Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Tekst
Z serii: Felix Net i Nika #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Szafa się otwo­rzyła. — Regina unio­sła suk­nię jako dowód. — Chyba pękł wie­szak.

— Ktoś tu krzy­czał. — Opie­kunka spoj­rzała na bała­gan w sza­fie.

— Prze­stra­szy­ły­śmy się — wyja­śniła Nika. — To wyglą­dało, jakby z szafy ktoś wysko­czył. A to tylko suk­nia…

Opie­kunka popa­trzyła na nią podejrz­li­wie.

— Zda­wało mi się, że to był męski głos — powie­działa wolno.

— Mam chrypkę — ode­zwała się niskim gło­sem Laura. — Prze­wiało mnie na prze­łę­czy.

Wyraz twa­rzy kobiety zmie­nił się momen­tal­nie.

— Może zmie­rzysz tem­pe­ra­turę? — zanie­po­ko­iła się. — Zaraz dam ci aspi­rynę i wita­minę C. Nie mar­z­niesz aby w tym łóżku? Może przy­nieść ci koc?

Laura ener­gicz­nie pokrę­ciła głową.

— Nie, nie, niczego mi nie potrzeba — wyja­śniła szybko, wciąż tym samym niskim gło­sem. — Cza­sem tak mi się robi z gar­dłem. Jak się prze­śpię, do rana samo przej­dzie.

Pani Olga zlu­stro­wała jesz­cze pokój podejrz­li­wym wzro­kiem.

— Kładź­cie się spać — powie­działa nieco spo­koj­niej. — Rano coś zro­bimy z tą szafą. Teraz byśmy wszyst­kich pobu­dzili. Dobra­noc.

— Dobra­noc, pro­szę pani — odpo­wie­działy chó­rem dziew­czyny.

Dopiero gdy drzwi się zamknęły i uci­chło skrzy­pie­nie scho­dów, chłopcy wydo­stali się z ukry­cia.

Sorry — wyszep­tał wyraź­nie zaże­no­wany i czer­wony jak burak Felix. — Nie było wyj­ścia.

— Spoko — uśmiech­nęła się do niego Laura. — Przy­naj­mniej coś się dzieje.

Net uło­żył za sobą koł­drę i deli­kat­nie przy­kle­pał ją dłońmi. Nika wbi­jała w niego pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie. Felix odsu­nął się od łóżka Laury i przyj­rzał sza­fie.

— To wygląda, jakby ktoś tu wpu­ścił małą trąbę powietrzną — stwier­dził. — Jakby wywa­lił to wszystko, a potem w pośpie­chu powrzu­cał z powro­tem.

Regina spoj­rzała na Laurę. Ta wzru­szyła ramio­nami.

— Prze­cież tego nie zro­bi­łam — powie­działa. — Ostat­nio tu zaglą­da­łam jakoś po kola­cji.

— Ja w ogóle tam nie zaglą­da­łam — powie­działa Nika, nie spusz­cza­jąc oczu z nie­świa­do­mego tego faktu Neta. — Więc co się stało?

— To pro­ste. — Felix podra­pał się w głowę. — Wygląda na to, że ktoś się wła­mał.

Regina unio­sła brwi i rzu­ciła się do szu­flady szafki noc­nej, po dro­dze wci­ska­jąc suk­nię Feli­xowi. Wycią­gnęła maho­niowe pudełko i ner­wowo prze­glą­dała brzę­czącą zawar­tość.

— Niczego nie bra­kuje — stwier­dziła. — W sza­fie mam same ciu­chy.

Nika spraw­dziła swoją szu­fladę. Spinka z zie­lo­nym kamie­niem leżała bez­piecz­nie w szu­fla­dzie.

— Więc czego mógł tam szu­kać ten ktoś? — Nika obser­wo­wała, jak Net podzi­wia zawar­tość pudełka z biżu­te­rią gotki. — Jestem pra­wie pewna, że ktoś wcho­dził kilka minut temu do pokoju.

— Widzie­li­śmy tylko cie­nie pod drzwiami — powie­dział Felix. — Sły­sze­li­śmy trzesz­cze­nie scho­dów, ale nie wiemy, kto to był.

— Czyli jed­nak ktoś tu wcho­dził.

— Na pewno wcho­dził po scho­dach. — Felix wrę­czył suk­nię Regi­nie i szyb­kim ruchem otwo­rzył drzwi na oścież. Nie zapisz­czały.

— Powoli… — syk­nął Net.

— Wła­śnie szybko — odparł szep­tem Felix. — Czę­sto­tli­wość dźwięku zmie­nia się na tak wysoką, że ludz­kie ucho jej nie sły­szy. Nie­ważne… Mokre ślady pro­wa­dzą w jedną stronę. — Wska­zał pal­cem. — Ten ktoś wszedł tu, ale nie wyszedł.

— Spraw­dzi­ły­śmy cały pokój — odparła Nika.

Felix popa­trzył na mar­tensy Niki, potem na glany Reginy, a wresz­cie na gór­skie buty trek­kin­gowe Laury. Ślady na pod­ło­dze czę­ściowo się roz­pły­nęły, a czę­ściowo wyschły, więc roz­po­zna­nie, z któ­rej pode­szwy pocho­dzą, byłoby raczej nie­moż­liwe. Jed­nak tylko buty Niki były mokre – stały w kałuży wody z kubka.

— Jeśli to żadna z was, to ten ktoś mógł też wytrzeć buty o dywa­nik i wyjść w suchych — orzekł Felix. — Nie widzę innej moż­li­wo­ści.

Zamknął drzwi tym samym szyb­kim ruchem, zwal­nia­jąc na sam koniec, by nie trza­snąć. Wziął od Reginy suk­nię, wyjął wie­szak, po czym oddał ubra­nie wła­ści­cielce.

— Ofi­cjal­nie i tak już jest pęk­nięty — powie­dział i prze­ła­mał go na pół na kola­nie. Drewno trza­snęło cicho. Wydo­był kawa­łek drutu w kształ­cie znaku zapy­ta­nia, pod­ło­żył pro­sty koniec pod nogę krze­sła na głę­bo­kość mniej wię­cej cen­ty­me­tra, usiadł na krze­śle i pocią­gnął drut w górę. Metal wygiął się pod kątem pro­stym. Chło­pak wstał i zado­wo­lony przyj­rzał się swemu dziełu.

— Oświe­cisz nas? — Wyraź­nie zain­try­go­wana Nika spu­ściła na chwilę z oczu Neta.

— Klucz. — Felix pod­szedł do drzwi, wsu­nął zmo­dy­fi­ko­waną koń­cówkę do zamka i prze­krę­cił. Zapadki prze­sko­czyły, jak powinny. — Może­cie się zamknąć na noc.

— Tylko dys­kret­nie — dodał Net. — Coś mi się wydaje, że klu­czy nie ma wła­śnie dla­tego, żeby­śmy się nie zamy­kali. — Zauwa­żył groźne spoj­rze­nie Niki. — Co się tak lam­pisz? — Popa­trzył po sobie i prze­cze­sał włosy. — Mam coś na gło­wie?

— Nie, nie masz — odparła oschle Nika.

— A, to spoko. To do jutra.

Felix otwo­rzył zamek i wrę­czył Nice klucz. Wró­cili do pokoju, ale sen­ność im minęła. Net pod­sta­wił krze­sło pod klamkę, wsko­czył do łóżka i nakrył się pod samą szyję. Felix był bar­dziej zacie­ka­wiony niż zanie­po­ko­jony. Obaj co chwilę zer­kali w szcze­linę pod drzwiami.

— Nika wyglą­dała na zde­ner­wo­waną — ode­zwał się po chwili Net. — Masz pomysł, o co cho­dziło?

— Może o to, że pla­no­wa­li­śmy uni­kać kło­po­tów, a one same do nas cią­gną. — Felix wzru­szył ramio­nami, choć gest ten był nie­wi­doczny w ciem­no­ści. — Albo prze­stra­szyła się tą szafą.

— Zwy­kle się tak nie przej­mo­wała. A może ją też prze­wiało na prze­łę­czy?

— Raczej cze­goś chce.

— To czemu nie powie? Może ma dziś uro­dziny i zapo­mnie­li­śmy? Mogłaby powie­dzieć zwy­czaj­nie, że ma te uro­dziny… Nie, to nie to – ma je jakoś w waka­cje. Kobiety nadają kodem ze stu­dwu­dzie­sto­ośmio­bi­to­wym klu­czem, zamiast otwar­tym ASCII6. „Tak” zna­czy „nie”, „nie” zna­czy „tak”. Po co tak życie kom­pli­ko­wać? To jak instruk­cja obsługi sno­po­wią­załki po fran­cu­sku. Dziew­czyna nie powie: „Zamknij okno, bo mar­znę”, tylko „Nie dbasz o mnie”. I domyśl się tu czło­wieku, o jaki spo­sób nie­dba­nia o nią aku­rat cho­dzi. Po jakim cza­sie wpad­niesz na to, że o ter­miczny? Albo zamiast „Podaj mi sól”, mówią „Ty mnie już chyba nie kochasz”. Ech, kom­pli­kują pro­ste sprawy.

— Kom­pli­kują — przy­znał Felix. — Sta­wiam na stres.

— Tak, to pew­nie nerwy. W końcu ktoś im roz­be­be­szył szafę, kiedy spały. — Net zasta­no­wił się chwilę. — Nie… Któ­raś ściem­nia. Nie da się wymknąć z pokoju i wemknąć z powro­tem, tak żeby nikt nie zauwa­żył. W tym domu wszystko trzesz­czy.

Felix mruk­nął pota­ku­jąco i chwilę patrzył w sufit. W pokoju pano­wała kom­pletna ciem­ność, więc ist­nie­nie sufitu było kwe­stią wiary. Po gło­wie koła­tał mu się pewien pomysł, ale jego reali­za­cja ozna­czała koniecz­ność ponow­nego wyj­ścia na kory­tarz, a na to nie miał naj­mniej­szej ochoty.

— Zapo­mnia­łem o pew­nej banal­nej spra­wie. — Felix nasłu­chi­wał chwilę, ale zza ściany nie dobie­gały żadne odgłosy. — Pew­nie śpią, więc już za późno na naj­prost­szy test. Można było spraw­dzić, czyje buty są w środku cie­płe.

1 Menisk wypu­kły – jeśli siły mię­dzy czą­stecz­kami cie­czy i ścia­nek są małe, to powierzch­nia cie­czy w pobliżu ścia­nek zakrzy­wia się w dół i wtedy ciecz two­rzy menisk wypu­kły. W ten spo­sób ciecz może się­gać powy­żej kra­wę­dzi naczy­nia. Oczy­wi­ście jest to zauwa­żalne tylko w małej skali. [wróć]

2 Malar­stwo hiper­re­ali­styczne – kie­ru­nek w malar­stwie XX wieku, któ­rego celem jest przed­sta­wia­nie rze­czy­wi­sto­ści z jak naj­więk­szą pre­cy­zją. Ter­min ten zasto­so­wano po raz pierw­szy w odnie­sie­niu do twór­ców ame­ry­kań­skich, odtwa­rza­ją­cych na płót­nach foto­gra­fię. [wróć]

3 Malar­stwo sur­re­ali­styczne – kie­ru­nek w malar­stwie powstały we Fran­cji w 1924 roku, w opo­zy­cji do reali­zmu. Kre­ował absur­dalne wizje, w któ­rych trudno się doszu­kać jakiej­kol­wiek logiki, wizje które wyglą­dają czę­sto jak przed­sta­wie­nie snu czy halu­cy­na­cji. [wróć]

4 Hatif­nat – jedna z postaci z książki o Mumin­kach Tove Jans­son. [wróć]

5 Oddzia­ły­wa­nie pod­sta­wowe – oddzia­ły­wa­nie fizyczne nie dające się spro­wa­dzić do innych oddzia­ły­wań (np. gra­wi­ta­cja). [wróć]

6 ASCII [czyt. aski] (ang. Ame­ri­can Stan­dard Code for Infor­ma­tion Inter­change) – kod przy­po­rząd­ko­wu­jący liczby lite­rom. Służy kodo­wa­niu zna­ków w sys­te­mach kom­pu­te­ro­wych. [wróć]


4. Sabo­ta­ży­sta jest wśród nas

Po śnia­da­niu, wywa­bieni wystrza­łami z tłu­mika Goliata, wszy­scy wyle­gli przed pen­sjo­nat. Śmieszki i Kle­ofas już mieli na sobie kurtki nar­ciar­skie, licząc chyba na to, że wycią­gnię­cie auto­karu jest kwe­stią minut. Niebo pozo­sta­wało zachmu­rzone jak wczo­raj, gro­żąc w każ­dej chwili desz­czem. Spod śniegu wyła­niał się bruk. Zna­czyło to przy­naj­mniej tyle, że na podwórku nie będą grzę­znąć w bło­cie. Teraz jed­nak każde stąp­nię­cie w nie­wła­ści­wym miej­scu koń­czyło się zanu­rze­niem buta po kostkę w wodzie.

 

Wrota garażu stały otwo­rem i wszy­scy mogli przyj­rzeć się Golia­towi. Potężny trak­tor stał na czte­rech wiel­kich opo­nach. Zamiast kabiny miał rodzaj ramy z gru­bych rur z bre­zen­tem roz­wie­szo­nym nad fote­lem z popę­ka­nego skaju. Kie­row­nica przy­po­mi­nała koło ste­rowe. Pokrywa sil­nika była sym­bo­licz­nym kawał­kiem czer­wo­nej nie­gdyś bla­chy w kształ­cie odwró­co­nej wanny, więc wszyst­kie mecha­ni­zmy znaj­do­wały się na wierz­chu. Rury, prze­wody, koła z paskami kli­no­wymi, dźwi­gnie opla­tały gąsz­czem alu­mi­niowy blok sil­nika. W garażu pano­wał mrok, a sam Goliat był raczej brudny, więc nie­wiele wię­cej dawało się o nim powie­dzieć. No może poza tym, że był bar­dzo stary.

Tobiasz wdra­pał się na fotel kie­rowcy i wyko­nał skom­pli­ko­waną sekwen­cję, pole­ga­jącą na prze­su­nię­ciu kilku dźwi­gni, obró­ce­niu kilku pokrę­teł i prze­łą­cze­niu kilku prze­łącz­ni­ków. Następ­nie prze­krę­cił klu­czyk, ale nic się nie wyda­rzyło.

— Zamiast klu­czyka i sta­cyjki jest pew­nie klucz i sta­cja — powie­dział Net. — Trzeba go prze­krę­cać obu­rącz.

Tobiasz powtó­rzył sekwen­cję w odwrot­nej kolej­no­ści, zszedł z fotela i chwilę grze­bał pod pokrywą sil­nika. Wró­cił na miej­sce, powtó­rzył wszyst­kie czyn­no­ści i znów prze­krę­cił klu­czyk. Zachro­bo­tał roz­rusz­nik, sil­nik wystrze­lił kilka razy z gru­bego komina, popra­co­wał chwilę i zgasł. Nie­bie­ski dym z wolna wydo­by­wał się z garażu. Tobiasz pod­szedł do jed­nej ze skrzyń, pogrze­bał w niej i wycią­gnął wielki klucz, wielki młot i wielki śru­bo­kręt. Pod­niósł wan­no­po­dobną pokrywę sil­nika i przy­mie­rzył się do śrub na jego wierz­chołku.

— Strze­lił nośnik tre­bli­nek — powie­dział Net.

— To tro­chę potrwa — oce­nił Felix. — Odkręca gło­wicę.

Znu­dzeni ferio­wi­cze roze­szli się po podwórku, część wró­ciła do domu. Śmieszki i Kle­ofas naj­wy­raź­niej nie stra­cili nadziei, bo stali na wprost wrót i obser­wo­wali poczy­na­nia Tobia­sza. Net za to przy­glą­dał się im.

— Na co się tak patrzysz? — zapy­tała podejrz­li­wie Nata­lia. Wciąż pamię­tała wczo­raj­szą wie­czorną przy­godę. Złość już jej minęła, ale wolała zacho­wać ostroż­ność, na wypa­dek, gdyby Net wykrę­cił kolejny numer.

— Patrzę na wasze stroje — odparł Net. — Wybie­ra­cie się na narty wodne? Na razie moto­rówka nie chce odpa­lić.

Śmieszki zachi­cho­tały, a Kle­ofas ścią­gnął usta w pełen pogardy dziu­bek.

— Moim zda­niem naprawa potrwa naj­wy­żej kilka minut — oświad­czył. — Jeśli sil­nik już na chwilę zasko­czył, to zna­czy, że zaraz będzie nor­mal­nie dzia­łał. A co do nart wod­nych, to nie masz racji, bo nowo­cze­sna tech­no­lo­gia potrafi wypro­du­ko­wać śnieg, nawet jeśli nie padał. Urzą­dze­nia do tego nazy­wają się armat­kami śnież­nymi i na pewno już pra­cują na naszym stoku.

— Armatki śnieżne dzia­łają tylko przy ujem­nej tem­pe­ra­tu­rze — zauwa­żył Felix.

— Mówisz o armat­kach sta­rego typu — odparł bez mru­gnię­cia Kle­ofas. — Te nowe mogą pra­co­wać w dowol­nej tem­pe­ra­tu­rze.

— Armatka śnieżna to taki wielki prysz­nic z wen­ty­la­to­rem. Wypusz­cza wodną mgiełkę, która zama­rza w zim­nym powie­trzu w coś rodzaju śniegu i opada na stok. Teraz jest kilka stopni powy­żej zera.

— Armatki nowego typu schła­dzają powie­trze.

Felix już otwie­rał usta, żeby wyja­śnić mu, że to bar­dzo, ale to bar­dzo mało praw­do­po­dobne, ale zre­zy­gno­wał. Taka roz­mowa mogłaby trwać dowol­nie długo, do niczego nie pro­wa­dząc.

— Przejdźmy się — zapro­po­no­wała Nika. — Musimy poga­dać.

Zain­try­go­wani przy­ja­ciele bez słowa ruszyli pod górę drogą pro­wa­dzącą do karczmy. Gdzie­nie­gdzie spod śniegu prze­bi­jała roz­mię­kła glina, co źle roko­wało na naj­bliż­sze dni.

— Nie ma arma­tek schła­dza­ją­cych powie­trze? — zapy­tał Net.

— Nie ma — wes­tchnął Felix. — Kle­ofas jest eks­per­tem w każ­dej dzie­dzi­nie. Ma zdol­ność pro­du­ko­wa­nia dowol­nej ilo­ści bzdur, a wszy­scy mu wie­rzą. Teraz… wła­ści­wie to sam już nie jestem do końca pewny, czy przy­pad­kiem nie ma arma­tek schła­dza­ją­cych powie­trze.

— On ma wewnątrz­czasz­kowy gene­ra­tor pierd ze szczę­kową przy­stawką pro­pa­gu­jącą — przy­znał Net. — Będzie poli­ty­kiem. O czym chcia­łaś poga­dać? — To było już do Niki.

— O tym, o czym mie­li­śmy nie roz­ma­wiać — odparła nie­zde­cy­do­wa­nie. — O kło­po­tach.

— Roz­ma­wiać to możemy. Byle­by­śmy się nie łado­wali w nie. Hm… Wczo­raj­szych nie­to­pe­rzy nie liczmy.

Nika wzdry­gnęła się z zimna. Po wczo­raj­szej wypra­wie płaszcz jesz­cze cał­ko­wi­cie nie wysechł.

— Mam złe prze­czu­cia — powie­działa cicho. — Śniły mi się…

— Zie­lone drzwi? — pod­su­nął Net.

— Skąd wiesz?

— Śniły ci się w auto­ka­rze. Nie pamię­tasz?

— Pamię­tam. — Zmarsz­czyła czoło. — Tak… śniły mi się wcze­śniej. Nie wiem, co to zna­czy, ale to nie było przy­jemne. Ale mówi­łam wam wczo­raj o tym, że mam złe prze­czu­cia, a potem… wie­cie, co się potem wyda­rzyło. Nie cho­dzi mi o nie­to­pe­rze, tylko o resztę. Na przy­kład o kogoś, kto wcho­dził do naszego pokoju. Same tego baj­zlu nie zro­bi­ły­śmy.

— Jak się lepiej zasta­no­wić, to masz rację — przy­znał Net. — Skoro wszyst­kie trzy były­ście w pokoju, to żadna nie musiała się z niego wymy­kać, żeby wybe­be­szyć szafę, która była w tym samym pokoju.

— Fakt. — Felix zmarsz­czył brwi. — To raczej ktoś inny, bo po co mia­ły­by­ście to robić? Chyba że cho­dziło o kamu­flaż.

— Gdyby Regina albo Laura, bo powiedzmy, że cie­bie nie podej­rze­wam… — Net wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. — Gdyby któ­raś z nich chciała bez­kar­nie prze­grze­bać nie swoją torbę, to mia­łoby sens. Łatwiej wszystko wywa­lić na pod­łogę, niż po kry­jomu grze­bać i zosta­wić w tym samym sta­nie.

— Nie, cze­kaj. To jed­nak też mało praw­do­po­dobne — zasta­no­wił się Felix. — Gdyby któ­raś chciała, mogłaby to zro­bić spo­koj­nie na przy­kład teraz.

— Może to któ­raś z nich, a może kto inny — przy­znała Nika. — Ale pamię­tam kogoś w drzwiach pokoju. Z całym tym domem coś jest nie tak. Musimy uwa­żać i obser­wo­wać wszystko i wszyst­kich.

— Miał być bez­stre­sowy wyjazd — przy­po­mniał Net.

Nika przy­tak­nęła bez prze­ko­na­nia.

— Pamię­ta­cie, jak Olim­pij­czycy oglą­dali obrazy w jadalni? — zapy­tała. — Jeden z obra­zów wczo­raj wyglą­dał zde­cy­do­wa­nie ina­czej. Mówię o tym, na któ­rym była mgła. Dziś przyj­rza­łam mu się dokład­niej. Tam jest linia hory­zontu.

— No i? — Net spoj­rzał na nią w ocze­ki­wa­niu pointy.

— Wydaje mi się, że wczo­raj wie­czo­rem jej nie było.

— Eee… Myśla­łem, że coś cie­kaw­szego wymy­ślisz.

— Ja tego nie wymy­śli­łam!

— Wczo­raj było inne oświe­tle­nie — wyja­śnił Felix. — Każda farba tro­chę ina­czej odbija świa­tło. Może być tak, że ten sam kolor w sztucz­nym świe­tle wygląda ina­czej niż w dzien­nym. Albo dwa różne kolory w świe­tle sztucz­nym wyglą­dają iden­tycz­nie. Myślę, że jesteś ciut prze­wraż­li­wiona.

— A litera „Q” ze scrab­bli? — zapy­tała z naci­skiem dziew­czyna.

— To pen­sjo­nat. — Felix podra­pał się w głowę. — Może był tu przed nami ktoś, kto grał w ory­gi­nalną wer­sję scrab­bli? Mało praw­do­po­dobne, ale moż­liwe. Nie widzę żad­nego związku z innymi spra­wami.

— A krzyk w piw­nicy?

— Ktoś ma kosz­marne sny — odparł Net. — Krzyk zawsze roz­le­gał się w nocy. Ten dom wygląda jak kaplica, można się tu źle czuć.

Dotarli do miej­sca, gdzie droga zaczy­nała opa­dać w dół przed następ­nym wznie­sie­niem. To mniej wię­cej jedna trze­cia drogi do karczmy. Nie było po co iść dalej.

— Dziś pew­nie i tak się ni­gdzie nie ruszymy. — Felix spoj­rzał na odcho­dzącą w bok ścieżkę. Jej ist­nie­nia można się było domy­ślić na pod­sta­wie nastę­pu­ją­cych po sobie przerw mię­dzy krza­kami. Zresztą przy tej ilo­ści śniegu nie miało zna­cze­nia, czy idzie się ścieżką, czy obok niej. Pro­wa­dziła ona w stronę szczytu pagórka, u któ­rego stóp znaj­do­wał się pen­sjo­nat.

— Mam takie przy­kre podej­rze­nie, że dopóki mamy wto­piony auto­kar, dopóty będzie tu aż za spo­koj­nie — powie­dział Felix.

Mina Niki świad­czyła, że jest innego zda­nia. Jed­nak dziew­czyna nie ode­zwała się.

— Chcesz tam wcho­dzić? — Net spoj­rzał bez entu­zja­zmu w las. — To bar­dziej wygląda na brak ścieżki niż na ścieżkę. Zresztą mam zupeł­nie prze­mo­czone buty.

— Więc bar­dziej mokre już nie będą. Mon­taż gło­wicy sil­nika to co naj­mniej pół godziny, więc atrak­cja wycią­ga­nia auto­karu nas nie omi­nie. — Felix oce­nił podej­ście. — Wydaje mi się, że tu nie ma skał, z któ­rych można spaść.

— Posta­no­wione. — Net kla­snął w dło­nie. — Idziemy.

— Posta­no­wione? — obu­rzyła się Nika. — A ja to co? Nie­wi­dzialna?

— Jakoś nie pamię­ta­łaś o rów­no­upraw­nie­niu, jak trzeba było spraw­dzić, kto się chowa w sza­fie — zauwa­żył Net.

— Tam nie było mon­stera. Zaata­ko­wała cię sukienka z pseu­do­ta­fty.

— Ale to się oka­zało dopiero potem.

Felix stał kilka kro­ków dalej i podzi­wiał zamglone szczyty pagór­ków.

— A chwilę póź­niej wsko­czy­łeś do łóżka Reginy! — wypa­liła Nika.

— Szła Olga. — Net wzru­szył ramio­nami. — No prze­cież to były mili­se­kundy.

— Ale wsko­czy­łeś do JEJ łóżka.

— Więc o to byłaś zła? — Net nie mógł uwie­rzyć. — A ja myśla­łem, że masz pro­blemy żołąd­kowe. Jej łóżko było naj­bli­żej. Chcesz użyć miarki, żeby spraw­dzić? Sama mnie zawo­ła­łaś tym puka­niem.

— Wię­cej nie zawo­łam. — Zało­żyła ramię na ramię i ucie­kła wzro­kiem w bok.

Felix uda­wał, że myślami jest daleko stąd, ale zezo­wał w stronę przy­ja­ciół. Był już świad­kiem kil­ku­na­stu podob­nych sytu­acji i wie­dział, że trzeba prze­cze­kać.

— Mówi­łem ci już, że faj­nie marsz­czysz nosek, kiedy się zło­ścisz? — ode­zwał się Net.

Nika posłała mu cięż­kie spoj­rze­nie, ale jed­nak uśmiech­nęła się.

— Spró­buj tego wię­cej nie robić — popro­siła.

— Było się orien­to­wać, dziew­czyno. — Net wyszcze­rzył zęby. — Następ­nym razem bądź szyb­sza.

Mówiąc to, schy­lił się, ule­pił śnieżkę i rzu­cił w Nikę. Uchy­liła się, ale nie­do­sta­tecz­nie. Mokry śnieg pac­nął w rękaw płasz­cza. Net nie cze­kał na reak­cję, tylko już biegł pod górę bra­kiem ścieżki. Nika ze śmie­chem się­gnęła po śnieg. Po chwili ciężka od wody śnieżka po nieco nie­na­tu­ral­nej tra­jek­to­rii poszy­bo­wała w ślad za ucie­ka­ją­cym, w ostat­niej chwili sko­ry­go­wała lot i pac­nęła w sam czu­bek Neto­wej głowy.

— Znów sto­su­jesz nie­uczciwy doping! — Net zdjął czapkę i strze­pał śnieg.

Jak dzieci, pomy­ślał Felix i poczuł na nodze ude­rze­nie śnież­nej kulki. Zre­zy­gno­wał z kontr­ataku, słusz­nie podej­rze­wa­jąc, że prze­mo­czone ręka­wiczki to przy tej pogo­dzie nic przy­jem­nego.

Brak ścieżki popro­wa­dził ich stromo w górę, gdzie las był gęsty, a zie­mia miej­scami pozba­wiona już śniegu. Tutaj szło się znacz­nie łatwiej.

Po kilku minu­tach dotarli do miej­sca, gdzie brak ścieżki roz­ga­łę­ział się. Idący przo­dem Net wybrał lewą odnogę, która dopro­wa­dziła ich do małego tarasu wido­ko­wego z wiel­kim gła­zem, który czę­ściowo odgra­dzał taras od urwi­ska. Miej­sce wyglą­dało, jakby olbrzym góro­jad wielką łychą wydłu­bał ze zbo­cza kil­ku­me­trowy kęs.

— Miało nie być skał, z któ­rych można spaść — przy­po­mniał Net.

— Rze­czy­wi­stość chyba zmie­niła zda­nie — odparł Felix. — Już są skały, z któ­rych można spaść. Nie pod­chodź­cie do kra­wę­dzi.

— A tu jest coś znacz­nie cie­kaw­szego… — zauwa­żył Net.

Tylna ściana tarasu była pio­nowa, a u dołu nawet lekko pod­cięta. Tam wła­śnie, spo­mię­dzy zwie­sza­ją­cych się uschnię­tych łodyg jakichś pną­czy i bez­list­nych teraz krza­ków, prze­bi­jała skała, w któ­rej ział czarny otwór na tyle duży, że czło­wiek mógłby się prze­zeń prze­ci­snąć do środka. Felix pod­szedł i zaświe­cił latarką. Natu­ralny kory­tarz scho­dził stromo w głąb góry.

— Może to wylot tej jaskini, do któ­rej wcho­dzi się przez piw­nicę — zasta­no­wiła się Nika.

 

— Po namy­śle — Net odsu­nął się od dziury — nie chcę wie­dzieć. Chcę się odstre­so­wy­wać.

— Spo­koj­nie. — Felix scho­wał latarkę. — Nie zamie­rzam tam wcho­dzić.

— Ja myślę! W lecie byłoby tu wyrą­bi­ste miej­sce do nic­nie­ro­bie­nia.

Widocz­ność popra­wiła się i w oddali dawało się dostrzec wyż­sze szczyty gór­skie. Na pół­nocy padał deszcz, sta­lowe firany cią­gnęły się od gra­na­to­wych spodów chmur ku ziemi.

— Tam chyba jest jakaś wio­ska. — Nika wska­zała geo­me­tryczne kształty wysta­jące spo­mię­dzy drzew na lewo od widocz­nego stąd dachu karczmy Pod Roz­chrum­ka­nym War­chla­kiem. — Mogli­by­śmy się tam wybrać na spa­cer.

— Jak się któ­re­goś dnia bar­dzo znu­dzimy tym odstre­so­wy­wa­niem, to możemy się tam przejść na wycieczkę — zgo­dził się łaska­wie Net. — Na razie nie narze­kam na nudę.

Na tara­sie nie było miej­sca, gdzie można by usiąść, a do tego robiło się coraz chłod­niej. Przy­ja­ciele wró­cili więc do roz­ga­łę­zie­nia braku ścieżki i skrę­cili w lewo, pod górę. Tutaj las był gęst­szy, na ziemi pra­wie nie było śniegu. Z to co chwilę sły­chać było, jak gdzieś ciężka od wody czapa zjeż­dża z gałęzi.

Przy naj­wyż­szym punk­cie braku ścieżki zro­bili prze­rwę, choć w górach zwy­kle tak bywa, że ten naj­wyż­szy punkt wydaje się tuż, tuż, a gdy się do niego docho­dzi, to już wia­domo, że wcale nie jest tym naj­wyż­szym. Stąd widzieli odle­gły o dwie­ście, może trzy­sta metrów dach pen­sjo­natu od strony czę­ści pry­wat­nej, zaj­mo­wa­nej przez wła­ści­cielki. Przy­ja­ciele stali teraz jakieś pięć­dzie­siąt metrów ponad komi­nami. Drzewa rosły gęsto, ale były tak usy­tu­owane, że w linii pro­stej znaj­do­wało się dosko­nale widoczne okno pokoju na pierw­szym pię­trze. Za czę­ściowo odsło­niętą firanką ktoś sie­dział.

— Zadam być może głu­pie pyta­nie — ode­zwał się Net. — Czy masz przy sobie lor­netkę?

— Rze­czy­wi­ście głu­pie pyta­nie — odparł Felix, się­ga­jąc do ple­caka. — Oczy­wi­ście, że mam.

— Zda­wało mi się, że nie wzią­łeś ze sobą sprzętu.

— Jest na wypo­sa­że­niu pod­sta­wo­wym. — Zado­wo­lony Felix wrę­czył przy­ja­cie­lowi małą lor­netkę.

— Ktoś coś mówił o nie­ła­do­wa­niu się w kło­poty — przy­po­mniała Nika.

— Tylko zer­k­niemy — zba­ga­te­li­zo­wał Net. Prze­su­nął oku­lary na czoło, pokrę­tłem usta­wił na lor­netce ostrość i spoj­rzał przez nią w dół. — Dom… okno… firanka… baba przy stole. Cie­kawe, która to.

— Pokaż. — Felix zabrał mu lor­netkę. — One się tak samo ubie­rają i cze­szą. Z bli­ska też ich nie roz­róż­niam. Zer­k­nij ty.

Nika prze­jęła sprzęt. Kobieta sie­działa przy stole, czę­ściowo ukryta za firanką. Dło­nie poło­żyła pła­sko przed sobą, jak dziecko cze­ka­jące na deser. Nie poru­szała się. Nie można było oce­nić, czy ma zamknięte, czy otwarte oczy. Sie­działa sztywno, z wypro­sto­wa­nymi ple­cami, więc raczej nie drze­mała. Naprawdę trudno było zna­leźć powód, dla któ­rego ktoś miałby sie­dzieć w tak nie­wy­godny spo­sób.

— To ta trze­cia — powie­działa wolno Nika. — Trze­cia kuzynka.

Kobieta pochy­liła się i wyj­rzała przez okno. Nika odru­chowo cof­nęła się i opu­ściła lor­netkę.

— Spoj­rzała na mnie…

— Czarny płaszcz na tle czar­nych drzew. — Felix pokrę­cił głową. — Nie mogła cię zoba­czyć.

— Spoj­rzała pro­sto na mnie — upie­rała się Nika. — Nie masz tak cza­sem, że nagle, pod wpły­wem impulsu odwra­casz się i zauwa­żasz w tłu­mie kogoś, kto się na cie­bie gapi?

— Czy­ta­łem kie­dyś o tym — przy­znał Felix. — Ale nawet jeśli na cie­bie spoj­rzała, to co z tego? Pozna­li­śmy trze­cią kuzynkę. Dwie pro­wa­dzą pen­sjo­nat, trze­cia tylko tam mieszka. Nic nie­zwy­kłego.

— One ją tam więżą. — Dziew­czyna była poru­szona. Oddała lor­netkę i dodała — lepiej już wra­cajmy.

* * *

Brak ścieżki dopro­wa­dził ich przed pen­sjo­nat z dru­giej strony podwórka. Nikogo tu nie było, z wyjąt­kiem Kle­ofasa, który dora­dzał Tobia­szowi pod­czas naprawy. Męż­czy­zna zno­sił to z abso­lut­nym spo­ko­jem. Przy­ja­ciele zaj­rzeli do garażu.

— I jak idzie? — zapy­tał Felix.

— Jesz­cze — zadud­nił Tobiasz. Zapewne był to skrót myślowy od „Jesz­cze tro­chę mi się zej­dzie”.

— Może pomóc?

Pan Złota Rączka tylko pokrę­cił prze­cząco głową.

Czę­ściowo roze­brany, widziany z bli­ska Goliat robił jesz­cze więk­sze wra­że­nie. Przy­naj­mniej na Feli­xie.

— Mówi­łeś, że to potrwa naj­wy­żej kilka minut — wspo­mniał z prze­ką­sem Net.

— I potrwa­łoby, gdyby to nie był sil­nik dol­no­za­wo­rowy — odparł bez mru­gnię­cia Kle­ofas.

Felix poki­wał głową z uda­wa­nym znaw­stwem, choć abso­lut­nie nie był pewien, czy sil­nik gór­no­za­wo­rowy dałby się uru­cho­mić szyb­ciej.

Prze­szli do pen­sjo­natu.

— Tak tylko spraw­dza­łem czas reak­cji jego gene­ra­tora pierd — wyja­śnił Net, gdy wytu­pali w sieni buty i zdjęli kurtki.

W jadalni natknęli się na Leoka­dię, która z uwagą obser­wo­wała sufit.

— Dzień dob… — zaczęła Nika, ale kobieta uci­szyła ją nie­cier­pli­wym gestem.

Oprócz nich była tam tylko Laura. Leżała na skó­rze niedź­wie­dzia z ple­ca­kiem pod­ło­żo­nym pod głowę, a w dłoni trzy­mała otwartą książkę Wiedzma.com.pl. Ona rów­nież patrzyła w górę.

Przy­ja­ciele unie­śli wzrok, ale grube belki i deski wyglą­dały tak samo, jak wczo­raj. Dopiero po chwili zro­zu­mieli, że gospo­dyni nie obser­wuje sufitu, tylko nasłu­chuje docho­dzą­cych z niego trza­sków. Nie były to dźwięki spo­wo­do­wane kro­kami kogoś pię­tro wyżej. Przy­po­mi­nały bar­dziej odgłosy, jakie wydaje kon­struk­cja kadłuba sta­rego żaglowca na falu­ją­cym morzu.

Trwali tak nie­ru­chomo, a trza­ski nastę­po­wały po sobie w coraz dłuż­szych odstę­pach. Wresz­cie uci­chły. Leoka­dia ode­tchnęła i wyjęła z kie­szeni zwi­janą miarkę z meta­lo­wej taśmy. Zaha­czyła zaczep o kra­wędź para­petu i roz­cią­gnęła ją aż do naroż­nika kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego do czę­ści admi­ni­stra­cyj­nej. Zapi­sała wynik w małym note­siku.

— Już może­cie się zacho­wy­wać — powie­działa i wró­ciła do biura, skąd po chwili dobie­gła ner­wowa wymiana zdań.

— Co to miało być? — zapy­tał Net. — Cha­łupa nam się roz­sy­puje?

Usiadł na ławie bli­sko kominka, zdjął buty i wysu­nął mokre stopy w stronę żarzą­cych się węgli.

Felix obszedł salę i przyj­rzał się miej­scom, gdzie drew­niane belki stro­powe wcho­dziły w ściany. A potem samym ścia­nom. Na tym pozio­mie były wyko­nane z kamieni połą­czo­nych zaprawą. W kilku miej­scach wid­niały wyraźne pęk­nię­cia. Nie były jed­nak groźne dla sta­bil­no­ści kon­struk­cji.

— Dziwna sprawa — powie­dział. — Ktoś, kto budo­wał ten dom, nie był chyba mistrzem. Przy­naj­mniej cie­śla musiał się uczyć fachu z komik­sów Kajko i Kokosz. Ta belka, na przy­kład — wska­zał w górę — ma wyso­kość pra­wie trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów, ale jest tak wycięta przy końcu, że opiera się na ścia­nie tylko gór­nymi pięt­na­stoma. Przy końcu jest więc o połowę mniej wytrzy­mała. To bez sensu.

— Więc może strze­lić? — zapy­tał Net.

— Jeśli do tej pory nic nie pękło ani się nie roz­war­stwiło, to raczej nic się nie sta­nie.

— Ale trzesz­czy.

— Dom stoi bli­sko zbo­cza — oce­nił Felix. — Może pod­czas odwilży zie­mia się tu tro­chę osuwa.

— To nie­bez­pieczne? — zapy­tała z pod­łogi Laura.

— Jeśli się osu­nie całe zbo­cze, to tak — wyja­śnił Felix i przy­po­mniał sobie, jak wczo­raj cho­wał się przed Olgą. Odwró­cił się i czym prę­dzej usiadł obok przy­ja­ciół.

— A tu się może osu­nąć? — Laura unio­sła się na łok­ciu.

— Nie znam się zbyt dobrze na geo­lo­gii… — Felix poczuł gorąco na twa­rzy. Na wszelki wypa­dek zasło­nił poli­czek dło­nią. — Nie sły­sza­łem, żeby w tych oko­li­cach coś takiego się wyda­rzyło. To bar­dziej — prze­łknął ślinę — powolne osia­da­nie. Kon­struk­cja tego domu jest dość solidna… Nie widać dużych pęk­nięć.

— Więc jeste­śmy bez­pieczni? — Laura była lekko roz­ba­wiona nie­śmia­ło­ścią Felixa.

— Tak sądzę. — Chcąc zająć czymś ręce, wyjął z kie­szeni małą zwi­janą miarkę i zmie­rzył sze­ro­kość stołu. Osiem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try i trzy mili­me­try przy podłuż­nym sęczku. Zwi­nął miarkę i zaczął szu­kać kolej­nej rze­czy, którą mógłby się zająć. Obraz. Wstał i pod­szedł do zawie­szo­nej na ścia­nie kolek­cji. Ten, o któ­rym mówiła Nika, róż­nił się od pozo­sta­łych. Przed­sta­wiał coś, co teraz, przy lep­szym oświe­tle­niu można było uznać za łagodne pagórki poro­śnięte lasem. A wszystko prze­sła­niała mgła tak gęsta, że malarz uży­wał jedy­nie odcieni ultra­ma­ryny1.