik trudniejszych terminów. Zaproponowane przeze mnie zmiany spotkały się z aprobatą rodziny Gamowa, wydawców i zaproszonych przez nich doradców – z wyjątkiem jednego z konsultantów, który uważał, że tekst nie powinien być zmieniany w najmniejszym stopniu. Ten głos mniejszości był dla mnie sygnałem, że nie zadowolę wszystkich! Jest jasne, że zawsze będą ci, którzy woleliby pozostać przy oryginale – i całkowicie takie osoby rozumiem.

Jeśli jednak chodzi o tę wersję, jest ona adresowana przede wszystkim do tych, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać Pana Tompkinsa. Choć ma ona wiernie oddawać ducha i styl oryginalnej książki Gamowa, jej celem jest inspirowanie nowego pokolenia Czytelników i wychodzenie im naprzeciw. Lubię myśleć, że jest to wersja, którą mógłby napisać sam George Gamow – gdyby miał to zrobić dzisiaj.

Podziękowania

Dziękuję Michaelowi Edwardsowi za ożywienie tekstu nowymi ilustracjami. Jestem też wdzięczny Mattowi Lilleyowi za pomocne i konstruktywne komentarze do wczesnej wersji tekstu. Bardzo doceniam także zachętę i wsparcie, które otrzymałem od członków rodziny Gamowa.

Wstęp Gamowa

do wspólnego wydania

przygód Pana Tompkinsa

Zimą 1938 roku napisałem krótkie opowiadanie fantastycznonaukowe (nie: opowiadanie science fiction), w którym starałem się wyjaśnić osobom nieposiadającym specjalnego wykształcenia z zakresu fizyki podstawowe poglądy naukowe na temat krzywizny przestrzeni i rozszerzania się Wszechświata. Postanowiłem dokonać tego, przedstawiając faktycznie występujące zjawiska relatywistyczne na sposób tak przesadzony, aby mogły być z łatwością zaobserwowane przez bohatera opowieści, C.G.H.[1] Tompkinsa, urzędnika bankowego zainteresowanego współczesną fizyką.

 

Manuskrypt wysłałem do „Harper’s Magazine” i, jak wszyscy początkujący autorzy, otrzymałem go z powrotem z dołączonym listem odmownym. Kolejnych kilka czasopism, w których spróbowałem swojego szczęścia, zareagowało tak samo. Odłożyłem więc swoje opowiadanie do szuflady i zapomniałem o nim. Latem tego samego roku byłem na Międzynarodowej Konferencji Fizyki Teoretycznej zorganizowanej przez Ligę Narodów w Warszawie. Przy szklaneczce doskonałego polskiego miodu rozmawiałem z moim starym przyjacielem, sir Charlesem Darwinem, wnukiem Charlesa (O pochodzeniu gatunków) Darwina. Rozmowa zeszła na kwestię popularyzacji nauki. Powiedziałem Darwinowi o tym, jaki spotkał mnie pech, gdy próbowałem opublikować swój tekst, na co ten odrzekł mi tak: „Słuchaj, Gamow, kiedy wrócisz do Stanów Zjednoczonych, dokop się do swojego manuskryptu i wyślij go do doktora C.P. Snowa, który jest redaktorem czasopisma popularnonaukowego »Discovery«, publikowanego przez Cambridge University Press”.

Tak właśnie zrobiłem, a tydzień później przyszedł telegram od Snowa o następującej treści: „Pański artykuł zostanie opublikowany w następnym numerze. Proszę o więcej”. W kolejnych wydaniach „Discovery” wydrukowano więc następne opowiadania o Panu Tompkinsie, popularyzujące teorię względności i teorię kwantową. Niedługo później otrzymałem list z Cambridge University Press, w którym zostało mi zasugerowane, aby artykuły te, wzbogacone o kilka dodatkowych historii, ukazały się w postaci książki. Książka ta, zatytułowana Mr Tompkins in Wonderland[2], została wydana w 1940 roku przez Cambridge University Press i od tego czasu doczekała się szesnastu wznowień. Po niej powstała kontynuacja, Mr Tompkins Explores the Atom[3], którą opublikowano w 1944 roku i do dziś była wznawiana dziewięć razy. Obie książki zostały przetłumaczone na niemal wszystkie języki europejskie (poza rosyjskim), a także na język chiński oraz hindi.

Niedawno Cambridge University Press postanowiło połączyć obydwa tomy w jednym wydaniu w miękkiej oprawie, a ponadto poprosiło mnie, abym uaktualnił stary materiał i dodał parę nowych opowiadań na temat nowych odkryć z zakresu fizyki i innych nauk, których dokonano od czasu pierwszego wydania tych książek. Musiałem więc dopisać rozdziały na temat syntezy i rozszczepiania jąder, teorii stanu stacjonarnego oraz ekscytujących problemów związanych z cząstkami elementarnymi. Tak powstała niniejsza książka[4].

Parę słów na temat ilustracji. Pierwotne artykuły w „Discovery” i pierwsze wydanie przygód Pana Tompkinsa zostały zilustrowane przez Johna Hookhama, któremu zawdzięczamy też zaprojektowanie postaci i twarzy tytułowego bohatera. Gdy napisałem drugi tom, Pan Hookham nie pracował już jako ilustrator, postanowiłem więc zilustrować książkę własnoręcznie, wiernie naśladując styl Hookhama. Nowe ilustracje w niniejszym wydaniu są również mojego autorstwa. Wiersze i piosenki zostały napisane przez moją żonę Barbarę.

G. Gamow

University of Colorado, Boulder, Kolorado, USA

1. Ograniczenie prędkości w mieście


Był to dzień święta państwowego i Pan Tompkins, drobny urzędnik wielkiego banku, spał do późna i niespiesznie zjadł śniadanie. Zastanawiając się nad tym, jak spędzić popołudnie, w pierwszej chwili pomyślał o wybraniu się na seans filmowy. Otworzył gazetę i zajrzał do sekcji kulturalnej. Żaden z filmów nie wywołał jednak jego zainteresowania. Oburzała go współczesna obsesja na punkcie seksu i przemocy. Pozostałe filmy stanowiły ukłon w stronę dzieci mających dziś dzień wolny od szkoły. Gdyby tylko znalazł się choć jeden film o prawdziwych przygodach, o czymś niezwykłym, o jakimś wielkim wyzwaniu!... Ale niczego takiego nie było.

W tym momencie jego oko spoczęło na niewielkim anonsie w rogu strony. Miejski uniwersytet ogłaszał pierwszy z serii odczytów na temat problemów fizyki współczesnej. Wykład odbywający się tego popołudnia miał traktować o teorii względności Einsteina. Hmm, to może być coś! Pan Tompkins niejednokrotnie słyszał stwierdzenie, że zaledwie tuzin ludzi na świecie tak naprawdę rozumie teorię Einsteina. Może on stanie się tym trzynastym! Postanowił udać się na wykład; być może właśnie tego było mu potrzeba.

Gdy dotarł do wielkiego audytorium uniwersyteckiego, okazało się, że wykład już się rozpoczął. Sala była wypełniona młodymi studentami. Tu i ówdzie dało się jednak dostrzec i osoby starsze, najpewniej byli to zwykli ludzie z ulicy, jak on sam. Z wielką uwagą słuchali wysokiego mężczyzny z białą brodą stojącego przy projektorze. Tłumaczył on publiczności zasadnicze założenia teorii względności.

Pan Tompkins zrozumiał tyle, że cała idea teorii Einsteina opiera się na istnieniu maksymalnej prędkości, prędkości światła, której nie może przekroczyć żaden poruszający się obiekt materialny. Fakt ten prowadzi do bardzo dziwnych i zaskakujących konsekwencji. Przykładowo, gdy poruszamy się z prędkością bliską prędkości światła, linijki skracają się, a zegary spowalniają. Profesor twierdził jednak, że ponieważ prędkość światła to 300 000 kilometrów na sekundę (czyli 186 000 mil na sekundę), owe zjawiska relatywistyczne nie są obserwowane w codziennym życiu.

Panu Tompkinsowi wszystko to wydawało się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Usilnie próbował wyobrazić sobie, jak by mogły wyglądać owe efekty, a głowa powoli opadała mu na pierś...

Gdy otworzył oczy, stwierdził, że – owszem – siedzi, lecz nie na ławie w auli wykładowej, tylko na jednej z tych ławek, które dla wygody pasażerów umieszczane są na przystankach autobusowych. Było to piękne stare miasto, a wzdłuż ulicy rozciągały się średniowieczne budynki uniwersyteckie. Podejrzewał, że musi to być sen, ale w samej scenerii nie było nic niezwykłego. Wskazówki wielkiego zegara na wieży po przeciwnej stronie ulicy wskazywały godzinę piątą.

Ulica była niemal wyludniona – poza jednym rowerzystą niespiesznie pedałującym w jego stronę. Gdy rowerzysta ów zbliżył się, Pan Tompkins otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Rower i siedzący na nim młody człowiek byli niebywale skróceni w kierunku ruchu, jak gdyby patrzył na nich przez cylindryczną soczewkę. Zegar na wieży wybił godzinę piątą, a mężczyzna, najwyraźniej spiesząc się gdzieś, nacisnął mocniej na pedały. Pan Tompkins nie zauważył, aby rowerzysta jakoś specjalnie przyspieszył, jednak jego ciało skróciło się jeszcze bardziej i w dalszą podróż udał się, wyglądając już jak rysunek wycięty z kartonu. Pan Tompkins zrozumiał od razu, co się stało rowerzyście – było to skrócenie poruszających się ciał, o którym właśnie przed chwilą usłyszał. Był bardzo dumny z siebie. „Ograniczenie prędkości Przyrody musi tu być niższe”, stwierdził. „Myślę, że nie przekracza ono znacząco 30 kilometrów na godzinę. W tym mieście chyba nie potrzeba fotoradarów”. Rzeczywiście, przejeżdżająca właśnie karetka pogotowia nie była w stanie wycisnąć z siebie dużo więcej niż rowerzysta; choć jej syrena wyła, a lampa na dachu błyskała ostrzegawczo, pojazd tak naprawdę ledwo pełznął naprzód.

Pan Tompkins chciał dogonić rowerzystę i zapytać go, jak to jest być tak spłaszczonym. Jak go jednak dogonić? W tym momencie zauważył, że o ścianę budynku opiera się rower. Pan Tompkins uznał, że należy on prawdopodobnie do jakiegoś studenta siedzącego właśnie na wykładzie, który, gdyby pożyczyć od niego pojazd tylko na chwilkę, nawet by nie zauważył zguby. Upewniając się, że nikt nie patrzy, wsiadł na rower i ruszył żwawo ulicą za oddalającym się mężczyzną.

Z początku spodziewał się, że teraz, gdy jest już w ruchu, jego ciało natychmiast ulegnie skróceniu, i, prawdę mówiąc, wyczekiwał tego niecierpliwie, jako że w ostatnim czasie rosnący brzuszek wywoływał u niego niejaki niepokój. Ku jego zaskoczeniu nic się jednak z nim nie stało; zarówno on, jak i rower pozostali tej samej wielkości i kształtu. To raczej wszystko wokół niego zmieniło się nie do poznania. Ulice stały się krótsze, okna w sklepach zamieniły się w cienkie szczeliny, a przechodnie byli najchudszymi ludźmi, jakich kiedykolwiek widział.

„Ach!”, wykrzyknął Pan Tompkins w podnieceniu. „Teraz rozumiem. To tutaj wkracza słowo względność. Wszystko, co się rusza względem mnie, wydaje mi się krótsze – lub każdemu, kto kręci pedałami!”


Był dobrym rowerzystą i robił wszystko, co w jego mocy, aby dogonić młodego mężczyznę. Stwierdził jednak, że na tym rowerze nie tak łatwo jest nabrać prędkości. Choć naciskał na pedały tak mocno, jak tylko potrafił, wzrost prędkości był niemal niezauważalny. Nogi zaczynały go już boleć, ale nie potrafił minąć latarni na rogu ze znacząco większą prędkością niż tą, z którą rozpoczął jazdę. Było tak, jak gdyby wszystkie wysiłki, aby poruszać się szybciej, spełzały na niczym. Zaczynał rozumieć, dlaczego ambulans nie jechał znacznie szybciej od rowerzysty. W tym momencie przypomniał sobie o tym, co powiedział profesor na temat niemożliwości przekroczenia prędkości światła. Zauważył jednak, że im bardziej się wysilał, tym krótsze stawały się budynki. Rowerzysta teraz nie wydawał się już zbyt odległy – i rzeczywiście, po niedługim czasie udało się z nim zrównać. Jechali bok przy boku i gdy Pan Tompkins obrócił się w jego kierunku, zauważył, że zarówno on, jak i jego rower wyglądali teraz zupełnie normalnie.

„Ach tak, to pewnie dlatego, że nie poruszamy się względem siebie”, stwierdził.

„Przepraszam”, zawołał, „czy nie przeszkadza Panu mieszkanie w mieście, w którym obowiązuje tak niewielkie ograniczenie prędkości?”

„Ograniczenie prędkości?”, odparł tamten z zaskoczeniem. „Nie mamy tu żadnego ograniczenia prędkości. Mogę dostać się wszędzie tak szybko, jak sobie tylko życzę – a przynajmniej mógłbym, gdybym miał motocykl, a nie ten stary rower!”

„Ale przecież poruszał się Pan bardzo wolno, gdy mnie Pan przed chwilą mijał”, rzekł Pan Tompkins.

„Nie powiedziałbym, że wolno”, wzruszył ramionami mężczyzna. „Od kiedy zaczęliśmy rozmawiać, minęliśmy już pięć przecznic. To nie dość szybko dla Pana?”

„No tak, ale to tylko dlatego, że budynki i ulice są teraz tak krótkie”, zaprotestował Pan Tompkins.


„A co to za różnica? Poruszamy się szybciej, czy ulica staje się krótsza – ostatecznie wychodzi na jedno i to samo. Do urzędu pocztowego jest dziesięć przecznic. Jeśli przyłożę się mocniej do pedałowania, budynki skrócą się i dostanę się tam szybciej. O, już tu jesteśmy”, powiedział mężczyzna, zatrzymując rower i zsiadając z niego.

Pan Tompkins również się zatrzymał. Spojrzał na zegar wiszący nad wejściem do urzędu pocztowego; wskazywał wpół do szóstej. „Ha!”, wykrzyknął triumfalnie. „A nie mówiłem? Naprawdę poruszał się Pan powoli. Przejechanie tych dziesięciu ulic zajęło Panu pół godziny. Gdy mnie Pan mijał przy wieży uniwersyteckiej, była równo piąta, a teraz jest wpół do szóstej!”

„A czy zauważył Pan te pół godziny?”, spytał jego towarzysz. „Czy wydawało się, jak gdyby minęło pół godziny?”

Pan Tompkins musiał przyznać, że wcale nie wydawało się to tak długo – ledwie parę minut. Odruchowo zerknął na nadgarstek – i rzeczywiście, jego własny zegarek wskazywał pięć po piątej. „O!”, mruknął. „Czyżby zegar urzędu pocztowego śpieszył?”

„Można by tak powiedzieć”, odparł młody człowiek, „choć oczywiście równie dobrze Pański zegarek może się spóźniać. Poruszał się przecież względem tych zegarów, prawda? Czegóż innego się spodziewać?”, powiedział, spoglądając na Pana Tompkinsa z pewnym rozdrażnieniem. „A tak właściwie, co jest z Panem nie tak? Brzmi Pan, jakby pochodził z innej planety”. Odrzekłszy tak, mężczyzna zniknął w drzwiach urzędu pocztowego.

Pan Tompkins pomyślał, że to wielka szkoda, iż nie ma pod ręką profesora, aby mu wyjaśnił te wszystkie dziwne zdarzenia. Młody mężczyzna był ewidentnie miejscowym i zdążył się przyzwyczaić do tego stanu rzeczy, jeszcze zanim nauczył się chodzić. Pozostało więc zbadać ten dziwny świat na własną rękę. Ustawił zatem swój zegarek zgodnie z czasem wskazywanym przez urząd pocztowy i aby się upewnić, że obydwa chodzą równo, odczekał dziesięć minut. Oba zegary wskazywały teraz ten sam czas, czyli wszystko wydawało się w porządku.

 

Pan Tompkins wznowił podróż i po pewnym czasie znalazł się na stacji kolejowej, gdzie zdecydował się ponownie sprawdzić swój zegarek, tym razem porównując go z zegarem na stacji. Ku swej wielkiej konsternacji zauważył, że znów się spóźnia.

„Ojej, znowu ta względność”, westchnął Pan Tompkins. „Najwyraźniej dzieje się to zawsze, gdy się poruszam. Jakie to niewygodne! Tak nastawiać zegarek za każdym razem, gdy się cokolwiek załatwiło na mieście”.

W tym momencie przez drzwi prowadzące na stację wyszedł elegancko ubrany mężczyzna. Wyglądał na czterdziestolatka. Rozejrzał się i po chwili rozpoznał starszą kobietę czekającą przy ulicy, po czym podszedł do niej, aby się z nią przywitać. Ku wielkiemu zdumieniu Pana Tompkinsa zwróciła się ona do niego słowami „Drogi dziadku”. Jak to możliwe? Jakim cudem on miałby być jej dziadkiem?

Nie mogąc powstrzymać swego zaciekawienia, Pan Tompkins podszedł do nich i niepewnie zagaił: „Przepraszam, czy dobrze słyszałem? Naprawdę jest Pan jej dziadkiem? Proszę wybaczyć, ale...”.

„Ach, rozumiem”, odpowiedział mężczyzna z uśmiechem. „Chyba powinienem to wyjaśnić. Mój zawód wymaga ode mnie ciągłego podróżowania”.

Pan Tompkins wciąż wyglądał na zagubionego, więc nieznajomy ciągnął dalej: „Spędzam większość życia w pociągu. Oczywiście starzeję się więc znacznie wolniej niż moi krewni mieszkający w mieście. Ale zawsze jest mi miło przyjechać i spotkać się z moją kochaną wnuczką. A teraz przepraszam najmocniej...”, pożegnał się, po czym zawołał taksówkę, ponownie pozostawiając Pana Tompkinsa samego ze swoimi problemami.

Odrobinę ożywiło go dopiero parę kanapek nabytych w bufecie dworcowym. „No tak, oczywiście”, mruczał do siebie, popijając kawę, „ruch spowalnia czas i dlatego ten mężczyzna się mniej postarzał. A wszelki ruch jest względny – mówił to profesor – tak więc on wydaje się młodszy dla swoich krewnych w ten sam sposób, w jaki jego krewni wydają się młodsi dla niego samego. Dobrze... To wszystko ma sens”.

W tym momencie jednak zawahał się i odłożył kubek z kawą na stolik. „Momencik. Coś jest nie tak”, pomyślał. „Wnuczka nie wydawała mu się młodsza. Była starsza od niego. Siwe włosy nie są względne! Co to znaczy? Czyżby ruch mimo wszystko nie był względny?”

Postanowił podjąć ostatnią próbę dowiedzenia się, jak się sprawy rzeczywiście mają, i odwrócił się do jedynego innego klienta w bufecie – samotnego mężczyzny w mundurze kolejarza.

„Przepraszam”, zagaił, „czy byłby Pan tak uprzejmy i wyjaśnił mi, kto jest odpowiedzialny za to, że pasażerowie w pociągu starzeją się wolniej od ludzi pozostających w jednym miejscu?”

„Ja jestem za to odpowiedzialny”, odparł po prostu mężczyzna.

„O!”, wykrzyknął Pan Tompkins. „Jak...”

„Jestem maszynistą”, odrzekł mężczyzna, jak gdyby miało to wystarczyć za wyjaśnienie.

„Maszynistą?”, powtórzył Pan Tompkins. „Zawsze chciałem być maszynistą – to znaczy kiedy byłem małym chłopcem. Ale... ale co to ma wspólnego z pozostawaniem młodym?”, dodał, coraz bardziej zaintrygowany.

„Nie wiem tak do końca”, odpowiedział maszynista, „lecz tak to już jest. Tak mi powiedział jeden uczony facet z uniwersytetu. Siedzieliśmy wtedy o tam”, rzekł, skinąwszy głową w kierunku stolika przy drzwiach. „Facet siedział tu i nie miał nic do roboty. Więc wszystko mi opowiedział. Nic z tego nie zrozumiałem, wie Pan. Ani słowa z tego nie zrozumiałem. Ale powiedział, że to wszystko rozchodzi się o przyspieszanie i zwalnianie. To zapamiętałem. To nie jest tak, że po prostu prędkość wpływa na czas, mówił. Że przyspieszenie też. Za każdym razem, kiedy Pana coś pociąga albo popycha – kiedy pociąg hamuje na stacji lub z niej rusza – czas dla pasażerów zostaje zaburzony. Ktoś, kto nie siedzi w pociągu, nie czuje tych zmian. Kiedy pociąg staje na stacji, to ludzie stojący na peronie nie muszą się trzymać poręczy albo czego tam jeszcze, żeby nie upaść, jak to robią pasażerowie w pociągu. I to jest właśnie cała różnica. Jakoś tak...”, wzruszył ramionami.

Nagle ciężka ręka potrząsnęła Pana Tompkinsa za ramię. Rozejrzał się nieprzytomnie i ujrzał, że nie siedzi już w kawiarni na dworcu kolejowym, lecz na krześle w sali wykładowej, w której odbywał się wykład profesora. Światła były przygaszone, a pomieszczenie opustoszało. Obudził go woźny: „Przepraszam Pana, ale zamykamy. Jeżeli chce Pan spać, to niech Pan to lepiej robi u siebie w domu”. Pan Tompkins potulnie wstał i ruszył ku wyjściu.