RóżaniecTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Różaniec


ISBN: 978-83-64384-69-1

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2017 by Rafał Kosik Copyright © 2017 by Powergraph Copyright © 2017 for the cover illustration by Rafał Kosik Copyright © 2017 for the cover photo by iStock Copyright © 2017 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redaktor prowadząca serii: Kasia Sienkiewicz-Kosik Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Ilustracja na okładce: Rafał Kosik Zdjęcie Warszawy: iStock Projekt graficzny i opracowanie: Rafał Kosik Wyłączna dystrybucja: „FK Olesiejuk” Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

CZĘŚĆ I

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

CZĘŚĆ II

I

II

III

IV

V

VI

VII

CZĘŚĆ III

I

II

III

IV

V

VI

VII

CZĘŚĆ I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I

Prze­czu­cie powinno mu pod­po­wie­dzieć, że jest już po tam­tej stro­nie. Ale on nie miał prze­czuć, jego przod­ko­wie tłu­mili je od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Zorien­to­wał się, że coś jest nie tak, gdy dwóch osił­ków w zło­tych lustrza­nych maskach ano­ni­mi­zu­ją­cych zagro­dziło mu trasę cowie­czor­nego jog­gingu. Drzewa w parku prze­sła­niały świa­tła latarni, pra­wie na nich wpadł. Pomy­ślał, że to napad, i chyba tylko dla­tego zare­ago­wał. Rzu­cił się w bok i potknął o kra­węż­nik. Usły­szał elek­tryczny trzask, a błę­kitne iskry prze­le­ciały mu nad głową. Pod­parł się o trawę i pognał przed sie­bie. Nie krzy­czał, nie oglą­dał się, by nie tra­cić ener­gii. Po pro­stu biegł, naj­szyb­ciej jak mógł. Błę­kitne iskry prze­cięły powie­trze jesz­cze dwu­krot­nie. Tamci nie mogli strze­lać i biec jed­no­cze­śnie. Odle­głość rosła. Miał nad nimi prze­wagę, bie­gał prze­cież codzien­nie. Prze­sko­czył niskie ogro­dze­nie klombu, zdep­tał róże i skrę­cił w stronę bramy od Ujaz­dow­skich. Zary­zy­ko­wał i obej­rzał się. Nie nadą­żali, byli dobre pięt­na­ście metrów za nim. Jeśli dobie­gnie do bramy… tam będą jacyś ludzie, kamery, dużo kamer. Wypadł na bru­ko­waną alejkę i w kilka sekund poko­nał dystans dzie­lący go od wyba­wie­nia.

Na wprost bramy zatrzy­mała się poma­rań­czowa Nysa. Z sykiem sprę­żo­nego powie­trza drzwi z napi­sem „EL” w kółku prze­su­nęły się, a z wnę­trza wysko­czyło czte­rech męż­czyzn w czarno-poma­rań­czo­wych kom­bi­ne­zo­nach i heł­mach ze zło­tymi lustrza­nymi przy­łbi­cami. Z prze­ra­że­niem zawa­hał się, pra­wie się zatrzy­mał. Skrę­cił w lewo i wystar­to­wał sprin­tem, ale tej chwili zawa­ha­nia już mu zabra­kło. Błę­kitny błysk zbiegł się z ostrym bólem lewego ramie­nia. Reszta ładunku roz­bie­gła się z sykiem po kutym ogro­dze­niu. Płatki róż posy­pały się jak pie­rze z roz­dar­tej poduszki. Krzyk­nął i zachwiał się. Bez­władna ręka spo­wol­niła go, ale biegł dalej.

Ktoś szedł z prze­ciwka, dwie osoby. Patrol poli­cji! Otwo­rzył usta, ale nie zdą­żył krzyk­nąć. Iskry zatań­czyły po chod­niku, wzdłuż szcze­lin w gra­ni­to­wych pły­tach. Świetlne szpilki dosię­gły jego stóp, łydki momen­tal­nie zwiot­czały. Zwa­lił się na zie­mię, amor­ty­zu­jąc upa­dek sprawną ręką. Poli­cjanci zwol­nili i z kil­ku­na­stu metrów, zacie­ka­wieni, obser­wo­wali sytu­ację. Uniósł na nich zdzi­wiony wzrok i wtedy zro­zu­miał – to nie napad.

Tupot cięż­kich butów zało­mo­tał obok jego ucha. Ktoś przy­gniótł go kola­nem do ziemi, ktoś inny wykrę­cił mu ręce i zapiął na nad­garst­kach kaj­danki. Pod­cią­gnęli go w górę we trzech. Sam nie mógł ustać.

— Oby­wa­tel Marek Reweda? — zadud­nił zza maski jeden z czar­nych i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, kon­ty­nu­ował — eli­mi­na­tor numer osiem jeden. W imie­niu Pre­zy­denta War­szawy zatrzy­mu­jemy pana pre­wen­cyj­nie. Przy­słu­gu­jące panu prawa zostaną odczy­tane po potwier­dze­niu legal­no­ści pro­ce­dury pochwy­ce­nia.

Bez­rad­nie wodził wzro­kiem od jed­nej lustrza­nej maski do dru­giej. Już wie­dział, ale potrze­bo­wał jesz­cze chwili, by uwie­rzyć. Prze­cież za godzinę był umó­wiony na kola­cję, prze­cież jutro ma to spo­tka­nie, prze­cież pro­jekt roz­grze­bany.

— Jak…? — zdo­łał wykrztu­sić. — Prze­cież ja nie… Ja nic…

Nie zdo­łał powie­dzieć nic wię­cej, na jego gło­wie zna­lazł się płó­cienny worek. Poczuł, że go cią­gną, a bez­władne nogi trą czub­kami butów o chod­nik. Ale jak to? Prze­cież chciał kupić kota, żeby coś żywego plą­tało się po domu. Już pra­wie się zde­cy­do­wał na czar­nego, żeby na dywa­nie nie było widać sier­ści. Samo­chód miał umyć, pre­zent dla Anki kupić. Tyle rze­czy do zro­bie­nia… Więc jak to…?

Zasu­nęły się za nim drzwi, a Nysa z sze­le­stem sil­ni­ków elek­trycz­nych, bez pośpie­chu ruszyła w kie­runku placu Trzech Krzyży. Lakier płyn­nie zmie­nił kolor z poma­rań­czo­wego na nie­bie­ski, a na bur­cie poja­wiła się reklama usług hydrau­licz­nych.

* * *

Świsz­czący i war­czący wście­kle komu­ni­ka­tor wydo­był go ze studni ner­wo­wego snu pro­sto w obję­cia kaca. Po omacku pac­nął dło­nią w nocny sto­lik. Tra­fił za trze­cim razem i dźwięk ucichł. Roz­kleił powieki i spoj­rzał w sufit. Pożół­kła farba i kabel po żyran­dolu, na któ­rym dyn­dała goła żarówka. I tak nie uży­wał gór­nego oświe­tle­nia. Usiadł i wbił wzrok w odda­loną o dwa metry rów­nie pożół­kłą ścianę i zaśmie­cony regał.

Zwlókł się z łóżka, oparł o ścianę i wyj­rzał przez brudne okno wycho­dzące na beto­nową ter­mi­tierę, iden­tyczną z tą, w któ­rej miesz­kał. W dole ludzie, mali jak mrówki. To nie był dobry widok na taki pora­nek. Zachwiał się i przy­trzy­mał para­petu. Dalej zie­mia uno­siła się łukiem tak, że na Mura­no­wie widział już pra­wie same dachy nik­nące w per­spek­ty­wie. War­szawa owi­jała mu się wokół głowy. Ściany pokoju też ukła­dały się w płasz­czy­zny nie­zu­peł­nie pro­sto­pa­dłe, falo­wały. Ledwo utrzy­mał rów­no­wagę.

Mam pie­nią­dze, pomy­ślał, mógł­bym kupić apar­ta­ment na Żoli­bo­rzu z tara­sem dwa na dwa metry i palmą w donicy. Taras by się przy­dał na takie poranki. Obra­cał tę myśl w gło­wie i jak zawsze doszedł do tego samego wnio­sku: wtedy byłby spłu­kany, miałby za to na gło­wie Urząd Skar­bowy. A nie powi­nien się prze­cież rzu­cać w oczy.

Prze­niósł wzrok na krótki blat kuchenny wci­śnięty mię­dzy zlew a drzwi wej­ściowe. Jezu, kanapki z pasz­te­tem. Więc to stąd ten smród. Na kuchen­nym stołku leżał mokry ręcz­nik. Kogo tu przy­pro­wa­dził? Ją? Nie pamię­tał ani wie­czoru, ani nocy.

Prze­łknął ślinę, ale nie z ape­tytu. Z tru­dem utrzy­my­wał w ryzach swój prze­wód pokar­mowy.

Powlókł się do pach­ną­cej lawen­do­wym mydłem i parą łazienki, gdzie od razu zwy­mio­to­wał do sedesu. Potem wło­żył głowę pod stru­mień zim­nej wody, wresz­cie cały wszedł pod prysz­nic. Dopiero po tym zdo­łał odtwo­rzyć pro­ce­durę pio­no­wa­nia swo­jej osoby kok­taj­lem wita­mi­nowo-ace­ty­lo­sa­li­cy­lo­wym. Z tru­dem prze­łknął musu­jący płyn. Scho­wał jesz­cze do lodówki kanapki z pasz­te­tem i spró­bo­wał sku­pić myśli.

 

Dziś popo­łu­dnie z Mary­sią. Widy­wał ją raz na dwa tygo­dnie i miał dla niej led­wie kilka godzin. Nie powi­nien wczo­raj tyle pić. Ale przed­tem – zer­k­nął na ekran komu­ni­ka­tora – spo­tka­nie z klien­tem, któ­rego WT pięć minut temu prze­rwała błogi sen. Tylko dzięki tej kasie w ogóle widy­wał córkę.

Zje­chał na par­ter i odru­chowo skrę­cił do kio­sku w hallu miesz­ka­niowca. Kiosk był zamknięty od tygo­dnia, a nie dostar­czyli jesz­cze auto­matu z papie­ro­sami. Trudno, kupi po dro­dze.

* * *

Przyj­dzie, nie przyj­dzie, przyj­dzie… Obra­cał w dło­niach papie­ro­śnicę. Chrza­nić, nie ten, to będzie inny. Dopi­jał drugą kawę i wyglą­dał przez okno na sło­neczny, ruchliwy chod­nik. Może gdzieś tam jest, trzeci raz mija kawiar­nię i bije się z myślami. Przyj­dzie, nie przyj­dzie… Klient, odważny ano­ni­mo­wo­ścią sieci, uma­wia się, ale czę­sto pęka przed oso­bi­stym spo­tka­niem. To oczy­wi­ście naiw­ność, bo dys­kre­cja w inter­ne­cie jest ułudą ama­to­rów. Będą chcieli wyśle­dzić – wyśle­dzą każ­dego. Tajem­nica tkwi w nija­ko­ści codzien­nej sza­rej egzy­sten­cji. Tak przy­naj­mniej powinno to wyglą­dać z zewnątrz. Powy­cie­rana i wymięta kurtka woj­skowa, bez­fa­so­nowe spodnie i czapka z dasz­kiem. To ostat­nie, by unik­nąć wzroku kamer, umiesz­cza­nych zwy­kle pod sufi­tem. Wybrał miej­sce, któ­rego nie widziała żadna.

Na bla­cie leżał komu­ni­ka­tor – pła­ski czarny pro­sto­kąt wiel­ko­ści dłoni. Co kilka sekund wyświe­tlał godzinę. Dwu­na­sta czter­dzie­ści sie­dem, ponad kwa­drans po cza­sie. To też się czę­sto zda­rzało. W zawo­dzie nuz­zlera cier­pli­wość cza­sem się przy­da­wała, choć w przy­padku Har­pada była to umie­jęt­ność nabyta i nie roz­cią­gała się na inne sfery życia. Inne sfery życia w ogóle źle u niego wyglą­dały. Dobi­jał czter­dziestki i jedyne, czego mu nie bra­ko­wało, to pie­nią­dze. Reszta była cha­osem. Potrze­bo­wał kamu­flażu, sza­ro­ści, by Nad­zór nie sku­pił na nim swo­jej uwagi. Nie­stety, każda próba pod­ję­cia sta­łej pracy na pół etatu koń­czyła się po mie­siącu–dwóch awan­turą z sze­fem. Nikt nie chce pra­cow­nika, który zawsze wie lepiej. Brak ofi­cjal­nej pracy sta­no­wił pewien pro­blem, ale lepiej kamu­flo­wać już się nie da bez zatra­ce­nia wła­snego ja. Sprawy rodzinne wyglą­dały…

— Pan Har­pad? — Nad sto­li­kiem pochy­lał się drobny męż­czy­zna o wyglą­dzie szczurka. Łysa czaszka, okrą­głe oku­lary, odsta­jące i lekko szpi­cza­ste uszy jed­no­znacz­nie koja­rzyły się Har­padowi z gry­zo­niem. Przy­bysz nawet ska­jową teczkę trzy­mał przed sobą w chu­dych, ugię­tych ramion­kach, jakby nie mógł się zde­cy­do­wać, czy chce jej bro­nić, czy się za nią scho­wać.

Har­pad posta­wił na bla­cie otwarty dys­kre­ter i do wyło­żo­nego plu­szem wnę­trza wrzu­cił komu­ni­ka­tor. Gestem wska­zał krze­sło po dru­giej stro­nie sto­lika. Przy­bysz posłusz­nie usiadł, a raczej przy­cup­nął na kra­wę­dzi sie­dzi­ska, wło­żył komu­ni­ka­tor do pudełka i wbił wzrok w blat.

— Mam złe prze­czu­cia. Żona ostat­nio źle się do mnie odnosi — zaczął cichym fal­se­tem. — Coraz gorzej, szcze­rze mówiąc. W pracy też bez­na­dziej­nie. Myślę, że to, jak mnie trak­tuje szef, też ma duży wpływ… Wie­czo­rami, leżąc w łóżku, zasta­na­wiam się, jak go zabić. To tylko takie myśli oczy­wi­ście. Nie zro­bię tego. Jak miał­bym…? Wczo­raj wyda­rzyła się taka przy­kra sytu­acja z sąsia­dem –

— Nie musi się pan tłu­ma­czyć. — Har­pad zamknął dys­kre­ter. Teraz komu­ni­ka­tory były izo­lo­wane aku­stycz­nie i elek­tro­ma­gne­tycz­nie. — Nie inte­re­sują mnie pana motywy. Pan płaci, ja podaję war­tość PZ.

— Tak po pro­stu? — Szczu­rek zer­k­nął na roz­mówcę i uciekł wzro­kiem.

Zaczy­nał dzia­łać Har­pa­dowi na nerwy.

— Chyba o to panu cho­dzi?

— Tak, tak… — gor­li­wie przy­tak­nął przy­bysz i ponow­nie zapa­trzył się w blat.

Har­pad cze­kał na kolejne pyta­nie. Nie docze­kał się, wyja­śnił więc:

— Płaci pan teraz. Odpo­wiedź dostar­czę za pięt­na­ście minut.

— A jeśli pan uciek­nie z pie­niędzmi? — Szczu­rek spoj­rzał na niego z dra­ma­tycz­nym wyra­zem twa­rzy.

— Wów­czas będzie to zna­czyło, że został pan okra­dziony — odparł spo­koj­nie Har­pad — ale odkąd sie­dzę w tym inte­re­sie, czyli od jakichś dwu­na­stu lat, ni­gdy tego nie zro­bi­łem.

Czaszka Szczurka lśniła kro­pel­kami potu, choć w kawiarni nie było gorąco. Trzę­sące się ręce wyjęły z torby szare pudełko po mię­tów­kach. Har­pad nie cze­kał dłu­żej. Wziął je, wło­żył do kie­szeni, zabrał swój komu­ni­ka­tor z dys­kre­tera i wyszedł. Spraw­dze­nie PZ zaj­mie mu minutę, może dwie. Tego kwa­dransa potrze­bo­wał głów­nie do wery­fi­ka­cji wia­ry­god­no­ści klienta. Jeśli tam­ten byłby z poli­cji, jego obstawa nie mogła spu­ścić wzroku z paczki z pie­niędzmi. Bank­noty, nie­uży­wane od lat w cywi­li­zo­wa­nym han­dlu, były domi­nu­ją­cym środ­kiem płat­ni­czym w miej­scach, w któ­rych Har­pad bywał regu­lar­nie. Wyko­nano je z tak trwa­łego mate­riału, że wciąż nada­wały się do użytku. Każda trans­ak­cja nimi powinna zostać zare­je­stro­wana i opo­dat­ko­wana. No ale nie po to używa się bank­no­tów, by cokol­wiek reje­stro­wać.

Ryzyko wpadki zawsze ist­niało, choć wąt­pliwe, by poli­cja wybrała do akcji takiego nie­udacz­nika. Har­pad nie zno­sił takich typ­ków.

Minął dwie bramy, skrę­cił w trze­cią, wcze­śniej upa­trzoną, prze­szedł trzy podwórka stud­nie, jasne dzięki słońcu sto­ją­cemu ide­al­nie w zeni­cie, i zna­lazł się na następ­nej prze­cznicy. Zapar­ko­wany kilka kro­ków dalej Triumph mignął diodą zamka. Drzwi odsko­czyły od karo­se­rii i wsu­nęły się na dach. Har­pad usiadł na fotelu kie­rowcy, przy­ci­skiem zamknął drzwi i przy­ciem­nił szyby. Ode­tchnął. Chłodne wnę­trze dawało poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, izo­lo­wało nie­mal dosko­nale od roz­grza­nego cha­osu mia­sta. Wjazd do sta­rych dziel­nic kosz­to­wał, prawo do par­ko­wa­nia rów­nież, ale ten kawa­łek pry­wat­nej prze­strzeni był mu potrzebny. Włą­czył zagłu­szacz, poło­żył pudełko na fotelu obok. Ze schowka wyjął pod­ręczny ska­ner i prze­je­chał nim nad pudeł­kiem. Czy­sto, ani zapal­ni­ków, ani plu­skiew. Pie­nię­dzy nawet nie prze­li­czył, wrzu­cił je do schowka. Dotknął wypu­kło­ści za pra­wym uchem. Naci­snął, pyk­nęło. Zamknął oczy i zapadł głę­biej w fotel.

Twa­rze, nazwi­ska i liczby wypeł­niły zie­loną prze­strzeń. Pły­nął, leciał mię­dzy nimi, prze­czu­wa­jąc już kie­ru­nek. Wła­ściwy rekord przy­cią­gał go w zna­jomy spo­sób. Roz­gar­niał nie­istotne dane, aż dotarł do celu. Wizu­ali­za­cja była pro­sta: tabliczka ze zdję­ciem, imie­niem i nazwi­skiem oraz war­to­ścią PZ, uka­zu­jącą cię­żar młota wiszą­cego nad spo­coną, zestra­chaną głową Szczurka.

Otwo­rzył oczy. Nie­wiele się zmie­niło. Dźwięki z zewnątrz nie­mal tu nie docie­rały, a za ciem­nymi, zde­fo­ku­so­wa­nymi szy­bami prze­su­wały się mgli­ste cie­nie. Wyjął z kie­szeni kurtki papie­ro­śnicę ze stali nie­rdzew­nej z wygra­we­ro­wa­nym: „Dla Pawła, miło­ści mojego życia”. Gumka przy­trzy­my­wała osiem papie­ro­sów. Strze­liła zapal­niczka. Pach­nący fioł­kami dym uniósł się pod sufit. Siwe smugi prze­pły­wały sen­nie we wnę­trzu. Koziel­ski, bo tak nazy­wał się Szczu­rek, miał prze­srane. Jego PZ zbli­żało się do setki, zostały nie­całe trzy punkty. Intu­icja go nie myliła. Tak mały mar­gi­nes bez­pie­czeń­stwa to już nie­mal rów­nia pochyła. Samo ujaw­nie­nie mu grozy sytu­acji ozna­czało wyrok.

Z tyl­nego fotela patrzył na niego facet o fizjo­no­mii bul­doga. Har­pad zamarł z dło­nią w pół drogi do popiel­niczki. Intu­icja jest prze­re­kla­mo­wana. Skur­czy­byk prze­cież sie­dział tu od początku. Har­pad nie był głupi, więc nie pró­bo­wał tanich sztu­czek. Zanim otwo­rzyłby drzwi, tam­ten wpa­ko­wałby mu w plecy cały maga­zy­nek. Ode­tchnął, by uspo­koić serce, i zapy­tał:

— Czego chcesz?

— Dowiesz się. — Głos intruza brzmiał tak, jak wyglą­dał jego wła­ści­ciel. — Teraz jedziesz.

— Dokąd?

— Jedziesz.

Miał broń? Bez róż­nicy. Jeśli ktoś potrafi otwo­rzyć mody­fi­ko­wany zamek ze zmien­nym kodem, to o rewol­wer nie wypada go już pytać. Dotknął panelu kon­tro­l­nego. Szyby przy­wró­ciły pełną przej­rzy­stość, blask słońca wypeł­nił wnę­trze. Po chwili nieco się przy­ciem­niły, dosto­so­wu­jąc się do jasno­ści na zewnątrz. Kom­pu­ter pokła­dowy wyświe­tlił na przed­niej szy­bie sub­pro­gram nawi­ga­cyjny Syrenka – zapro­gra­mo­waną trasę do Kabat. To rów­nież robota Bul­doga. Har­pad naci­snął przy­cisk „Start”, zezwa­la­jąc auto­pi­lo­towi na prze­ję­cie kon­troli nad pojaz­dem. Triumph zacze­kał na lukę mię­dzy samo­cho­dami i łagod­nie włą­czył się do ruchu.

Czy ktoś mógł chcieć go zabić? Klienci, któ­rzy otrzy­mali od niego zani­żone PZ, raczej już nie mieli oka­zji do zgło­sze­nia rekla­ma­cji. Kto więc? Pły­nął uli­cami Cen­trum, obje­chał dziel­nicę rzą­dową i pomknął Puław­ską. Wal­czył ze sobą, by nie zadać kolej­nych pytań. Sku­pił się na tym, co za oknem. W nowo powsta­ją­cej dziel­nicy finan­so­wej na połu­dnio­wym Moko­to­wie szkie­lety biu­row­ców Twin Sty­lus dobi­jały do osiem­dzie­sią­tej kon­dy­gna­cji. Spora masa. Jeśli tu budo­wano takie kon­struk­cje, coś o podob­nej wadze musiało już rosnąć gdzieś w Łomian­kach.

Nie, tak się nie da. Prze­jął stery. Zwy­kle tak robił, kiedy chciał zacho­wać pozory kon­troli nad sytu­acją. Pil­no­wał, by nie prze­kra­czać dozwo­lo­nej pręd­ko­ści. Porwa­nie porwa­niem, spo­tka­nie z poli­cją rów­nież jed­nak nie leżało w jego inte­re­sie. Sta­rał się nie zmie­niać zbyt czę­sto pasa ani zbyt dyna­micz­nie przy­spie­szać. Wszystko wpływa na war­tość PZ.

— Za sto metrów skrę­casz w prawo.

Har­pad posłusz­nie skrę­cił. Tu nawierzch­nia nie była samo­wy­gła­dzalna, pojaz­dem lekko trzę­sło. Do głowy przy­cho­dziły Har­padowi różne pomy­sły, ale nie zamie­rzał wpro­wa­dzać ich w życie. Już na początku odrzu­cił myśl o jakich­kol­wiek pró­bach fizycz­nego oporu. Nie był w tym dobry.

Domy, wille wła­ści­wie, stały w oto­cze­niu lasu, a ledwo minęli Kabaty. Miesz­ka­nie tu musiało kosz­to­wać mają­tek. Posłuszny pole­ce­niom Bul­doga, skrę­cił kilka razy, aż droga dopro­wa­dziła ich do opusz­czo­nej hali. Może to stara fabryka, może zamknięte warsz­taty samo­cho­dowe. Wewnątrz, w głę­bo­kim cie­niu, stał wielki czarny Old­smo­bile. Har­pad zatrzy­mał we wska­za­nym miej­scu.

— Wysia­dasz.

Ocią­gał się, prze­czu­wa­jąc, że zaraz zrobi się jesz­cze mniej przy­jem­nie. Z braku alter­na­tywy naci­snął klamkę. Pod pode­szwami zachrzę­ścił gruz i okru­chy szkła. W tej czę­ści War­szawy pano­wał upał, co praw­do­po­dob­nie ozna­czało ulewę na Bie­la­nach.

Teraz widział dwóch męż­czyzn, goryli. Podej­rze­wał, że dwóch kolej­nych nie widzi. Prze­sadna ele­gan­cja gar­ni­tu­rów kon­tra­sto­wała z brzy­dotą sce­ne­rii. Bul­dog wysiadł z Trium­pha i uka­zał mu się w całej oka­za­ło­ści, czy może w całym jej braku. Gruby kur­du­pel w sza­rym płasz­czu. Krót­kie, krę­cone włosy wyglą­dały jak nasma­ro­wane przed­po­to­pową bry­lan­tyną, ale mogły być zwy­czaj­nie tłu­ste. Oparł się o burtę Trium­pha, zapa­lił papie­rosa i nie­dba­łym ruchem głowy wska­zał Har­pa­dowi czarną limu­zynę. Jeden z goryli powie­dział coś do swo­jego nad­garstka. Drzwi samo­chodu otwo­rzyły się, a cień za nimi był jesz­cze czar­niej­szy. Nuz­zler prze­łknął ślinę i ruszył w kie­runku czar­nego otworu. Bar­dzo się sta­rał, aby nie wyglą­dać na prze­stra­szo­nego. Nie za dobrze mu to szło, pra­wie poty­kał się o wła­sne nogi. Pomy­ślał prze­lot­nie, że tamci myślą o nim zapewne to samo, co on o Szczurku. Nie spraw­dzili go, wie­dzieli, że nie będzie spra­wiał kło­po­tów.

Chłodne wnę­trze limu­zyny pach­niało dobrze wypra­wioną skórą, dro­gim tyto­niem i jesz­cze czymś, czego Har­pad nie roz­po­zna­wał. Zapadł się w głę­boki fotel, a drzwi trza­snęły i pozo­sta­wiły go w nie­mal zupeł­nej ciem­no­ści. Po chwili roz­po­znał zamon­to­wany w pod­ło­kiet­niku dys­kre­ter. Wło­żył do niego komu­ni­ka­tor i zamknął pokrywę, co unie­moż­li­wiało uży­cie go jako pod­słu­chu.

Cze­kał, czu­jąc, jak przy­spie­sza mu puls. Drgnął, gdy ciszę prze­rwał głos:

— Robisz nam kon­ku­ren­cję.

Głos, któ­rego nie trzeba pod­no­sić, by osią­gnąć cel. Har­pad wytarł spo­cone dło­nie o spodnie. Kon­ku­ren­cja? Z tego, co wie­dział, w War­sza­wie nie miał kon­ku­ren­cji. Dzia­łało kil­ku­na­stu zwy­czaj­nych oszu­stów, nie spraw­dzali PZ, bo nie umieli. Żeby się wła­mać do bazy g.A.I.a., potrzebny był wsz­cze­piony chip, tylko tak dawało się oszu­kać zabez­pie­cze­nia. Loka­li­za­cję ser­we­rów g.A.I.a. okry­wała tajem­nica. Nie można się tam dostać, wpiąć fizyczny kabel i sko­pio­wać dane.

 

— Skoro mnie tu ścią­gnę­li­ście, to zna­czy, że wie­cie, czym się zaj­muję — zdo­był się na odpo­wiedź. — Wie­cie więc rów­nież, że w tym mie­ście nie mam kon­ku­ren­cji.

— W War­sza­wie pra­cuje dla nas ponad stu nuz­zle­rów.

— Nie mają wglądu w bazę danych g.A.I.a. Nawet poli­cja, nawet Nad­zór i Pro­wo­ka­cja nie mają. Sys­tem jest auto­no­miczny. Ci nuz­zle­rzy nie mogą –

— Jakość świad­czo­nych przez nich usług nie należy do zakresu naszych zain­te­re­so­wań. — Głos nie­wi­dzial­nego roz­mówcy nie zno­sił sprze­ciwu. Wil­czy głos, nale­żący do dra­pież­nika. — Zależy nam na ich lojal­no­ści. Dbamy o naszych przy­ja­ciół. Czego ci bra­kuje w życiu? Dupy do rżnię­cia? Dosta­niesz.

— Nie potrze­buję w tych spra­wach pośred­nic­twa. Chce­cie, abym wam odda­wał część zysków? — zapy­tał o to, czego oba­wiał się od dawna.

— Twoje gów­niane zyski nas nie inte­re­sują. Źle wygląda, kiedy ten jeden jedyny praw­dziwy nuz­zler pozo­staje wol­nym strzel­cem. Ocze­ku­jemy od cie­bie cze­goś innego.

Har­pad wstrzy­mu­jąc oddech, wpa­try­wał się w ciem­ność.

— Czego? — zapy­tał cicho.

— Czas na cie­bie — usły­szał. — Dziś odbie­rasz Mary­się.

* * *

Szczu­rek, Bul­dog, Wilk. Ludzie to zwie­rzęta. Har­pad stał przed sza­rym gma­chem na Powi­ślu, oparty o maskę Trium­pha. Bar­dzo chciało mu się palić. Nie­słońce prze­bi­jało przez Chmurę, cień­szą z tej strony. Strużka potu pocie­kła mu po ple­cach, nie tylko z powodu gorąca. Nie zdjął jed­nak kurtki. Co chwila zer­kał na zega­rek. Wpi­sał do komu­ni­ka­tora prośbę o usta­le­nie ter­minu wizyty w ser­wi­sie, żeby wymie­nić zamek w Trium­phie. Wybrał pierw­szy lep­szy z listy i zatwier­dził. „Kli­mek – kom­plek­sowe naprawy samo­cho­dów”. Nie miał siły spraw­dzać opi­nii innych klien­tów. Wie­dział, że robi to tylko dla poprawy samo­po­czu­cia. Wysłał też dwie wia­do­mo­ści do Szczurka. Obie się odbiły.

Jest! Czar­no­włosa dziew­czynka wybie­gła wraz z innymi dziećmi przez szkolny por­tal. Wyjść mogły tylko te, któ­rych opie­ku­no­wie, a raczej ich chipy ID znaj­do­wały się w zasięgu ska­nera por­talu. Samo­cho­dów cze­kało zale­d­wie kilka. Więk­szość opie­ku­nów przy­szła tu pie­szo od naj­bliż­szej sta­cji metra.

Mary­sia rzu­ciła mu się na szyję. Uniósł ją w powie­trze. Poczuł, że jest coraz cięż­sza, a on coraz słab­szy. Tydzień Har­pada miał czter­na­ście dni, a dziś była nie­dziela.

— Poje­dziemy do zoo? — zapy­tała.

— Tro­chę póź­niej. Muszę zała­twić jedną sprawę.

— Tato… — Temu spoj­rze­niu nie spo­sób się oprzeć.

Wes­tchnął i umknął spoj­rze­niem gdzieś w bok. Minęła godzina, odkąd wyszedł z kawiarni. Praw­do­po­do­bień­stwo, że Szczu­rek wciąż tam czeka, było nikłe. Uciekł zapewne do nory zwi­nąć się w wystra­szony kłę­bek. Tym lepiej, nie wolno mie­szać małej w takie sprawy. Szczurka trzeba będzie poszu­kać i prze­ka­zać przy­kre wie­ści. Wolał nie wysy­łać kon­kre­tów w wia­do­mo­ści tek­sto­wej. Ale to może zacze­kać. Mary­się ma raz na dwa tygo­dnie.

— Poje­dziemy. — Uśmiech­nął się i wło­żył tor­ni­ster do samo­chodu. — Chcesz sie­dzieć z przodu?

Małej zaświe­ciły się oczy. Bez słowa, jakby się bojąc, że tata zmieni zda­nie, wsko­czyła na przed­nie sie­dze­nie. To oczy­wi­ście było nie­le­galne. Uro­dziła się w roku tur­ku­so­wym, miała więc dzie­więć lat. Dzieci w tym wieku powinny jeź­dzić z tyłu w spe­cjal­nym samo­utwar­dza­ją­cym się pod wpły­wem prze­cią­że­nia koko­nie. Jed­nak przez przy­ciem­niane szyby, jeżeli maszyną kie­ro­wał auto­pi­lot, nie było niczego widać, a o kamery uliczne przy wysia­da­niu nie musiał się mar­twić. Pod­świa­do­mie wie­dział, skąd i pod jakim kątem patrzą. To jego zawód.

Led­wie samo­chód ruszył zapro­gra­mo­waną trasą, zapi­kał komu­ni­ka­tor. Har­pad zer­k­nął na wyświe­tlacz. Oczy­wi­ście ona. Już mu przy­po­mi­nała, że ma czas do pią­tej, i ani minuty dłu­żej. Otrzyma jesz­cze kilka takich wia­do­mo­ści, żeby nie zapo­mniał, jak bar­dzo ma prze­srane życie. Matka Marysi już prze­stała go śle­dzić, ale groźba oskar­że­nia o mole­sto­wa­nie małej wciąż wisiała w powie­trzu. Rok temu napi­sała mu wprost, że ma znik­nąć z jej życia i z życia córki, albo zrobi z niego pedo­fila, potwora, mon­strum wyko­rzy­stu­jące dziecko. Jedyną rze­czą, która powstrzy­my­wała tę sucz, była per­spek­tywa utraty nie­złych docho­dów. Pła­cił na Mary­się trzy razy wię­cej, niż zasą­dziłby sąd.

Na szczę­ście, z powodu zbyt małej pojem­no­ści kana­łów łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej, komu­ni­ka­tory nie pozwa­lały na połą­cze­nia gło­sowe. I tylko to powstrzy­mało go od wygar­nię­cia jej wszyst­kiego, co o niej myśli. Na wspólne wycho­wy­wa­nie małej musiały wystar­czyć im pro­ste WT – wia­do­mo­ści tek­stowe.

„Dupa do rżnię­cia”. Nie­źle go wyczuł ten wil­czy skur­czy­byk. Bo od pew­nego czasu spo­ty­kał się z kimś. Może coś z tego będzie, może nie. Czuł gęsią skórkę na myśl o wpły­wie Renaty na jego życie. Kie­dyś miała być tą jedyną, wielką miło­ścią, a oka­zała się naj­więk­szym błę­dem. Nie­sta­bilna psy­chicz­nie, wyra­cho­wana, pozba­wiona empa­tii sucz! Wpa­dał w panikę, kiedy zada­wał sobie pyta­nie, czy Mary­sia też taka będzie. Nie!

Opa­no­wał się i prze­stał zaci­skać dło­nie na wolan­cie – i tak był odłą­czony przez auto­pi­lota.

— O czym myślisz, tato?

Uśmiech­nął się z tru­dem. Tłu­ma­cze­nie małej zawi­ło­ści układu, jaki zawarł z jej matką, nie wcho­dziło w grę. Niech ma dzie­ciń­stwo, a raczej jego resztki. Na zde­rze­nie z praw­dzi­wym życiem przyj­dzie jesz­cze czas.

— Jedziemy do zoo pooglą­dać zwie­rzątka — powie­dział. — Na przy­kład świ­nie.

Mary­sia par­sk­nęła śmie­chem. Wyjęła swój komu­ni­ka­tor w obo­wiąz­ko­wym różo­wym kolo­rze, uro­dzi­nowy pre­zent od Har­pada.

— Napi­sa­łam Julce o świ­niach w zoo — oznaj­miła rado­śnie. — Nie­zły żar­cik.

— Będziesz mogła wysłać jej zdję­cia. Kupię ci spe­cjalny bilet.

— I watę cukrową? — upew­niła się.

— Jasne! Podwójną.

Jechali już gór­nym pozio­mem Wisło­strady w kie­runku mostu Gdań­skiego.

Komu­ni­ka­tor pik­nął ponow­nie. Kolejna wia­do­mość: „Bluza Marii ma być zapięta. Jeśli się prze­ziębi, wię­cej jej nie zoba­czysz”. Wywal­czył jedno popo­łu­dnie z wła­snym dziec­kiem raz na dwa tygo­dnie. Powi­nien zapo­wie­dzieć, że w tym cza­sie nie chce pamię­tać o tym, że Mary­sia ma matkę. Że za każdą cho­lerną wia­do­mość od niej będzie zmniej­szał ali­menty. Nie miał teraz siły na nego­cja­cje, jedyne, do czego był zdolny, to nie dać się spro­wo­ko­wać do dys­ku­sji w try­bie tek­sto­wym o sen­sie zapi­na­nia bluzy w taki upał. Nie odpi­sał, co poskut­ko­wało serią wia­do­mo­ści. Wyci­szył komu­ni­ka­tor i scho­wał go do kie­szeni. Spra­wiło mu to satys­fak­cję. Teraz ona pie­kli się tam i wymy­śla coraz to gor­sze groźby, któ­rych oczy­wi­ście nie zre­ali­zuje, bo przy­zwy­cza­iła się już do jego kasy.

Prze­cięli Wisłę i zatrzy­mali się na pię­tro­wym par­kingu.

— Gotowa? — uśmiech­nął się do córki.

Przy­tak­nęła ener­gicz­nie. Wysie­dli. Nie­słońce zna­la­zło szcze­linę w Chmu­rze i przy­grze­wało w tym rejo­nie znacz­nie moc­niej.

— Zdej­mij bluzę, bo się zgrze­jesz.

— Mama mówiła, żebym nie zdej­mo­wała.

Bo to nie ona będzie w niej cho­dzić w upale, chciał powie­dzieć.

— Weź­miemy ją ze sobą, na wypa­dek gdyby nagle spadł śnieg.

Dziew­czynka zaśmiała się, posłusz­nie zdjęła bluzę i podała ojcu. Śnieg padał raz do roku, przez trzy dni świąt Bożego Naro­dze­nia.

Har­pad spoj­rzał w niebo. Nie zano­siło się na deszcz. Sko­szo­wał wia­do­mo­ści od byłej, z mściwą satys­fak­cją nawet ich nie czy­ta­jąc. I wtedy przy­szła kolejna. Zatrzy­mał się z pal­cem nad ikoną kosza. To nie była wia­do­mość od Renaty, ale od kogoś, kto pod­pi­sy­wał się Wolf. Dzi­siej­sze spo­tka­nie w opusz­czo­nej hali teraz wyda­wało mu się złym snem. Nie­stety, ten sen przy­śni się jesz­cze nie raz. Prze­czy­tał wia­do­mość i zatrzy­mał się kilka kro­ków przed por­ta­lem ogrodu. Mary­sia sta­nęła obok i skie­ro­wała na ojca pyta­jące spoj­rze­nie.

Dostał wła­śnie pierw­sze zle­ce­nie. Har­pad wie­dział, że tak naprawdę powi­nien się cie­szyć, bo to ozna­czało, że mafia, pod­zie­mie, kim­kol­wiek byli ci faceci, nie zamie­rza go sprząt­nąć, lecz zatrud­nić. Wol­ność i tak trwała długo. Pro­blem pole­gał na tym, że umó­wili mu klienta za nie­całą godzinę w Ursu­sie. To drugi koniec mia­sta, gra­ni­czący z Łomian­kami i Kaba­tami.

Har­pad spoj­rzał na prze­czu­wa­jącą kło­poty córeczkę. To jedna z pod­sta­wo­wych zasad – nie łączyć życia rodzin­nego z pracą. Odmó­wić jed­nak nie mógł. Powi­nien teraz odwieźć małą do matki i pognać do Ursusa. Tyle że dla niego i Marysi to jak odwo­ła­nie Bożego Naro­dze­nia. Intu­icja już raz go dziś zawio­dła, ale mimo to był prze­ko­nany, że oto pod­da­wany jest testowi. Jeśli Wolf wie­dział, że Har­pad odbiera dziś córkę, wie­dział rów­nież, że ma dla niej zare­zer­wo­wane popo­łu­dnie. Czyli to test, jak bar­dzo można pomia­tać małym nuz­zle­rem.

— Zła wia­do­mość, tatu­siu? — zapy­tała.

— Nie… — Zmu­sił się do uśmie­chu. — Tylko zaska­ku­jąca. Chodźmy, zanim niedź­wie­dzie zapadną w sen zimowy.

Mary­sia zaśmiała się. Dzie­ciom nie­wiele trzeba do szczę­ścia. Minęli por­tal, który auto­ma­tycz­nie ścią­gnął należ­ność z jego konta. Doku­pił jesz­cze upraw­nie­nia do robie­nia zdjęć.

— Kupi­łeś mi bilet na zdję­cia? — upew­niła się mała.