Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Tekst
Z serii: Felix Net i Nika #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pro­fe­sor Zyg­mun­to­wicz musiał więc udo­wod­nić swoją nie­win­ność, by odzy­skać dobre imię i żonę. Na szczę­ście przy­po­mniał sobie o jesz­cze jed­nej cesze ćma­mu­tów, za sprawą któ­rej nie spo­sób było je wytro­pić. Otóż od tysięcy lat głów­nym wro­giem wiel­kich mamu­tów był czło­wiek. Polo­wał na nie i wybie­rał naj­więk­sze, naj­wol­niej­sze i zosta­wia­jące naj­wy­raź­niej­sze ślady. W wyniku dzia­ła­nia doboru natu­ral­nego prze­trwały te, które stały się mniej­sze, szyb­sze, mniej widoczne i nie­moż­liwe do wytro­pie­nia. Ćma­muty miały na koń­cach ogo­nów kity ze sztyw­nego wło­sia, któ­rym zacie­rały za sobą ślady.

Zyg­mun­to­wicz zaszył się w sudec­kich lasach z zapa­sem żyw­no­ści, lek­tur i apa­ra­tami foto­gra­ficz­nymi. Ale z ćma­mu­tami nie ma łatwo. Nie da się ich prze­cież wytro­pić, można się ich tylko domy­ślać. Ćma­muty nie zja­dają na przy­kład wszyst­kich jagód z krzaczka. Wybie­rają co piątą jagodę, żeby się upodob­nić do niedź­wie­dzi kar­ło­wa­tych. Pro­fe­sor całymi dniami cho­dził po lasach i domy­ślał się. Gdy już koń­czyły mu się zapasy i lek­tury, wresz­cie się domy­ślił obec­no­ści ćma­mu­tów w nie­wiel­kim paro­wie poro­śnię­tym papro­ciami i łopia­nem. Oczy­wi­ście zwie­rząt nie zoba­czył, bo były pło­chliwe, ale wystar­czyło, że się ich domy­ślił. Roz­sy­pał w oko­licy nasiona mar­ce­panu, czyli ćma­mu­cie przy­smaki zmie­szane ze środ­kiem na wypa­da­nie wło­sów. Dzięki temu po tygo­dniu stado stra­ciło zdol­ność do zacie­ra­nia wła­snych śla­dów. Oczy­wi­ście pro­fe­sor zro­bił to w lecie, żeby ćma­muty nie zamar­zły, jak ich wielcy przod­ko­wie. Cho­dził za sta­dem przez kolejny tydzień i nano­sił na wielką mapę każdą nową trasę, którą stado wybie­rało, by zmy­lić bada­cza. Z tych śla­dów odtwo­rzył skom­pli­ko­wany wzór, któ­rym posłu­gi­wały się ćma­muty w obli­cza­niu swo­ich tras. Wyszło mu, że za dwa dni, o pięt­na­stej trzy­dzie­ści pięć stado będzie przecho­dziło przez punkt, który ozna­czył na mapie literą „Ć” oraz wykrzyk­ni­kiem.

Prze­brał się za bor­suka, któ­rego ćma­muty aku­rat się nie oba­wiają, i z apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym zaczaił się pięt­na­ście metrów od punktu „Ć”. Ćma­muty nie mogły się zorien­to­wać w pod­stę­pie, bo prze­cież ni­gdy wcze­śniej nie widziały apa­ratu foto­gra­ficz­nego. Stado poja­wiło się dokład­nie o wyli­czo­nej porze i pro­fe­sor ze wzru­sze­niem naci­snął spust migawki. Na ten dźwięk stado się roz­pierz­chło, ale pro­fe­sor miał wresz­cie swój dowód. A były to czasy apa­ra­tów na kli­szę, o cyfro­wych wów­czas nikt jesz­cze nie sły­szał. Zyg­mun­to­wicz nie mógł więc spraw­dzić, co udało mu się uwiecz­nić. Podej­rze­wał, że na zdję­ciu będzie widoczna nie­zmier­nie zdzi­wiona mina prze­wod­nika stada.

Wró­cił do cywi­li­za­cji, ogo­lił się, zor­ga­ni­zo­wał kon­fe­ren­cję pra­sową i ogło­sił swój suk­ces. Potem była tele­wi­zja, wywiady, przy­ję­cia u mini­strów. Sprze­dał nawet prawa do ekra­ni­za­cji swo­jej histo­rii. Sąd kole­żeń­ski musiał go prze­pro­sić i zwró­cić mu pod­ty­tuł naukowy oraz żonę. Wpraw­dzie oka­zało się, że wtedy w lesie pro­fe­sor zapo­mniał wło­żyć kli­szy do apa­ratu, ale jego doko­na­nie i tak było wystar­cza­jące, by oczy­ścić dobre imię. Nad­szedł czas na zemstę, ale to zupeł­nie inna histo­ria. Powiem tylko tyle, że pro­fe­sora Zaręb­skiego za karę zde­gra­do­wano do docenta i zabrano mu tę żonę oraz dwu­rzę­dowy far­tuch, bo docen­tom wolno nosić tylko jed­no­rzę­dowe. Żona oczy­wi­ście wró­ciła do Zyg­mun­to­wi­cza i wszy­scy, z wyjąt­kiem Zaręb­skiego, żyli długo i szczę­śli­wie.

— Ale jak to? — zdzi­wiła się Tekla. — Tak po pro­stu do niego wró­ciła?

— Bo to zła kobieta była — wyja­śnił Net. — Też sły­sza­łem tę histo­rię. Ona zawsze wybie­rała naukowca, który miał na kon­cie naj­wię­cej publi­ka­cji w perio­dy­kach pale­on­to­lo­gicz­nych. W sumie miała sze­ściu mężów.

— Potem oka­zało się, że Zyg­mun­to­wicz naprawdę naściem­niał — dodała Laura. — Nie cho­dziło o żadne ćma­muty, tylko o zwy­kłe dziki, ale już nie było śmiałka, który zde­cy­do­wałby się go oskar­żyć o cokol­wiek.

Część grupy chi­cho­tała, pozo­stali gapili się na Laurę sze­roko otwar­tymi oczami.

— Wymy­śli­łaś to! — zorien­to­wała się wresz­cie Tekla.

— Oczy­wi­ście. A jak, myślisz, powstają legendy?

Zachmu­rzyło się moc­niej, a wil­gotny wiatr spra­wiał, że uczu­cie zimna było jesz­cze sil­niej­sze. Z jed­nej strony per­spek­tywa dal­szego ciągu męczą­cego mar­szu była przy­kra, ale z dru­giej, połowa ferio­wi­czów zaczy­nała się już trząść z zimna.

— Może lepiej wra­cajmy — zasu­ge­ro­wała pani Olga.

— Teraz będziemy wra­cać. — Pan Krzysz­tof roz­ło­żył na stole mapę. — Szli­śmy żół­tym szla­kiem, a będziemy wra­cać czar­nym.

— To tro­chę w bok. Nie można tą samą drogą?

— Ten drugi szlak pro­wa­dzi wprost do karczmy. Będzie więc bli­żej. Aku­rat dotrzemy na obiad.

Felix zer­k­nął prze­lot­nie na mapę. Żółty szlak omi­jał szczyty, czarny szlak zaha­czał o wszyst­kie od miej­sca, gdzie się znaj­do­wali, aż do karczmy. Liczba pozio­mic do poko­na­nia była impo­nu­jąca. Gdy już miał się ode­zwać, Net szturch­nął go łok­ciem.

— Pamię­taj o umo­wie — szep­nął mu na ucho. — Nie wycho­dzimy przed sze­reg.

— Ta droga jest znacz­nie trud­niej­sza — odszep­nął Felix.

— Każda droga jest trudna. Ale naj­trud­niej­sza jest ta, którą aku­rat idziesz. Któ­rą­kol­wiek byś wybrał, i tak wszy­scy będą mieli pre­ten­sję.

— Dzięki, mistrzu, za te mądro­ści. Widzisz te szczyty? — Wska­zał kolejne trzy nie takie znowu niskie pagórki. — Wszyst­kie będziemy musieli zali­czyć.

Net popa­trzył na kolejne wznie­sie­nia.

— Prze­ko­na­łeś mnie. Teraz prze­ko­naj resztę.

Felix uklęk­nął na ławie i pochy­lił się nad mapą.

— A może pój­dziemy czer­wo­nym szla­kiem? — Wska­zał pal­cem. — Tutaj łączy się z zie­lo­nym i też pro­wa­dzi do karczmy. Omi­niemy szczyty.

Wię­cej osób wyka­zało zain­te­re­so­wa­nie mapą.

— Ta trasa będzie o połowę dłuż­sza — zauwa­żyła Tekla.

— Popatrz na pozio­mice. Idąc czar­nym szla­kiem, będziemy się musieli wspiąć na trzy kolejne szczyty.

— Te kre­ski? Nie wyglą­dają na trudne do prze­kro­cze­nia.

— One ozna­czają róż­nice wyso­ko­ści. Idąc czer­wo­nym szla­kiem, nie będziemy się musieli wspi­nać.

— Ale jest dwa razy dalej.

Feli­xowi opa­dły ramiona.

— Jeżeli czło­wiek się wspina — dodał Kle­ofas — to traci ener­gię, ale potem jak scho­dzi, to ją odzy­skuje.

— To nie­zu­peł­nie tak — pró­bo­wał opo­no­wać Felix.

— Idąc doli­nami, nie­wiele zoba­czymy — oświad­czył pan Krzysz­tof. To ozna­czało, że jed­nak pójdą czar­nym szla­kiem.

Wstali nie­chęt­nie z wygrza­nych miejsc na ławach, narzu­cili ple­caki i ruszyli ścieżką w dół. Oczy­wi­ście po raz kolejny potwier­dziło się, że scho­dze­nie wcale nie jest łatwiej­sze od wcho­dze­nia, a żad­nej ener­gii się przy tym nie odzy­skuje, tylko bar­dziej bolą kolana. Grupa roz­cią­gnęła się. Na czele szedł pan Krzysz­tof z mapą i kom­pa­sem, a pani Olga zamy­kała mocno roz­cią­gniętą już grupę. Przy­pa­dła jej w udziale nie­wdzięczna rola pospie­sza­nia maru­de­rów, czyli głów­nie Tymona i Tekli. Felix, Net i Nika trzy­mali się bli­sko przodu grupy.

— Ludzie są dziwni — stwier­dził Net. — Nie mają pre­ten­sji do sie­bie, że nie wzięli ter­mo­sów, tylko do nas, że wzię­li­śmy.

— Ści­ślej mówiąc, to ja wzią­łem — spre­cy­zo­wał Felix.

— Detale. — Net mach­nął ręką. — Cho­dzi mi o to, że zwa­lają winę na kogo innego.

— Natu­ralna reak­cja obronna, choć to nie za dobrze o nich świad­czy.

— Mówi­cie, jak­by­ście sami nie mieli wad — ode­zwała się Nika. — Zamiast narze­kać, znajdź­cie dobre strony tej sytu­acji. Podzi­wiaj­cie widoki, na przy­kład.

Net rozej­rzał się po sza­ro­zie­lo­nych zamglo­nych doli­nach, sza­ro­zie­lo­nych ciut mniej zamglo­nych pagór­kach i cięż­kich sza­ro­bu­rych chmu­rach.

— Mogło być gorzej — powie­dział. — Mogło padać.

Kwa­drans póź­niej zaczęło padać.

Marsz prze­rwało pospieszne wycią­ga­nie pele­ryn, płasz­czy folio­wych, a w przy­padku szczę­śli­wych posia­da­czy kur­tek z gore­teksu lub innego -teksu, tylko nacią­ga­nie kap­tu­rów. Śmieszki roz­ło­żyły para­solki, co w środku lasu wyglą­dało raczej głu­pio. Prze­mo­czone, śli­zgały się w swo­ich dro­gich kozacz­kach i już zupeł­nie bez krę­pa­cji uwie­siły się pod­czas pod­cho­dze­nia na ramio­nach Olim­pij­czy­ków. Spor­towe buty chło­pa­ków się nie śli­zgały, za to nie­mal przy każ­dym kroku nabie­rały wody.

— Wali rej­nem w lutym — stwier­dził Net. — A mówili naszym dziad­kom: „Wyłącz zbędną żarówkę”. Ile jesz­cze do tej knajpy? — zapy­tał gło­śniej.

— Jesz­cze kawa­łek — odparł pan Krzysz­tof. — Podzi­wiaj­cie góry.

— Pagóry — mruk­nął Net.

Za sza­rymi stru­gami desz­czu ginęły kolejne zale­sione szczyty. Wkrótce widzieli już tylko las i jed­no­litą sza­rość ponad nim. Mokry śnieg zapa­dał się w nie­któ­rych miej­scach jak błoto, by w innych zama­rzać w śli­ską nie­rów­nię pochyłą. Jedy­nie Felix miał orta­lio­nowe ochra­nia­cze na doły noga­wek, ale po pierw­szej wywrotce w kałużę nie miało to już zna­cze­nia.

— Ile jesz­cze?! — roz­legł się jęk z tyłu grupy.

— Jesz­cze kawa­łek! — odkrzyk­nął opie­kun.

— Chyba już to dziś sły­sza­łam — zauwa­żyła cicho Nika.

— To taki typ, który nawet jak się zgubi, będzie powta­rzał, że jesz­cze tylko kawa­łek — wyja­śnił cicho Net.

— Praw­dziwa karczma z cha­rak­te­rem — zachwa­lał opie­kun, nie­zra­żony nastro­jami. — Sty­li­zo­wana na sta­ro­pol­ską. Tra­dy­cyjny pol­ski wystrój, tra­dy­cyjna pol­ska kuch­nia.

 

Taka reklama nie wzbu­dziła zachwytu więk­szo­ści grupy, która wola­łaby dotrzeć do Bur­ger Kinga lub McDo­nalda.

* * *

Po pra­wie czter­dzie­stu minu­tach wykoń­czeni, zmok­nięci i zzięb­nięci dotarli do karczmy Pod Roz­chrum­ka­nym War­chla­kiem – drew­nia­nej cha­łupy, nie tyle nawet sty­li­zo­wa­nej na starą, co po pro­stu sta­rej. Belki, z któ­rych była zbu­do­wana, poczer­niały przez dzie­się­cio­le­cia. Pro­wa­dzący do niej pod­jazd odśnie­żono, ale poten­cjal­nym zmo­to­ry­zo­wa­nym tury­stom naj­wy­raź­niej to nie wystar­czyło. Może dla­tego, że szosa, do któ­rej pro­wa­dziła owa droga, była odda­lona o ład­nych parę kilo­me­trów.

— Może sprze­dają tu colę na pinty2 — mruk­nął Net. — Cie­kawe, jak by sma­ko­wała grzana cola?

W środku pło­nął komi­nek – bez tego żadna karczma nie mogłaby zostać uznana za karczmę. Było nawet cie­pło. Ferio­wi­cze zdjęli wierzch­nie ubra­nia i sta­nęli bli­sko pale­ni­ska. Net pocią­gał nosem, Nika zdjęła prze­mo­czony na wylot płaszcz. Pod­czas scho­dze­nia miała wpraw­dzie foliową pele­rynkę, ale wiatr co chwilę ją odwi­jał, więc nie na wiele się zdała. Podob­nie rzecz się miała z para­sol­kami Śmie­szek. Nie prze­mo­kli tylko ci, któ­rzy mieli porządne kurtki.

Felix zdjął swój gore­tex, odsła­nia­jąc nie­mal ide­al­nie suchą bluzę.

— Mem­brana — wyja­śnił, widząc zdzi­wione spoj­rze­nie Neta.

— Lepiej oblej się wodą, czy coś, zanim inni nas nie znie­lu­bią do końca — powie­dział Net.

— Mam wra­że­nie, że połowa grupy będzie jutro chora — zauwa­żyła Nika.

Net kich­nął.

— Na czele ze mną. — Pocią­gnął gło­śno nosem. — Coś mnie dwu­znacz­nie smera w gar­dle. A ty kapiesz.

Rze­czy­wi­ście, z ręka­wów swe­tra Niki, w regu­lar­nych odstę­pach czasu, ska­py­wały kro­ple.

— Przy­naj­mniej w butach mam sucho.

— Ścią­gaj ten swe­ter. — Net pomógł jej go zdjąć, po czym wykrę­cił, wyci­ska­jąc dobre pół szklanki wody, i roz­wie­sił na maśniczce3. Sala pełna była drew­nia­nych narzę­dzi i bli­żej nie­okre­ślo­nych ele­men­tów wypo­sa­że­nia sta­rej chaty. Nie­gdyś z pew­no­ścią ich uży­wano, teraz trudno się nawet było domy­ślić do czego. Two­rzyły kli­mat, ale tutaj chyba mało kto go doce­niał.

— Byłem kie­dyś z rodzi­cami w skan­se­nie — stwier­dził Felix. — Przy­po­mina mi się dzie­ciń­stwo.

— Czyli raczej świeże wspo­mnie­nia — zauwa­żył ze zło­śli­wym uśmie­chem Net.

— Lepiej nie zróbmy poruty i tym razem — powie­dział cicho Felix i dys­kret­nie wyco­fał się w stronę naj­bliż­szego stołu. Stoły były nie­wiel­kie, czte­ro­oso­bowe, z krót­kimi ławami po dwóch stro­nach zamiast krze­seł. Net z kon­spi­ra­cyjną miną zro­bił krok w tył i podą­żył za Feli­xem. Razem usie­dli przy sto­liku pod oknem.

— Wolne? — Przy sto­liku poja­wiła się Laura.

— Jedno tak… — odru­chowo powie­dział Felix.

— Gruba nie jestem. — Usia­dła.

Za barem zro­bio­nym z ogrom­nego, prze­po­ło­wio­nego bala krzą­tał się wła­ści­ciel karczmy. Prze­cie­rał kufle, kie­liszki, szklanki. Nie robił jed­nak niczego, co wska­zy­wa­łoby, że zbliża się posi­łek. Dola­tu­jący z zaple­cza zapach pie­czeni powo­do­wał nie­zno­śne ssa­nie w brzu­chach. Docho­dziła trze­cia, a obiad był pla­no­wany na czwartą.

— Tę karczmę otwo­rzyli chyba tylko dla nas — stwier­dził Net. — Mogliby się nieco uela­stycz­nić.

— Teraz dostał­byś ela­styczne mięso — odparł Felix. — Surowe, zna­czy.

— Zupę z cie­płej wody by cho­ciaż podali. A skąd ty się tak nagle znasz na mię­sie?

— Od śmierci babci gotuję.

— Aha… No tak. Sorry.

— Znaj­dzie się dla mnie miej­sce? — zapy­tała Nika, sta­jąc obok stołu.

— Gruba nie jesteś… — Net ugryzł się w język moment za późno. Nika wyglą­dała, jakby chciała odejść.

— Praw­dziwy mistrz cię­tego faux pas — oce­niła Laura.

— Skąd wiesz? — Nika spoj­rzała na nią podejrz­li­wie. Usia­dła.

Laura wzru­szyła ramio­nami.

— Tak wygląda, jakby naj­pierw kła­pał, a potem myślał.

— Noż, po pro­stu! — Net pra­wie się obu­rzył.

— Coś w tym jest — przy­znała Nika. Chwi­lowo stra­ciła ochotę na zmianę sto­lika.

Dziew­czyna w tra­dy­cyj­nym stroju pol­skim, czyli jean­sach i pola­rze, posta­wiła przed nimi star­ter w postaci kilku pajd chleba i smalcu w małym kamie­niaku. Net wziął kromkę i wysma­ro­wał na niej mały tłu­sty pagó­rek. Dorzu­cił na wierzch szczyptę soli i tłu­czo­nego pie­przu z gli­nia­nego dwo­jaka.

— Zja­dliwe — oce­nił po pierw­szym kęsie.

— Myśli­cie, że sma­lec jest bar­dzo kalo­ryczny? — zapy­tała sie­dząca przy sąsied­nim stole Nata­lia.

— Nie tak bar­dzo jak uran — odparł Net, nie pod­no­sząc głowy znad tale­rza.

Połowa sali zachi­cho­tała. Ofiara dow­cipu nie wie­działa, o co cho­dzi.

— Ni­gdy nie pró­bo­wa­łam… — mruk­nęła pod nosem.

— Zbie­rasz punkty karne ze wszyst­kich stron — poki­wała głową Nika.

— To spo­sób, żeby poznać ludzi — wtrą­ciła Laura.

— Cie­kawa obser­wa­cja socjo­lo­giczna — przy­znał przy­ci­szo­nym gło­sem Felix. — Ci, któ­rzy zaśmiali się od razu, są inte­li­gentni i mają pod­sta­wową wie­dzę tech­niczną. Ci, któ­rzy się zaśmiali z opóź­nie­niem, potra­fią się odna­leźć w gru­pie i naśla­do­wać.

— A ci, któ­rzy się w ogóle nie śmiali, to niby bez­mó­zgi? — zapy­tała Nika.

— Nie­ko­niecz­nie. Mogli nie zro­zu­mieć tech­nicz­nego dow­cipu, albo ich nie śmie­szy.

— No, mnie śred­nio.

— Bo nie było wątku roman­tycz­nego — wtrą­cił uprzej­mie Net, po czym spoj­rzał na Felixa. — I czego się dowie­dzie­li­śmy o naszych kole­gach?

— Na przy­kład tego, że Olim­pij­czycy nie są takimi tłu­kami, na jakich wyglą­dają.

Kel­nerka wró­ciła z czte­rema gli­nia­nymi kub­kami peł­nymi gorą­cej her­baty. Objęli je dłońmi, żeby się roz­grzać. Net kich­nął.

— Będzie sana­to­rium Trzy Kuzynki, a nie pen­sjo­nat — powie­dział.

Felix rozej­rzał się. Co drugi ferio­wicz fli­kał, wycie­rał nos lub przy­kryty kurtką kulił się nad her­batą, i to pomimo cie­pła panu­ją­cego w karcz­mie. Regina, nie­szczę­śliwa bar­dziej niż zwy­kle, sie­działa ze Śmiesz­kami i panią Olgą. Nata­lia i Zuza zaga­dały się i za późno zorien­to­wały, że Olim­pij­czycy pró­bują trzy­mać dla nich miej­sce przy swoim sto­liku. Robili to tak niby od nie­chce­nia, że nie zauwa­żył tego pan Krzysz­tof i się dosiadł. Tymon wycią­gnął PSP i zapo­mniał o resz­cie świata, nawet o narze­ka­ją­cej stale Tekli. Usiadł z nimi rów­nież Kle­ofas, który wodził po sali wzro­kiem kogoś, kto wszystko wie lepiej, ale nie chce się odzy­wać, żeby nie uszczk­nąć nic ze swej mądro­ści. Kon­ku­ren­cyjna paczka sie­działa razem z panem Janu­szem, co zde­cy­do­wa­nie nie było ich marze­niem.

— Two­rzą się już pary. — Laura dys­kret­nie wska­zała głową Tymona i Teklę. — Kolejna obser­wa­cja socjo­lo­giczna.

— No, jak stare mał­żeń­stwo — przy­znał Net. — Ona cią­gle gada, a on nie słu­cha. Za to Regina wygląda, jakby chciała stwo­rzyć parę jed­no­oso­bową. Dziwna tro­chę, tak ogól­nie, co?

— To, że ktoś zary­so­wuje zeszyt pają­kami i ze sto­lika noc­nego robi czarny ołtarz, nie zna­czy od razu, że jest dziwny — zauwa­żyła iro­nicz­nie Laura.

— Dopóki nie zabije pierw­szego gołę­bia, nic do niej nie mam — zazna­czyła Nika.

— Tu nie ma gołębi — wtrą­cił Net.

— Więc sokoła wędrow­nego. Cokol­wiek.

Przy akom­pa­nia­men­cie okrzy­ków rado­ści na stoły zaczęły wjeż­dżać miski z żur­kiem na bia­łej kieł­ba­sie.

— Żad­nej pizzy już nie chcę — powie­dział po kilku łyż­kach Net. — To jest naj­lep­sze na świe­cie.

Na dru­gie danie były domowe klu­seczki z gula­szem, co cała sala przy­jęła z jesz­cze więk­szym entu­zja­zmem. Kuch­nia pol­ska zyskała tego dnia kilku nowych wiel­bi­cieli. Przy­naj­mniej na jakiś czas.

Team buil­ding (ang.) – budowa zespołu. Wszel­kie formy inte­gra­cji grupy, pozwa­la­jące na wza­jemne pozna­nie jej człon­ków. [wróć]

2 Pinta (ang. pint) – pół­kwarta, jed­nostka obję­to­ści lub pojem­no­ści sto­so­wana głów­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (ame­ry­kań­ska pinta mokra = 0,473 l) i Wiel­kiej Bry­ta­nii (impe­rial pint = 0,568 l). [wróć]

3 Maśniczka (masel­nica, masiel­nica, maśl­niczka) – przy­rząd do ręcz­nego wytwa­rza­nia masła, który w Pol­sce był sto­so­wany jesz­cze w XX wieku. [wróć]


3. Szafa

Wyj­ście na deszcz i zimno zepsuło wszyst­kim humory.

— Ile jest stąd do pen­sjo­natu? — dopy­ty­wała się Zuza.

— Kawa­łek — odparł pan Krzysz­tof.

— A w jakichś wymier­nych war­to­ściach? — spre­cy­zo­wał pyta­nie Felix.

— Kwa­drans. Z górki.

Kwa­drans trwał pół godziny, a droga pro­wa­dziła z górki dopiero wtedy, jak się na tę górkę wspięła. Gdy dotarli do pen­sjo­natu, było już ciemno, a deszcz lał tak samo, jak przed­tem. Drzwi do garażu stały otwo­rem. Z ciem­no­ści wyła­niał się przód cze­goś, co wyglą­dało jak powięk­szony stary trak­tor. To zna­czy, zaczęło wyglą­dać na powięk­szony trak­tor, gdy przy­ja­ciele odłą­czyli się od grupy i pode­szli do drzwi. Wcze­śniej trak­tor wyglą­dał nor­mal­nie, maj­stro­wał przy nim bowiem wielki Tobiasz. Naj­wy­raź­niej maszyny nie udało się uru­cho­mić.

— Hm — mruk­nął Felix. — Duży trak­tor.

— Spo­dzie­wa­łeś się ośmio­rę­kiego Golema Golema w wer­sji die­sel?

— To chyba coś wię­cej niż trak­tor — oce­nił Felix, gdy byli już w sieni.

— Nad­trak­tor o mocy trzy­stu krów mecha­nicz­nych — powie­dział Net. — Nawet jeśli wycią­gnie nasz auto­kar, nie­wiele to zmieni. Dobrze, że nie wzię­li­śmy desek. Na stoku można by zor­ga­ni­zo­wać zawody w nowej dys­cy­pli­nie sportu – spły­wie nar­ciar­skim. Z tą wodą to w ogóle nie jest lekko. Na naj­bliż­szej zapo­rze na pewno mają już menisk wypu­kły1. Jak tak dalej popada, spę­dzimy tu mie­siąc. Ale w sumie… jedze­nie w Roz­chrum­ka­nym War­chlaku nie jest takie złe. Na pewno lep­sze od lek­cji geo­gra­fii.

Zimno i lejąca się z nieba woda znie­chę­ciły ich do dal­szych oglę­dzin.

— Zacze­kaj­cie. — Felix zatrzy­mał się i spoj­rzał w górę, gdzie naj­pew­niej za ścianą desz­czu znaj­do­wało się zbo­cze. — Chyba widzia­łem tam świa­tło.

— Gdzieś tu musi być cywi­li­za­cja — odparł Net.

— To raczej wyglą­dało na latarkę… No nie wiem, może mi się wyda­wało.

Nie cze­kali dłu­żej, zresztą w desz­czu nie było wiele widać. Weszli do pen­sjo­natu i otrzą­snęli się z wody. Wszy­scy roz­cho­dzili się już po poko­jach, by się wysu­szyć, zmie­nić ubra­nia. Nika z ulgą zdjęła mar­tensy. Pla­stry, jakie przed wyj­ściem nakle­iła na new­ral­giczne miej­sca na sto­pach, nieco zła­go­dziły skutki mar­szu po górach w nowych butach. Kupiła je led­wie dwa dni przed wyjaz­dem, a roz­cho­dze­nie tego typu obu­wia zwy­kle trwa tydzień lub dwa. Nika miała nadzieję, że dzi­siej­sza wyprawa zosta­nie jej zali­czona za kilka zwy­czaj­nych dni.

Po jakimś kwa­dran­sie potrzeba cie­pła zwy­cię­żyła sen­ność. Ferio­wi­cze zaczęli poja­wiać się w jadalni z nadzieją, że uda się roz­pa­lić ogień. Cze­kało ich miłe zasko­cze­nie – Tobiasz zro­bił to, zanim kto­kol­wiek zdą­żył popro­sić. Wszy­scy, któ­rzy już zeszli do jadalni, usie­dli bli­sko ognia. Zimne i mokre popo­łu­dnie dało im się we znaki i ferio­wi­cze zacho­wy­wali się tak, jakby chcieli nała­pać cie­pła na zapas. Parę osób źle się czuło, Hono­rata leczyła ich cie­płą wodą z mio­dem i zio­łami. Śmieszki chi­cho­tały ze sto­pami wycią­gnię­tymi w stronę ognia. Teraz już ofi­cjal­nie flir­to­wały z Olim­pij­czy­kami. Tymon oczy­wi­ście grał na kon­soli. Przy­ja­ciele usa­do­wili się przy ławie po prze­ciw­nej stro­nie sali niż kon­ku­ren­cyjna paczka. Tamci, zajęci tylko sobą, grali w jakąś plan­szówkę. Nika miała ochotę na scrab­ble, które zabrali ze sobą, ale teraz wyglą­da­łoby to jak naśla­do­wa­nie tam­tych.

 

— Nie można robić dłu­gich pie­szych wycie­czek w taką pogodę — narze­kała, obej­mu­jąc dłońmi gorący kubek, Tekla. — Powinni prze­wi­dzieć wcze­śniej, że będzie deszcz, i nie orga­ni­zo­wać w tym ter­mi­nie ferii.

Net wydął wargi.

— Będziemy tego słu­chać do kola­cji — mruk­nął. — Może par­tyjka scrab­bli?

— Tamci grają. — Nika wska­zała głową kon­ku­ren­cyjną paczkę. — Zaczęli pierwsi.

— Fakt — przy­znał nie­chęt­nie Net. — Teraz by to wyglą­dało, że się przej­mu­jemy tym, co oni robią.

— Jeśli nie będziemy grać dla­tego, że oni grają, to dopiero będzie zna­czyło, że się przej­mu­jemy. — Felix wstał. — Zaraz wrócę.

Pobiegł na górę.

— Gramy oczy­wi­ście według zasad Feli­xo­wych — zazna­czył uśmiech­nięty Net. Zasady Feli­xowe ozna­czały, że wszyst­kie pola pre­mio­wane były doli­czane, nawet jeśli gracz doło­żył do ist­nie­ją­cego wyrazu tylko jedną literę. Ozna­czały rów­nież, że można stwo­rzyć każdy wyraz, który ma sens, czyli na przy­kład „mega­ko­min­kowy”. Efek­tem tego była bar­dziej emo­cjo­nu­jąca gra, bo do ostat­niej chwili nie było wia­domo, czy naj­słab­szy gracz nie zdo­bę­dzie nagle dzie­więć­dzie­się­ciu punk­tów i nie wyj­dzie na pro­wa­dze­nie.

Ferio­wi­cze w więk­szo­ści wyglą­dali, jakby się nudzili. Może był to wynik zmę­cze­nia, a może jesz­cze słabo się znali. Dys­ku­sje zapa­lały się i gasły, a po nich zapa­dały dłu­gie chwile mil­cze­nia.

Wró­cił Felix i z dumną miną poło­żył na stole spięte gumką pudełko. Roz­ło­żyli plan­szę i wylo­so­wali kolej­ność.

— Nie wzią­łem kartki — przy­po­mniał sobie Felix.

— Mogę liczyć w pamięci — zaofia­ro­wał się Net.

— Lepiej nie — zaopo­no­wała Nika. — W twoją pamięć nie wąt­pię, ale w uczci­wość tak.

— Ty zawsze jesteś lep­sza w scrab­ble. Potrak­tujmy to moje licze­nie jak wyrów­ny­wa­nie szans.

Zaczęli grać. Nika nie mogła się sku­pić na wymy­śla­niu wyra­zów. Co chwilę zer­kała na innych ferio­wi­czów. Nie zacho­wy­wali się tak, jak powinni się zacho­wy­wać gim­na­zja­li­ści na feriach. Wyczu­wała dziwne napię­cie. Jakby wszy­scy na coś cze­kali.

— Nie ma takiego wyrazu! — wykrzyk­nął Net. — To się pisze przez „ę”.

— Sorki. — Nika zdjęła „Napien­cie”. — Nie jestem dziś w for­mie.

— Super. — Ucie­szył się Net. — Możesz odpu­ścić ten ruch.

— Aż tak źle nie jest. — Dziew­czyna uśmiech­nęła się i po krót­kim namy­śle poło­żyła „Ocze­ki­wa­nie”. — Czter­dzie­ści pięć punk­tów.

Net spo­chmur­niał i wbił wzrok w plan­szę.

Nika znów spoj­rzała na resztę towa­rzy­stwa. Marek i Mar­cin wstali i pode­szli do naj­więk­szego tro­feum w jadalni, czyli wiszą­cej głowy łosia z pra­wie pół­to­ra­me­tro­wym poro­żem. Szybko jed­nak prze­szli do kolek­cji oso­bli­wych obra­zów, zupeł­nie nie­ty­po­wych dla gór­skiego pen­sjo­natu. Nice strój i spo­sób bycia Olim­pij­czy­ków w żaden spo­sób nie paso­wały do zain­te­re­so­wań malar­stwem współ­cze­snym.

— Tro­chę dziwne — szep­nęła do Neta. — Olim­pij­czycy podzi­wiają obrazy.

— Obrazy od tego są — skwi­to­wał Net obo­jęt­nie.

— To nie są obrazki, które mogłyby im się podo­bać. To malar­stwo hiper­re­ali­styczne2, a momen­tami nawet sur­re­ali­styczne3. To tro­chę inne kie­runki, ale arty­sta potra­fił je har­mo­nij­nie połą­czyć.

— Skąd ty wiesz takie rze­czy? — Net ode­rwał się od plan­szy i popa­trzył na malo­wi­dła. — Obrazki jak obrazki.

— Z potrzeby wewnętrz­nej. Jak myślisz, co lubią oglą­dać dre­sia­rze?

— Pamelę Ander­son?

— No, to też jest pewien rodzaj sur­re­ali­zmu — przy­znała Nika — ale nie o taki mi teraz cho­dzi, tylko o to, że oni udają zain­te­re­so­wa­nie obra­zami, a zaraz znie­nacka wykręcą nam jakiś numer.

— Sądzisz, że chcą dziab­nąć któ­reś z tych… dzieł?

— Może chcą poznać nowe kie­runki w sztuce? — pod­su­nął iro­nicz­nie Felix.

— To tak, jak­by­ście wy podzi­wiali nową kolek­cję Bar­bie.

— To mnie prze­ko­nuje. — Net prze­niósł wzrok na plan­szę, zaśmiał się demo­nicz­nie i poło­żył literkę „P” przed ostat­nim wyra­zem Niki.

— „Pocze­ki­wa­nie”? — zdzi­wił się Felix. — Nie ma takiego słowa.

— Oczy­wi­ście, że jest — upie­rał się Net. — Jak się na coś czeka z prze­rwami, to jest wła­śnie pocze­ki­wa­nie. Cze­kasz chwilę, potem zaj­mu­jesz się czymś innym i znów cze­kasz. To jak z popi­ja­niem her­baty. Nie wychy­lasz od razu całego kubka, tylko spo­koj­nie popi­jasz, zaj­mu­jąc się przy oka­zji czymś innym.

— Aha. Czyli „pod­cze­ki­wa­nie” też by mogło być? Jak ktoś by cze­kał na kogoś pod drzwiami? Można by uło­żyć taki wyraz?

— To zależy, czy byłaby moja kolej.

Nika nie słu­chała dys­ku­sji. Dys­kret­nie obser­wo­wała poczy­na­nia Olim­pij­czy­ków. Podzi­wiali kolejne obrazy, jakby odwie­dzili gale­rię sztuki. Marek co jakiś czas wycią­gał z kie­szeni kartkę i zer­kał na nią. Nika dostrze­gła, że Kinga, dziew­czyna z kon­ku­ren­cyj­nej paczki, rów­nież przy­gląda się Mar­kowi i Mar­ci­nowi. Nie było to zwy­kłe przy­glądanie się, raczej podejrz­liwa obser­wa­cja, czyli… to samo, co robiła Nika.

Olim­pij­czycy wol­nym kro­kiem obe­szli salę, ale nie zatrzy­mali się ani nie wró­cili na swoje miej­sca, tylko znik­nęli w kory­ta­rzyku pro­wa­dzą­cym do czę­ści biu­ro­wej. Bar­dzo szybko jed­nak stam­tąd wyszli i jesz­cze szyb­ciej wró­cili na swoje poprzed­nie miej­sca, czyli na skórę niedź­wie­dzia obok Śmie­szek. Z biura wyszła Leoka­dia, lub może Leon­tyna, i zlu­stro­wała salę sro­gim spoj­rze­niem. Marek i Mar­cin uda­wali zain­te­re­so­wa­nie roz­mową z dziew­czy­nami. Gospo­dyni zmru­żyła oczy i wyszła.

Nika napo­tkała spoj­rze­nie Kingi, chyba nikt poza nimi dwoma nie zwró­cił uwagi na całe zaj­ście. Powró­ciła wzro­kiem na plan­szę. Wyni­kiem sporu był wyraz „docze­ki­wa­nie”, co Net uza­sad­nił tym, że skoro można cze­kać i się cze­goś docze­kać, to ostat­nie kilka chwil przed docze­ka­niem się będzie się wła­śnie nazy­wało „docze­ki­wa­niem”. Być może nawet miał rację. Felix z uśmie­chem triumfu poło­żył trzy litery, two­rząc „niedocze­ki­wa­nie”. Net puf­nął z nie­za­do­wo­le­niem, ale nie mógł prze­cież tego zakwe­stio­no­wać.

Nika poło­żyła dwie litery w pierw­szym moż­li­wym miej­scu i powio­dła wzro­kiem po obra­zach. Świat na nich był wyide­ali­zo­wany, prze­ja­skra­wiony, nie­mal na gra­nicy kary­ka­tury. Przy­po­mi­nały jej malar­stwo Yerki lub Bek­siń­skiego, choć nie były aż tak bar­dzo odre­al­nione. Więk­szość przed­sta­wiała wnę­trza, być może nawet tego domu, dwa – widoki domu i naj­bliż­szego oto­cze­nia, a jeden wizję jak z marzeń sen­nych, gdzie wnę­trze mie­sza się z ogro­dem, a poszcze­gólne ele­menty nama­lo­wane są w róż­nej skali. Był też jeden obraz, for­matu A4, na któ­rym nie dawało się dostrzec niczego poza sza­ro­błę­kitną mgłą. Nika pomy­ślała, że tak wygląda zagrun­to­wane płótno czy też poma­lo­wane pierw­szą war­stwą farby tło dla reszty obrazu. Tylko dla­czego taki nie­skoń­czony obraz wisi wśród innych?

Tekla zna­la­zła wspólny język z Kle­ofa­sem, który słu­chał uważ­nie jej narze­kań na złą orga­ni­za­cję wyjazdu, po czym opo­wia­dał, jak by wszyst­kiemu zara­dził, gdyby tylko mu pozwo­lono. Uci­chli, gdy poja­wili się opie­ku­no­wie. Ci byli zresztą w dosko­na­łych humo­rach. Pani Olga, któ­rej oklap­nięte włosy nie wyschły jesz­cze do końca, pro­mie­nio­wała rado­ścią życia.

— Podo­bał się wam dzień? — zapy­tała i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, znik­nęła w drzwiach kuchni.

— Podoba się nam od jakie­goś kwa­dransa — mruk­nął Net, ale nie­stety za gło­śno, bo opie­kun to usły­szał.

— Mie­li­ście wziąć wodo­od­porne kurtki i wodo­od­porne buty — przy­po­mniał.

— W mie­ście wyda­wały się wodo­od­porne. — Net wzru­szył ramio­nami. — Mały błąd.

— No, to już wiesz, jakich małych błę­dów nie popeł­nić za rok.

Net nachy­lił się nad sto­łem i mruk­nął na tyle cicho, że usły­szeli to tylko przy­ja­ciele:

— Wystar­czy, że nie popeł­nię jed­nego dużego.

Pani Olga wró­ciła z dwoma kub­kami kawy. Razem z panem Krzysz­to­fem usie­dli w rogu sali i zajęli się roz­mową, pozo­sta­wia­jąc pod­opiecz­nych samym sobie. Z kuchni docho­dziły już odgłosy przy­go­to­wy­wa­nej kola­cji, a kon­kret­nie odgłos cha­rak­te­ry­stycz­nego dzwonka taniej kuchenki mikro­fa­lo­wej.