Telefon

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Telefon

Opowiadanie z antologii „Głos Lema”





Warszawa 2016

Rafał Kosik

Telefon

Opowiadanie z antologii „Głos Lema”

ISBN: 978-83-64384-51-6

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2011-2016 by Rafał Kosik Copyright © 2011-2016 by Powergraph Copyright © 2011-2016 for the cover Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Michał Cetnarowski KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Telefon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prze­rwali pro­gram i powta­rzali w kółko nagra­nie zro­bione chyba komórką: samo­lot zniża się nad lasem, chwilę sunie skrzy­dłami po wierz­choł­kach drzew i wygląda to, jakby tak miało być, jakby miał miękko osiąść na tych drze­wach. Przy­po­mina papie­rowy samo­lo­cik zro­biony przez cał­kiem zdol­nego dzie­ciaka, taki dobrze wywa­żony, który wolno szy­buje nad kanapą, sto­łem i miękko ląduje na puszy­stym dywa­nie przed tele­wi­zo­rem. Jed­nak samo­lot pasa­żer­ski waży ponad trzy­dzie­ści ton. Po kilku sekun­dach zie­leń pochła­nia kadłub, ale wydaje się, że mimo wszystko udało się, że zapadł w wielki dywan, a pasa­że­ro­wie ode­pną pasy i zjadą po nadmu­chi­wa­nych zjeż­dżal­niach jak na nie­dziel­nym festy­nie przed cen­trum han­dlo­wym. Wtedy sto, może dwie­ście metrów dalej poja­wia się kula ognia i dymu.

Kinga zer­kała na ekran małego tele­wi­zorka w kuchni, przy­go­to­wu­jąc mięso na pie­czeń dla Romka. Jed­no­cze­sne oglą­da­nie tele­wi­zji i kro­je­nie to zły nawyk, łatwo o wypa­dek. Wie­działa o tym dosko­nale, ale przy­zwy­cza­je­nie było sil­niej­sze. Romek miał wró­cić za parę godzin, a zawsze po kil­ku­dnio­wej kon­fe­ren­cji był głodny. Twier­dził, że nie sma­kuje mu hote­lowe jedze­nie.

Marysi, która kilka minut temu wró­ciła z kina, kata­strofa nie obe­szła zanadto. Zer­k­nęła na kil­ku­se­kun­dowe nagra­nie i zapy­tała, ile osób zgi­nęło. Tego nikt jesz­cze nie wie­dział, bo i skąd. Nasto­latka wycho­wana na You Tubie i fil­mach, gdzie efekty i tempo zajęły miej­sce logiki i psy­cho­lo­gii, potrze­bo­wała wię­cej bodź­ców. Zain­te­re­suje się znów na kilka sekund, gdy pokażą wybuch z innego uję­cia, a naj­le­piej miej­sce kata­strofy z bli­ska. Na razie nie mieli innego nagra­nia. Wypa­dek zda­rzył się nie­całą godzinę temu. W prze­ka­zie na żywo widać było tylko dym nad lasem. W stu­diu poja­wiło się dwóch eks­per­tów, któ­rzy też nic nie wie­dzieli. Oma­wiali histo­rię kata­strof lot­ni­czych, co rów­nież nie było spe­cjal­nie zaj­mu­jące.

Mary­sia grze­bała w lodówce wypeł­nio­nej dzi­siej­szymi zaku­pami. Zde­cy­do­wała się na colę. Kinga już otwie­rała usta, aby powie­dzieć, że zabro­niła jej pić tyle tego świń­stwa, ale uświa­do­miła sobie, że to głu­pie, prze­cież sama tę colę kupuje. Spoj­rzała na córkę i zauwa­żyła coś dziw­nego.

— Popatrz na mnie — popro­siła, odkła­da­jąc nóż.

Mary­sia nie­chęt­nie odwró­ciła się i zro­biła minę w stylu „skończ, zanim zaczniesz”. Miała dziś na sobie prze­sad­nie obci­słe czarne jeansy i trampki, a włosy jakby lekko unie­sione i usztyw­nione żelem. Kinga przy­glą­dała się jej chwilę i odkryła, co jej nie pasuje.

— Uma­lo­wa­łaś się.

— I co? Ty też się malu­jesz.

— Ja mam trzy­dzie­ści sześć lat. I mimo to nie maluję się tak mocno.

Mary­sia posłała matce spoj­rze­nie, po któ­rym ta poczuła się, jakby miała tych lat sześć­dzie­siąt, i wyszła z kuchni. Zaszyła się w swoim pokoju, by cza­to­wać, malo­wać paznok­cie lub robić jedną z wielu waż­nych dla niej rze­czy, które Kinga uzna­wała za mar­no­wa­nie czasu. Dry­fo­wała, zdaje się, w stronę stylu Emo, co matce wcale się nie podo­bało. Nie podo­bało się jej też wiele innych spraw, na przy­kład to, że Mary­sia odra­biała lek­cje przed tele­wi­zo­rem, choć wła­ści­wie powinna się cie­szyć, iż córka w ogóle robi pracę domową. Sama iry­to­wała się, kiedy musiała wyko­ny­wać mono­tonną czyn­ność bez uprzy­jem­nia­czy. Stąd tele­wi­zor w kuchni.

No wła­śnie, ogląda bez­myśl­nie i nie łączy fak­tów. To łech­ta­nie mózgu bodź­cami, któ­rych nie chce mu się ana­li­zo­wać. Romek miał wra­cać samo­lo­tem, który o tej porze, o wpół do pią­tej, pew­nie już wystar­to­wał z Heath­row, ale prze­cież nie wylą­duje na Okę­ciu. Okę­cie będzie zamknięte przez co naj­mniej kilka godzin. Pasek z tą infor­ma­cją prze­su­wał się poni­żej gada­ją­cych głów od dobrych paru minut. Skie­rują samo­loty na inne duże lot­ni­ska. Czyli nici ze wspól­nego obiadu. Pociąg z Gdań­ska jedzie kilka godzin, jakby ten Gdańsk leżał gdzieś za kołem polar­nym. Z Kra­kowa szyb­ciej, ale też przed pół­nocą nie dotrze. Pod wpły­wem nagłego roz­cza­ro­wa­nia miała ochotę cisnąć nóż na blat.

Ostat­nio nie mieli dla sie­bie za dużo czasu. Romek był zapra­co­wany, do późna sie­dział w insty­tu­cie i czę­sto wyjeż­dżał w dele­ga­cje. Ale kiedy wra­cał, resztę dnia zawsze poświę­cał Kin­dze i Marysi. Jedyna pocie­cha w tym, że dziś sobota. Chyba nie będzie pra­co­wał w nie­dzielę? Nie, na pewno nie. Po tej kon­fe­ren­cji powinni dać mu spo­kój na week­end. W sumie co za róż­nica, czy mięso będzie się mary­no­wać trzy godziny, czy dobę i trzy godziny? Nawet lepiej, jeśli dłu­żej. Pie­czeń zje­dzą więc jutro. Spę­dzą ze sobą całą nie­dzielę.

Z pokoju Marysi dobie­gły dźwięki pio­senki, któ­rej Kinga nie potra­fiła roz­po­znać. Może to i dobrze, że następne poko­le­nie się bun­tuje. Gdyby ona słu­chała swo­jej nie­ży­ją­cej już matki i pole­gała na jej gustach, to nosi­łaby spód­nice do pół łydki i szare swe­try zapi­nane na wiel­kie guziki z pla­stiku przy­po­mi­na­ją­cego masę per­łową.

Wrzu­ciła ostatni kawa­łek mięsa do pach­ną­cej winem i tymian­kiem mary­naty i wsta­wiła miskę do lodówki. Wyjęła tele­fon i spoj­rzała na wyświe­tlacz, na któ­rym kil­ka­na­ście iko­nek kpiło z jej anty­ta­lentu do nowo­cze­snych tech­no­lo­gii. Ta nie­bie­ska pul­su­jąca z kopertą pew­nie otwie­rała wia­do­mo­ści. Naci­snęła.

„Pró­bo­wa­łem dzwo­nić, ale nie ode­bra­łaś. Zaraz wsia­dam do samo­lotu. Przy­go­tu­jesz coś pysz­nego na obiad?”.

Czyli już jest w samo­lo­cie. Miała ten tele­fon od kilku dni i jesz­cze go nie opa­no­wała. Było w nim wszyst­kiego wię­cej niż w poprzed­nim. Można dostać oczo­pląsu od kolo­ro­wych iko­nek, z któ­rych każda infor­mo­wała o czymś waż­nym. Jak tu się spraw­dza nie­ode­brane połą­cze­nia…? Wyci­szyła tele­fon, kiedy fry­zjerka robiła ją na bóstwo, ale to było pra­wie trzy godziny temu. Potem go pogło­śniła. Chyba.

Gapiła się na wyświe­tlacz, pró­bu­jąc roz­gryźć zagadkę regu­la­cji gło­śno­ści dzwonka. Zre­zy­gno­wała z pro­sze­nia córki o pomoc. Wykrę­ciła swój numer ze sta­cjo­nar­nego. Zadzwo­nił, czyli OK. Po pro­stu nie usły­szała dzwonka w samo­cho­dzie albo jak pusz­czała pra­nie.

W tele­wi­zji przed­sta­wi­ciel jakichś linii lot­ni­czych mówił, że na razie samo­loty będą kie­ro­wane do innych miast.

— Ale do któ­rych? — zapy­tała na głos. — Prze­cież wiem, że ich nie wysa­dzi­cie ze spa­do­chro­nami.

Może pod­sta­wią auto­kar i przy­wiozą ich pro­sto z lot­ni­ska. Może samo­lot wylą­duje gdzieś bli­sko, na przy­kład w Łodzi, skąd wie­czo­rem jedzie się do War­szawy dwie godziny. Czy w Łodzi jest lot­ni­sko? Musi być, to duże mia­sto. Wyjęła z torby lap­top i uru­cho­miła prze­glą­darkę. Strona łado­wała się w śli­ma­czym tem­pie. Wes­tchnęła i pode­szła do zamknię­tych drzwi pokoju Marysi. Zapu­kała, a gdy to nie przy­nio­sło efektu, naci­snęła klamkę.

— Coś robisz z inter­ne­tem?

— Cią­gnę. — Córka spoj­rzała nie­przy­jaź­nie znad kla­wia­tury.

— Co cią­gniesz? Filmy? Gry? Muzykę? Poli­cję nam tu ścią­gniesz.

— A kupisz mi płytę za osiem dych?

— Za osiem dych…? Nie­ważne. — Zama­chała rękoma. — Wyłącz to teraz, muszę coś spraw­dzić.

Mary­sia zro­biła minę obra­żo­nej ary­sto­kratki i klik­nęła parę razy myszką.

Kinga zamknęła drzwi i wró­ciła do kuchni. Wie­działa, że za kilka mie­sięcy będzie jesz­cze gorzej.

Wpi­sała w wyszu­ki­warkę „kata­strofa Okę­cie inne lot­ni­ska” i w zamian otrzy­mała śmiet­nik infor­ma­cyjny, bo każdy chciał zaist­nieć, pisząc coś, cokol­wiek, o kata­stro­fie; nawet por­tal ogrod­ni­czy. Zaraz, jakimi liniami on miał lecieć…? Wspo­mniał o tym na pewno, pamię­tała też, że bilety były w gra­na­to­wym etui. Nie, tam było logo biura podróży.

Wywo­łała stronę portu lot­ni­czego, gdzie wisiała tylko infor­ma­cja o nie­zna­nym losie samo­lotu. Nie­zna­nym… dobre sobie! Kli­kała jesz­cze kilka minut po stro­nach naj­więk­szych linii, ale nie zna­la­zła niczego kon­kret­nego poza tym, że w Łodzi nie ma lot­ni­ska, a naj­bliż­sze jest w Byd­gosz­czy. Jed­nak mało praw­do­po­dobne, by mogło przy­jąć wszyst­kie samo­loty, które miały lądo­wać w War­sza­wie. Trudno, Romek ode­zwie się, jak wylą­duje. Oby nie w Szcze­ci­nie, bo będzie jechał do War­szawy osiem godzin.

 

Miała pięć nie­prze­czy­ta­nych e-maili. Dużo jak na sobotę. Zro­biła błąd, poda­jąc sze­fo­wej pry­watny adres. Ta baba chyba nie wie, co to zna­czy czas wolny. Odpi­sała jed­nak uprzej­mie, choć tym samym stra­ciła do sie­bie tro­chę sza­cunku. Był też mail od Romka:

„Przy­po­mnij, żebym nauczył Cię obsługi nowego tele­fonu, bo nie odbie­rasz, nie oddzwa­niasz, a na SMS-a też mi nie odpi­sa­łaś. Wra­cam wcze­śniej. Jak dobrze pój­dzie, to dotrę do domu przed szó­stą. Koń­czę, bo już otwie­rają gate. Buzi”.

Uśmiech­nęła się. Może Romek dotrze na tyle wcze­śnie, że obiadu nie trzeba będzie odkła­dać na jutro. Kola­cja przy świe­cach była nawet mil­szą per­spek­tywą. Zer­k­nęła na godzinę wysła­nia e-maila – pierw­sza z minu­tami. Więc może już gdzieś ląduje, bo w War­sza­wie według planu powi­nien być pra­wie godzinę temu.

Wtedy nagle prze­stała się uśmie­chać.

* * *

Miał nadzieję, że co miało wybuch­nąć, już wybu­chło. Las pło­nął cha­otycz­nymi ogni­skami wszę­dzie, gdzie spoj­rzał. Brnąc przez krzaki, powta­rzał sobie, że mokra ściółka nie zaj­mie się tak łatwo – wczo­raj padał deszcz. Szedł więc dalej. Zapłacą mu za to ryzyko, i to zapłacą bar­dzo dobrze.

Gdy tylko ode­brał SMS-a, wstał i wyszedł z uro­dzin wła­snej matki, zanim ta zdmuch­nęła świeczki na tor­cie z napi­sem „60”. Poca­ło­wał ją w czoło i powie­dział, że to ważne. Dotar­cie z Powi­śla na Kabaty, mimo kor­ków, zajęło mu mniej niż kwa­drans. Motor enduro był szyb­szy od ocię­ża­łych wozów stra­żac­kich i ambu­lan­sów. Jedy­nym ogra­ni­cze­niem pręd­ko­ści były prawa fizyki i instynkt samo­za­cho­waw­czy. Klapka małego schowka z umiesz­czo­nym na niej nume­rem reje­stra­cyj­nym cza­sem otwie­rała się przy­pad­kiem i potra­fiła przez całą trasę się bujać, zasła­nia­jąc przy tym numer. Przy­pa­dek zda­rzał się, gdy naci­skało się nie­wiel­kie cię­gło przy kie­row­nicy.

Swąd gumy, ben­zyny lot­ni­czej i paru innych sub­stan­cji krę­cił w nosie, mimo że trzy­sta metrów dalej dym bił czar­nym słu­pem pro­sto w niebo. Marek doje­chał tak bli­sko, jak się dało bez nara­ża­nia motoru, wci­snął maszynę mię­dzy dwa grube pnie ścięte na wyso­ko­ści kil­ku­na­stu metrów i ozna­czył na GPS-ie jego pozy­cję. To ważne, sekunda teraz pozwala oszczę­dzić godzinę póź­niej. Dal­szą drogę prze­był bie­giem, ści­ska­jąc w dłoni cięż­kiego Nikona. Do ple­caka zapa­ko­wał jesz­cze osiem kilo sprzętu, ale dzięki ścią­gnię­tym pasom: bio­dro­wemu i pier­sio­wemu pra­wie go nie czuł. Ple­cak miał lep­szy niż koman­dosi w Afga­ni­sta­nie.

Prze­ska­ki­wał nad zwa­lo­nymi drze­wami. Tu już nic nie wysta­wało na wię­cej niż metr–dwa z ziemi. Musiał uwa­żać na ostre kra­wę­dzie pogię­tych i porwa­nych jak papier blach. Uru­cho­mił apa­rat w try­bie video i trzy­mał go za obiek­tyw wyce­lo­wany w przód, by sfil­mo­wać cokol­wiek, co może się nie­spo­dzie­wa­nie wyda­rzyć. Druga, mała kamerka wysta­wała z kie­szeni kami­zelki – tę włą­czył, jesz­cze zanim wsiadł na motor.

Dalej szcząt­ków było wię­cej, już nie mógł biec. Zresztą nie chciał zadep­ty­wać śla­dów. Mię­dzy poła­ma­nymi drze­wami leżały powbi­jane w zie­mię wnętrz­no­ści samo­lotu. Nie potra­fił ich roz­po­znać. Dopiero gdy dostrzegł pierw­szą walizkę, nie­mal nie­usz­ko­dzoną, prze­łą­czył apa­rat w tryb foto. Na prze­mian pstry­kał zdję­cia i krę­cił krót­kie uję­cia. Wciąż szedł w stronę huczą­cego ogni­ska. Prze­stą­pił frag­ment nie­bie­skiego fotela, kolejne walizki. Wie­dział, co zoba­czy dalej, ale sta­rał się o tym nie myśleć. Doku­men­to­wał naj­bliż­sze oto­cze­nie i był teraz tylko pre­cy­zyj­nym dodat­kiem do apa­ratu. Zwi­nięte w ósemkę wiel­kie koło, pstryk. Kawa­łek lap­topa, pstryk. Roz­wa­lona walizka z nad­pa­lo­nym dam­skim swe­ter­kim, pstryk. Ręka, pstryk. Zwę­glony kor­pus, chyba to dziecko, pstryk. Apa­rat połą­czony z pan­cer­nym lap­to­pem w ple­caku słał to wszystko nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem zer i jedy­nek wprost na redak­cyjny ser­wer.

Z transu wyrwało go gorąco. Pięć­dzie­siąt, może sto metrów przed nim w morzu pło­mieni topił się metal. Nagrał pię­cio­se­kun­dową prze­bitkę, którą za dzie­sięć minut obej­rzy kilka milio­nów widzów, a w ciągu następ­nej doby – kil­ka­set milio­nów. Odwró­cił się i ruszył inną trasą. Mecha­nicz­nie odnaj­dy­wał cie­kawy obiekt, kadro­wał, pstry­kał. Potem prze­rwa na krótką pano­ramę lub na prze­bły­sku­jący mię­dzy drze­wami wóz straży pożar­nej.

Tam! Ktoś się chyba poru­szył. Jakby ręka, krzak. Nie, to chmurka dymu wisząca nad czymś, co pew­nie będzie się faj­czyć jesz­cze długo. Pstryk i trzy sekundy nagra­nia. Sil­nik z fan­ta­zyj­nie powy­krę­ca­nymi rur­kami, jesz­cze dymiący i cyka­jący umie­ra­ją­cym mecha­ni­zmem, pstryk. But, sto­jący cał­kiem pro­sto, jakby go ktoś usta­wił dla żartu, pstryk.

Klu­czył mię­dzy ogni­skami i ster­tami szcząt­ków, aż poja­wili się pierwsi ratow­nicy. Krę­ciło mu się w gło­wie od dymu i gorąca. Wyszedł poza pas wybity w lesie przez samo­lot i zro­bił jesz­cze kilka ujęć. Wresz­cie, wyczer­pany i oszo­ło­miony, oparł się o szorstką korę. Zwy­mio­to­wał mami­nym roso­łem i pie­ro­gami.

Zaci­snął powieki i użył całej siły woli, by wyrzu­cić z głowy to, co oglą­dał przez ostat­nie pięt­na­ście minut. Za to też mu zapłacą.

* * *

Cho­dziła po kuchni tam i z powro­tem. Przy­gry­zała paznok­cie. Tele­fon Romka nie odpo­wia­dał, ale to prze­cież nic nie zna­czyło. Jeżeli pole­ciał tym samo­lo­tem, któ­rym miał lecieć, to nie odbie­rze, bo jest na pokła­dzie. I będzie tam jesz­cze jakiś czas. Lot­ni­sko jest prze­cież zamknięte i muszą lądo­wać gdzie indziej.

Ale napi­sał o pierw­szej z minu­tami, że wsiada na pokład.

Czer­wony pasek na dole ekranu tele­wi­zora nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że cho­dzi o samo­lot z Heath­row, który wystar­to­wał o trzy­na­stej trzy­dzie­ści pięć. Zaraz, ale tam jest inna strefa cza­sowa… Trzeba dodać godzinę, czy odjąć? Nie, napi­sali, że czasu pol­skiego. A godzina nada­nia e-maila? Który czas się wyświe­tla? To czas letni czy zimowy? Przy­po­mniała sobie, że kie­dyś prze­sta­wił się jej czas w kom­pu­te­rze i wszyst­kie e-maile, które wysy­łała, wyświe­tlały się u adre­sa­tów z datą z tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego roku. Więc…

— Idę do Mariu­sza.

Kinga drgnęła na dźwięk głosu córki. Spoj­rzała na nią nie­obec­nym wzro­kiem.

— Dopiero co byłaś z nim w kinie… — zauwa­żyła.

— Poszedł do domu na obiad. A teraz idziemy przed blok.

— Obiad… — Kinga spoj­rzała na mokrą deskę i nóż. — Mia­łam zro­bić obiad…

Mary­sia przyj­rzała się matce badaw­czo.

— Coś się stało? — zapy­tała ostroż­nie.

— Nie, nie. Nic. Idź przed blok, tylko nie wra­caj za późno.

— I nie włócz się po osie­dlu.

— Co…?

— Zwy­kle mówisz, żebym się nie włó­czyła. Dobrze się czu­jesz? Na pewno nie chcesz, żebym została?

Kinga ener­gicz­nie pokrę­ciła głową. Poca­ło­wała córkę i odpro­wa­dziła do drzwi.

— Zacze­kaj — powie­działa, sto­jąc w progu. — Jak wysy­łasz maila, to jaka data wyświe­tli się u odbiorcy?

— Jeśli uży­wasz pro­gramu pocz­to­wego, to data, jaką masz usta­wioną w kom­pu­te­rze. Ale jeśli korzy­stasz z webma­ila, to wtedy godzina w kom­pu­te­rze nie ma zna­cze­nia, tylko ta na ser­we­rze. A co? Kogoś chcesz nabrać?

— Nie, tak tylko pytam… Baw się dobrze.

Zamknęła drzwi i oparła się o nie ple­cami. To niczego nie wyja­śnia. Inna strefa cza­sowa, czas letni, webmail… To zbyt skom­pli­ko­wane, tak nie uzy­ska pew­no­ści. Tro­ska córki dodała jej otu­chy. Ale nie chciała, by tamta zamar­twiała się tu razem z nią. Może nic się nie stało, może pole­ciał innym samo­lo­tem. Prze­cież z Lon­dynu do War­szawy jest dużo rej­sów.

Wró­ciła do kuchni i spraw­dziła połą­cze­nia lot­ni­cze Lon­dyn–War­szawa. Był jeden dwu­na­sta trzy­dzie­ści pięć, a póź­niej­szy dopiero po dru­giej. Ale jakiego czasu? Ile minut przed odlo­tem otwie­rają gate? Nie, to na nic.

W tele­wi­zji poka­zy­wali nowe uję­cia z miej­sca kata­strofy. Ktoś szedł z kamerą przez roz­oraną zie­mię pokrytą szcząt­kami samo­lotu i roz­dar­tych drzew.

Nie chciała tego, bo to było jak przy­zna­nie, że Romek mógł być w tym samo­lo­cie, ale prze­cież musiała wie­dzieć. Wykrę­ciła numer info­li­nii poda­nej na dole ekranu tele­wi­zyj­nego.

* * *

Teraz niech mu nawet kon­fi­skują sprzęt. Więk­szość mate­ria­łów poszła, reszta pew­nie wyj­dzie w kilka minut. Naj­pierw zdję­cia, bo lżej­sze, potem filmy.

Sie­dział pod drze­wem, obok motoru i prze­glą­dał doko­na­nia ostat­nich trzy­dzie­stu minut. Impo­nu­jący mate­riał. Być może powi­nien wró­cić i zro­bić dokrętkę, ale teraz już roiło się tam od stra­ża­ków, poli­cji, ratow­ni­ków medycz­nych i innych służb spe­cjal­nych. Posta­no­wił, że odpocz­nie tro­chę i skręci coś za kwa­drans. Nogi miał jak z waty.

Pogry­zał bato­nik ener­ge­tyczny i tago­wał nie­które zdję­cia jako pry­watne, nie do użytku publicz­nego. Wybie­rał te, na któ­rych można było roz­po­znać twa­rze. Było ich parę – kil­koro pasa­że­rów wyrzu­ciło z samo­lotu przed eks­plo­zją. Kie­dyś robił zdję­cia zna­nej pio­sen­karki, która roz­biła się swoim spor­to­wym wozem, jadąc razem z przy­ja­cie­lem, czy może kochan­kiem. Oboje zgi­nęli, gdy samo­chód wbił się w filar wia­duktu. Ona nie miała na sobie maj­tek. Zatrzy­mał dla sie­bie wszyst­kie zdję­cia, na któ­rych było to widoczne. Nie powo­do­wały nim żadne wyż­sze uczu­cia ani nie­ja­sne zasady moralne. Zwy­czaj­nie nie chciał kło­po­tów, a poza tym to było jego zabez­pie­cze­nie na czarną godzinę. Gdyby go przy­ci­snęło, mógł opchnąć te zdję­cia bru­kow­com za cał­kiem kon­kretne pie­nią­dze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?