Miejski grunt

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zmiana ta, choć z dalszej perspektywy rewolucyjna, w rzeczywistości postępowała powoli. Na początku XIX wieku dystans geograficzny przekłada się na opóźnienie czasowe, uprawomocnia więc stosowanie pojęcia zacofania. Ale nie jest ono dla nas kluczem. Po pierwsze dlatego, że nie ma takiego standardu w sferze kultury materialnej Zachodu, którego nie próbowalibyśmy wcześniej czy później zaaplikować w Polsce. Po drugie dlatego, że odnotowywane opóźnienie ma często różne przyczyny, a branie ich w nawias zacofania utrudnia tylko ich identyfikację. Często przyczyną jest brak kapitału, innym razem – brak struktur własnego państwa, jeszcze w innych okolicznościach – mentalność, poziom oczekiwań. Jest również kolejna przyczyna, dla której nie podejmuję tu kwestii zacofania. Podstawowe pytania, które zadawałem sobie, gromadząc materiały do tej książki, brzmiały: „Dlaczego coś się stało?” i „Jakie były czynniki sprawcze?”, nie zadałem jednak pytania: „Dlaczego coś stało się tak późno?”. Dla historii gruntu pod nogami jest ono mniej istotne.

Zwłaszcza że zacofanie nie jest dziś słowem kluczowym w katalogu naszych zmartwień – ani w kwestiach poziomu życia, ani w zakresie stanu wykorzystywanych technologii, ani tym bardziej w aspektach relacji międzynarodowych. Mamy mało kapitału finansowego, państwo jest źle zorganizowane i w wielu wymiarach niesprawne, mamy kłopot z zaufaniem do siebie wzajemnie i do instytucji. Podpowiedzi, jak sobie z tym radzić, nie znajdziemy w formule „przełamywania zacofania”, nawet jeżeli pewne procesy historii gospodarczej można tłumaczyć w ten sposób. Pojęcia naukowe bywają jednak katalizatorami społecznych emocji. Teza o zacofaniu skrywa ich przynajmniej kilka, w tym poczucie niższości elit polskich wobec zagranicznych czy ich niechęć wobec warstw niższych, zupełnie niesłusznie postrzeganych jako sprawców zacofania (niewykształceni, nieliberalni tradycjonaliści). Koncepcja zacofania jest ponadto źródłem defetyzmu i bierności tej części elit, która w praktyce hołduje politycznej zasadzie „jakoś to będzie” i akceptuje słabość instytucji, intelektualną wtórność, sprzeczną z duchem postępu bezradność wobec problemów społecznych. Oczywiście są to zachowania, które powstały w długim procesie kształtowania aspiracji do przewodzenia społeczeństwu w warunkach braku państwa.

Dziś jednak te postawy powinny zanikać, a wraz z nimi scharakteryzowane wyżej spojrzenie na historię. Dlatego państwo – w zasadzie zaś jego prawa i instytucje – warto widzieć jako element tego gruntu pod nogami, który staje się konieczny w epoce nowoczesnej. To wymaga przemyślenia na nowo położenia Polski w pierwszej połowie XIX stulecia. Jeśli traktujemy formy państwowe z tego okresu – Księstwo Warszawskie, Królestwo Kongresowe, Rzeczpospolitą Krakowską – jako mało satysfakcjonujące formy istnienia państwa, zapominamy o roli, jaką instytucje publiczne odgrywają w kształtowaniu nowoczesnego społeczeństwa.

Państwo cząstkowe

Wróćmy jeszcze – po raz ostatni – do słów Ryszarda Przybylskiego mówiącego o tych ułomnych formach państwowości. „Przy wszystkich możliwych różnicach między Aleksandrem I i Napoleonem odzyskane państwo mogło być i było jedynie podarunkiem obcego monarchy. […] Ani Księstwo Warszawskie, ani Królestwo Kongresowe nie wynikały z entelechii narodu, lecz zostały mu narzucone z zewnątrz, wbrew jego istocie, wbrew jego wewnętrznej naturze. A klasycy wiedzieli, że tylko byt ukształtowany zgodnie ze swoją entelechią może być suwerenny i wolny. Stworzony przez siłę zewnętrzną, będzie bytem zależnym i kalekim”13. Tyle że zależność – surowe realia rosyjskiego protektoratu – to doświadczenie nie tylko porozbiorowe, lecz także kilku dekad przed rozbiorem. W tym sensie żaden z klasyków tej wolności nie zaznał. Sprawa jest jednak poważniejsza.

Mit „państwa zgodnego ze swoją entelechią” – choć wyrażony w mniej wyrafinowany sposób – wzmacniał skłonność do myślenia raczej o państwowych symbolach, imponderabiliach i rezygnacji z twardych konkretów. Również po odzyskaniu niepodległości. Nie tylko dlatego, że każda z form państwowości jest ułomna i do pewnego stopnia rozczarowująca, również dlatego, że koncentruje uwagę nie na tym, co trzeba. Nie przywiązuje wagi do kluczowych przesłanek siły, takich jak dobrze zaprojektowane instytucje, sprawny rząd, właściwie działający system finansów publicznych.

Bardziej przekonujące byłoby kwestionowanie form państwowych z punktu widzenia ich zasięgu terytorialnego. O ile terytorium Rzeczypospolitej w przeddzień pierwszego rozbioru obejmowało 733 tysiące kilometrów kwadratowych, a bez Spisza i starostw sądeckiego, nowotarskiego i czorsztyńskiego – 718 tysięcy, o tyle wszystkie kolejne formacje państwowe były znacznie mniejsze: Księstwo Warszawskie miało w 1810 roku powierzchnię 162 tysięcy kilometrów kwadratowych, Królestwo Kongresowe – 127 tysięcy, Wielkie Księstwo Poznańskie – 29 tysięcy, a Wolne Miasto Kraków – zaledwie 1,2 tysiąca. Jednak ta różnica wielkości obszaru – fakt, że poza takim porządkiem państwowym zawsze pozostawała lwia część terytoriów polskich – „pneumatyków” jakoś nie obchodziła. Liczyła się niewyrażalna do końca w terminach nauk społecznych „entelechia”, coś świętego, bez czego państwo nie jest już tym, czym – rzekomo – było. To sprowadzanie kwestii polskiej na manowce myślenia państwowego i instytucjonalnego odbierało polityce aspekt racjonalnej dyskusji. I do tej pory zaraża praktyczne myślenie o państwie. Spróbujmy więc przyjrzeć się zależności między państwowością ułomną a kwestią gruntu pod nogami, mimo że cała tradycja literacka i polityczna będzie je odnosić do kwestii imponderabiliów.

Chronologicznie pierwsze w tej grupie było Księstwo Warszawskie. Trzy pozostałe byty zostały powołane do życia przez kongres wiedeński, zamykający w historii Europy epokę napoleońską, która choć trwała krótko, zmieniła środkową część kontynentu nie do poznania. Dotyczyło to zwłaszcza Niemiec, gdzie misterną konstrukcję średniowiecznych minipaństewek zastąpiono nowymi bytami, które nierzadko miały przetrwać przez następnych kilkadziesiąt lat. Jeszcze silniejsze piętno wywarło w Europie upowszechnienie się kodeksu Napoleona.

W Polsce wyzwaniem związanym z wprowadzeniem tego kodeksu w życie było między innymi dobre tłumaczenie dokumentu, na co nalegał minister sprawiedliwości Henryk Łubieński. Z ukończeniem przekładu nie zdążono jednak przed upadkiem Księstwa Warszawskiego. Nic więc dziwnego, że – jak pisze Jarosław Czubaty – „wchodził jednak w życie opornie. Wielu krytykowało go za zasady »niezgodne z obyczajami naszymi«, innym szczególnie doskwierały utrudnienia towarzyszące przeprowadzaniu przed sądem spraw majątkowych i rodzinnych”14, zwłaszcza w sferze rozwodów. Jednocześnie, jak zauważa Tomasz Kizwalter, był to dokument – z dzisiejszego punktu widzenia – dość tradycjonalistyczny: „Kodeks Napoleona stanowił, że rodzina jest instytucją z gruntu hierarchiczną, a władzę sprawuje w niej mężczyzna – mąż i ojciec. […] Żona uzyskała bardzo ograniczoną zdolność do czynności prawnych: nie może dysponować swym majątkiem, nie może pracować bez zgody męża, zakres jej prawa do dzieci ustępuje zakresowi jego uprawnień”15.

Inną ważną zmianą o wyraźnie modernizacyjnym charakterze był fakt, że narzucona przez Napoleona konstytucja Księstwa Warszawskiego przewidywała po raz pierwszy utworzenie reprezentacji parlamentarnej nie tylko przez szlachtę, ale także przez „gmin” – czyli w praktyce posiadaczy nieruchomości, rzemieślników i kupców oraz duchowieństwo. Współbrzmiał z tym proces rozwoju nowoczesnej administracji. Jak pisze Janowski, „[…] w Warszawie w czasach Księstwa Warszawskiego na urzędach znalazła się cała elita intelektualna miasta. Urzędnikami było wielu członków Towarzystwa Przyjaciół Nauk […]. Ta niewielka grupa, niezależnie od pochodzenia społecznego swoich członków, stawała się powoli osobną jakością, nowym zjawiskiem w strukturze polskiego społeczeństwa”16.

Ciekawe poszerzenie tej grupy to wynik – jak pisze Janowski – zaplanowanej akcji wysłania do Petersburga oraz do Szkoły Dróg i Mostów w Paryżu „całej grupy młodych ludzi o zainteresowaniach technicznych. Po powrocie stali się oni kadrą tworzącej się pierwszej polskiej politechniki – zostali profesorami Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego”17.

Ten związek inteligencji z nowoczesnym państwem jest niezwykle istotny i ma swoje źródła właśnie w okresie, który opisuje cytowany powyżej Janowski: „[…] inteligencja jest, by tak rzec, warstwą »służebną« obsługującą nowoczesne państwo, które wówczas jeszcze znajduje się na stosunkowo wczesnym etapie rozwoju, dąży jednak do objęcia kontrolą coraz szerszych sfer życia. […] Państwo potrzebuje ludzi wykształconych, oferuje im miejsca pracy, które dają pewność dochodu i stabilizację życiową. Państwo daje też możliwość działalności publicznej: kto ma szersze ideały, kto chce nie tylko spokoju i stabilności, lecz chciałby naprawiać świat, ten z reguły widzi w nowoczesnym państwie sprzymierzeńca w walce z przesądami, zacofaniem czy jakimkolwiek jeszcze mianem ludzie wykształceni mieli zwyczaj określać zjawiska, których nie lubili”18.

To, co dzieje się w punkcie wyjścia, wydaje się mimo dwustu lat, jakie upłynęły od tamtego czasu, niezwykle aktualne. Tworzy bowiem narrację modernizacyjną funkcjonującą także w czasach Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej. Wskazuje także na grupę społeczną, która będzie tej narracji nośnikiem i – do pewnego stopnia – niewolnikiem. Kształtuje ponadto – jak za chwilę zobaczymy – pewne praktyki kwestionowania modernizacyjnej roli państwa.

Aby je w pełni dostrzec, powinniśmy przenieść się do okresu po zakończeniu wojen napoleońskich. Wieść o powołaniu na kongresie wiedeńskim Królestwa Polskiego nie znaczyła wtedy tego samego, co oznacza dla nas, którzy znamy jego późniejsze dzieje. Gdy 6 kwietnia 1815 roku dotarła do Lublina, zareagowano uroczystą iluminacją miasta i wywieszeniem na froncie ratusza transparentu „Panuj tak nad narodem, jak panujesz nad sercami wdzięcznych Polaków”. Cztery miesiące później w kościele dominikańskim odprawiono mszę, na której odczytano akt zrzeczenia się tronu warszawskiego przez króla Saksonii oraz złożono przysięgę na wierność nowemu monarsze – carowi Rosji. Żydowska ludność Lublina złożyła swoją przysięgę w wielkiej synagodze. Po wszystkim wydano obiad dla stu pięćdziesięciu osób, a dla pozostałych mieszkańców upieczono wołu, którego dzielono przed klasztorem kapucyńskim19.

 

Jednym z interesujących wątków historii Królestwa Kongresowego był spór o religijny i obyczajowy aspekt nowych porządków. Na czele Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego stanął bowiem mason Stanisław Kostka Potocki. Na jego konto w sprawach edukacyjnych zaliczamy zarówno decyzję o utworzeniu uniwersytetu i politechniki w Warszawie, jak i zwiększenie kadr nauczycielskich w szkołach średnich i elementarnych. Zgodę cara na powstanie uniwersytetu miał uzyskać Potocki jeszcze przed końcem 1815 roku, a akt ustanowienia uczelni – 19 listopada 1816 roku. Miesiąc później powołano Radę Ogólną Szkoły Głównej ze Stanisławem Staszicem na czele. Zajęcia rozpoczęto wiosną 1817 roku w pałacu Kazimierzowskim i sąsiednich budynkach20.

Przeciwko ministrowi Potockiemu zawiązała się jednak spora grupa katolickich – jak byśmy to dziś określili – tradycjonalistów. Biskup Jan Paweł Woronicz nie cofnął się przed donosem do cara, któremu miał wręczyć napisaną przez Potockiego Podróż do Ciemnogrodu. Przeciwko polityce Potockiego protestowali także – jak pisze Jan Skarbek – inni przedstawiciele episkopatu, wspierani przez kręgi arystokratyczne „mające dostęp do księżnej łowickiej Joanny Grudzińskiej, żony wielkiego księcia Konstantego”. Wspierał ich również działający na rzecz likwidacji masonerii Mikołaj Nowosilcow21. Działania te były skuteczne, ponieważ Potockiego na urzędzie zastąpił mało wybitny klerykał Stanisław Grabowski, a w 1822 roku masonerię zlikwidowano. Nic w tej historii nie układa się w religijno-patriotyczny sojusz przeciwko Rosji. Obcy protektorat jest – jak w XVIII wieku – zawsze świetną okazją do światopoglądowych porachunków i wojen. Nie tylko zresztą dla strony katolickich tradycjonalistów.

Królestwo Kongresowe to także okres rozwoju strategii ekonomicznej, która niezwykle silnie ukształtowała krajobraz gospodarczy ziem polskich. Najważniejsze dla naszych zainteresowań osiągnięcia są udziałem kierowanego przez Ksawerego Druckiego-Lubeckiego ministerstwa skarbu. Nie ma tu miejsca na obszerną sylwetkę tego wybitnego człowieka, kolejną niepasującą do czarno-białych podziałów. Oficer rosyjskiej armii po petersburskim Korpusie Kadetów. Uczestnik wojen napoleońskich po stronie przeciwników Bonapartego. Zaufany człowiek Aleksandra I i Mikołaja I. Inicjator działań prowadzących do naprawy budżetu Królestwa Kongresowego, do poprawy jego bilansu handlowego. Zarazem jednak twórca nowoczesnej polityki gospodarczej i wybitny modernizator kraju. O owocach starań jego resortu, zmierzających do utworzenia ośrodka przemysłu włókienniczego w Łodzi, przyjdzie tu wspominać jeszcze wielokrotnie.

Miasta były przedmiotem troski jeszcze jednego – oprócz ministerstwa Druckiego-Lubeckiego – ciała rządowego: Rady Ogólnej Budownictwa przy Wydziale Przemysłu i Handlu Komisji Spraw Wewnętrznych. Barbara Grochulska podkreśla, że „rozwój miast w Królestwie był ogromny i bardzo spektakularny. […] W każdym większym mieście na obszarze dawnego Królestwa widać do dziś założenia urbanistyczne i architekturę klasycystyczną z tego okresu, nierzadko najwyższej klasy (Radom, Kalisz, Płock, Suwałki, Ostrołęka)”22. W wielu tych ośrodkach rząd kontynuował zresztą politykę pruską z lat 1793–1806.

Znakomitym przykładem wspomnianego wyżej rozwoju był Kalisz, który cieszył się specjalną przychylnością Aleksandra I. Cesarz chciał podobno uczynić z tego przygranicznego miasta „reprezentacyjny »salon«” nowego Królestwa Kongresowego. Uporządkowano szczególnie część wschodnią – od strony traktu warszawskiego, który zyskał klasycystyczną rogatkę. Wytyczono wówczas Nowy Rynek (dziś plac Świętego Józefa) z budynkiem Komisji Województwa Kaliskiego w dawnych zabudowaniach jezuickich, obecnie stanowiących siedzibę starostwa powiatowego. W 1824 roku wybudowano most Aleksandryjski, zwany jednak częściej po prostu Kamiennym. Nieco wcześniej powstał pałac Trybunalski jako budynek sądu, który zachował tę funkcję do dziś. W 1829 roku na przeciwległym do pałacu końcu wspomnianej już wcześniej alei Józefiny – obecnie alei Wolności – zbudowano teatr. Drewniany i otynkowany, funkcjonował sezonowo – był zamykany na zimę. Krótko potem po drugiej stronie mostu Parkowego powstała kawiarnia – „Dom Foerstera”23. Całość – park z kawiarnią, teatr i aleja – stanowi do dziś bardzo urokliwy fragment miasta.

Ogromne zmiany zaszły także w drugim co do wielkości mieście Kongresówki – Lublinie, podzielonym na dwa cyrkuły. Śródmiejski obejmował obszar, w którym ulokowano większość instytucji publicznych oraz kościoły, klasztory, pałace i duże kamienice. Jak pisze Śladkowski, „[…] w dzielnicy tej nie wolno było mieszkać ludności żydowskiej, zamieszkiwali ją »zacni obywatele«: kupcy, bogaci rzemieślnicy, urzędnicy, obywatele miasta”. Druga dzielnica, obejmująca podzamcze z przedmieściami, zdominowana była przez mieszkańców wyznania mojżeszowego. Skoro mówiliśmy już o rewolucji sanitarnej, to musimy tutaj wyjaśnić, że na lubelskie podzamcze w czasach po kongresie wiedeńskim rewolucja ta z pewnością nie dotarła. Obszar ten był narażony na wypływ ścieków pochodzących ze Starego Miasta, miejscowe studnie wypełniała więc „niezdrowa woda”. „Zły stan sanitarny tej dzielnicy w połączeniu z jej przeludnieniem sprzyjał epidemiom i wpływał na dużą śmiertelność wśród ludności żydowskiej”24.

A jednak Lublin w dobie Królestwa Kongresowego zmieniał się szybko: wytyczono i przeprowadzono przez miasto główne trakty tranzytowe – drogę łączącą Warszawę z twierdzą zamojską i Lublin z Brześciem (ulica Lubartowska). Szosę w kierunku stolicy wyprowadzono z przedłużenia Krakowskiego Przedmieścia. Układ ten omijał Stare Miasto – drogi zbiegały się na placu pod Bramą Krakowską. Główne ulice wybrukowano, na niektórych ułożono pierwsze trotuary, przebudowano i podwyższono kamienice na Krakowskim Przedmieściu. Jak pisze Śladkowski, utworzony wówczas układ komunikacyjny „przetrwał do naszych czasów, aż do 1996 r., kiedy to położyła mu kres likwidacja jezdni i zamienienie jej na ciąg pieszy na odcinku Plac Litewski – Ratusz”25. W tym samym czasie doszło do przebudowy klasztoru Karmelitów na urząd municypalny, a zamku – na więzienie i sądy karne.

Tak szybkie zmiany nie zachodziły jednak w zaborze austriackim ani nawet w cieszącym się odrębnym statusem Krakowie. Artykuł pierwszy traktatu dodatkowego, zawartego między Rosją, Austrią i Prusami 3 maja 1815 roku, mówił, że: „Miasto Kraków wraz ze swoim okręgiem uważane będzie na wieczne czasy za miasto wolne, niepodległe i ściśle neutralne, pod protekcją trzech Wysokich Stron Kontraktujących”26. Granica tego miasta z okręgiem była dość nieoczywista – sięgała aż do dzisiejszego Jaworzna, ale odcinała od Krakowa wszystkie jego współczesne dzielnice położone na południe od Wisły, a w jej skład wchodziły jeszcze trzy małe miasteczka – Chrzanów, Trzebinia i Nowa Góra (dziś wieś w gminie Krzeszowice).

To właśnie w epoce po kongresie wiedeńskim, za czasów odrębnej Rzeczypospolitej Krakowskiej, powstają Planty – park zbudowany w miejscu dawnych obwarowań. Do tego można jeszcze dodać ogród strzelecki w Wesołej z 1837 roku czy dokonaną nieco wcześniej rozbudowę ogrodu botanicznego. Innym śladem tej Rzeczypospolitej, o czym wspomina Grodziski, jest nazwa ulicy Senackiej. Mieszczący się przy niej Senat był ciałem rządzącym, a w jego skład wchodzili w równych częściach przedstawiciele uniwersytetu, biskupa krakowskiego i Zgromadzenia Reprezentantów27.

O tym, że duże miasto borykało się z tymi samymi problemami co miasta małe, świadczy pełna ironii uwaga jednego z autorów, że „za kamienie milowe wychodzenia Krakowa z epoki agrarnej ku nowoczesności” można uznać zakazy stawiania budynków z materiału miękkiego, trzymania trzody chlewnej i bydła w granicach miasta czy wprowadzenie w 1834 roku zakazu wypasu bydła na Plantach28. Do osiągnięć tej epoki dopisuje się jeszcze przebudowę pałacu Pod Baranami czy budowę systemu kanalizacyjnego29.

Jeśli lista dokonań Rzeczypospolitej Krakowskiej jest tak krótka, to za sprawą słabości finansowej tego tworu. Ambitne zamierzenia, takie jak dworzec kolejowy czy Szpital Powszechny Świętego Łazarza, ukończono już po upadku Rzeczypospolitej, ale tempo prac wynikało z niedoborów budżetowych. Zresztą nawet dumna krakowska Alma Mater nie cieszyła się poza swoimi murami dobrą sławą. Maciej Mycielski przytacza w tym kontekście opinię wspomnianego wyżej ministra Łubieńskiego: „[…] edukacja zupełnie z 17-go wieku. Akademia złożona z bardzo słabych profesorów, zajętych jedynie prerogatywami akademickimi, a o edukacji nie myślących”. Krytykował także zbiory biblioteczne pozbawione wartościowych pozycji z XVIII wieku30. Na czasy swojej wielkości przyszło zatem miastu poczekać do odnowienia związków z resztą Galicji, do śmiałych reform samorządowych z drugiej połowy XIX stulecia.

Przykład Krakowa pozwala nam także zadać pytanie o to, czy miasta – poza nielicznymi wyjątkami dotyczącymi niektórych wielkich portów – mogą się rozwijać bez zaplecza ekonomicznego i demograficznego oraz bez silnej pozycji administracyjnej wobec otaczających je regionów. Oczywiście nie zbudujemy na losach Rzeczypospolitej Krakowskiej żadnego dowodu, który można by przedłożyć współczesnym władzom samorządowym miast, patrzącym niechętnie na „niemieszkańców” korzystających z miejskiej infrastruktury. Jest niemal pewne, że wysokie miejsce w hierarchii osadnictwa jest możliwe tylko wtedy, gdy pod umieszczoną na szczycie metropolią jest piramida mniejszych ośrodków. Myślenie kategoriami autonomicznych wysp dobrobytu, wykształcenia i kultury wydaje się pozbawione podstaw.

Napoleon nadający konstytucję Księstwu Warszawskiemu w 1807 roku,

litografia Franza Serapha, 1843