Dotyk

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Na­dzie­ja

1

Kie­dy Mi­chał Anioł skoń­czył ma­lo­wać fre­ski w Ka­pli­cy Syk­styń­skiej, ani pa­pież, któ­ry go wy­na­jął, ani sław­ni rzym­scy ar­ty­ści nie zwró­ci­li szcze­gól­nej uwa­gi na sce­nę na środ­ku su­fi­tu: oto Bóg, któ­re­go Mi­chał Anioł miał czel­ność przed­sta­wić jako przy­po­mi­na­ją­ce­go isto­tę ludz­ką, wy­cią­ga rękę do pierw­sze­go czło­wie­ka, Ada­ma, le­ni­wie roz­pie­ra­ją­ce­go się w prze­pięk­nej, ale i bez­ład­nej do­sko­na­ło­ści w ocze­ki­wa­niu na Do­tyk da­ją­cy Życie.

Lu­dzie bo­ga­ci, wy­twor­ni, do­brze uro­dze­ni i wy­kształ­ce­ni oglą­da­li Ka­pli­cę wie­lo­krot­nie w trak­cie prywat­nych po­ka­zów i oce­nia­li wy­ko­na­ne w niej pra­ce jako war­te po­chwa­ły. Twier­dzi­li, że Mi­chał Anioł do­ko­nał praw­dzi­wej sztuki, wy­peł­nia­jąc trud­ne krą­gło­ści su­fi­tu, i spro­stał wy­zwa­niu, ja­kim było ma­lo­wa­nie na wil­got­nym tyn­ku. Krytyko­wa­li za to in­dywi­du­al­ne po­sta­cie na fre­skach, choć żad­na ze scen nie przy­kuła ich szcze­gól­nej uwa­gi.

Sta­ło się to, kie­dy Ka­pli­ca zo­sta­ła otwar­ta dla zwykłych lu­dzi. Onie­mia­li, przy­glą­da­li się oni dwóm opusz­kom pal­ców, jed­ne­mu Bo­skie­mu, a drugie­mu ludz­kie­mu, mię­dzy któ­rymi mia­ło za chwi­lę prze­sko­czyć Życie. Do­pie­ro wów­czas ktoś z Wa­tyka­nu czy na­uko­wych śro­do­wisk Rzymu za­uwa­żył, że Do­tyk jest czymś wy­jąt­ko­wym.

Fa­ith Tho­mas i An­drew Jo­nes byli ta­ki­mi wła­śnie zwykłymi ludź­mi, jed­nymi z wie­lu, któ­rzy od wie­ków sta­wa­li w Ka­pli­cy Syk­styń­skiej bez ruchu, z otwar­tymi usta­mi, prze­peł­nie­ni nie­do­wie­rza­niem i za­chwytem. Nikt jed­nak nie za­li­czył­by Fa­ith i Jo­ne­sa, jak na­zywa­ła go dziew­czyna, do osób ty­po­wych. Każ­de z nich mia­ło oko­ło dwudzie­stu pię­ciu lat. Fa­ith, o nie­bie­skich oczach i ciem­no­kasz­ta­no­wych wło­sach, oraz wy­so­ki Jo­nes, ma­ją­cy rudo­blond czuprynę i zie­lo­ne oczy, sta­no­wi­li atrak­cyj­ną parę. Wy­róż­nia­li się spo­śród ty­się­cy mło­dych Ame­ryka­nów po­dró­żują­cych tego lata z ple­ca­ka­mi po Eu­ro­pie i przy­cią­ga­li rów­nie wie­le spoj­rzeń jak po­są­gi mu­ze­ów, któ­re zwie­dza­li.

Po­zo­sta­wa­li jed­nak zwykłymi ludź­mi. Obo­je po­cho­dzi­li z Ap­pa­la­chów – ona z pól wę­glo­wych Pen­syl­wa­nii, a on z oko­lic Pa­sma Błę­kit­ne­go w Wir­gi­nii. Po­zna­li się w szko­le me­dycz­nej. Te­raz le­że­li na ple­cach na po­sadz­ce Ka­pli­cy, opar­ci o swo­je ple­ca­ki, każ­de ze znisz­czo­ną ko­pią Eu­ro­py za $85 na dzień, i wle­pia­li wzrok w su­fit. Fa­ith de­ner­wo­wa­ła się, że straż wa­tykań­ska każe im wstać, bo­wiem le­że­nie na środ­ku po­sadz­ki Ka­pli­cy nie było do­zwo­lo­ne pod­czas go­dzin zwie­dza­nia ani ja­kich­kol­wiek in­nych. Ale Jo­nes szep­nął coś jed­ne­mu z wcho­dzą­cych straż­ni­ków i po­tem wy­da­wa­li się oni nie zwra­cać uwa­gi na le­żą­cą parę. Być może dla­te­go, że Fa­ith i Jo­nes na­le­że­li do ostat­niej gru­py, któ­rą wpusz­czo­no tego dnia do Ka­pli­cy przed jej za­mknię­ciem.

Inni tury­ści już obej­rze­li su­fit. Ich oczy zdą­żyła za­snuć dziw­na mgła – był to efekt pró­by uchwyce­nia i po­ję­cia wiel­ko­ści dzie­ła sztuki, któ­re­go za­rów­no te­mat, jak i tech­ni­ka wy­ko­na­nia sy­tuo­wa­ły się poza wszel­kim zro­zu­mie­niem. „Bo­ski Do­tyk” wpro­wa­dzał ko­niecz­ność za­du­my; każ­dy, kto pod­niósł wzrok w jego kie­run­ku, wie­dział, że do­stę­puje wiel­kie­go za­szczytu. Fa­ith Tho­mas i An­drew Jo­nes czuli ra­dość wy­ni­ka­ją­cą ze szcze­gól­ne­go uprzywi­le­jo­wa­nia. Wpraw­dzie le­że­nie na po­sadz­ce, po któ­rej prze­cho­dzi­ły ty­sią­ce, a na­wet mi­lio­ny stóp, mo­gło wy­da­wać się nie­hi­gie­nicz­ne, ale świę­tość tego miej­sca czyni­ła pod­ło­gę nie­ska­zi­tel­ną.

– Czy to dar życia? – za­sta­na­wiał się na głos Jo­nes, a jego wzrok, jed­no­cze­śnie ze wzro­kiem Fa­ith, spo­czął na opusz­kach pal­ców, któ­re za­raz mia­ły się do­tknąć, a na­stęp­nie na po­sta­ci Ewy, ko­bie­ty stwo­rzo­nej dla Ada­ma, obej­mo­wa­nej przez Boga drugą ręką. – A może dar mi­ło­ści?

– I to, i to – od­po­wie­dzia­ła szep­tem Fa­ith. – Po­ka­zuje, że życie i mi­łość są tym sa­mym. – Nie od­rywa­jąc ani na chwi­lę wzro­ku od fre­sku, do­da­ła: – Masz ta­kie same ręce.

– Jak Adam? Czy jak Mi­chał Anioł? – Jo­nes uśmiech­nął się sze­ro­ko. Fa­ith nie mu­sia­ła się od­wra­cać, do­sko­na­le zna­ła ten jego za­dzior­ny uśmiech.

– Jak ten Wiel­ki Gość z bia­łymi wło­sa­mi. Twój do­tyk przy­wra­ca mnie do życia – szep­nę­ła.

Jak­by ko­piu­jąc ma­lo­wi­dło, Jo­nes wy­cią­gnął rękę w kie­run­ku dziew­czyny, a ona chcia­ła po­dać mu swo­ją. Ale opusz­ki ich pal­ców nie spo­tka­ły się jak na fre­sku, po­nie­waż Jo­nes schwycił całą dłoń Fa­ith, po czym wy­cią­gnął coś z kie­sze­ni i wsunął to szyb­ko na jej ser­decz­ny pa­lec.

Pier­ścio­nek za­rę­czyno­wy.

Fa­ith ob­ró­ci­ła się na bok, spoj­rza­ła na swo­ją dłoń, a po­tem na Jo­ne­sa. Po­ca­ło­wa­li się, a tury­ści znaj­du­ją­cy się w Ka­pli­cy za­czę­li bić im bra­wo. Straż­ni­cy mruga­li po­ro­zu­mie­waw­czo do Jo­ne­sa.

Na­wet ma­lo­wi­dło nad nimi wy­da­wa­ło się błysz­czeć więk­szą ja­sno­ścią.

To, że Fa­ith bę­dzie pa­mię­tać tę chwi­lę w Ka­pli­cy Syk­styń­skiej przez resz­tę swo­je­go życia, nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści. Na­wet je­śli bę­dzie żyła jesz­cze sto lat, na­wet je­śli skoń­czy, śli­niąc się i nie pa­mię­ta­jąc swo­je­go imie­nia, ślad tego, co wła­śnie się wy­da­rzyło, na za­wsze po­zo­sta­nie w jej ser­cu. Wła­śnie to po­wie­dzia­ła Jo­ne­so­wi, kie­dy opusz­cza­li bra­my Wa­tyka­nu, trzyma­jąc się za ręce.

An­drew uśmiech­nął się de­li­kat­nie, a jego oczy błysz­cza­ły od emo­cji. I choć dzie­sięć mi­nut wcze­śniej, gdy wsuwał jej na pa­lec pier­ścio­nek, Fa­ith myśla­ła, że nie jest w sta­nie ko­chać ni­ko­go bar­dziej, to w tej chwi­li z całą pew­no­ścią ko­cha­ła go już moc­niej. – Wszyst­ko so­bie za­pla­no­wa­łeś! – stwier­dzi­ła. – Od jak daw­na wie­dzia­łeś, że to zro­bisz?

– Od­kąd za­pyta­łem cię, czy po­je­dziesz ze mną na wa­ka­cje do Eu­ro­py.

– Ale… mo­głam się nie zgo­dzić… Mo­głam… mo­głam być zbyt za­ję­ta, żeby…

– Nie, nie mo­głaś – prze­rwał jej. – Nie po­zwo­lił­bym ci na to.

Ści­snę­ła moc­niej jego dłoń i opar­ła gło­wę o jego ra­mię. Szli za­tło­czo­nymi uli­ca­mi mia­sta, wy­peł­nio­nymi sło­necz­nym świa­tłem. Ich ho­tel znaj­do­wał się ja­kieś trzy ki­lo­me­try da­lej, ale chcie­li się prze­spa­ce­ro­wać, a po dro­dze zna­leźć ja­kąś przy­tul­ną re­stau­ra­cyj­kę, w któ­rej mo­gli­by zjeść ko­la­cję przy świe­cach i mu­zyce. Fa­ith uwiel­bia­ła spo­sób, w jaki Wło­si śpie­wa­li – tak na­tural­ny jak od­dycha­nie.

Na­gle przy­szła jej do gło­wy pew­na myśl. – Czy to wszyst­ko było umó­wio­ne? Ze straż­ni­kiem?

– W pew­nym sen­sie. To zna­jo­my Luki – od­po­wie­dział Jo­nes z uśmie­chem.

Luca był ich przy­ja­cie­lem, Wło­chem. Po­zna­li go jesz­cze w Wir­gi­nii, do któ­rej przy­le­ciał z Rzymu, żeby wy­gło­sić wy­kład pod ty­tułem Sztuka i głos Boga. Po pre­lek­cji za­bra­li go na ko­la­cję. Cała trój­ka szyb­ko się za­przyjaź­ni­ła. Te­raz Luca cze­kał na nich w re­stau­ra­cji, żeby zro­bić Fa­ith ko­lej­ną nie­spo­dzian­kę – mia­ła to być ko­la­cja z oka­zji za­rę­czyn. Obie­cał przy­pro­wa­dzić swo­ich przy­ja­ciół. Wpraw­dzie Fa­ith i Jo­nes nie zna­li żad­ne­go z nich, ale Luca obie­cał im, że na­tych­miast po­czują się jak w ro­dzi­nie. Tak wła­śnie dzia­ła mi­łość: two­rzy ro­dzi­nę z zupeł­nie ob­cych so­bie lu­dzi.

Czte­ry mie­sią­ce póź­niej, w sa­mym środ­ku je­sie­ni, Fa­ith i Jo­nes je­cha­li sa­mo­cho­dem przez góry w Wir­gi­nii. Na de­sce roz­dziel­czej ich sta­re­go je­epa znaj­do­wa­ła się przy­kle­jo­na ta­śmą pocz­tów­ka z „Bo­skim Do­tykiem”. Auto pro­wa­dzi­ła Fa­ith – któ­ra po ca­łych dniach za­jęć w kli­ni­ce – uwiel­bia­ła ko­łysa­nie i pod­ska­ki­wa­nie na dro­gach prze­ci­na­ją­cych Pa­smo Błę­kit­ne. Roz­sia­da­ła się wy­god­nie za kie­row­ni­cą i pod­śpie­wywa­ła pod no­sem. Ra­dość, jaką spra­wia­ło jej pro­wa­dze­nie sa­mo­cho­du, spo­wo­do­wa­ła, że An­drew wy­rzekł się kie­ro­wa­nia, cho­ciaż też lu­bił sia­dać za kół­kiem. Przy­glą­dał się ja­dą­cej Fa­ith, uśmie­chał się do sie­bie, krę­cił gło­wą i myślał, ja­kim jest szczę­ścia­rzem.

Opu­ści­li te­ren uni­wer­sy­te­tu póź­nym po­po­łu­dniem. Je­cha­li dro­gą 29, pro­wa­dzą­cą na wschód, do hrab­stwa Nel­son – naj­bied­niej­sze­go re­gio­nu Wir­gi­nii. Tra­sa ta była jed­ną z naj­pięk­niej­szych w ca­łym sta­nie. Dro­ga wiła się po­śród pól upraw­nych, po­mię­dzy do­ma­mi, ko­ścio­ła­mi i skle­pi­ka­mi peł­nymi sta­ro­ci, wznie­sio­nymi na zie­mi, któ­rą Tho­mas Jef­fer­son po­ko­nywał dwie­ście lat wcze­śniej w dro­dze z Char­lot­te­svil­le do Lynch­bur­ga, kie­dy jeź­dził do swo­je­go domu let­nie­go w Le­sie To­po­li. Jo­nes uwiel­biał hi­sto­rię, dla­te­go za każ­dym ra­zem, gdy prze­mie­rza­li tę tra­sę, myślał o Jef­fer­so­nie, tym nie­złom­nym bu­dow­ni­czym, któ­ry za­pro­jek­to­wał nie tyl­ko swo­ją po­sia­dłość Mon­ti­cel­lo, uni­wer­sy­tet, ze­ga­ry i srebr­ne fi­li­żan­ki, lecz tak­że – w pew­nym sen­sie – Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Fa­ith uśmie­cha­ła się cier­pli­wie, kie­dy Jo­nes po raz ko­lej­ny mó­wił coś na ten te­mat. Nie było to dla niej szcze­gól­nie in­te­re­sują­ce, sta­no­wi­ło je­dynie pew­ną cie­ka­wost­kę. Dziew­czynę o wie­le bar­dziej in­trygo­wa­ło to, co dzia­ło się TE­RAZ w mi­ja­nych przez nich do­mach, w któ­rych na­wet w paź­dzier­ni­ku i maju mi­go­ta­ły lamp­ki bo­żo­na­ro­dze­nio­we. Ja­ki­mi pro­ble­ma­mi żyły te ro­dzi­ny? Czy ktoś tam cho­ro­wał? Dla­cze­go nie zdej­mu­ją świa­te­łek? Gdyby to uczyni­li, to po­now­ne za­kła­da­nie ich na świę­ta sta­ło­by się na­praw­dę czymś wy­jąt­ko­wym. Fa­ith i An­drew bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li i to czyni­ło ich życie znacz­nie cie­kaw­szym.

 

Kie­dy słoń­ce skryło się za gó­ra­mi, a sza­ra mgła wie­czo­ru za­czę­ła opa­dać na lasy i jezd­nię, skrę­ci­li na za­chód. An­drew roz­ma­wiał przez ko­mór­kę. Nie lu­bił tego ro­bić pod­czas jaz­dy je­epem – ich wspól­ne chwi­le poza szpi­ta­lem na­le­ża­ły do rzad­ko­ści, a poza tym w sa­mo­cho­dzie było dość gło­śno. Ale wcze­śniej za­dzwo­nił do nie­go Luca i coś prze­rwa­ło im roz­mo­wę. Dla­te­go An­drew od­dzwo­nił, cho­ciaż z re­guły wy­łą­czał te­le­fon, kie­dy po­dró­żo­wał z Fa­ith po gó­rach.

– Tak, już wró­ci­li­śmy! – wo­łał, usi­łując prze­krzyczeć ha­łas, któ­ry czyni­ły zi­mo­we opo­ny su­ną­ce po czar­nej na­wierzch­ni. – Fa­ith? Ma się świet­nie! Puszy się przed wszyst­ki­mi ko­bie­ta­mi w Char­lot­te­svil­le. Chwa­li się, jak mnie zdo­była!

Fa­ith dała mu kuk­sań­ca w ra­mię, a po­tem wy­cią­gnę­ła rękę i zła­pa­ła jego dłoń. Ści­snął ją i po­wie­dział gło­śno do te­le­fo­nu: – Luca! Już za tobą tę­sk­ni­my… Oczywi­ście, je­steś za­pro­szo­ny na ślub. Za­dzwo­nię do cie­bie, jak tyl­ko usta­li­my datę… Pew­nie, uca­łuję ją od cie­bie… Ona cię też po­zdra­wia! – roz­łą­czył się i uśmiech­nął do dziew­czyny. – Luca mówi, że po­wi­nie­nem za­pytać cię o pro­jekt, któ­ry z nim oma­wia­łaś. Ten do­tyczą­cy wpływu mu­zyki na efek­ty le­cze­nia neu­ro­lo­gicz­ne­go.

– Ba­da­nia do­wo­dzą, że pusz­cza­nie mu­zyki kla­sycz­nej dzie­ciom po­wo­du­je pod­wyż­sza­nie ich IQ. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać: je­śli mu­zyka ma wpływ na mózg…

– Śpiącz­ka po­ura­zo­wa. Mu­zyka może przy­śpie­szyć le­cze­nie.

– Bin­go, duży chłop­czyku! Och, wie­dzia­łam, że oprócz tej ład­nej buź­ki masz jesz­cze inne atuty.

– Jak to się dzie­je? Stymu­lu­je? Uspo­ka­ja? Czy po pro­stu lu­dzie zdro­wie­ją w kon­tak­cie z pięk­nem? – An­drew prze­niósł wzrok z pocz­tów­ki z fre­skiem Mi­cha­ła Anio­ła na Fa­ith. Wła­śnie włą­czyła świa­tła sa­mo­cho­do­we. Ich po­świa­ta od­bi­ja­ła się mięk­ko na jej skó­rze.

– To mi­łość. Sztuka jest wy­ra­zem od­da­nia, na­ma­cal­nym do­wo­dem tego, że ko­muś bar­dzo za­le­ża­ło, by stwo­rzyć pięk­no i po­dzie­lić się nim. Być może my, le­ka­rze, osią­gnę­li­byśmy o wie­le wię­cej dzię­ki zwykłe­mu do­tyka­niu na­szych pa­cjen­tów, oka­zywa­niu im tro­ski, niż po­przez na­ukę.

– Mi­łość le­czy?

– Mi­łość le­czy.

– Fa­ith[1] to wła­ści­we imię dla cie­bie.

Uśmiech­nę­ła się do nie­go. Po­tem spoj­rza­ła na dro­gę i na­gle na jej twa­rzy po­ja­wi­ło się prze­ra­że­nie. Szarp­nę­ła kie­row­ni­cą i otwo­rzyła usta, jak­by chcia­ła krzyk­nąć. Ale nie było na to cza­su.

W jed­nej chwi­li dla An­drew Jo­ne­sa zmie­ni­ło się wszyst­ko – jego na­dzie­je, myśli i to, w co w życiu wie­rzył.

W tej jed­nej chwi­li, kie­dy Fa­ith ode­szła.

[1] Fa­ith w ję­zyku an­giel­skim zna­czy ‘wia­ra’.

2

Kie­dy Luca przy­le­ciał z Rzymu do Wir­gi­nii, żeby wy­gło­sić wy­kład na te­mat sztuki i jej od­dzia­ływa­nia na wia­rę, Fa­ith i An­drew byli jesz­cze studen­ta­mi. Fa­ith po­wie­dzia­ła wów­czas, że studiu­je sztukę, aby oglą­dać na­gich męż­czyzn, An­drew – że lubi przy­pa­trywać się spo­so­bom użycia ko­lo­ru. W rze­czywi­sto­ści jed­nak on chciał oglą­dać ob­ra­zy przed­sta­wia­ją­ce na­gie ko­bie­ty, a ona pra­gnę­ła ba­dać wza­jem­ne odzia­ływa­nia po­mię­dzy tym, w co lu­dzie wie­rzą, a tym, co jest dla nich pięk­ne. Wy­bra­li się więc na wy­kła­dy mło­de­go wło­skie­go ge­niu­sza, o któ­rym obo­je słysze­li, że po­tra­fi mó­wić bez no­ta­tek, zna od­po­wiedź na każ­de pyta­nie i lubi go­dzi­na­mi roz­ma­wiać o sztuce, życiu i pięk­nie.

Nie roz­cza­ro­wa­li się ani tro­chę. Lucę Man­zie­go ce­cho­wa­ły nie­prze­cięt­ny in­te­lekt oraz nie­spo­żyta ener­gia. Chło­pak miał też wiel­kie ser­ce.

Luca był ni­ski, miał ty­po­we dla Wło­cha ciem­ne wło­sy, oczy o od­cie­niu głę­bo­kie­go brą­zu, ład­ną twarz i – bez wzglę­du na porę dnia – lek­ki za­rost. Fa­ith i An­drew przy­szli na jego wy­kład w ro­tun­dzie i usie­dli na krze­słach usta­wio­nych na koń­cu sali. Słucha­li go jak urze­cze­ni. Luca prze­cha­dzał się po­mię­dzy pięć­dzie­się­cio­ma studen­ta­mi i przed­sta­wiał im hi­sto­rię sztuki od pierw­szych ma­lo­wi­deł skal­nych do współ­cze­snych fil­mów – rucho­mych ob­ra­zów z dźwię­kiem. Wszyst­ko to wi­dział, dla­te­go te­raz z ła­two­ścią o tym opo­wia­dał.

Kie­dy wy­kład się skoń­czył, Fa­ith i An­drew po­de­szli do Luki i za­pyta­li, czy nie zjadł­by z nimi ko­la­cji. Przy­jął za­pro­sze­nie. Uśmiech­nął się, a jego oczy po­ja­śnia­ły. Jesz­cze nie jadł i chęt­nie spró­bu­je ame­rykań­skich po­traw. Po­mi­mo obiek­cji An­drew, Fa­ith na­le­ga­ła, żeby za­brać Lucę do wło­skiej knaj­py. Po dro­dze para za­czę­ła się kłó­cić.

– Pew­nie chciał­by spró­bo­wać tego, co my tutaj na­zywa­my kuch­nią wło­ską – prze­ko­nywa­ła Fa­ith.

– Ale kuch­nia wło­ska z Wir­gi­nii to nie kuch­nia wło­ska z Włoch! – od­parł Jo­nes.

Luca ro­ze­śmiał się gło­śno. – Ty­po­wa kłót­nia ko­chan­ków! Och, chciał­bym was te­raz na­ma­lo­wać!

– A ma­lu­jesz? – za­pyta­ła Fa­ith.

– Nie po­tra­fię na­wet do­brze ryso­wać – od­po­wie­dział Luca, a jego twarz roz­świe­tlił uśmiech. – Uczę sztuki, ko­cham sztukę, dzie­lę się sztuką, ale nie po­tra­fię jej two­rzyć. Mimo wszyst­ko do­brze mi z tym. Świa­ta też nie stwo­rzyłem, a prze­cież ko­cham życie, zwłasz­cza kie­dy je­stem z dwoj­giem mło­dych lu­dzi, któ­rzy ko­cha­ją się tak bar­dzo jak wy, kłó­cą się, jak­by się nie ko­cha­li, i nie ob­cho­dzi ich nic poza tym, co myśli to drugie.

Fa­ith i An­drew uśmiech­nę­li się tak świe­tli­ście jak Luca. – Więc co chciał­byś zjeść? – za­pytał An­drew.

– Lu­bię chińsz­czyznę – od­parł Luca. – I ste­ki. Za piz­zą nie prze­pa­dam.

Cała trój­ka za­czę­ła się gło­śno śmiać.

Zna­leź­li re­stau­ra­cję, w któ­rej po­da­wa­no ste­ki. W trak­cie tej ko­la­cji prze­pro­wa­dzi­li jed­ną z naj­cie­kaw­szych roz­mów w życiu. Luca opo­wie­dział Fa­ith i An­drew o swo­jej pięk­nej dziew­czynie. Wy­da­ła im się bar­dzo in­te­re­sują­ca. Kie­dy Luca o niej mó­wił, jego oczy ja­śnia­ły. Jej mat­ka była mar­szan­dem, a oj­ciec pro­du­cen­tem fil­mo­wym w Rzymie. Kie­dy Fa­ith za­pyta­ła, czy się po­bio­rą, Luca po­krę­cił smut­no gło­wą i po­wie­dział, że ko­cha tę dziew­czynę bar­dziej niż ko­go­kol­wiek, ale jest ona zbyt mło­da.

– W ta­kim ra­zie w two­im życiu roz­grywa się nie­zły dra­mat – ode­zwał się An­drew. Luca po raz ko­lej­ny gło­śno się ro­ze­śmiał.

– Tak jest, dra­mat! Nie ma co! – wy­krzyki­wał, ma­cha­jąc rę­ka­mi. – Ko­cham dra­ma­ty! Jak wszyscy Wło­si! Nie mo­że­my bez nich żyć!

– To dla­te­go tak ko­chasz sztukę? – za­pytał An­drew. – Bo jest dra­ma­tycz­na?

– Życie jest dra­ma­tycz­ne! Już samo to, że tu je­ste­śmy, jest dra­ma­tycz­ne! Zo­sta­li­śmy po­wo­ła­ni do życia, a „żyć” ozna­cza: „być w obec­no­ści Boga”!

Na­tura wia­ry za­wsze bu­dzi­ła cie­ka­wość Fa­ith. Dziew­czyna nig­dy nie pró­bo­wa­ła jed­nak prze­ko­nywać ko­go­kol­wiek do tego, w co sama wie­rzyła. An­drew uwa­żał, że usi­ło­wa­ła je­dynie po­głę­bić wła­sną wia­rę i pra­gnę­ła do­wie­dzieć się, co jest w ser­cach in­nych lu­dzi. Jak po­wta­rza­ła, sło­wo „wie­rzyć” ma więk­szą moc niż „wie­dzieć”. Kie­dy więc Luca, któ­ry wła­śnie wy­gło­sił wspa­nia­ły wy­kład na te­mat wza­jem­ne­go odzia­ływa­nia na sie­bie sztuki i wia­ry, tak od­waż­nie za­de­kla­ro­wał, że bycie żywym ozna­cza bycie w obec­no­ści Pana, roz­pro­mie­ni­ła się i spyta­ła: – A co myślisz o Bogu? Je­steś ka­to­li­kiem, tak? Jaką dro­gą do­trzeć do wia­ry? Po­przez mo­ral­ność? Ła­skę? Rytua­ły? Jak to wi­dzisz?

Luca znów się ro­ze­śmiał. – Wi­dzę to na wie­le róż­nych spo­so­bów, w każ­dym mo­men­cie dnia. Wie­rzę, a po­tem wąt­pię. Śmie­ję się i pła­czę – wy­pił łyk wina, po­trzą­snął gło­wą i za­myślił się głę­bo­ko. – Ale to nie ma zna­cze­nia. Nie mu­szę ro­zu­mieć. Nikt nie musi. Są tyl­ko dwie rze­czy, o któ­rych każ­dy musi wie­dzieć: że Bóg jest i że nas ko­cha. To wszyst­ko.

Kie­dy An­drew Jo­nes usłyszał te sło­wa, po­czuł za­chwyt – ale nie taki zmu­sza­ją­cy czło­wie­ka do pła­czu, lecz taki, któ­ry prze­peł­nia go ra­do­ścią. Po­czuł się szczę­śli­wy, za­ko­cha­ny, speł­nio­ny w tym wszyst­kim, w co wie­rzył i o czym ma­rzył. Spoj­rzał na Fa­ith. Zo­ba­czył uśmiech na jej twa­rzy, z któ­rej biła mi­łość do nie­go i do ca­łe­go świa­ta. Od­wró­cił się do Luki i zo­ba­czył rów­nież jego sze­ro­ki uśmiech.

– Myślę – po­wie­dzia­ła Fa­ith, wsta­jąc – że to wy­ja­śnia wszyst­ko. W związ­ku z tym sko­rzystam z oka­zji i udam się w pew­ne miej­sce. – Po­ca­ło­wa­ła Jo­ne­sa w usta, a Lucę w czo­ło – tuż u na­sa­dy jego gę­stych, błysz­czą­cych wło­sów. Obaj męż­czyź­ni ob­ser­wo­wa­li, jak się od­da­la.

Po chwi­li Luca spoj­rzał na An­drew. – Je­steś bło­go­sła­wio­nym czło­wie­kiem – po­wie­dział Włoch i uniósł kie­li­szek wina w to­a­ście.

– Tak, tak. Je­stem – od­parł ci­cho Jo­nes i zno­wu się uśmiech­nął. – Luca, ko­bie­ty cię ko­cha­ją. Roz­kwi­ta­ją, kie­dy je­steś w po­bli­żu, a Fa­ith już przej­rza­ła li­stę swo­ich ko­le­ża­nek, żeby cię z któ­rąś umó­wić. Dla­cze­go jesz­cze się nie oże­ni­łeś?

Luca prze­je­chał dło­nią po twa­rzy, a na­stęp­nie po­krę­cił gło­wą i cięż­ko wes­tchnął. – Wie­le razy – po­wie­dział, wy­rzuca­jąc ręce w po­wie­trze – na­praw­dę wie­le razy byłem za­ko­cha­ny. Ale albo dziew­czyna jest dla mnie za mło­da, albo za sta­ra, albo za bo­ga­ta, albo miesz­ka za da­le­ko, albo ją lub mnie zupeł­nie po­chła­nia pra­ca. Ka­ta­stro­fa!

Dla Jo­ne­sa za­brzmia­ło to jak: „ka­aata­stro­fa!”. Wal­czył ze sobą, żeby się nie uśmiech­nąć, ale w koń­cu prze­grał. Luca od­wza­jem­nił uśmiech. Po­tem jed­nak za­czął in­ten­syw­nie wpa­trywać się w An­drew, tak jak­by pa­trzył na nowy ob­raz mło­de­go ar­tysty. – Jak to zro­bi­łeś? – za­pytał. – Jak wa­szej dwój­ce się to uda­ło?

Jo­nes za­myślił się na mo­ment. – Wła­ści­wie to nic ta­kie­go nie zro­bi­łem – stwier­dził. – No, nie sta­ra­łem się, na­praw­dę. Nie mu­sia­łem się sta­rać – to zna­czy na po­cząt­ku. Ona też się nie sta­ra­ła. Wiesz, jak to jest: kie­dy ko­goś po­zna­jesz i wy­da­je ci się atrak­cyj­ny, myślisz, że chciał­byś z kimś ta­kim być. Sta­rasz się więc być miły i masz na­dzie­ję, że ma­gia za­dzia­ła. Ale wkrót­ce sta­rasz się co­raz bar­dziej, a ma­gii jest co­raz mniej.

An­drew spoj­rzał na Fa­ith wy­cho­dzą­cą wła­śnie z to­a­le­ty. Dziew­czyna za­trzyma­ła się, żeby po­roz­ma­wiać z kel­ner­ką. Praw­do­po­dob­nie skom­ple­men­to­wa­ła jej kol­czyki, bo obydwie za­czę­ły oglą­dać na­wza­jem swo­ją bi­żute­rię, śmiać się i roz­pływać w „ochach” i „achach”. Taka była Fa­ith – wszyst­kich ko­cha­ła i wszyscy ko­cha­li ją. – Cza­sa­mi w nocy przy­glą­dam się gwiaz­dom. Pew­nie każ­dy tak robi i wszyscy po­dob­nie się wte­dy czuje­my. Pew­nej nocy na po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści Fa­ith spoj­rza­ła w nie­bo i po­wie­dzia­ła, że wy­glą­da ono tak, jak­by Bóg stwo­rzył wszech­świat i z pod­eks­cyto­wa­nia roz­rzucił wszę­dzie iskier­ki ra­do­ści.

– Wow! – ode­zwał się Luca.

– Wła­śnie: wow! Ja nie umiał­bym tego tak sfor­mu­ło­wać. Fa­ith do­kład­nie wy­ra­zi­ła mój za­chwyt i ra­dość, jaką czułem. Już wte­dy wie­dzia­łem, że to ta jed­na je­dyna, któ­rej od za­wsze pra­gną­łem.

Fa­ith po­de­szła do sto­li­ka. – O czym roz­ma­wia­cie? – spyta­ła. Jej oczy lśni­ły szczę­ściem.

– O ni­czym – od­po­wie­dział An­drew.

– O wszyst­kim – do­dał Luca.

Bóg jest i nas ko­cha. To wszyst­ko. An­drew myślał o tych sło­wach kil­ka razy przed śmier­cią Fa­ith i pra­wie każ­de­go dnia po niej. Sło­wa te zło­ści­ły go lub smu­ci­ły. Ale nie mógł się od nich uwol­nić – nie dla­te­go, że w nie wie­rzył, lecz dla­te­go, że wie­rzyła w nie Fa­ith.

An­drew Jo­nes mu­siał uwie­rzyć w te sło­wa, cho­ciaż nie zda­wał so­bie spra­wy z tego, jak moc­no i szyb­ko. I że będą one dla nie­go zna­czyły do­słow­nie wszyst­ko.