3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2

Tekst
Z serii: Felix Net i Nika #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia





Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia

ISBN: 978-83-61187-37-0

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2009-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2009-2013 by Powergraph Copyright © 2009-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

1. Przyczajony odkurzacz, ukryty mop

2. Mission: Possible

3. Pomysły, a raczej ich brak

4. Antyrakieta

6. Jak jest źle, to zaraz będzie gorzej

6. Jak jest gorzej, to zaraz będzie jeszcze gorzej

7. Mobilny Pozyskiwacz Mikrorobotów

8. Wino i wina

9. Certyfikat

10. Mała Armia

Epilog

¤

Dla Jasia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1. Przy­cza­jony odku­rzacz, ukryty mop

Felix biegł po zie­lo­nej łące peł­nej pach­ną­cych świe­żo­ścią kwia­tów rumianku. Sadził dłu­gie susy, jakby ziem­ska gra­wi­ta­cja nie­spo­dzie­wa­nie osła­bła. Ale to nie była gra­wi­ta­cja, Felix testo­wał wła­śnie ulep­szone buty na wyso­kich hop­sa­sach. Zestaw dwóch sprę­żyn wybi­jał go wysoko i daleko, a sied­mio­me­trowe buty nio­sły po zie­lo­nych pagór­kach. Kolo­rowe motyle pod­ry­wały się do lotu z kolo­ro­wych kwia­tów, ptaszki zgod­nie świer­go­liły motyw muzyczny z ostat­niego Bonda, a słońce uśmie­chało się cie­pło i sze­roko. Wie­trzyk ani za chłodny, ani za cie­pły, taki w sam raz, roz­wie­wał włosy mło­dego wyna­lazcy. Tak wygląda szczę­ście, aż chce się tak biec i biec bez końca. Po nie­bie leciał sen­nie klucz różo­wych słoni, wyżej peł­zały leni­wie białe obłoczki… Słoni? Dopiero lata­jące sło­nie spra­wiły, że eufo­ria Felixa nieco osła­bła. Zaczął dostrze­gać, że wokoło nie wszystko wygląda, jak powinno. Motyle były wiel­ko­ści szpa­ków, a rumianki kiwały się w rytm dobie­ga­ją­cej zewsząd muzyki. No i te kan­gury. Skąd na pol­skiej łące nie­bieskie kan­gury z reni­fe­ro­wymi poro­żami? Biegł jed­nak dalej, choć mniej bez­tro­sko, coraz wol­niej, z coraz więk­szym tru­dem. Wie­trzyk prze­szedł w zimny świsz­czący wiatr. Sprę­żyny zapa­dały się w ziemi. Teraz, zamiast poma­gać, prze­szka­dzały. Felix schy­lił się, by zdjąć prawy but, ale w miej­scu sznu­ró­wek ujrzał zamek kodowy z trzema pokrę­tłami ponu­me­ro­wa­nymi na obwo­dzie od jed­nego do dzie­się­ciu. Spró­bo­wał pokrę­cić jed­nym z nich i stwier­dził z prze­ra­że­niem, że to nie­moż­liwe – w rze­czy­wi­sto­ści pokrę­tła były zazę­bio­nymi ze sobą try­bami.

Świst nara­stał i nie był to wiatr. Felix odwró­cił się. W jego stronę pędziło pod górę kil­ka­na­ście kol­co­bo­tów, przy­po­mi­na­ją­cych wyko­nane w cało­ści ze stali samo­bieżne opony od cię­ża­ró­wek. Wyry­wa­jąc trawę, pod­ska­ki­wały na nie­rów­no­ściach. Nie miał jak ucie­kać, sprę­żyny tkwiły w ziemi. Butów nie można było zdjąć ani odkrę­cić sta­lo­wych pode­szew, trzy­ma­ją­cych sprę­żyny. Wygięty nie­na­tu­ral­nie Felix patrzył na zbli­ża­jące się kol­co­boty i nie mógł niczego zro­bić. Były tuż-tuż. Przy­go­to­wał się na ude­rze­nie, ale one ze świ­stem wyso­ko­obro­to­wych sil­ni­ków minęły go i pomknęły ku szczy­towi pagórka. Więc nie goniły go, lecz jedy­nie podą­żały w tym samym kie­runku. To zna­czy… dokąd? Felix nie miał poję­cia, gdzie idzie, ale wspi­nał się już po stro­mym zbo­czu. Sprę­żyny nie­zna­nym spo­so­bem uwol­niły się z ziemi, ale przy każ­dym kroku musiał je wyszar­py­wać ze zwię­dłej trawy.

Znów dźwięk z tyłu, jakby szum tysięcy małych skrzy­de­łek. Chmara prze­sła­nia­jąca ciem­nie­jące niebo sunęła w górę stoku. Owady kotło­wały się, two­rząc zawi­ro­wa­nia, ciem­niej­sze obszary. Felix roz­po­znał mikro­boty i rzu­cił się na zie­mię. Tak jak kol­co­boty, minęły go, jedy­nie parę wplą­tało się we włosy i łasko­tały go teraz. Chmara znik­nęła za szczy­tem. Pod­niósł się. Jesz­cze kawa­łek. Na nogach nie miał już sprę­żyn, tylko zwy­kłe buty. Nie zwró­cił na to uwagi. W kilku kro­kach dotarł na szczyt.

Tam w dole była War­szawa, ale inna, ciemna pod pochmur­nym nie­bem. Wie­żowce sku­piły się cia­sno w szarą grupę, mniej­sze szare bloki tło­czyły się przy nich, a niskie domki przy­cup­nęły ściana w ścianę przy blo­kach. Wokoło mrocz­nej bryły mia­sta koły­sały się wiel­kie drzewa. Błysk na nie­bie, wysoko z lewej. Przez chmury prze­dzie­rała się jasność, zni­żała się, celo­wała w mia­sto. Ryk sil­ni­ków dobiegł z opóź­nie­niem, rakieta wyło­niła się z chmur i pod pła­skim kątem leciała wprost na War­szawę.

Dum! Felix otwo­rzył oczy i cze­kał na wybuch. Wolno powra­cał do rze­czy­wi­sto­ści. Na szczę­ście, to tylko zły sen. Ode­tchnął z ulgą. Za dużo się naczy­tał ksią­żek i naoglą­dał fil­mów w kli­ma­tach kata­stro­ficz­nego science fic­tion. Rakiety kosmiczne spa­da­jące na mia­sta, mikro­sko­pijne roboty pro­du­ko­wane w chiń­skich fabry­kach, orbi­talne spi­ski… Ziew­nął. Za oknem było ciemno. Się­gnął do leżą­cego na sto­liku zegarka, ale zaspane oczy nie mogły odczy­tać godziny.

Szó­sta trzy­na­ście — wyja­śnił uprzej­mie Golem Golem, sto­jący na swoim zwy­kłym miej­scu. — Do spo­tka­nia zostało około dwóch godzin i czter­dzie­stu sied­miu minut.

— Spo­tka­nia?… — Felix ziew­nął ponow­nie i usiadł na łóżku. Gdzieś w zaspa­nych komór­kach mózgu kieł­ko­wał nie­po­kój. Spo­tka­nie, spo­tka­nie… Zapa­lił lampkę nocną i wzrok od razu padł na skrzy­nię ze sprzę­tem, którą poprzed­niego dnia zosta­wił na pod­ło­dze. I wtedy wspo­mnie­nia spa­dły na niego jak lawina kamieni: impreza syl­we­strowa u Gil­berta, rakieta odpa­lona w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, sza­lona ucieczka przez las, heli­kop­tery, tajni agenci, poszu­ki­wa­nia genial­nego mate­ma­tyka, kol­co­boty, mikro­boty, wizyta u ana­chrona, potem w obser­wa­to­rium astro­no­micz­nym… To było wczo­raj. A dziś, ech… dziś miał z Netem i Niką jechać do bazy kol­co­bo­tów, by pod­jąć ostat­nią, roz­pacz­liwą próbę zmiany tra­jek­to­rii lotu rakiety. Jeśli się nie uda, rakieta spad­nie gdzieś w War­sza­wie z siłą nisz­czącą dużej bomby lot­ni­czej. Dum!

— Ożeż ty… — Felix roz­bu­dził się momen­tal­nie. — To nie był sen!

Nie mogę ani potwier­dzić, ani zaprze­czyć — odparł robot. — Two­jego mózgu nie widzę w sieci.

— Bar­dzo mnie to cie­szy. — Felix wstał. I tak by już nie zasnął. — Prawdę mówiąc, to jedyna rzecz, która mnie teraz cie­szy.

Per­spek­tywa prze­chy­trze­nia nie­zna­nym spo­so­bem cze­goś nie­zna­nego o nie­zna­nych zamia­rach i nie­zna­nych moż­li­wo­ściach dzia­łała lepiej niż kawa. Po cichu poszedł się umyć, zro­bił sobie kanapkę i wró­cił z nią do piw­nicy. Żuł w mil­cze­niu, pró­bu­jąc zebrać myśli. Nie­wia­do­mych było wię­cej niż wia­do­mych, a ryzyko pozo­sta­wało nie­znane. Prze­łknął ostatni kęs i spoj­rzał na skrzy­nię ze sprzę­tem. Ważyła z osiem­dzie­siąt kilo, więc będzie musiał ją nieść Golem Golem. Jak w biały dzień prze­my­cić przez całe mia­sto dwu­stu­ki­lo­wego robota? Kolejna rzecz, o któ­rej nie pomy­ślał w zamie­sza­niu poprzed­niego dnia.

Pod­niósł wieko skrzyni. Wykry­wacz metalu, łopata, worek bre­zen­towy, zmon­to­wany zdal­nie ste­ro­wany robot Skła­dak, woj­skowe racje żyw­no­ściowe, na wypa­dek gdyby mieli spę­dzić tam cały dzień, oraz wiele innych, nie­wąt­pli­wie potrzeb­nych rze­czy. Tylko co tak naprawdę mogło być przy­datne w kon­fron­ta­cji z nie­zna­nym? Zatrza­snął skrzy­nię. To zupeł­nie bez sensu! Rów­nie dobrze można by tam dorzu­cić wier­tarkę z kom­ple­tem wier­teł uda­ro­wych! Zatrzy­mał się i zasta­no­wił. Wier­tarka… Nie, to już prze­sada. Zawar­tość całego warsz­tatu ser­wi­so­wego czoł­gów by nie pomo­gła. Tu trzeba pomy­słu. Dum!

 

Felix zer­k­nął na ścianę piw­nicy. Gdzieś za nią, w ziemi, kręt wier­cił tunel – co jakiś czas akty­wo­wał się i uży­wał dud­nika.

Chło­pak odpa­lił kom­pu­ter i przez komu­ni­ka­tor Net.com wywo­łał Neta. Przy­ja­ciel ode­brał dopiero po chwili. W okienku poja­wiła się jego zaspana twarz, ze śla­dami odgnie­cio­nymi przez poduszkę. Włosy, ster­czące zwy­kle na wszyst­kie strony, miał przy­kle­pane na prawo. Wyglą­dały, jakby zasty­gły w sil­nym bocz­nym wie­trze.

— Obu­dzi­łem? — zapy­tał Felix.

Net zamru­gał nie­przy­tom­nie, się­gnął po butelkę, pocią­gnął dwa łyki wody i odparł:

Skąd to przy­pusz­cze­nie, sta­aary?…

— Pró­bo­wa­łem zebrać myśli i dosze­dłem do wnio­sku, że całe nasze wcze­śniej­sze przy­go­to­wa­nia niczemu nie słu­żyły. Jeśli jedziesz gdzieś, gdzie­kol­wiek, ale nie wiesz gdzie, to nie zabie­rasz ze sobą akwa­lungu, rakiet śnież­nych ani spa­do­chronu. Mam rację?

Hę?

— Jeśli nie masz bla­dego poję­cia, gdzie się znaj­dziesz, to bie­rzesz zestaw mini­mum. — Felix nie zwra­cał uwagi na roz­ko­ja­rze­nie przy­ja­ciela. — Maska do nur­ko­wa­nia nie przyda się na Antark­ty­dzie. Będzie tylko zbęd­nym cię­ża­rem.

Ale osso chozi?… — Net znów przy­sy­piał.

— Nie wiem. — Felix wstał, prze­szedł na koniec pokoju i wró­cił przed ekran. — Myślę na głos. Poni­żej pię­ciu kilo­me­trów nad pozio­mem morza znaj­duje się pięć­dzie­siąt pro­cent powie­trza. Tar­cie spa­da­ją­cej rakiety będzie rosło w miarę obni­ża­nia orbity, ale zasad­ni­cze hamo­wa­nie roz­pocz­nie się dopiero na wyso­ko­ści około pię­ciu kilo­me­trów. — Felix zamy­ślił się. — Tak przy­naj­mniej sądzę. Nie bar­dzo wiem, kogo zapy­tać.

I co z tego wynika?

— To, że mamy wię­cej czasu. O kilka godzin wię­cej. Skoro nie mogli­śmy zmie­nić toru lotu rakiety wcze­śniej, teraz to nie­wiele da. Istotne będą ostat­nie minuty spa­da­nia.

Ale wiesz to, czy przy­pusz­czasz?

— Przy­pusz­czam, że wiem. Teraz rakieta leci z pręd­ko­ścią około dwu­dzie­stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Z taką pręd­ko­ścią trasę Gdańsk–War­szawa poko­nał­byś w jakąś minutę.

PKP potrze­buje na to ponad pię­ciu godzin. I co?

— Jeśli wcze­śniej nie zmie­ni­li­śmy toru lotu rakiety, to teraz już się nie da. Zna­czy da się, ale dopiero w ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu, może kil­ku­na­stu minu­tach lotu. Mówię o ostat­nim okrą­że­niu, o jego koń­cówce. Teraz całe okrą­że­nie to mniej niż pół­to­rej godziny.

Na­dal nie rozu­miem, do czego zmie­rzasz.

— Jak­bym to wie­dział, tobym już nie zmie­rzał, tylko tam był. Musimy poga­dać.

Prze­cież gadamy…

— Nie tak! Oso­bi­ście. Uma­wia­li­śmy się na dzie­wiątą, żeby poje­chać do gniazda kol­co­bo­tów, ale nie ma po co tam jechać bez pomy­słu.

Tro­chę mi ulżyło, ale zna­jąc cie­bie, nie na długo. Wcze­śniacka pora…

— Obudź się wresz­cie!

Net się spo­licz­ko­wał.

Ała! — Spoj­rzał z wyrzu­tem na Felixa. — Nie rób tak wię­cej. — Potar­gał włosy, szarp­nął je w lewo i już wyglą­dał jak zwy­kle. Spoj­rzał w kamerkę. — Nie no, nie muszę tego robić na wizji… Będę, jak tylko się wybędę. Dzwoń do Niki.

* * *

Nie­całą godzinę póź­niej cała trójka sie­działa już w pokoju Felixa, jeśli warsz­tat w piw­nicy można nazwać poko­jem. Netowi zamy­kały się oczy, nie roz­bu­dził się jesz­cze do końca. Loki Niki nie wyglą­dały na tak bujne jak zwy­kle. Zapewne spie­szyła się i nie zdą­żyła ich porząd­nie nakrę­cić.

— Bar­dzo się cie­szę, że nie musimy tam jechać — mruk­nął sen­nie Net. — Wyprawa była bez szans.

— Nie o to cho­dzi, że nie mie­li­by­śmy szans — odparł Felix. — Mamy prze­cież świeżo wykoń­czo­nego Golema Golema.

— Tak czułby się Kolumb, gdyby w 1492 roku dostał świeżo wykoń­czony kajak kajak.

— Cho­dzi o to, żeby nie dzia­łać pochop­nie. Znów prze­oczy­li­śmy oczy­wi­stą oczy­wi­stość. To nie przy­pa­dek, że rakieta ma spaść na War­szawę.

— Stąd wystar­to­wała — przy­po­mniała Nika.

— Pod­rzuć kamień z całej siły i zamknij oczy. Nikła szansa, że spad­nie ci na głowę. Praw­do­po­do­bień­stwo, że rakieta spad­nie w każ­dym miej­scu, nad któ­rym prze­la­tuje, jest takie samo. Prze­oczy­li­śmy to!

Nika roz­sz­nu­ro­wała buty i wypro­sto­wała nogi.

— Co się tak krzy­wisz? — zauwa­żył Net.

— Bolą mnie nogi. Ja rosnę, a buty nie.

— To załóż inne.

— Mam tylko te. Nie­ważne, mów dalej.

Felix przez chwilę wpa­try­wał się w jej buty, po czym kon­ty­nu­ował:

— Teraz jedy­nym spo­so­bem zmiany toru lotu rakiety jest wyda­nie odpo­wied­niego pole­ce­nia tkwią­cemu na niej kol­co­bo­towi. Żeby to zro­bić, musimy poznać i zła­mać kod, jakim się one poro­zu­mie­wają…

— Szy­kuje się wykład. — Net usiadł wygod­niej.

— Żadna tech­no­lo­gia nie bie­rze się zni­kąd. — Felix cho­dził po pokoju tam i z powro­tem. — Jest następ­stwem poprzed­niej, wynika z niej. Żeby powstała tele­wi­zja, naj­pierw musiało być radio, przed radiem tele­fon, a przed nim tele­graf. Histo­rię można by tak cofać aż do odkry­cia ognia.

— Pomiń te etapy i powiedz, co wymy­śli­łeś — pora­dził Net.

— Ja wciąż wymy­ślam.

— Prze­stań przy­naj­mniej tak łazić w kółko.

— Cho­dze­nie i mówie­nie wspo­maga mi myśle­nie, że się tak wyrażę poetycko. Coś mi cho­dzi po mózgu z tym nastę­po­wa­niem, nara­sta­niem tech­no­lo­gii…

— Pro­gramy kom­pu­te­rowe nara­stają, nie ewo­lu­ują — przy­tak­nął Net. — Wycho­dzi nowa wer­sja sys­temu ope­ra­cyj­nego, a błędy ma te same. Plus nowe. Każda nowa wer­sja dowol­nego pro­gramu jest cięż­sza. I co z tego?

— Ani kol­co­boty, ani mikro­boty nie wzięły się zni­kąd. Tech­no­lo­gie, które je stwo­rzyły, są kon­ty­nu­acją tech­no­lo­gii, które znamy.

— A jeżeli twórca kol­co­bo­tów ma tajne, pod­ziemne labo­ra­to­rium?

— Dziś tak się nie da. Otwo­rzysz maskę Forda1 i masz tam te same elek­tro­niczne klocki, co w BMW. Nawet naj­lep­szych nie stać na to, żeby biec obok pele­tonu. Rolls-Royce robi debe­ściar­skie samo­chody na świe­cie, ale od paru lat jest wła­sno­ścią BMW, który pro­du­kuje samo­chody popu­larne. Czemu nie jest odwrot­nie? Czemu firma robiąca naj­lep­sze samo­chody nie kupuje innych firm? — Felix spoj­rzał na nich zna­cząco. — Bo ten, kto pro­du­kuje cze­goś wię­cej, ma wię­cej pie­nię­dzy na bada­nia nad dosko­na­le­niem swo­ich tech­no­lo­gii. I szybko wyprze­dza resztę. To, co robi, jest coraz lep­sze. A gdzie się robi wszyst­kiego dużo?

— W Chi­nach — pod­su­nęła Nika.

— Czuję się jak w szkole — przy­znał Net. — A jest nie­dziela…

— Cicho, myślę… — Felix przy­tknął palec wska­zu­jący do nosa, a kciuk do brody i w ten spo­sób trzy razy prze­szedł pokój. — Klu­czem do powo­dze­nia jest więc sprze­daż wła­snej pro­duk­cji i kupo­wa­nie cudzej. Han­del. Rów­nież han­del wie­dzą. Sztab naukow­ców trzeba jakoś opła­cić. Praw­nicy, patenty, zakupy potrzeb­nych tech­no­lo­gii u innych, tajem­nica han­dlowa… Na dłuż­szą metę nie można utaj­nić badań nad zaawan­so­wa­nymi tech­no­lo­giami. Są bar­dzo kosz­towne i tak powią­zane z pracą innych labo­ra­to­riów, że każdy chcący pra­co­wać tylko dla sie­bie musi splaj­to­wać. Nawet jeśli jest naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem świata. Nie da się wygrać z glo­balną eko­no­mią. Każde roz­wią­za­nie szybko staje się prze­sta­rzałe.

— Czyli że w kol­co­bo­tach jest na przy­kład… — Net zasta­no­wił się — pro­ce­sor Intela albo AMD z lap­topa, który można kupić w pierw­szym lep­szym skle­pie. — Felix ski­nął głową, a Net kon­ty­nu­ował — i jest tam software wzięty… skądś. Jak two­rzy­łem pro­gram ste­ru­jący Gole­mem Gole­mem, korzy­sta­łem z goto­wych roz­wią­zań. Bez nich nie dał­bym rady nawet zacząć.

— Więc metoda kodo­wa­nia komu­ni­ka­tów kol­co­bo­tów też jest roz­wi­nię­ciem… cze­goś, co już ist­nieje — wtrą­ciła Nika.

— Wła­śnie! — Felix ode­tchnął. — Musimy zna­leźć to coś, a wtedy roz­ko­do­wa­nie ich roz­mów sta­nie się znacz­nie prost­sze.

Dum!, roz­le­gło się zza ściany. Przy­ja­ciele aż pod­sko­czyli.

— Jesz­cze się nie roz­ła­do­wał? — zdzi­wił się Net.

— Włą­cza się i wyłą­cza przy­pad­kowo. Tata przy­niósł ste­ro­wa­nie i będzie go dziś łapał.

— Pora roku nie naj­lep­sza na prace w ogródku. Chyba musi użyć młota pneu­ma­tycz­nego.

— Myślę, że chce się po pro­stu czymś zająć. — Felix wzru­szył ramio­nami. — A my zaj­mijmy się naszą sprawą. Pomyślmy, na czym może być wzo­ro­wany kod trans­mi­sji kol­co­bo­tów.

— Może to jakiś prze­ro­biony kod trans­mi­sji tele­wi­zji sate­li­tar­nej albo ste­ro­wa­nia sate­li­tami?

Jeśli mogę się wtrą­cić — ode­zwał się Man­fred z Neto­wego lap­topa. — Pamię­ta­cie pro­gram Amais, ten do ana­lizy danych mili­tar­nych? Roz­ma­wia­łem z nim na ten temat. Twier­dził, że zebrał dostępne dane z całej sieci i trans­mi­sja z naszej rakiety naj­bar­dziej przy­po­mina mu sygnał pro­gramujący inte­li­gentne kosiarki do trawy… z Chin.

— Więc to wojna z Chi­nami?! — wykrzyk­nął Net. — Zaata­ko­wały nas Chiny? Kosiarką? Bez sensu… — Zasta­no­wił się i popra­wił sam — raczej zro­bił to ktoś, kto im pode­brał tech­no­lo­gię trans­mi­sji.

— Po co kosiarka ma trans­mi­to­wać cokol­wiek? — zasta­no­wił się Felix.

Do kom­pletu z kosiarką jest cen­tralka — wyja­śnił Man­fred. — Cho­dzi o to, żeby łatwo ją zapro­gra­mo­wać. Głu­pio by było na przy­kład, gdyby kosiarka wyru­szyła do pracy pod­czas gar­den party lub w deszcz. Jak masz więk­szy ogród, możesz kupić kilka kosia­rek i połą­czyć je z jedną cen­tralką. Zasięg nie może być mały, bo ogród też nie musi być mały. Nie musi, ale może, a wtedy sygnały będą się nakła­dać.

— Więc muszą być kodo­wane, żeby kosiarka sąsiada nie ode­brała sygnału z obcej cen­tralki i zamiast traw­nika nie ostrzy­gła komuś pudla — dokoń­czył Net. — Mają tak wybitną tech­no­lo­gię?

— Nie mają wybit­nej tech­no­lo­gii, tylko naj­sła­biej jej pil­no­wali — odparł Felix.

Poszpe­ram po sieci. To chwilę zaj­mie.

— Ale kosiarki do trawy?… Po co brać kod od pro­du­centa kosia­rek?

— Może żeby było go trud­niej roz­gryźć? — pod­su­nęła Nika. — Wszy­scy będą szu­kać raczej wśród pro­gra­mów woj­sko­wych.

— Wła­śnie — zgo­dził się Net. — Coś bym prze­gryzł. Jesz­cze nie jadłem śnia­da­nia.

Ponie­waż Nika rów­nież nie jadła, wszy­scy weszli na górę. Net zabrał ze sobą mini­kom­pu­ter z Man­fre­dem, choć pro­gram i tak zajął się wyszu­ki­wa­niem w inter­ne­cie infor­ma­cji o pro­du­cen­tach kosia­rek.

Po kuchni krę­ciła się mama, zaspana, jesz­cze w szla­froku. Tata koń­czył w pośpie­chu kanapkę.

— Co na śnia­da­nie? — zapy­tał Felix, gdy wymie­niono już przy­wi­ta­nia.

— Zaraz się pozbie­ram, to coś wymy­ślę — odparła mama, ale jej mina zdra­dzała, że naj­chęt­niej wró­ci­łaby do łóżka.

— Rozu­miem… Zro­bię jajecz­nicę. Chcesz?

— Nie. Położę się. Obudź­cie mnie za dwie godziny.

Wyszła z kuchni i wdra­pała się na pię­tro. Tata wytarł ser­wetką usta i zajął się prze­glą­da­niem zawar­to­ści swo­jej torby.

— Będziesz łapał kręta? — zapy­tał Felix.

Tata zaprze­czył.

— Jadę do Insty­tutu.

— Mój tata też dziś tam sie­dzi — wtrą­cił Net. — Poje­chał z rana.

— Wydział Infor­ma­tyki wciąż pra­cuje nad zła­ma­niem kodu. Podej­rze­wają, że to pozwoli poznać dokładne miej­sce upadku. W zasa­dzie tylko oni mają jesz­cze coś do roboty.

— To na jakim wydziale ty teraz jesteś? — zapy­tał Felix.

— Od pierw­szego stycz­nia głów­nie na Wydziale Aero­nau­tyki. Na nasze dzia­ła­nie jest już za późno, ale i tak muszę jechać, mamy kon­trolę z Mini­ster­stwa Spraw Spe­cjal­nych.

— W nie­dzielę?

— To chyba jedyne mini­ster­stwo, w któ­rym nie uży­wają zegar­ków ani kalen­da­rzy.

Przed domem zatrzy­mał się srebrny mikro­bus. Tata narzu­cił kurtkę i poca­ło­wał syna. Resz­cie poma­chał.

— Zosta­wiam wam samo­chód — dodał. — Na wszelki wypa­dek.

 

Wyszedł.

— Kon­trola? — zapy­tał w prze­strzeń Felix.

— Rób lepiej tę jajecz­nicę — pona­glił Net. — Z peł­nym brzu­chem lepiej się myśli.

Felix wyjął z lodówki jajka i zaczął roz­grze­wać patel­nię.

— Cała sztuka polega na tym, żeby nie roz­wa­lić żół­tek — wyja­śnił, pre­cy­zyj­nie wtłu­ku­jąc jajka na patel­nię. — Wtedy naj­pierw zetnie się białko i jajecz­nica będzie lep­sza.

Wzięli tale­rze z gotową jajecz­nicą i prze­nie­śli się do salonu, by obej­rzeć ser­wis infor­ma­cyjny. Zasie­dli na kana­pie, a Felix włą­czył tele­wi­zor.

Ilona Bogucka, ubrana w ele­gancki płaszcz, stała na chod­niku przy ruchli­wej ulicy. Obok niej star­szy pan trzy­mał w ramio­nach małego psa rasy nie­okre­ślo­nej i robił to, czego nie powinno się robić pod­czas wywia­dów, czyli patrzył pro­sto w obiek­tyw.

Pan Maciej wyszedł z psem na ostatni spa­cer — dra­ma­tycz­nym gło­sem powie­działa repor­terka. — Zaraz wsią­dzie w pociąg i poje­dzie do kuzynki z Kolu­szek, by prze­cze­kać kata­klizm.

Mówi­łem pani, że jadę do niej na waka­cje, dopiero w lipcu — zaprze­czył star­szy pan.

Wyraz pyska psa potwier­dzał, że on rów­nież ni­gdzie się nie wybiera. Ilona opu­ściła na chwilę mikro­fon i syk­nęła:

Uma­wia­li­śmy się…

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią i pokrę­cił głową.

Nie ucie­kłem z War­szawy, gdy każ­dego dnia spa­dały na nią dzie­siątki takich bomb. Dla­czego miał­bym ucie­kać teraz? Chodź, Lalur.

Posta­wił psa na chod­niku i odszedł. Lalur z god­no­ścią podrep­tał za swym panem. Nie­zra­żona tym nie­po­wo­dze­niem repor­terka z uśmie­chem odwró­ciła się do kamery:

Jak pań­stwo widzą, część miesz­kań­ców z prze­ra­że­nia popa­dła w marazm. Tym­cza­sem rakieta może spaść gdzie­kol­wiek i tra­fić kogo­kol­wiek. I to tra­fić na śmierć!

Na ulicy, tuż za nią, zatrzy­mała się śmie­ciarka. Z okna kabiny wychy­lił się męż­czy­zna w gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie i ryk­nął:

Prze­stań siać panikę, babo! Dzień jak co dzień!

Przy­ja­ciele prze­stali jeść i wybuch­nęli śmie­chem. W reży­serce ktoś musiał się zorien­to­wać, co się dzieje, bo obraz prze­sko­czył do stu­dia. Pre­zen­ter wyszarp­nął palec z nosa i spoj­rzał prze­ra­żony w kamerę.

Mów coś… — roz­legł się przy­ci­szony szept z OFF-u2

Aaa… Yyy… Eee… — zaczął pre­zen­ter. — Ze środka ogar­nię­tego paniką mia­sta mówiła dla pań­stwa Ilona Bogucka. Oglą­dają pań­stwo „Niusy czy Niu­anse”, wyda­nie spe­cjalne „Nad­ciąga totalny kata­klizm”. Przy­po­mnijmy jesz­cze raz, że pre­zy­dent mia­sta zaape­lo­wał do miesz­kań­ców, by nie ule­gali panice.

Prze­bitka na chod­nik w cen­trum. Kame­rzy­sta sta­rał się poka­zy­wać ogar­nięte paniką mia­sto, ale gdzie­kol­wiek wyce­lo­wał kamerę, tra­fiał na by­naj­mniej nie­spa­ni­ko­wa­nych ludzi: mamy z wóz­kami, pary na spa­ce­rach, bawiące się dzieci.

Felix pod­szedł do okna i wyj­rzał. Więk­szość sąsia­dów, któ­rzy wczo­raj wie­czo­rem pospiesz­nie pako­wali samo­chody, wró­ciła do domów.

— Nie ma żad­nej paniki — stwier­dził. — Gdyby to było lato, pod­le­wa­liby kwiatki.

Powrót do stu­dia. Obok pre­zen­tera poja­wił się szczu­pły, przy­gar­biony męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce. Pre­zen­ter przed­sta­wił go:

Pro­fe­sor Dyn­dała jest wybit­nym socjo­lo­giem. Witam pana. — Pro­fe­sor ski­nął głową. — Niech nam pan powie, skąd w ludziach to prze­ra­że­nie. Wydaje się, jakby mia­sto osza­lało. Nie­wiele bra­kuje, by ludzie zaczęli się tra­to­wać, ucie­ka­jąc pie­szo.

Pro­fe­sor spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego. Spoj­rzał w bok, gdzie zapewne znaj­do­wał się moni­tor z pod­glą­dem z mia­sta, odchrząk­nął i odpo­wie­dział:

My, Polacy, ni­gdy nie byli­śmy tchó­rzami. Byli­śmy za to lek­ko­myślni. War­szawa jest tak duża, że wystar­czy chwila zasta­no­wie­nia, by dojść do wnio­sku, że ucie­kać nie warto.

Prze­bitka na korek na tra­sie wylo­to­wej do Gdań­ska.

— Tam nie ma śniegu. — Nika wska­zała ekran. — To pew­nie zdję­cia z pierw­szego dnia waka­cji, kiedy wszy­scy jadą na urlopy.

Czyli uważa pan, że nie­wielka część miesz­kań­ców zigno­ro­wała to nie­wy­obra­żalne zagro­że­nie?

Więk­szość zigno­ro­wała. Musia­łoby wyda­rzyć się coś, co wywo­ła­łoby panikę. Widzę tu wielką rolę mediów, które powinny się powstrzy­mać przed –

A paniki wywo­ły­wać prze­cież nie chcemy — prze­rwał mu pre­zen­ter. — Obej­rzyjmy teraz symu­la­cję kom­pu­te­rową ude­rze­nia. Osoby o sła­bych ner­wach pro­szone są o zamknię­cie oczu na dzie­sięć sekund.

Ani­ma­cja cał­kiem reali­stycz­nie przed­sta­wiała scenę jak z filmu Arma­ged­don. Pło­nąca kula wiel­ko­ści sali gim­na­stycz­nej spa­dała wprost na mia­sto. W chwili wybu­chu przy­ja­ciele cof­nęli się od ekranu.

— To wygląda jak wybuch nukle­arny — mruk­nęła Nika.

— To wygląda jak chęć zwięk­sze­nia oglą­dal­no­ści — popra­wił ją Felix. — Zaraz pew­nie będą reklamy.

Rze­czy­wi­ście. Ani­ma­cja płyn­nie prze­szła w reklamę pla­strów opa­trun­ko­wych, a po niej prze­le­ciały trzy spoty środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Tym­cza­sem przy­ja­ciele skoń­czyli jajecz­nicę.

— Chce­cie to oglą­dać? — zapy­tał Net. — Wszyst­kiego możemy się dowie­dzieć z inter­netu.

— Zacze­kaj chwilę — odparł Felix. — Reklamy już się koń­czą.

Blok rekla­mowy za nami — powie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem pre­zen­ter. — Romu­ald Świeży, witam ponow­nie. Za chwilę dowiemy się, jakie miej­sca są naj­nie­bez­piecz­niej­sze w chwili nie­uchron­nego ude­rze­nia. Przed­tem jed­nak infor­ma­cja han­dlowa.

Na ekra­nie poja­wiła się kolejna reklama, tym razem gaśnicy. Akto­rowi udało się nią uga­sić wielki pożar domu tak szybko i spraw­nie, że oca­lały firanki, a na ścia­nach nie poja­wiły się nawet osma­le­nia. Lek­tor prze­czy­tał:

Pro­gram „Nad­ciąga totalny kata­klizm” spon­so­ruje pro­du­cent gaśnic Kry­styna Plus.

— To już prze­sada — skrzy­wił się Net.

— Chyba cały pro­gram jest po to, żeby ludzie ze stra­chu kupo­wali te pla­stry i gaśnice — przy­znała Nika.

— Wyłączmy to…

Za chwilę wysłu­chamy apelu mini­stra spraw spe­cjal­nych — powie­dział pre­zen­ter, więc przy­ja­ciele skon­cen­tro­wali się. — Przed­tem jed­nak sprawdźmy, co się dzieje w ogar­nię­tym paniką mie­ście. Ilono, sły­szysz nas?

Tak, Romu­al­dzie. Gło­śno i wyraź­nie. — Tym razem repor­terka stała na tle krza­ków, gdzie nikt nie mógł wejść w kadr i powie­dzieć, co myśli. — Prze­cha­dza­jąc się po ogar­nię­tym paniką mie­ście, przy­pad­kowo natknę­łam się na spa­ce­ru­ją­cego rów­nież pro­fe­sora Nako­niecz­nego, eks­perta w dzie­dzi­nie kon­struk­cjo­lo­gii budowli.

Kon­struk­cji budow­la­nych — popra­wił ją ktoś spoza kadru.

Kamera prze­su­nęła się w lewo, uka­zu­jąc sto­ją­cego obok tęgiego męż­czy­znę. Coś w jego wyglą­dzie spra­wiało, że naprawdę wyglą­dał na eks­perta w dzie­dzi­nie kon­struk­cji budow­la­nych.

Jakoś tak — zgo­dziła się repor­terka. — Według pana pro­gnoz, jak bar­dzo prze­ra­ża­jące będą znisz­cze­nia?

Rakieta może zbu­rzyć stary dom, jest jed­nak wąt­pliwe, by dopro­wa­dziła do zawa­le­nia się nowo­cze­snych kon­struk­cji z żel­betu. Znisz­czone zosta­nie naj­wy­żej kilka kon­dy­gna­cji.

Jakie miej­sce jest pana zda­niem naj­bez­piecz­niej­sze, by prze­cze­kać nie­uchronną kata­strofę? Schron prze­ciw­lot­ni­czy?

Wła­sne miesz­ka­nie — odparł z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią eks­pert. — Nie ma bez­piecz­niej­szych ani mniej bez­piecz­nych miejsc. Piw­nice domów nie są ani tro­chę lep­sze od stry­chów czy przejść pod­ziem­nych. Upa­dek rakiety to cał­ko­wita nie­wia­doma. Może się skoń­czyć na fajer­wer­kach i znisz­cze­niu traw­nika.

Ile osób może zgi­nąć?

— Liczymy na to, że nie zgi­nie nikt.

— Ale jakby pan miał pro­gno­zo­wać — naci­skała repor­terka.

Co mam pani powie­dzieć? — roz­ło­żył ręce. — Trzy osoby? Trzy­dzie­ści?

— Dzię­kuję bar­dzo. — Ilona odwró­ciła się do kamery. — Jak pań­stwo sły­szeli, według eks­per­tów zgi­nie od trzech do trzy­dzie­stu osób.

Eks­pert chciał zapro­te­sto­wać, ale na ekra­nie znów poja­wił się widok ze stu­dia.

Pro­fe­sor Dyn­dała jest innego zda­nia.

Eks­pert spoj­rzał na niego z takim wyra­zem twa­rzy, jakby chciał powie­dzieć „Doprawdy?”. Odchrząk­nął i wydu­kał:

No, może trzy­sta…

Pre­zen­ter dys­kret­nie uniósł dłu­go­pis i poru­szył nim, jakby wska­zy­wał sufit.

Aha… — Eks­pert zro­zu­miał. — Raczej trzy tysiące.

— A gdzie naj­le­piej prze­cze­kać nie­uchronny kata­klizm?

Tym razem gość nie wie­dział, jaka odpo­wiedź będzie wła­ściwa.

Naj­le­piej prze­cze­kać nie­uchronny kata­klizm przed tele­wi­zo­rem, oglą­da­jąc „Niusy czy Niu­anse”! — oznaj­mił rado­śnie pre­zen­ter. — A teraz łączymy się z Mini­ster­stwem Spraw Spe­cjal­nych, skąd wygłosi prze­mó­wie­nie mini­ster Jakub Roz­ner.

Na ekra­nie poja­wił się mini­ster spraw spe­cjal­nych. Przy­ja­ciele zapa­trzyli się w tele­wi­zor. Po chwili zro­zu­mieli, że to powtórka mate­riału z wczo­raj, który już widzieli.

Posta­rajmy się jed­nak opty­mi­stycz­nie patrzeć w przy­szłość — wyszcze­rzył się znów pre­zen­ter. — A w stu­diu kolejny gość – redak­tor naczelny mie­sięcz­nika „Necro­po­li­tan”.

Witam pań­stwa. — Ubrany w ide­al­nie czarny gar­ni­tur męż­czy­zna ski­nął głową. W klapę mary­narki miał wpięty zna­czek – malutką srebrną łopatkę. — My patrzymy opty­mi­stycz­nie w przy­szłość. Spo­dzie­wamy się pięt­na­sto­pro­cen­to­wego wzro­stu sprze­daży.