Pacyfik i jeszcze dalejTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Paulinie – Najlepszej z Żon. Bez niej ta podróż nigdy by się nie odbyła ani nie powstałaby ta książka.




Wszystkie opisane tu zdarzenia są autentyczne. Imiona części bohaterów zostały zmienione.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP



Ollantaytambo, Peru, 25.06.2012

Spuściłem wodę. Tą spłuczką po lewej stronie, co mniej wody zużywa. „To zabawne, jak bardzo nasze wyobrażenie o krajach Trzeciego Świata odbiega od rzeczywistości”, pomyślałem. Niby Peru, Święta Dolina Inków, Ollantaytambo – mieścina niemal żywcem wyjęta z zamierzchłych czasów, a w inkaskim domu o kamiennych ścianach sprzed pięciuset lat wi-fi hula w każdym pokoju, a w łazience biały sedes. No, powiedzmy, że biały…

Z rozmyślań wytrąciła mnie woda, wartkim nurtem omiatająca muszlę kategorii turystycznej. Dlaczego zawsze najbardziej odkrywcze myśli rodzą się w toalecie? Nic dziwnego, że Archimedes odkrył prawo wyporu w łazience. Ponoć w wannie.

Odkręciłem kran. Umyłem ręce, bo mi żona kazała. Chciałem wytrzeć, ale nie było ręcznika. Koszulka brudna. Nic to, wytrę we włosy. „Długie”, pomyślałem. Pierwszy raz w życiu mam włosy do ramion. Rosną, odkąd jesteśmy w drodze.

Zadumałem się. Jedziemy już prawie dwa lata. A teraz mamy wracać. Za miesiąc będziemy w Polsce. Tym razem to już pewne, dziś kupiliśmy bilety lotnicze. Dziś, po raz pierwszy od dwóch lat, powiedziałem rodzicom, że drugiego sierpnia będziemy na lotnisku w Warszawie. Popłakali się. Dobrze wiedzą, że tym razem to nie kolejne obiecanki zbuntowanych dzieciaków, jakich wysłuchiwali przez te wszystkie miesiące. Ile to już razy zmienialiśmy plany?

„Wrócimy we wrześniu przyszłego roku, nawet się nie spostrzeżecie, że nas nie ma” – mówiliśmy, wyjeżdżając na rok. „Na następne Boże Narodzenie będziemy już w domu. Zobaczycie” – zapewniała Paula przez łzy w pierwsze smutne święta. „Kolejną Wielkanoc już na pewno spędzimy razem” – mówiliśmy z arabskiego domu w Kuala Lumpur. „Taka okazja nie zdarza się co dzień. Na kolejne Boże Narodzenie jeszcze się nie uda, ale w przyszłym roku wracamy. Na bank” – przekonywaliśmy, gdy złapaliśmy jachtostop na Pacyfiku i wypływaliśmy w rejs od Fidżi po Vanuatu i Wyspy Salomona. „Na bank? Czy na parabank?” – pytali zdezorientowani rodzice. „Nie martwcie się”. A oni i tak się martwili, w ogóle nie chcieli mnie słuchać. Pracę nad rodzicami trzeba zacząć dużo wcześniej, najlepiej w przedszkolu.

Znów coś przerwało moje myśli. Tym razem aż lustro się zatrzęsło, a szyba w oknie załomotała. To zadudniło djembe do wtóru z marakasami i zampoñą, peruwiańską fletnią pana. No tak, ja tu o greckich wynalazcach i ckliwych tęsknotach, a tam wieczorna impreza w hostelu. W pokoju obok pogwarki przy pisco i rumie, jak to w Ameryce Południowej. Podróżnicze życie toczy się niby normalnie, a jednak dla nas wszystko jest już inaczej. O czym by Wam tu opowiedzieć? Co ciekawego można powiedzieć po dwóch latach podróży dookoła świata?

O, chyba żona dogadała się z muzykami, bo wyraźnie słyszę, że grają Evę Ayllón. Tego nie mogę przegapić. Wracam na pogwarki, a w sprawie książki jeszcze coś wymyślę1.

Wyspy Salomona, jachtostop, południowy Pacyfik

Żółw gdzieś przepadł. Początkowo chciałem nawet go szukać, ale dopłynąłem do lotniska. Rafa tętniła życiem, lecz musiałem już wychodzić, bo dobiłem do pasa startowego. Zdjąłem maskę i płetwy, i wyszedłem na lotnisko. Zrobiłem dokładnie tak. Pływałem z ważącym jakieś sto kilo żółwiem szylkretowym, po czym zrzuciłem płetwy, wyszedłem na białą jak śnieg plażę i pomaszerowałem do terminala odlotów.

Pomyślałbym pewnie, że jestem na haju, ale jedyne, czym byłem może zanadto upojony, to lepkie jak melasa równikowe powietrze, które zaległo nad lądem jak plaster miodu, oblepiając mnie dokładnie, jeszcze nim krople wody zdążyły zostawić po sobie tylko strużki soli. Dokładnie w tym momencie, gdy walczyłem z maską, która za cel przyjęła sobie wyssanie moich gałek ocznych z mózgoczaszki, nad głową mignęła mi średniej wielkości dwusilnikowa awionetka, podchodząc do lądowania. Odruchowo się uchyliłem, choć skalp okazał się bezpieczny. Tymczasem jakieś sto metrów dalej Paula i nasz kapitan, którzy zostali na jachcie, aż przykucnęli z przerażenia. Samolot przeleciał kilka metrów nad masztem, a rozdziawione miny pasażerów można było rozróżnić jak na policyjnym okazaniu.

Co za pech! Z lotniska odlatują najwyżej dwa samoloty na dobę i coś musiało lądować akurat teraz, gdy zakotwiczyliśmy na pasie startowym?

Nusa Tupe na Wyspach Salomona, cud aeronautyki, długa na kilometr i wrzecionowata jak ogórek wyspa, służy wyłącznie jako lotnisko. Jedyny płaski fragment lądu w okolicy, który nadawał się na pas startowy, został utworzony sztucznie, poprzez połączenie dwóch niewielkich podłużnych wysepek. Szerokie na trzydzieści metrów lądowisko wynurza się i schodzi wprost do morza, jak na naturalnym gigantycznym lotniskowcu. Po bokach pas startowy porośnięty jest tropikalną roślinnością, a ten zacny zamysł inżynieryjny sprawia, że podczas sztormów i cyklonów fale nie przelewają się przez lotnisko. I pomyśleć, że jest to drugi największy port lotniczy na Wyspach Salomona!

Gdy tylko awionetka śmignęła mi nad głową, podobnie jak Rick i Paula zdałem sobie sprawę, że moja zrealizowana z takim poświęceniem wizyta informacyjna w terminalu odlotów jest bezcelowa. Limit bagażu? Check-in przed odlotem? Bez żartów. Żebym tylko zdążył zdjąć płetwy.

* * *

Tropikalny wiatr swawolił w koronach palm kokosowych, a łódź łagodnie kołysała się na falach.

– Wiesz co… – zaczęła tajemniczo żona. – Tak sobie myślę… A może popłyniemy z Rickiem dalej? Aż do Stanów.

– I do diabła z Australią, Nową Zelandią i Ameryką Południową?

– Czas spędzony na łodzi to zdecydowanie najlepsze momenty podczas całej podróży.

– Fajnie jest, to prawda, ale czy od razu tak bezkonkurencyjnie? Czy ja wiem…

– Jeszcze nigdy nie czułam się taka wolna. Wstajesz, pływasz w żywym akwarium, odwiedzasz tubylców w wioskach tak tradycyjnych, że szkoda zdradzać ten sekret światu, i do tego żeglujesz po pełnym morzu. Czego chcieć więcej?

Wyruszając w podróż dookoła świata, z zerowym doświadczeniem żeglarskim, nawet nie przypuszczaliśmy, że w ogóle będziemy żeglować po Pacyfiku, ani jak wielką radość nam to przyniesie.

Mieliśmy zostać miesiąc, może dwa, tymczasem wspólnie żeglujemy już ponad cztery. Jednak teraz nadchodzi czas próby. Południowy Pacyfik kończy się, a Rick zmierza na północ – do Mikronezji, na Filipiny, do Japonii i dalej, na rodzinną Alaskę, już na szerokościach subpolarnych.

* * *

Alaska czy Boliwia?

Mikronezja czy Nowa Zelandia?

Japonia czy Argentyna?

Filipiny po raz drugi, a może Ekwador?

Jak mawia mój brat, oba rozwiązania mają zady i walety. To, że klamka, by jechać dalej, zapadła podczas jednej z rozmów, wcale nie oznaczało, że byliśmy zdecydowani. Wybór spod znaku Alaska czy Argentyna długo zakłócał nam spokój snorklowania z mantami, a zdanie zmienialiśmy kilkakrotnie, w zależności od ilości rumu krążącego w żyłach i humoru kapitana. Co więcej, pozostanie na łodzi oznaczałoby, że do Alaski dotrzemy za mniej więcej dziesięć miesięcy. I co dalej? Gdybyśmy chcieli kontynuować podróż, to w Polsce nie byłoby nas trzy, a może i cztery lata. Tymczasem coraz bardziej ciągnęło nas do rodziny. Wciąż nie mogliśmy się zdecydować.

Wyjście było tylko jedno. Niech rozstrzygnie los.

– To co, Nowa Zelandia – orzeł, Pacyfik – reszka?

– Czyli jednak jesteś za zmianą – bardziej stwierdziła, niż zapytała żona. – Wiesz przecież, że „zawsze wypada orzeł”.

– Ale może teraz nie. Zmienić?

– Zmień. Ameryka – reszka, żeglowanie – orzeł.

Pstryk i leci. Kręci obroty w powietrzu jak Leszek Blanik i jest. Z drżącym sercem zaglądamy, co zgotował nam los.

– Wysiadamy?!! – powiedziała rozczarowana Paula.

– No to grajmy do dwóch zwycięstw. Jeden rzut może być oszukany. Wiadomo, przecież to indonezyjska moneta.

Bach, znowu wiruje.

– Kurde.

– Dwa razy reszka??! Poważna sprawa. No nic, nie ma się co wadzić z losem.

– Sądzisz, że w Nowej Zelandii albo w Ameryce Południowej czeka na nas Wielka Niespodzianka?

– Szkoda mi stąd wyjeżdżać – rozmarzyła się Paula. – Nie spodziewałam się, że żeglowanie tak wejdzie mi w krew.

 

Ciężko powiedzieć, czy to poczucie odkrywania niezbadanych lądów na oceanie i ogromna swoboda żeglugi, czy też namiastka domu i własnego kąta po ponad roku tułaczej podróży, jaką dała nam własna koja w kajucie, ale faktem jest, że łezka w oku zaczęła się kręcić.

– Pomyśl o Ameryce. Latynoska mañana, taniec, radość, lodowce i pustynie. Tam się dopiero zakochasz – rzuciłem mimochodem, nie wiedząc nawet, jak bardzo mam rację.

Nie mogliśmy również wiedzieć, jak wiele o wolności nauczymy się od Latynosów.



1 Myślałem, myślałem, minął rok z okładem, ale wymyśliłem. Opowiem Wam o wolności. A do przypisów, w tym także tych niestosownych, proszę się przyzwyczaić. Za Jarosławem Markiem Rymkiewiczem z dumą powtórzę, że „pożytek z czytania przypisów jest wątpliwy, ale są pedanci, którzy to lubią”. Niestety, ja do nich należę.

UROBOROS



owo „przygoda” jest zdecydowanie nadużywane.

Dla mnie przygoda zaczyna się wtedy, gdy wszystko zaczyna iść nie tak.

Yvon Chouinard2, „180° na południe”

Patagonia, Argentyna

– Zatrzymał się! Patrz, jaki wypasiony jeep – krzyknęła Paula. Gdyby nie zwróciła mojej uwagi, to zapatrzony we własny kciuk mógłbym nie zauważyć wielkiej terenówki, pędzącej jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, która stanęła wiele metrów dalej.

– Żeby jechał chociaż kilkaset kilometrów… Można by trochę odtajać.

„Muzyka klasyczna, skóra, wypachniona tapicerka i nasze przemoczone plecaki pasujące tu jak świni siodło”, pomyśleliśmy jednocześnie, pakując się do czyściutkiej fury.

– Mówicie po angielsku? – zapytał po chwili brodaty nieznajomy, widząc, że dwoimy się i troimy, ale lingwistycznych cudów raczej tutaj nie będzie.

Spojrzeliśmy na siebie z Paulą porozumiewawczo. Po Ameryce podróżowaliśmy już ponad miesiąc, ale była to dopiero trzecia osoba, która zadała nam to pytanie.

Lądując w Santiago i nie znając nawet jednego słowa po hiszpańsku, no może poza hasta la vista, baby, zapytaliśmy urzędniczki, jak długo możemy zostać w Chile. Ta zrobiła wielkie oczy i rzuciła jedynie: español? Na nasze przeczące kręcenie głową, wyraźnie zawiedziona wskazała nam wyjście z lotniska, zmarszczyła brwi i zaczęła tylko świergotać: puta madre, puta madre, zapewne życząc nam udanego pobytu.

Nasza nauka postępowała szybko, ale nie ukrywajmy, że konwersacje toczyły się mniej więcej w tempie kartkowania podręcznego słowniczka. Nareszcie miało się to zmienić.

– Nazywam się Fernando. Fernando Guevara.

– Guevara. Nieźle, jak na pierwszego Argentyńczyka, którego spotykamy. Możemy ci mówić Che? Jestem Paulina – przedstawiła się żona, która dużo swobodniej poczuła się w sytuacji, gdy wreszcie nie musi mówić tego, co umie, ale to, co chce.

– I Rafael – dodałem od siebie.

– Paulina i Rafael? I na pewno jesteście Polakami? Przecież to hiszpańskie imiona – nie dowierzał Fernando, gnając już prostą jak strzała drogą z zawrotną prędkością.

Rafael – to rozumiem. Już nawet przywykłem do swojego nowego imienia w wersji latynoskiej. Zresztą już od dziecka, wcielając się w żółwie ninja, nie miałem zbyt dużego wyboru. Podczas gdy wszyscy wybierali sobie bohatera na miarę swoich możliwości, ja, nie wiedzieć czemu, zawsze kończyłem jako wojowniczy gad z czerwoną opaską i dwoma sztyletami. Po cichu zawsze miałem za złe rodzicom, że nie nazwali mnie Donatello.

Ale Paula to co innego. Ma chyba najbardziej międzynarodowe imię na świecie. W Indonezji twierdzili, że Paulina to imię indonezyjskie. Poznaliśmy nawet jedną. Tak samo było w Birmie. Rzadko trafiała się konwersacja, w której ten wątek nie byłby poruszany, a my od razu stawaliśmy się swojakami. A teraz Latynosi. Rodzicom wszystkich Paulin na świecie gratulujemy przenikliwości.

– No to dokąd jedziecie?

– Na południe.

– Na południe, hmmm… – uśmiechnął się nieznajomy. – To bardzo szerokie pojęcie.

Mimo że Argentyna nie wydaje się zbyt duża na tle Ameryki, to ciągnie się przez ponad pięć tysięcy kilometrów. Nawet teraz, znajdując się już głęboko na południu, w chłodnej Patagonii, do przylądka Horn mieliśmy jeszcze mniej więcej tyle, co z Warszawy do Chorwacji. Niemniej opracowana przez nas, przy wcale niemałym nakładzie intelektualnym, autorska koncepcja poruszania się autostopem „byle do przodu” zawsze kazała nam wytyczać cel bardziej jako pole rażenia, niż konkretny punkt na mapie.

– Bo i szeroko jedziemy – odparłem wreszcie. – Jak dobrze pójdzie, to dzisiaj jakieś czterysta-pięćset kilometrów tą trasą. A jak pójdzie jeszcze lepiej, to następnego dnia drugie tyle, aż do El Chaltén w Andach.

Tu delikatny uśmiech nieznajomego wydał mi się dziwnie podejrzany.

– Ha! W takim razie zdaje się, że uśmiechnął się do was los. Jadę do samego El Chaltén. Mogę was zabrać, jeśli wytrzymacie ze mną dwa dni.

– No to pięknie! – podsumowała Paula, zrzucając szybko parującą kurtkę i z coraz większą swobodą rozglądając się po pachnącym wnętrzu nowego land cruisera. – Już zaczynałam sądzić, że szczęście nas opuściło. Ostatnie dni nie nastrajały pozytywnie…

* * *

Po dwóch tygodniach przebijania się przez prawdziwie magiczną Carreterę Austral opuszczaliśmy Chile w mieszanych nastrojach. Gorącą euforię miejsca skutecznie gasił przenikliwy do ostatniej gumki w majtkach patagoński deszcz. Strajk rybaków całkowicie zablokował dostawy paliwa i sprawił, że na ostatniego stopa do granicy czekaliśmy bite osiem godzin. Autobusy nie kursowały już od wielu dni. I tak staliśmy jak kołki – zziębnięci, przemoczeni, niemający nawet sił, by kląć i zastanawiać się, jaki będzie ten kolejny pięknie brzmiący kraj – Argentyna.

Gdy następnego dnia z marszu złapaliśmy amatorskiego piłkarza, który zamierzał przejechać Argentynę w poprzek aż nad Atlantyk, plan jak zwykle mieliśmy prosty. Jedziemy z nim tylko pięćdziesiąt kilometrów, odbijamy na najsłynniejszą południowoamerykańską drogę – Rutę 40 i kontynuujemy jakieś sześćset kilometrów przez patagońskie stepy aż do El Chaltén. Ale w samochodzie gadu gadu, dyskusje o wyższości Leo Messiego nad Alexisem Sanchezem, rozjazdu nie widać i zanim się zorientowaliśmy, minęliśmy krzyżówkę.

– I co robimy? – zastanawialiśmy się z nietęgimi minami.

– No właśnie. Wysiadamy i wracamy te trzydzieści kilometrów? – spytała Paula. A może to byłem ja, sam już nie wiem.

– Czy jedziemy z nim aż nad Atlantyk? – odpowiedziało pytaniem drugie z nas.

– Nad Atlantyk? Przecież chcemy jechać w góry. Zobaczyć Cerro Torre. A Atlantyk to jakieś dodatkowe trzysta-czterysta kilometrów w jedną stronę.

– I będziemy musieli przekroczyć Argentynę w poprzek. Dwa razy – nakręcaliśmy się powoli, choć w gruncie rzeczy dobrze już wiedzieliśmy, że decyzja może być tylko jedna. W takich wypadkach grę pozorów tkamy jednak misternie.

– Raz mamy już z głowy. Koleś jedzie prawie na wybrzeże. Wieczorem będziemy na miejscu – dywagowałem.

– Może los chce nam coś powiedzieć? – z błyskiem w oku zastanawiała się ezoteryczna żona.

– No dobra. Przynajmniej zobaczymy, jak Patagonia wygląda od środka. Dwa razy! I zrobimy piękną, nikomu niepotrzebną pętlę na naszej mapie.

Nieprzekonany pierwiastek planowania poległ na ołtarzu przygody.

Jakiś czas później, gdy zmarznięci tuliliśmy się do siebie, a deszcz na dobre padał już poziomo, zbyt pochopnie stłamszony pierwiastek szybko odzyskiwał wigor. Szyby naftowe opatrzyły nam się po jakichś dwóch godzinach, linie wysokiego napięcia wielkie jak wieżowce straszyły nad naszymi głowami wszechobecnym brzęczeniem i nawet dzieciaki przestały grać w piłkę w tak pięknych okolicznościach przyrody. I niepowtarzalnych.

Mając sporo czasu na rozmyślania, faktycznie zastanawialiśmy się, co też takiego ciekawego chciał nam powiedzieć los.

– Może chciał nas doświadczyć. Jak Hioba – rzuciłem ku pokrzepieniu serc, bo aura nastrajała mnie wyjątkowo filozoficznie.

– A może po prostu powiedzieć, że jesteśmy głupi – Paula skłaniała się raczej ku opcji pragmatycznej.

* * *

– Jeśli teraz znów powiesz coś optymistycznego, to kopnę cię tak, że już na pewno nie będziemy mieli dzieci – podjęła żona z grobową miną, gdy minęło kolejnych kilka godzin.

Znamy się nie od dziś, więc doskonale wiem, kiedy sytuacja staje się naprawdę napięta. Widziałem kiedyś na Animal Planet, że rozwścieczona lwica może odgryźć większemu od niej samcowi nie tylko łapę. Zresztą nie dość, że odruchowo nieco mocniej ścisnęły mi się kolana, to faktycznie tym razem nie znajdowałem zbyt wiele pozytywów.

No, może poza tym, że mięsiste i ciężkie jak kowadło chmury zasnuły patagońskie niebo w sposób wyjątkowo malowniczy. Nie czułem się jednak na tyle pewnie, by wygłosić to publicznie. Skupiłem się na dialogu wewnętrznym. Gdybyśmy mieli wodoodporny aparat i ciepły kącik, wniebowzięta Paula latałaby po argentyńskiej pampie jak kot z pęcherzem i trzaskała najlepsze zdjęcia podczas całej podróży. Nie mieliśmy jednak ciepłego kącika, ale tkwiliśmy przy drodze w oczekiwaniu na jedno wielkie Niewiadomoco.

Środkowa Patagonia nie jest piękna. W zasadzie to obraz nędzy i rozpaczy. Po przyjeździe z uroczego i zawsze zadbanego Chile przejazd przez takie miejscowości jak Las Heras czy Pico Truncado nie nastraja pozytywnie. Ohydne, nieotynkowane budynki kryte blachą, tony śmieci rozwiewane przez patagoński wicher i ogólna atmosfera przejściowości tego miejsca to pierwsze, co rzuca się w oczy. Miasta takie jak Pico Truncado powstają wyłącznie jako zaplecze przemysłu wydobywczego. Wszechobecne szyby naftowe, niestrudzenie pompujące ropę, nie dają zapomnieć, po co wszyscy znaleźli się w tym pięknym miejscu. Gdy wiatr gna tumany kurzu przez patagońską pampę, miasta tego rejonu są chyba najbliższym odwzorowaniem Mad Maxa i futurystycznych zdegradowanych osad z nihilistycznych światów Orsona Scotta Carda czy Franka Herberta.

Wiatr dość śmiało przewiewał już moją rzekomo nieprzewiewną kurtkę, a do tego deszcz z coraz większą intensywnością próbował udowodnić, że nie tylko u Forresta Gumpa potrafi padać od spodu. Minęła godzina. Niewiadomoco nie nadchodziło. Potem kolejna.

Ale nagle…

Wyciągnięty kciuk zatrzymał karetkę.

– Niech mnie biorą nawet do psychiatryka za to, że tu z tobą przyjechałam – rzekła Paula, pakując się między nosze a butlę z tlenem.

Ku swojemu zaskoczeniu nagle uzmysłowiłem sobie, że nie wiadomo kiedy zostałem obarczony nie tylko dyktatorskim, jak widać, podjęciem decyzji o przejeździe nad Atlantyk, ale także meteorologicznymi skutkami naszego wyboru. Do kompletu brakowało jedynie nieurodzaju orzeszków w Gabonie.

Dziwna to była jazda. Ratownicy medyczni zamienili z nami może z siedem słów przez niewielką kratkę, przez resztę czasu kopcąc potwornie śmierdzące, zapewne boliwijskie fajki z przemytu i wsłuchując się w relację meczu ligi argentyńskiej. Zdaje się, że Vélez wygrało z kimś trzy do jednego, ale mogę się mylić. W każdym razie i tak traktowaliśmy ich jak wybawców.

Rozbiliśmy namiot daleko od szosy. Targany podmuchami tropik na zmianę nadymał się jak balon i przysiadał na ziemi. Skuleni, tuliliśmy się do siebie, a porozstawiane po kątach dwudziestokilowe plecaki czuwały, byśmy nie ulecieli w powietrze. Wewnętrzne grzanie wzmogło się po opróżnieniu pierwszych wybornych argentyńskich win.

Bezkresna patagońska pampa rozciągała się po horyzont we wszystkich kierunkach. Niewysoka trawa pokrywająca równinę sięgała co najwyżej kostek, ale w jej obecności człowiek traci perspektywę. Kilkudziesięciotonowe ciężarówki rodem z amerykańskich filmów, przecinające pusty step, na tle nieskończoności wyglądały jak dziecięce zabawki.

 

Patrzyłbym na nie może i znacznie dłużej, ale nad pampą szalała wówczas potworna burza, jakiej nie widziano tu już dawno. Jak się miało okazać już nazajutrz, jej macki sięgały na wysokość kilku kilometrów i wkrótce miały zaowocować całkowitym odwróceniem wrażeń.

* * *

Fernando słuchał zauroczony, a potoczysta tyrada w wykonaniu Najlepszej z Żon przybierała na sile. Ze zdumieniem spostrzegłem, że patagoński kapuśniaczek nie wiadomo kiedy urósł do rangi huraganu piątej kategorii, minuty zamieniały się w godziny, a godziny w tygodnie. Nawet ratownicy medyczni stali się greckimi herosami, a stary ambulans baśniowym rydwanem.

– A wiecie, że ja też miałem być tu już wczoraj? Samolot z Buenos Aires nie mógł jednak lądować, więc zostaliśmy odesłani aż na Ziemię Ognistą. Przeczekaliśmy noc i dopiero rano mogliśmy tu przylecieć. Gdyby nie ta burza, nigdy byśmy się nie spotkali. To musi być przeznaczenie – zakończył tajemniczo Fernando.

– Przeznaczenie? Przeznaczenie nie istnieje. Przeznaczenie to wąż Uroboros, zjadający własny ogon – zacząłem, cytując wiedźmina Geralta i podejmując jednocześnie jeden z moich ulubionych wątków toczonych podczas akademickich całonocnych dyskusji przy „Panu Tadeuszu” albo na „Łódce Bols”. – Przeznaczenie to nic innego jak przypadek, dwa ciągi przyczynowo-skutkowe, które zazębiają się mimochodem, wzajemnie wpływając na swój bieg.

– Przypadek? Chyba żartujesz. Przypadkiem chcesz nazwać to, że pchani instynktem w sekundę zmieniliście plany i przejechaliście od Pacyfiku nad Atlantyk? Rozbiliście namiot właśnie przy tej drodze? Wstaliście o jedenastej? Czy to, że nie czekaliście dłużej niż pięć minut i zatrzymałem się ja? A może przypadkiem chcesz nazwać to, że trzy dni temu wysłałem samochód na lawecie ze stolicy do Patagonii, miałem przejeżdżać tędy już wczoraj, ale burza sprawiła, że znalazłem się w tym miejscu akurat przed chwilą, czyli niemal dokładnie w momencie, w którym wyszliście na drogę, po której pędzą tysiące aut?

Po zaledwie kilku tygodniach w Ameryce zbyt słabo znaliśmy jeszcze Latynosów, by wiedzieć, jak silne jest w nich zamiłowanie do mistycyzmu i wszelkiej ezoteryki. Bezwiednie brnąłem zatem dalej.

– Tak. Właśnie te dwa ciągi przyczynowo-skutkowe chcę nazwać przypadkiem – próbowałem walczyć. – Jest taki film Krzysztofa Kieślowskiego, polskiego reżysera. Nazywa się „Przypadek” i opowiada historię człowieka, który biegnie na pociąg. Film składa się w zasadzie z trzech niezależnych rozdziałów, które zupełnie zmieniają życie bohatera w zależności, czy zdąży on na pociąg. Gdybym dziś rano zjadł jedną kanapkę więcej na śniadanie albo słońce dłużej suszyło nasz namiot, to nie siedzielibyśmy teraz tutaj.

Tuż za szybą mignęło pokaźne stado guanako, które pasło się na bezkresnej równinie. Kilka minut wcześniej wzdłuż drogi przebiegły strusie nandu, ale zaaferowany również nie miałem okazji przyjrzeć się im bliżej.

– Ale siedzimy! Zbyt wiele tutaj zmiennych, by uznać je wyłącznie za przypadek. Chciałbym ci także przypomnieć, jak kończy się „Przypadek”. Kieślowski nie daje łatwych odpowiedzi. Czy życie bohatera, które toczy się tak różnie w trzech scenariuszach, ostatecznie nie zmierza w tym samym kierunku? Czy to nie jest jego przeznaczenie właśnie?

Wyraźnie zdziwiony sławą Kieślowskiego, która przemierzyła nie tylko ocean, ale dotarła nawet pod patagońskie lodowce, nie zdążyłem jeszcze odpowiedzieć, gdy głos zabrała Paula, która z niecierpliwością czekała na zakończenie wywodu.

– Nie chciałabym wam przerywać, ale jeśli następnym razem zobaczymy takie piękne stado guanako, to może moglibyśmy się na chwilę zatrzymać, żeby zrobić im zdjęcie, nie sądzicie? – wtrąciła słodko. – Nie żeby Kieślowski i wąż Uroboros nie byli fascynujący, ale skoro jesteśmy już w Patagonii, to moglibyśmy także nacieszyć się jej urokiem – dodała, zdobywając jeszcze większą sympatię Fernanda.

– Powiedz tylko kiedy. Patagonia to moje ulubione miejsce na Ziemi. Swoją drogą, zabiorę was w takie miejsca, że nacieszycie się do woli.

Przypadek to czy przeznaczenie, nie udało nam się ustalić jeszcze długo. Ani tego dnia, ani następnego. Ani do końca tygodnia, który spędziliśmy wspólnie, przemierzając Patagonię w napędzie cztery na cztery, ani nawet dużo później w Buenos Aires, gdzie u Fernanda i jego rodziny zostaniemy na uroczy tydzień.

Dla takich momentów warto jeździć autostopem. Pomijając już nawet fakt, że w Argentynie przejazdy autobusowe kosztują w przeliczeniu pięćset, a nawet siedemset złotych za średniej długości kurs. Rzadko zdarza się, by autostopowa rozmowa od pierwszych minut toczyła się w ten sposób. Prawdę mówiąc, prawie nigdy się to nie zdarza. To znak.

Jako kontynuacja rozmów o Kieślowskim i sensie życia wkrótce z odtwarzacza z tangami Carlosa Gardela zabrzmiała płyta Zbigniewa Preisnera, którego uczyliśmy się od Argentyńczyka. Czasem tak już jest, że trzeba przemierzyć pół świata, by poznać rzeczy z pozoru oczywiste.

Pochodzący z Buenos Aires sześćdziesięciodwuletni Fernando okazał się właścicielem sporej agencji reklamowej, który wybrał się na krótki tygodniowy wypad do ukochanej Patagonii. Nie tylko przygarnął nas na stopa, ale niemal zaadoptował jak własne dzieci.

Rozmawialiśmy dużo. Mówiliśmy o życiu, podróżach, odwiedzanych krajach, marketingu, codzienności u nas i u nich, polityce, reklamie, dzieciach i tym, co jest w życiu ważne. W lot łapaliśmy swoje myśli i kończyliśmy rozpoczęte zdania. Godzinami poznawaliśmy argentyńską muzykę czy rozmawialiśmy o filmie. I w gruncie rzeczy powoli zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo podobni są Polacy i Argentyńczycy.

Jechaliśmy bez pośpiechu. Patagońskie odległości łykane z prędkością stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę przeplatały się z postojami na okolicznych wzgórzach i zjazdach za nadmorskie bezdroża, gdzie podpatrywaliśmy foki, lwy morskie i pingwiny. Przez tydzień zobaczyliśmy Patagonię oczami Argentyńczyka, który chciał się pochwalić swoim krajem. Bo i ma czym.

Gdy się żegnaliśmy, Fernando po raz kolejny zaprosił nas do siebie.

– To, że się spotkaliśmy, to magia. Moja żona i dzieci nie mogą się doczekać, żeby was poznać. Co i rusz dopytują, co to za wynalazki wziąłem na stopa i przygarnąłem na ten niezwykły tydzień. Za miesiąc, dwa, gdy już skończycie z Patagonią i dotrzecie wreszcie do Buenos Aires, musicie do nas przyjechać.

– No raczej – odparłem rzeczowo.

A Paula się rozpłakała.

Faktycznie była to zapowiedź boskiego Buenos. Los wiedział, co robi. A może to przeznaczenie?

A jakie okazało się Buenos Aires?








Buenos Aires, Argentyna

– Przyjechałem studiować tu fotografię. W Peru nawet nie mamy co marzyć o takich możliwościach, a tu studia są darmowe dla wszystkich. Nawet dla obcokrajowców. Jeśli chcesz, ty też możesz zacząć studiować choćby jutro. Co więcej, miejscowe uniwersytety, choć bardzo różnią się poziomem, wciąż uchodzą za najlepsze na kontynencie. A w Guayaquil w Ekwadorze czy w Cancún w Meksyku dyplom z Argentyny, to dyplom z Argentyny. Wraz ze mną na roku studiuje sześciu Kolumbijczyków, trzech Peruwiańczyków, czterech Wenezuelczyków i kto wie, ilu innych.

* * *

– Miałem szczęście, że urodziłem się w bogatej rodzinie. Widziałeś, ilu ludzi śpi tu na ulicach? Setki, tysiące. A nas stać na wszystko. Sam widzisz, jak mieszkamy. Wypasione osiedla na kilka tysięcy luksusowych domów, wszystkie razem otoczone szczelnym murem, ochroną i kordonem odcinającym nas od reszty świata. Sam czynsz płacony przez każdego z właścicieli tych ogromnych willi, który idzie wyłącznie na utrzymanie ochrony i całego tego minimiasteczka, wynosi sześć, osiem tysięcy peso3 miesięcznie. Przecież połowa tego miasta nawet tyle nie zarabia! A w zamkniętych dzielnicach, w tych naszych barrios cerrados jest wszystko – szkoły, baseny, ścieżki rowerowe, siłownie co kilka przecznic, supermarkety i kina. W zasadzie można w ogóle nie opuszczać swojego strzeżonego osiedla i całe życie przeżyć pod kloszem. Ale czy to jest życie?

* * *

– Kilogramik pomidoreczków? Tak, jasne, że jestem z Boliwii. Masz rację, señorita. Boliwijczycy prowadzą przynajmniej połowę sklepów w tym mieście. A już z pewnością warzywniaków. Chińczycy opanowali wielobranżówkę i supermarkety, a my mamy warzywa. Tym argentyńskim nierobom po prostu nie chce się pracować! Od tej Kirchner4 dostają kasę za darmo i często nic nie muszą robić. Oczywiście, że mi się tu podoba. Gdzie indziej mogę sprzedawać banany po trzy peso za sztukę? W Boliwii za tę cenę dostaniesz dziesięć najlepszych bananów na świecie. Słusznie nie możesz się doczekać. Czy kogoś pozdrowić? Nie bardzo. Pochodzę z Cochabamby, ale straciłam już kontakt z rodziną. Wszyscy, na których mi zależy, mieszkają tutaj. Już od szesnastu lat. Na pewno nie chcesz jeszcze jednej marcheweczki?

* * *

– Jasne, że tu jest niebezpiecznie. Mnie obrabowali już dwa razy. Moją żonę trzy. Pięć lat temu napadli na mnie właśnie przed tym bankiem. Fachowa robota, jestem przekonany, że to byli policjanci po cywilnemu. Wyszedłem głównymi drzwiami i nie uszedłem dwudziestu metrów do samochodu, gdy drogę zajechał mi motocyklista z pasażerem. Jeden zeskoczył z motoru, przystawił mi pistolet i kazał oddać wszystko, co mam. Zabrali portfel, złotego Rolexa za kilka tysięcy dolarów, trochę elektroniki. A była godzina pierwsza w biały dzień, bodajże wtorek. Ktoś z banku musiał dać im cynk. Ale i tak nie zabrali tego, po co przyszedłem do oddziału. Tego dnia wypłaciłem właśnie dziesięć tysięcy dolarów w gotówce na inwestycję firmową. Nie wiedzieć czemu, przed wyjściem z banku włożyłem całą gotówkę do tylnych kieszeni spodni. A oni zabrali portfel i walizkę, ale spodnie zostawili w spokoju. Trochę się wtedy zestresowałem.