Mars

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mars
Mars
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,90  55,12 
Mars
Audio
Mars
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Mars






Warszawa 2013

Rafał Kosik

Mars

ISBN: 978-83-61187-61-5

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2003-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2013 by Powergraph Copyright © 2009-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

2040

Prolog

2035

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

2340

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

2040

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Z tej wyso­ko­ści widziała wyraź­nie wyła­nia­jące się już ponad powierzch­nię pustyni trzy usta­wione w trój­kąt okręgi o śred­nicy pięć­dzie­się­ciu metrów każdy. Krzą­ta­jące się wokół nich posta­cie w bia­łych ska­fan­drach wyglą­dały jak ter­mity oglą­da­jące fun­da­menty swo­jego przy­szłego domu.

Prze­krę­ciła regu­la­tor ciągu, roz­po­czy­na­jąc hamo­wa­nie. Mały otwarty latacz zni­żał lot, przy­mie­rza­jąc się do lądo­wa­nia w bazie umiej­sco­wio­nej trzy­sta metrów od okrę­gów. Skła­dała się z kil­ku­na­stu obłych kon­te­ne­rów, łączą­cych je zewnętrz­nych kory­ta­rzy oraz kopuły chro­nią­cej główne pomiesz­cze­nia habi­tatu.

Na czar­nym, bez­chmur­nym nie­bie świet­nie widoczne były gwiazdy. Tak mogło wyglą­dać niebo nad austra­lij­skim Inte­rio­rem czy nad Tek­sa­sem. Ale to miej­sce nazy­wało się Uto­pia Pla­ni­tia i od Tek­sasu dzie­liło je w tej chwili sto milio­nów kilo­me­trów. Oko­licę oświe­tlały usta­wione na wyso­kich rusz­to­wa­niach lampy sodowe, nada­jące wszyst­kiemu w zasięgu wzroku zja­dli­wie poma­rań­czowy odcień.

Latacz, trzesz­cząc amor­ty­za­to­rami i wzbi­ja­jąc chmurę pyłu, usiadł wewnątrz wyzna­czo­nego okrą­głego pola. Trzy nie­wiel­kie dysze zamarły i po chwili, sty­gnąc, zaczęły tykać – ledwo sły­szal­nie za sprawą rzad­kiej atmos­fery. Jedna z postaci krzą­ta­ją­cych się przy zabu­do­wa­niach unio­sła rękę, pozdra­wia­jąc przy­byłą. Kobieta odpo­wie­działa tym samym gestem, choć z tej odle­gło­ści nie mogła roz­po­znać twa­rzy ukry­tej za szkłem hełmu.

Odpięła pas i lekko, tak dalece jak pozwa­lał jej gruby kom­bi­ne­zon, zesko­czyła na zie­mię. Pode­szła do dys­try­bu­tora sto­ją­cego opo­dal lądo­wi­ska, wycią­gnęła jeden z gru­bych kabli, roz­wi­nęła go i wpięła trzy koń­cówki do trzech gniazd w tyl­nej czę­ści kadłuba lata­cza. Zie­lona kon­tro­lka zga­sła, zapa­liła się czer­wona. W papie­ro­wym note­sie, leżą­cym za prze­zro­czy­stymi drzwicz­kami dys­try­bu­tora, ołów­kiem, przy­cze­pio­nym łań­cusz­kiem do urzą­dze­nia, kobieta zapi­sała godzinę roz­po­czę­cia łado­wa­nia. Potem sta­ran­nie zamknęła drzwiczki.

Prze­sta­wiła czę­sto­tli­wość radia na główny kanał bazy.

—… raz zacina się trak­cja w trójce — usły­szała frag­ment roz­mowy. Rozej­rzała się, ale nie stwier­dziła, do kogo należy głos. Ten ktoś mógł być nawet po dru­giej stro­nie bazy. Już w pierw­szym tygo­dniu prac wysia­dła uda­wana ste­reo­fo­nia, pozwa­la­jąca okre­ślić przy­naj­mniej kie­ru­nek, z któ­rego docho­dzi sygnał. Nikt nie potra­fił tego napra­wić.

— Roz­bie­ramy i jesz­cze raz prze­glą­damy śrubkę za śrubką — odpo­wie­dział drugi głos. — Nie wyobra­żam sobie nawet, co będzie, jak to za tydzień albo za mie­siąc się zatnie.

— Ja też sza­nuję swoją eme­ry­turę.

Z poziomu ziemi widać było, że trzy okrą­głe mury mają kil­ka­na­ście metrów wyso­ko­ści. Na kra­wę­dzi pierw­szego z nich leżał podłużny ciemny kształt ucze­piony ścian dwiema solid­nymi łapami. Po ledwo widocz­nej z tej odle­gło­ści dra­bince wolno wspi­nał się w jego kie­runku czło­wiek w krę­pu­ją­cym mu ruchy ska­fan­drze. Dotarł do maszyny i otwo­rzył pokrywę. Wgra­mo­lił się wyżej, cho­wa­jąc się we wnę­trzu do połowy. To zapewne on był jed­nym z roz­mów­ców.

To były już ostat­nie poprawki. Dalej, odda­lone ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa o pół kilo­me­tra, stały trzy wrze­cio­no­wate rakiety, któ­rymi za dwa dni odlecą do domu. Ludzie pra­cu­jący we wszyst­kich bazach zosta­wią tę pla­netę bez­ludną na dwa lata. W tym cza­sie, jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, auto­maty, krą­żąc wokół rosną­cych okrę­gów, będą wyle­wać kolejne war­stwy betonu i zbu­dują sześć­set­me­trowe budowle. Trzony wież elek­tro­li­tycz­nych. Po dwóch latach ludzie wrócą tu z nowym sprzę­tem i dokoń­czą pracę zbyt już skom­pli­ko­waną dla maszyn. Wresz­cie, po kilku sezo­nach prac, opusz­czą Marsa na nie­mal sto lat. Kon­tro­lo­wane reak­cje nukle­arne pod­grzeją grunt, roz­po­czy­na­jąc pro­ces uwal­nia­nia wody, uwię­zio­nej dotych­czas wiele metrów pod powierzch­nią, i pod­grze­wa­nia pla­nety. To z kolei przy­czyni się do roz­to­pie­nia czap polar­nych i uwol­nie­nia do atmos­fery jesz­cze więk­szej ilo­ści wil­goci i dwu­tlenku węgla, dopro­wa­dza­jąc do gwał­tow­nego efektu cie­plar­nia­nego.

 

Setki podob­nych wież elek­tro­li­tycz­nych na całej pla­ne­cie będą pra­co­wi­cie prze­chwy­ty­wać wil­goć i pro­du­ko­wać tlen, by pierwsi osad­nicy mogli ode­tchnąć czy­stym powie­trzem. Przy­wi­tają ich zie­lone od poro­stów skały, zaro­śnięte stepy, zamiast pustyni.

Lasy będą jed­nak musieli zasa­dzić sami, a morza… na morza trzeba będzie zacze­kać znacz­nie dłu­żej.

Jaka przy­szłość nas tu czeka?, pomy­ślała.

Odpo­wie­dzią był gło­śny wrzask, wypeł­nia­jący wnę­trze jej hełmu. Drgnęła, wypro­sto­wała się i rozej­rzała, pró­bu­jąc odszu­kać źró­dło dźwięku. Ludzie w zasięgu jej wzroku zro­bili to samo. Krzyk zmie­nił czę­sto­tli­wość, co ozna­czało roz­sz­czel­nie­nie ska­fan­dra, po czym ucichł zdu­szo­nym jękiem i meta­licz­nym zgrzy­tem. Sły­chać było teraz mono­tonne szu­ra­nie i ter­kot. Dźwięk bez kie­runku i odle­gło­ści trwał zawie­szony mię­dzy ludźmi, to nasi­la­jąc się, to słab­nąc. Zda­wał się docho­dzić od strony rakiet, chwilę potem z habi­tatu, to znów od budowy.

Im moc­niej wsłu­chi­wała się w ten dźwięk, tym mniej wie­działa, czym on jest. Poczuła nie­przy­jemne ciarki na ple­cach. Obej­rzała się – za bara­kiem maga­zy­no­wym zaczy­nała się pusty­nia. Krzyk mógł docho­dzić skąd­kol­wiek, więc i stam­tąd.

Wyobra­ziła sobie maszyny kro­czące z Wojny świa­tów H. G. Wel­lsa, które idąc przez pusty­nię w stronę bazy, szu­rały w pia­sku i ter­ko­tały gwin­to­wa­nymi tule­jami gigan­tycz­nych koń­czyn. Irra­cjo­nal­nie cze­kała, aż wejdą w zasięg sodo­wego świa­tła…

Tech­nicy, popra­wia­jący insta­la­cję hydrau­liczną przy zabu­do­wa­niach bazy, stali zdez­o­rien­to­wani, trzy­ma­jąc w rękach narzę­dzia; troje ludzi pod jedną z rakiet gesty­ku­lo­wało, zetknęli się heł­mami, aby roz­ma­wiać bez radia. Mecha­nik na jed­nej z wież wciąż grze­bał we wnę­trzu auto­matu – na zewnątrz wysta­wały tylko jego nogi. Nie było wia­domo, co dzieje się wewnątrz bazy, ale prze­by­wa­jący tam ludzie zapewne nie korzy­stali z radia.

— Mel­do­wać się po kolei! — rzu­cił jakiś głos prze­bi­ja­jący się przez szu­ra­nie. — Sek­cjami. Pierw­sza!

Kolejne osoby rzu­cały swoje nazwi­ska w kolej­no­ści alfa­be­tycz­nej.

— Druga!

Znów kilka nazwisk. Gdy nikt nic nie mówił, mikro­fony wyłą­czały się i powra­cał ów nie­po­ko­jący dźwięk – ni to ter­kot, ni szu­ra­nie. Szur, szur…

— Trze­cia!

Nazwi­ska, potem kolejne dwie sek­cje i kolejne nazwi­ska. Potem szu­ra­nie. Ludzie z bazy wie­dzieli już o krzyku, bo w okrą­głych oknach poja­wiły się twa­rze.

Nie­któ­rzy ze stra­chem wpa­try­wali się w pusty­nię.

— Mar­ti­nez?

Szur, szur, szur.

— Mar­ti­nez?! Ode­zwij się.

Szur, szur, szur.

— Mar­ti­nez!!!

Ktoś rzu­cił trzy­mane w dłoni narzę­dzie i zaczął biec, inni od razu poszli w jego ślady.

Kobieta spoj­rzała za nimi. Nie wie­działa, kim jest Mar­ti­nez ani gdzie go szu­kać. Powio­dła wzro­kiem w kie­runku celu, do któ­rego wszy­scy bie­gli – na powsta­jące wieże. Zaci­snęła zęby. Z wnę­trza powoli prze­su­wa­ją­cego się auto­matu wysta­wały nogi. Nie­ru­chome.

Ktoś wyłą­czył napęd. Ter­kot zwol­nił i ustał. Wtedy pobie­gła i ona.

Nie było maszyn kro­czą­cych ani Mar­sjan. Były tylko zaci­na­jący się mecha­nizm i nie­ostrożny, spie­szący się mecha­nik.

Gdy z tru­dem łapiąc oddech, dotarła na miej­sce, ukła­dali go na ziemi. Kom­bi­ne­zon był roze­rwany w poło­wie klatki pier­sio­wej, a wypły­wa­jąca z niego krew od razu zama­rzała. Gór­nej czę­ści ciała nie było – nale­żała już do pół­noc­nej wieży.

* * *

Pogrzeb trwał krótko. Nie było czasu na uro­czy­ste cere­mo­nie. Kil­ka­dzie­siąt osób w zamy­śle­niu wpa­try­wało się zza zło­ci­stych szyb heł­mów w niski kur­han. Potem, jeden za dru­gim, ode­szli. Liczyli się z ofia­rami, były czę­ścią tej gry.

Kobieta została naj­dłu­żej. Żegnała czło­wieka, któ­rego nawet nie znała, a potem ruszyła w prze­ciwną stronę niż wszy­scy. Miała jesz­cze dość tlenu. Weszła nie­mal na szczyt jed­nej z wydm, by przed snem popa­trzeć na nocny Mars. Zasa­pała się, choć ważyła tutaj mniej niż połowę tego co na Ziemi. Z nie­po­ko­jem myślała o tym, co będzie, jak wróci do domu. Po trzech zale­d­wie mie­sią­cach pracy tutaj odzwy­cza­iła się od wła­snego cię­żaru.

Za ple­cami miała pra­cu­jącą całą dobę bazę, przed sobą zanu­rzoną w bla­dym bla­sku gwiazd, cią­gnącą się przez tysiące kilo­me­trów mar­twą pusty­nię. Nie, nie do końca mar­twą – gdzieś tam musi być następna baza i jesz­cze następna. Obok każ­dej z nich rośnie, lub jest już wykań­czana, wieża. Cza­sem dwie. Nie wia­domo, dla­czego układ trzech wież będzie tylko tu.

Gdzieś tam, sto, dwie­ście kilo­me­trów dalej, spo­czy­wała sonda Viking 2.

Żało­wała, że nie dożyje naro­dzin nowego świata. Będzie się tu mogło osie­dlić dopiero piąte poko­le­nie, ludzie, któ­rzy ją będą oglą­dać na sta­rych zdję­ciach, pośród wielu innych ano­ni­mo­wych postaci. Żal przy­szłych dni. Znowu ta sama cho­lerna nostal­gia. Prze­cież tak samo myśleli jej przod­ko­wie, i tak samo będą myśleć kolejne poko­le­nia o swo­ich następ­cach.

Odwró­ciła się i zro­biła pierw­szy krok w dół, ale zatrzy­mała się. Wydało się jej, że widzi na sąsied­niej wydmie jakiś ruch. Zaczęła wspi­nać się piasz­czy­stym zbo­czem na szczyt.

Zatrzy­mała się onie­miała. Prze­szył ją zimny dreszcz. Teraz widziała już wyraź­nie – pięć­dzie­siąt metrów dalej stała dwójka dzieci. Kil­ku­letni chłop­czyk obej­mo­wał star­szą dziew­czynkę, a ona przy­tu­lała go opie­kuń­czo. Drugą ręką wska­zy­wała jakiś odle­gły punkt na pustyni.

Kobieta, nie mogąc ode­rwać od nich wzroku, osu­nęła się na kolana. To musiał być odblask… złu­dze­nie… Dzieci nie miały ska­fan­drów.

2305

1

Allen Ryan zajęty był zwra­ca­niem obiadu do folio­wej torebki. Każdy, kto miał wąt­pliwą przy­jem­ność wymio­to­wa­nia w sta­nie nie­waż­ko­ści, wie, jakie to trudne. Nie wystar­czy pochy­lić się, by wszystko co zbędne wypły­nęło z ust. O nie, trzeba to wydmuch­nąć, wypchnąć języ­kiem bądź w jaki­kol­wiek inny spo­sób spra­wić, by zna­la­zło się na zewnątrz – naj­le­piej w torebce. Po każ­dej takiej sesji powie­trze wokół pełne było małych męt­nych kro­pe­lek, które przez dłu­gie minuty osia­dały na ścia­nach, przed­mio­tach bądź współ­pa­sa­że­rach.

Allen nie spo­dzie­wał się aż tak trud­nych warun­ków. Nikt go na przy­kład nie uprze­dził, że tu nie ma sztucz­nego cią­że­nia. Dwa dni temu, po wyłą­cze­niu głów­nego ciągu zapew­nia­ją­cego przy­spie­sze­nie pół­tora G, wszystko, łącz­nie z pasa­że­rami, nagle unio­sło się w powie­trze. Kil­ka­krot­nie ostrze­gano ich o zbli­ża­ją­cym się wyłą­cze­niu sil­ni­ków, jed­nak Allen nie koja­rzył tego z zani­kiem cią­że­nia.

Chło­pak wie­dział, że aby zapew­nić cią­że­nie, sta­tek powi­nien się obra­cać jak pocisk wystrze­lony z rewol­weru lub mieć obro­towe pier­ście­nie miesz­kalne. To była teo­ria, ale poru­sza­jąc się we wnę­trzu statku plą­ta­niną kory­ta­rzy, trudno było stwier­dzić, gdzie jest przód, gdzie tył i czy to wszystko się obraca, czy nie. Przed star­tem nie obej­rzał statku, a w czę­ści dostęp­nej dla pasa­że­rów nie było okien. To rów­nież bar­dzo roz­cza­ro­wało Allena. Nie tylko nie mógł rzu­cić ostat­niego spoj­rze­nia male­ją­cej w oddali matce Ziemi, ale nawet nie czuł, że się prze­miesz­cza.

Bilet na podróż frach­tow­cem był tani. Za miej­sce na bar­dziej kom­for­to­wym statku pasa­żer­skim, nawet w trze­ciej kla­sie, musiałby zapła­cić pię­cio­krot­nie wię­cej. Przed star­tem nie widział powodu do uszczu­pla­nia swo­ich skrom­nych oszczęd­no­ści. Z per­spek­tywy dwu­ty­go­dnio­wego zamknię­cia w zardze­wia­łym pudle wyglą­dało to z pew­no­ścią ina­czej niż na mięk­kim fotelu na wprost biu­ścia­stej dziew­czyny z biura podróży. Nie nama­wiała go wcale na podróż frach­tow­cem. Wprost prze­ciw­nie – uprze­dzała, że warunki będą surowe. Chyba tylko ina­czej poj­mo­wała słowo „surowe” lub, co bar­dziej praw­do­po­dobne, nic o tych warun­kach nie wie­działa.

Tak czy ina­czej, sam wybrał i sie­dział teraz ucze­piony jedną ręką jakie­goś uchwytu, drugą pró­bu­jąc zła­pać w torebkę wła­sne wymio­ciny. Nie on jeden rzy­gał, toteż zapach uno­szący się w powie­trzu był mało przy­jemny. Wymien­niki powie­trza usta­wiono na mini­mum, do tego stop­niowo zmniej­szano ciśnie­nie, by uła­twić póź­niej­szą akli­ma­ty­za­cję. Po dwu dniach braku cią­że­nia wszy­scy, nawet ci, któ­rych żołą­dek nie bun­to­wał się, stra­cili ape­tyt.

Dla pasa­że­rów prze­zna­czono trzy kajuty z pię­tro­wymi kojami i wiecz­nie miga­ją­cymi, dają­cymi zimne, nie­przy­jemne świa­tło jarze­niów­kami. Z oferty podróży tym zło­mem sko­rzy­stało dwa­dzie­ścia pięć osób. Zapewne rów­nie ubo­gich jak on.

Coraz mniej ludzi emi­gro­wało na Marsa. Allen wie­dział o tym, ale wła­śnie w tym upa­try­wał swo­jej szansy. Miał dwa­dzie­ścia lat i cały mają­tek zako­do­wany w mikro­chi­pie jedy­nej karty kre­dy­to­wej. Już samo posia­da­nie karty kre­dy­to­wej świad­czyło o jego niskiej pozy­cji spo­łecz­nej. Rodzi­ców nie znał, dal­szej rodziny też nie. Był sam, a rachu­nek eko­no­miczny ostat­nich trzech lat nie wyglą­dał naj­le­piej. Oszczęd­no­ści kur­czyły się nie­za­leż­nie od tego, jakiej pracy się podej­mo­wał. Życie w mie­ście było zbyt dro­gie. Allen nie mógł zro­zu­mieć w jaki spo­sób ludzie, z któ­rymi pra­co­wał, potra­fili utrzy­mać sie­bie i rodzinę. Jeśli nie chciał wylą­do­wać w tek­tu­ro­wym domku pod mostem, miał do wyboru kilka roz­wią­zań, a Mars był praw­do­po­dob­nie naj­lep­szym z nich. Dla wielu naj­trud­niej­szą decy­zją było porzu­ce­nie prak­tyk reli­gij­nych – na Mar­sie były zabro­nione. Jed­nak dla Allena to aku­rat nie sta­no­wiło pro­blemu.

Więk­szość pasa­że­rów pra­wie nie opusz­czała kajut. Posta­no­wili prze­we­ge­to­wać podróż. Dokład­nie tak to wyglą­dało. Jedli, spali, tro­chę roz­ma­wiali. Allen nie mógł znieść ich towa­rzy­stwa. Nudząc się, wędro­wał kory­ta­rzami i oglą­dał wszystko, co nie było zamknięte.

Raz wszedł nie­chcący przez właz tech­niczny do jed­nej z ładowni. Była po brzegi wypeł­niona opa­ko­wa­nymi w drew­niane ramy sil­ni­kami spa­li­no­wymi. Po co sil­niki spa­li­nowe na Mar­sie? Tam prze­cież nie ma paliw kopal­nych.

— Połknij to. — Czar­no­włosa dziew­czynka prze­rwała mu roz­my­śla­nia. Wycią­gała do niego dłoń z szarą pastylką.

Uniósł wzrok, kon­cen­tru­jąc się na jej pal­cach. Było mu już wszystko jedno. Wziął pastylkę i przyj­rzał się jej z bli­ska.

— Pomoże, jeśli dasz jej wystar­cza­jąco dużo czasu — usły­szał.

Wło­żył ją do ust i połknął bez popi­ja­nia. Powstrzy­mał kolejną falę nud­no­ści.

Kwa­drans spę­dził na walce z żołąd­kiem. Potem poczuł się lepiej. Pły­nąc od ściany do ściany, odna­lazł dziew­czynę w mesie.

— Dzięki. — Uśmiech­nął się. — Chyba działa.

— Kosz­tuje gro­sze i można kupić w każ­dej aptece. Zna­la­złam wła­śnie zapa­sowe opa­ko­wa­nie i roz­daję wszyst­kim. Jes­sica — przed­sta­wiła się, wycią­ga­jąc dłoń.

— Allen — uści­snął jej drobną rączkę, uno­sząc się na śro­dek sali. Głu­pio to wyglą­dało, bo zamiast kon­ty­nu­ować roz­mowę, szu­kał pod­par­cia, by cho­ciaż pozo­stać przo­dem do dziew­czyny. Ona jed­nak nie­zra­żona kon­ty­nu­owała:

— Podró­żuję z mamą i bra­tem. Tato jest na Mar­sie od trzech lat. Nie mogę się już docze­kać lądo­wa­nia, bo tutaj jest strasz­nie nudno. Nic się nie dzieje.

— Nudno, fakt, ale lepiej, że nic się nie dzieje. — Chwy­cił się obu­dowy lampy. — To zna­czy, że jesz­cze żyjemy.

Mówił poważ­nie, ale ona zaśmiała się, bio­rąc to za żart.

— Jak to?

— Mam na myśli awa­rię. Zasta­na­wia­łem się też przed odlo­tem, że mogłoby oka­zać się, że nie ma żad­nej kolo­nii, a statki otwie­rają luki i wyrzu­cają emi­gran­tów w prze­strzeń kosmiczną, by powró­cić po następny ładu­nek. Nie, nie chcia­łem cię wystra­szyć, prze­pra­szam.

Nie powinno się opo­wia­dać takich rze­czy trzy­na­sto­let­nim dziew­czyn­kom. Zmarsz­czyła brwi. Allen przyj­rzał się jej dokład­niej. Czarne włosy, nie­winna buźka, porządne ubra­nie. Zapewne trak­to­wała tę podróż jak zabawę. Tylko czemu mamu­sia wybrała taki sub­stan­dard? Nie zapy­tał. Wolał unik­nąć iden­tycz­nego pyta­nia z jej strony.

— Byłeś kie­dyś na Mar­sie? — zapy­tała.

 

— Nie, ale… dużo czy­ta­łem. Pra­co­wa­łem kie­dyś w biblio­tece.

Nie dodał, że jako sprzą­tacz.

— Czy to prawda, że tam wszy­scy są o połowę lżejsi? — zapy­tał mały chłop­czyk, pod­la­tu­jąc do nich tak spraw­nie, jakby robił to od dawna.

— To mój brat, Jared — przed­sta­wiła go dziew­czynka.

— Będę arche­olo­giem — oznaj­mił.

Powie­dział to z nie­zwy­kłą pew­no­ścią sie­bie.

— Wybra­łeś złą pla­netę — odparł Allen. — Na Mar­sie nikogo przed nami nie było. Może bak­te­rie… miliardy lat temu.

— Byli Mar­sja­nie!

— Jak ich znaj­dziesz, pierw­szy ci pogra­tu­luję. Co do cią­że­nia, to po kilku dniach się przy­zwy­cza­jasz, a kiedy wró­cisz na Zie­mię, będzie ci się wyda­wało, że nosisz dru­giego sie­bie na ple­cach.

— My ni­gdy nie wró­cimy na Zie­mię — powie­dział malec, poważ­nie­jąc.

2

Allen zamknął oczy i zacią­gnął się rzad­kim, cie­płym powie­trzem pach­ną­cym prze­grza­nym meta­lem powierzchni kadłuba. Przy­po­mniał sobie histo­rię pierw­szych ludzi na Mar­sie. Kobieta i męż­czy­zna przy­le­cieli tu, by zatknąć gwiaź­dzi­sty sztan­dar i flagę zjed­no­czo­nej Europy. Trwała wtedy zażarta dys­ku­sja, kto ma pierw­szy posta­wić stopę na Czer­wo­nej Pla­ne­cie – męż­czy­zna czy kobieta. Oni zała­twili to w spo­sób naj­prost­szy z moż­li­wych. Zesko­czyli z trapu, trzy­ma­jąc się za ręce i ni­gdy nikomu nie powie­dzieli, które z nich pierw­sze dotknęło czer­wo­nego pia­sku. Naj­pew­niej sami nie wie­dzieli. Nie chcieli też zdra­dzić, którą flagę wbili naj­pierw.

— Tutaj będę żył i tutaj umrę — powie­dział cicho, wodząc wzro­kiem po hory­zon­cie.

Inni pasa­że­ro­wie nie dali mu się zachwy­cać pierw­szą chwilą nowego życia. Potrą­cali go, mru­cząc pod nosem nie­uprzejme uwagi. Wes­tchnął i razem z nimi ruszył stro­mym tra­pem rezo­nu­ją­cym w rytm kro­ków. Mar­sjań­ski wiatr roz­wie­wał jego jasne włosy.

Ude­rze­nie gorąca nie było spo­wo­do­wane upa­łem, to osłony radia­cyjne w seriach trza­sków i głu­chych ude­rzeń odda­wały nad­miar cie­pła. Kiedy zeszli z trapu, poczuli jesz­cze żar bijący od nagrza­nej sil­ni­kami płyty lądo­wi­ska. Cią­gnęła się daleko, prze­cho­dząc płyn­nie w poma­rań­czo­wo­rudą pusty­nię. Chyba od dawna nikt tu nie sprzą­tał, bo na beto­nie two­rzyły się nie­wiel­kie ruchome wydmy wyglą­da­jące jak żebra. Lądu­jący sta­tek oczy­ścił z pia­chu obszar o śred­nicy stu metrów, usy­pu­jąc na jego kra­wę­dziach dwu­me­trowy wał. Niebo było fio­le­towo-różowe, choć może było to wra­że­nie wywo­łane dłu­gim prze­by­wa­niem w sztucz­nym oświe­tle­niu. Ni­gdzie wokoło ani śladu mia­sta.

Im dalej od statku, tym moc­niej czuć było chłód zbli­ża­ją­cego się wie­czoru. Allen odwró­cił się i uniósł głowę – dopiero teraz mógł obej­rzeć sta­tek z zewnątrz. Nocą na Flo­ry­dzie, w stru­gach ulew­nego desz­czu, nie­wiele widział. Sta­tek był śred­niej wiel­ko­ści kla­sycz­nym frach­tow­cem z ledwo widoczną nazwą wyma­lo­waną białą farbą – „Yel­low­stone”. Nie mogło tu być mowy o sztucz­nej gra­wi­ta­cji. Wysoki na sto dwa­dzie­ścia metrów, naj­szer­szy na dwóch trze­cich wyso­ko­ści i zwę­ża­jący się łukiem ku górze kadłub, w kon­tra­sto­wym świe­tle zacho­dzą­cego słońca, wyglą­dał jak wieża gotyc­kiej kate­dry, choć zamiast wyku­szy, rozet, gzym­sów i przy­pór miał jedy­nie obłe wybrzu­sze­nia i guzy kry­jące bli­żej nie­znane szcze­góły wnę­trza. Powie­trze wokół statku drgało. Cztery wiel­kie, sze­roko roz­sta­wione pod­pory utrzy­my­wały gasnące czer­wie­nią dysze kilka metrów nad zie­mią. Rzadki, nie­bie­skawy dym uno­sił się wzdłuż kadłuba, wyżej dawał się porwać wia­trowi.

Kilo­metr dalej stał iden­tyczny frach­to­wiec i dwa statki pasa­żer­skie klasy 500. Więk­sze jed­nostki w ogóle nie wcho­dziły w atmos­ferę. Okrą­żały pla­netę, zrzu­ca­jąc ładu­nek w cylin­drycz­nych kon­te­ne­rach, które spa­dały, roz­ża­rza­jąc się do bia­ło­ści w gór­nych war­stwach atmos­fery, by potem wypu­ścić spa­do­chrony i ude­rzyć w pusty­nię gdzieś z dala od miast. Statki, uwol­nione od cię­żaru, wyko­rzy­sty­wały gra­wi­ta­cję Marsa, by przy mini­mal­nym zuży­ciu paliwa wró­cić na Zie­mię. Zawar­tość kon­te­ne­rów zabie­rano kop­te­rami bądź trans­por­te­rami. Nic się nie mar­no­wało – wyko­rzy­sty­wano nawet same kon­te­nery i ich spa­do­chrony.

Cóż, nie każdy ładu­nek mógł prze­trwać lot przez atmos­ferę i ude­rze­nie w grunt. Śred­nie jed­nostki zawsze będą potrzebne.

Allen prze­stał kon­tem­plo­wać ten widok i dogo­nił resztę grupy. Ponie­waż jego bagaż ogra­ni­czał się do jed­nego ple­caka, pomógł star­szej kobie­cie nieść ciężką torbę. Nie było tu portu kosmicz­nego w ziem­skim rozu­mie­niu. Nikt nawet po nich nie wyje­chał. Wła­ści­wie tego wła­śnie nale­żało się spo­dzie­wać, decy­du­jąc się na emi­gra­cję do nieco zaco­fa­nego świata. Allen był z tego nawet zado­wo­lony.

Pasa­że­ro­wie, narze­ka­jąc, szli w stronę odle­głego o pół kilo­me­tra, skon­stru­owa­nego z kilku kopuł, budynku z napi­sem „New Lon­don”. Pod nogami zaczy­nał im chrzę­ścić nawie­wany znów pia­sek. Cie­kawe, że zna­lazł się na powierzchni Marsa czę­ściowo w wyniku dzia­łań czło­wieka. Gdy już poko­nali pia­skowy wał ota­cza­jący sta­tek, zoba­czyli jadący w ich stronę mały pojazd, który oka­zał się wóz­kiem baga­żo­wym. Kie­rowca zatrzy­mał się, zacze­kał, aż upchną swoje torby, ple­caki i walizki na nie­wiel­kiej plat­for­mie, i bez słowa odje­chał.

Pasa­że­ro­wie ruszyli dalej pie­szo, wciąż narze­ka­jąc. Cóż… Spa­cer kosz­to­wał mniej ener­gii niż wysła­nie po nich auto­busu. Racje żyw­no­ściowe dla czło­wieka poru­sza­ją­cego się pie­szo były prze­cież takie same, jak dla przy­wie­zio­nego auto­bu­sem. Mar­sjań­ska rze­czy­wi­stość.

Tuż przed budyn­kiem portu minęli kilka kop­te­rów przy­cu­mo­wa­nych lin­kami do ziemi. Allen czuł nie­zwy­kłą lek­kość ciała, tym sil­niej­szą, że przez ostat­nie dni musiał zno­sić pół­tora G wstecz­nego ciągu. Prze­cho­dząc pod skrzy­dłem kop­tera, czuł, że bez trudu dosko­czyłby do wiszą­cego cztery metry nad zie­mią rotora.

Wcho­dząc do hali portu, rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie na „Yel­low­stone”. Za dwa dni frach­to­wiec wystar­tuje w drogę powrotną. Potem, na bli­sko pół­tora roku komu­ni­ka­cja z Zie­mią usta­nie. Koniec sezonu tłu­ma­czył te pustki i senną atmos­ferę.

Wnę­trze hali wyglą­dało impo­nu­jąco. Dopiero tutaj widać było, że budynki portu są ogromne – były zagłę­bione na kilka kon­dy­gna­cji w zie­mię.

Z dwu­dzie­stu sta­no­wisk odprawy pasz­por­to­wej pra­co­wało tylko jedno. W pustej, przy­go­to­wu­ją­cej się już do dłuż­szego prze­stoju hali ufor­mo­wała się kolejka. W szczy­cie, kiedy Zie­mia i Mars zbli­żały się do sie­bie, prze­wi­jało się tędy kilka tysięcy osób dzien­nie.

Nie ist­niały prawne ogra­ni­cze­nia zabra­nia­jące swo­bod­nego prze­miesz­cza­nia się po całej pla­ne­cie. Miesz­kańcy Marsa mieli takie same pasz­porty, posłu­gi­wali się, przy­naj­mniej w teo­rii, jed­nym języ­kiem i wybie­rali przed­sta­wi­cieli do wspól­nego par­la­mentu. Jedyną szansą na przy­sto­so­wa­nie tej pla­nety do potrzeb ludzi było pro­wa­dze­nie jed­no­li­tej glo­bal­nej poli­tyki. For­mal­nie wszy­scy nale­żeli więc do jed­nego spo­łe­czeń­stwa. Jed­nak ofi­cer imi­gra­cyjny miał mun­dur bry­tyj­ski. Pewne siły oba­wiały się widocz­nie zbyt­niego poczu­cia jed­no­ści i dbały, by zacho­wać prze­nie­sione z Ziemi podziały. Trzy miliardy Mar­sjan sta­no­wiły naj­licz­niej­sze pań­stwo w Ukła­dzie Sło­necz­nym. Nie mogło być oczy­wi­ście mowy o rebe­lii. Kolo­nia długo jesz­cze nie będzie mogła funk­cjo­no­wać bez dostaw z Ziemi.

Allen docze­kał się na swoją kolej. Znu­dzony, myślący już o urlo­pie ofi­cer zadał ruty­nowe pyta­nie o cel podróży i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, przy­bił cyfrową pie­częć. Palm­top Allena pik­nął, potwier­dza­jąc otrzy­ma­nie stem­pla przez kartę ID. Obyło się bez wylew­nych powi­tań. Dziew­czyna w czapce z dasz­kiem i przy­le­pio­nym do ust sztucz­nym uśmie­chem prze­słała każ­demu bro­szurkę z pod­sta­wo­wymi infor­ma­cjami doty­czą­cymi pierw­szych dni w Nowym Lon­dy­nie, roz­dała dwu­li­trowe butelki wody i wska­zała drogę do sta­cji kolejki pod­ziem­nej.

Utrzy­ma­nie naziem­nych dróg poza mia­stami było nie­opła­calne. Nawet przy ład­nej pogo­dzie usu­wa­nie z nich pia­sku kosz­to­wa­łoby zbyt wiele, a meta­lowe szyny zuży­wa­łyby się szybko. Tak więc port z mia­stem łączył bli­sko trzy­dzie­sto­ki­lo­me­trowy tunel z dwoma torami szyb­kiej kolejki elek­trycz­nej podob­nej do ziem­skiego metra z połowy XXI wieku.

Zeszli kil­ka­na­ście metrów pod zie­mię; nie było scho­dów rucho­mych ani wind. Zło­żony z dwóch wago­nów pociąg wyglą­dał zabaw­nie przy jed­nym z trzy­stu­me­tro­wych pero­nów pustej pod­ziem­nej sta­cji. Aby oszczę­dzać ener­gię, zbędne wagony stały na bocz­nicy.

Wszy­scy wsie­dli. Pociąg łagod­nie przy­spie­szył i teraz pły­nął nie­mal bez­gło­śnie na pneu­ma­tycz­nym zawie­sze­niu, nawet nie na poduszce magne­tycz­nej. Dysze przed pierw­szymi kołami zdmu­chi­wały zia­renka pia­sku, które mogłyby się tam zna­leźć. Wszystko po to, by spo­wol­nić pro­ces zuży­cia szyn.

Allen ni­gdzie nie widział Jes­siki. Zmę­czeni podróżni w więk­szo­ści spali, ale ani jej, ani Jareda wśród nich nie było. Już pod koniec podróży trzy­mała się na ubo­czu. Widział ją kilka razy, ale uśmie­chała się tylko, nie podej­mu­jąc roz­mowy – może prze­stra­szył ją tym gada­niem o otwie­ra­niu luków w próżni. No, a teraz zni­kła cał­kiem.

Za oknem prze­su­wały się nie­re­gu­larne ściany kory­ta­rza. Pociąg mono­ton­nie poko­ny­wał kilo­me­try tunelu. Ci, któ­rzy nie spali, wer­to­wali bro­szurę, ude­rza­jąc pal­cem wska­zu­ją­cym w ekrany palm­to­pów. Allen zer­k­nął tylko na jej począ­tek i wie­dział, że po dotar­ciu do mia­sta naj­pierw musi udać się do cen­trum imi­gra­cyj­nego.

Popra­wił się w fotelu i pocią­gnął spory łyk z butelki. Był cie­kaw, ile prawdy jest w tym, że do wszyst­kich napo­jów na Mar­sie doda­wane są leki, głów­nie prze­ciw ast­mie.

* * *

Wyszedł z pod­ziem­nej sta­cji do prze­szklo­nej hali. Rozej­rzał się – wła­ści­wie przy­po­mi­nała halę pierw­szego lep­szego dworca kole­jo­wego na Ziemi. Za oknami widział wyso­kie budynki, błysz­czące czer­wie­nią w świe­tle zacho­dzą­cego słońca. Johan­nes­burg? Miami? Pra­wie. Popra­wił ple­cak, spraw­dził, czy port­fel scho­wany jest głę­boko w zapię­tej kie­szeni, i wyszedł na ulicę w kolo­rowy tłum. Tu było już widać róż­nicę. Ludzie może tro­chę wyżsi, nie było za to samo­cho­dów, z wyjąt­kiem elek­trycz­nych auto­bu­sów miej­skich. Przy kra­węż­ni­kach par­ko­wały łaziki na gru­bych opo­nach. Do oszklo­nych, zaku­rzo­nych kabin trzeba było się nie­mal wspi­nać.

Więk­szość ludzi prze­miesz­czała się na wszel­kiego typu rowe­rach. Dwu-, trój- i czte­ro­ko­ło­wych, pozio­mych, pio­no­wych, ze szkla­nymi osło­nami i bez. W cen­trum stało kil­ka­dzie­siąt wie­żow­ców. Słabe cią­że­nie zna­ko­mi­cie uła­twiało sta­wia­nie wyso­kich budyn­ków. Głów­nym ogra­ni­cze­niem przy ich kon­stru­owa­niu była odpor­ność na wiatr. Działki w cen­trum mia­sta były naj­droż­sze, bo kilo­me­trami cią­gnąca się we wszyst­kich kie­run­kach zabu­dowa dawała naj­lep­szą ochronę przed pusty­nią. Dla­tego też każdy nowy budy­nek biu­rowy pro­jek­to­wano co naj­mniej na czter­dzie­ści kon­dy­gna­cji, by zop­ty­ma­li­zo­wać koszty. Tak wyso­kie budynki zacho­wy­wały się sta­bil­niej w cza­sie trzę­sień ziemi, co dla więk­szo­ści ludzi było trudne do zro­zu­mie­nia.