Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Tekst
Z serii: Felix Net i Nika #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Ofi­cjal­nie nie — przy­tak­nęła Laura. — Bo zanim przy­je­chał wete­ry­narz, zba­dać te ześwi­nione pad­nięte krowy, całe mięso gdzieś znik­nęło. Sprze­dali je pew­nie do oko­licz­nych barów.

Olim­pij­czycy odsu­nęli napo­częte por­cje i szyb­kim kro­kiem zgod­nie ruszyli w stronę toa­lety. Pan Krzysz­tof uśmiech­nął się tylko i jadł dalej. Reszta grupy bez dal­szych narze­kań kon­su­mo­wała frytki.

— Ket­chup byłby lep­szy — mruk­nął tylko Net, zbie­ra­jąc z tale­rza resztkę musz­tardy.

— To musz­tarda saper­ska — wyja­śniła Laura. — Jak naj­bar­dziej na miej­scu w tych oko­li­cach.

— Chyba sarep­ska?

— To lite­rówka. W któ­rejś z oko­licz­nych wio­sek miesz­kało dwóch braci. Jeden był sape­rem, drugi dys­lek­ty­kiem. Pierw­szy wymy­ślił tę musz­tardę, ale nie­stety to ten drugi zapi­sał recep­turę. Zawsze zazdro­ścił bratu, też chciał być sape­rem, ale nie mógł, bo saper myli się tylko raz. Jak co chwilę walisz błędy, to się nie nada­jesz.

Przy­ja­ciele patrzyli na nią w mil­cze­niu.

— Jakoś nie bar­dzo ci wie­rzę — ode­zwał się Net.

Laura wzru­szyła ramio­nami i jadła dalej.

Tymon pochła­niał frytki, nie pusz­cza­jąc ani na chwilę kie­row­nicy wir­tu­al­nego samo­chodu. Dwie śmieszki jadłyby cokol­wiek, byle tylko nikt im nie prze­szka­dzał w traj­ko­ta­niu. Regina gry­zła frytki, jakby to były kości, dziew­czyna z kucy­kami jadła z obrzy­dze­niem, a kon­ku­ren­cyjna super­paczka robiła to samo, co przy­ja­ciele, czyli głów­nie badaw­czo przy­glą­dała się pozo­sta­łym.

— Mam pewien pomysł — wyszep­tał kon­spi­ra­cyj­nie Net. — Jak się zakrę­cimy, to zaj­miemy ostatni rząd przed nimi.

— To nie jest dobry pomysł. — Felix pokrę­cił głową. — Potem zaczniemy ze sobą rywa­li­zo­wać o wszystko. Lepiej skupmy się na zaję­ciu dobrego pokoju w pen­sjo­na­cie.

— Dobrze mówi! — zgo­dził się Net. — Dać mu frytkę.

— Oj! — Nika zła­pała się za szczękę.

Przy­ja­ciele prze­stali jeść i przy­glą­dali się jej badaw­czo. Chwilę gme­rała przy policzku języ­kiem, potem wło­żyła do ust dwa place i wydo­była małą białą grudkę.

— Co to jest? — prze­stra­szył się Net. — Kamień?

— Plomba.

— To masz małego demo­ty­wa­tora na począ­tek ferii. Na razie zalep gumą.

Skoń­czyli jeść. Nie podano im nic do picia, więc z przy­kro­ścią wró­cili do auto­karu. Mono­tonny dźwięk sil­nika spra­wił, że wkrótce chyba wszy­scy, z wyjąt­kiem oczy­wi­ście kie­rowcy, smacz­nie spali.

* * *

Nikę obu­dziło buja­nie i stu­kot kół na wybo­istej nawierzchni. Ziew­nęła i roz­pro­sto­wała zdrę­twiałe nogi. Net chra­pał w dziw­nej pozy­cji, zwie­szony przez pod­ło­kiet­nik, z głową na środku przej­ścia. Dziew­czyna wcią­gnęła przy­ja­ciela na sie­dze­nie.

— Eszże fila… — mruk­nął przez sen.

Jechali teraz znacz­nie wol­niej węż­szą szosą przez las. W świe­tle reflek­to­rów widać było, że droga pokryta jest wyśli­zga­nym śnie­giem. Na kolej­nym wyboju Net, nie­mal spa­da­jąc na zie­mię, zsu­nął się do poprzed­niej pozy­cji.

— Co?! Gdzie?! — Zerwał się, budząc Felixa i jesz­cze kilka osób.

— Pora wsta­wać. — Felix prze­tarł oczy. — Spóź­nisz się do szkoły.

Net rozej­rzał się i dotarło do niego, gdzie jest.

— Bar­dzo śmieszne… — Usiadł i ziew­nął. — Jak prze­śpię się w dzień, to mi się wszystko roz­re­gu­lo­wuje i potem budzę się w środku nocy.

Droga stała się kręta. Co chwilę wspi­nała się na wznie­sie­nia, by zaraz znowu spro­wa­dzić auto­kar w dół. Według wska­zań GPS-a do celu zostało pięć­dzie­siąt kilo­me­trów. Góry przed nimi nie były wyso­kie, małe wznie­sie­nia pora­stał gęsty las.

Cie­kawe, jak zniosą to hamulce, zasta­na­wiał się Felix. Było już za ciemno, by czy­tać. Zapa­lać latarki nie chciał – obok z głową opartą o zasłonkę drze­mała Regina. Zauwa­żył, że w roz­luź­nio­nej dłoni nad otwar­tym zeszy­tem trzyma odkrę­cone pióro wieczne. Ostroż­nie się­gnął po skuwkę, by ją zakrę­cić.

— Co robisz? — wark­nęła dziew­czyna. Patrzyła na niego zmru­żo­nymi oczyma.

— Chcia­łem tylko zakrę­cić pióro — odparł zasko­czony. — Żeby nie zaschło. Myśla­łem, że śpisz.

Chwilę przy­glą­dała mu się nie­przy­jaź­nie.

— My ni­gdy nie śpimy — wyce­dziła. Scho­wała pióro i pajęcz­nik do ple­caka, po czym oparła się o zasłonkę i przy­mknęła oczy.

Z przodu pani Olga dys­ku­to­wała zawzię­cie, choć na szczę­ście szep­tem, z panem Krzysz­to­fem. Pochy­lali się nad podartą mapą i pró­bo­wali usta­lić, gdzie są. Wyrę­czył ich kie­rowca, który zauwa­żył zardze­wiały dro­go­wskaz. Skrę­cili z wąskiej drogi w jesz­cze węż­szą i jesz­cze bar­dziej wybo­istą, ukrytą pod mięk­kim śnie­giem. Ślad bież­nika świad­czył, że ktoś tędy jed­nak jeź­dził. Droga wyglą­dała na odśnie­żoną jakiś czas temu, ale ostat­nie opady wygła­dziły pry­zmy po obu stro­nach. Pozo­sta­wało mieć nadzieję, że nic nie nad­je­dzie z prze­ciwka – było tak wąsko, że auto­kar się ledwo mie­ścił. Ośnie­żone gałę­zie szu­rały po dachu, a koła pod­ska­ki­wały na nie­wi­docz­nych korze­niach. Za kolej­nym zakrę­tem droga scho­dziła stromo do ukry­tej mię­dzy drze­wami dolinki. Auto­kar zatrzy­mał się.

— Nie pod­jadę tędy z powro­tem — ostrzegł pan Janusz.

— Ale według mapy to dobra droga. — Pani Olga wstała i zaczęła roz­kła­dać przed kie­rowcą kwa­dra­towe skrawki.

— Dla kogo dobra, dla tego dobra. Nie wrócę potem.

— Chce pan teraz jechać dwa kilo­me­try na wstecz­nym? — zapy­tał pan Krzysz­tof.

— Lepiej dwa niż pięć. — Kie­rowca wrzu­cił wsteczny i wci­snął gaz. Koła zabuk­so­wały, a pojazd ani drgnął. Pan Janusz chwilę bęb­nił pal­cami w kie­row­nicę, po czym wrzu­cił jedynkę i wolno ruszył w dół.

Droga wiła się mię­dzy czar­nymi drze­wami. Koła co chwilę gubiły przy­czep­ność, a tele­fony zasięg. Była już noc, a brak miej­skiej łuny, do jakiej wszy­scy przy­wy­kli w mie­ście, spra­wiał, że mimo śniegu ciem­ność za oknami wyda­wała się jesz­cze czar­niej­sza.

— Chyba widzia­łem kan­gura — mruk­nął Net. — Czy to już Bia­ło­ruś?

— Bia­ło­ruś to tro­chę nie w tę stronę — odparł Felix.

— Przy­naj­mniej będzie spo­koj­nie — zauwa­żyła Nika. — Odpocz­niemy.

— Inter­netu nie będzie — stwier­dził z rezy­gna­cją Net. — Bez inter­netu to nie jest wypo­czy­nek.

— Mają tam zbior­nik na inter­net — wyja­śniła Laura, opie­ra­jąc się o zagłówki foteli Neta i Niki.

— Że what? — Net spoj­rzał na nią podejrz­li­wie.

— Tak jak z wodą. Na stry­chu pew­nie jest duży zbior­nik. Jak trza­śnie pompa wody, to wodę czer­pie się ze zbior­nika. Inter­net tak samo. Raz na jakiś czas ścią­gają tro­chę inter­netu na wielki dysk i wystar­cza im na tydzień.

— Że what? — powtó­rzył zdez­o­rien­to­wany Net.

Dopiero chi­chot Felixa dał Netowi do myśle­nia. Chło­pak zmarsz­czył brwi i powie­dział:

— No prze­cież wiem, że mnie wkrę­casz. Takie coś nie może ist­nieć.

— Tam spo­tkasz wię­cej rze­czy, o jakich myśla­łeś, że nie mogą ist­nieć — powie­działa zło­wiesz­czym tonem Regina.

Felix i Net poczuli gęsią skórkę. Za to Nika wychy­liła się i odparła:

— Prze­stań nas stra­szyć, bo nastra­szymy cie­bie.

— Pró­buj­cie. — Regina uśmiech­nęła się lekko i odwró­ciła do swo­jej szyby.

Minęli kilka zakrę­tów, pagór­ków i wje­chali na polankę. Było tak ciemno, że jedyne, co dało się zauwa­żyć, to brak drzew. Pan Janusz zatrzy­mał auto­kar, otwo­rzył drzwi i wyłą­czył sil­nik. Zapa­dła cisza, prze­ry­wana tylko trzesz­cze­niem sty­gną­cego sil­nika. Wszy­scy, któ­rzy nie spali, wyj­rzeli przez okna. Nikt nie kwa­pił się do wysia­da­nia.

— Jak na mój gust, to tu — oświad­czył kie­rowca. Wstał, posta­wił literę „J”, która znów prze­wró­ciła się na wer­te­pach, i wyszedł na śnieg. Wyko­nał kilka przy­sia­dów i wyma­chów.

Felix zapa­lił latarkę i poświe­cił na śnieg obok auto­karu.

— Nie ma śla­dów butów — stwier­dził.

Ferio­wi­cze zaczęli wysia­dać. Dopiero stąd zoba­czyli sto­jący dwa­dzie­ścia metrów dalej, u pod­nóża spo­rego pagórka, trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek ze spa­dzi­stym dachem. Nocą wielu szcze­gó­łów nie dało się dostrzec, poza jed­nym, bar­dzo istot­nym – w żad­nym z okien nie paliło się świa­tło. Nikt nie miał ochoty podejść bli­żej. Naj­bez­piecz­niej było w bez­po­śred­niej bli­sko­ści auto­karu. Pani Olga spraw­dzała papiery w swoim clip­bo­ar­dzie, ale chyba tylko po to, by zyskać na cza­sie. Zer­kała co chwilę to na doku­menty, to na porwaną mapę.

— Chyba zabłą­dzi­li­śmy — stwier­dziła w końcu.

Felix wyjął z kie­szeni GPS i spoj­rzał na ekran.

— GPS poka­zuje, że to gdzieś tu — mruk­nął. — Sygnał jest przez te góry słaby, ale to na pewno w pobliżu.

— Cicho, bo będzie na nas — uci­szył go Net.

— Wygląda, jakby od lat nikt tam nie miesz­kał — oce­niła Nika.

— Wygląda, jakby wszy­scy umarli — popra­wiła ją Regina.

Nika chciała coś odpo­wie­dzieć, ale co innego zwró­ciło jej uwagę.

— Znowu mają pełne torby. — Dys­kret­nie wska­zała chło­pa­ków wcho­dzą­cych za auto­kar.

— Jed­nak nie daje ci to spo­koju. — Felix chciał pójść za nimi i spraw­dzić, co zro­bią, ale Nika zatrzy­mała go.

— Lepiej nie. Trzy­majmy się umowy. Może dowiemy się przy oka­zji.

— Możemy wymy­ślić, co tam jest.

— Prze­cież nie kradną gąbki z foteli — zauwa­żył Net. — Więc co? Powie­trze?

— Dym. — Felix potarł brodę. — W auto­ka­rze nie wolno palić, więc wydmu­chują dym do torby. Ale całego nie da się wdmuch­nąć, więc tro­chę zostaje. Stąd ta ewa­ku­acja.

 

— Sądzisz? — Net spoj­rzał na Marka i Mar­cina wycho­dzą­cych zza auto­karu z pustymi tor­bami. Zaśmier­działo.

— Zagadka roz­wią­zana. — Felix uśmiech­nął się. — I nie wła­do­wa­li­śmy się w żadne kło­poty.

— Ja tu widzę cał­kiem spory kło­pot. — Net wska­zał głową budy­nek.

Pani Olga cho­dziła tam i z powro­tem mię­dzy uczest­ni­kami i cha­otycz­nie prze­glą­dała papiery. Pan Krzysz­tof wresz­cie wyszedł, zaczerp­nął świe­żego powie­trza.

— Zadzwoń do nich — pora­dził. — Powie­dzą, jak stąd tra­fić do pen­sjo­natu.

Pani Olga wyjęła tele­fon i zaczęła ner­wowo stu­kać w kla­wia­turę.

W tej chwili od strony domu dobiegł ich stłu­miony krzyk.

— Za wcze­śnie powie­dzia­łeś, że nie wła­do­wa­li­śmy się w żadne kło­poty. — Net już cofał się krok za kro­kiem w stronę drzwi. Nie on jeden. Gdy krzyk powtó­rzył się, był znacz­nie gło­śniej­szy. Ktoś pierw­szy wbiegł do auto­karu. Wtedy już wszy­scy zgod­nie rzu­cili się do środka.

— Niech pan odpala! — wrza­snęła pani Olga.

Pan Janusz ze zde­ner­wo­wa­nia nie mógł tra­fić klu­czy­kiem do sta­cyjki.

— Niech pan rusza!

Sil­nik, jak to zwy­kle w takich sytu­acjach bywa, nie chciał zapa­lić. Pan Janusz zamknął drzwi i wstał ze swo­jego miej­sca. Lewą ręką męczył roz­rusz­nik, prawą popra­wiał literę „J”.

— Będę ją trzy­mać! — Pani Olga rzu­ciła się na pomoc. Klęk­nęła na pod­ło­dze, chwy­ciła literę i posta­wiła ją pro­sto.

Nikt już nie spał. Nika wisiała na Necie, Regina dziw­nie bli­sko przy­su­nęła się do Felixa. Reszta ferio­wi­czów kuliła się na fote­lach bądź, prze­ciw­nie, stała przy­cza­jona w przej­ściu. Dwie Śmieszki pisz­czały i łado­wały się na kolana Olim­pij­czy­ków. Regina z fascy­na­cją wpa­try­wała się w czarne okna.

Sil­nik wresz­cie zapa­lił. Kie­rowca wci­snął gaz do końca i auto­kar, zarzu­ca­jąc i sypiąc śnie­giem spod kół, ruszył z miej­sca.

— To nie ta droga! — krzyk­nęła, ucze­piona litery „J”, pani Olga.

— Tamtą prze­cież nie pod­jadę. — Pan Janusz pró­bo­wał opa­no­wać pojazd i wce­lo­wać w drogę po prze­ciw­nej stro­nie podwórka.

— Więc na wprost! Byle dalej stąd!

Wje­chali mię­dzy drzewa. Pojaz­dem rzu­cało na wer­te­pach. Wszy­scy przy­trzy­my­wali się czego popa­dło.

— Wol­niej, bo wylą­du­jemy na drze­wie — powie­dział spo­koj­nie pan Krzysz­tof. — Nikt nas nie goni.

Pan Janusz zdjął nogę z gazu i ostroż­niej brał kolejne zakręty. Teraz już nikt nie miał poję­cia, gdzie jadą. Po poko­na­niu kolej­nego wznie­sie­nia zje­chali do małej dolinki. O pod­wo­zie zaszu­rał śnieg i auto­kar łagod­nie wyha­mo­wał, choć sil­nik pra­co­wał na wyso­kich obro­tach.

— Wto­pi­li­śmy — powie­dział kie­rowca. Zapa­dło pełne napię­cia mil­cze­nie.

— Ale jak to, wto­pi­li­śmy? — zapy­tała pani Olga, wciąż klę­cząc przy lite­rze „J”.

— Ani w przód, ani w tył. — Pan Janusz roz­ło­żył ręce.

— Co z pana za kie­rowca!

— Auto­karu wyciecz­ko­wego, a nie ratraka.

— Dobrze, że w ogóle tu doje­cha­li­śmy. — Opie­kunka wstała. — Ten rzęch pra­wie się roz­le­ciał po dro­dze.

— Spo­koj­nie — prze­rwał jej pan Krzysz­tof. — Przyj­rzyjmy się sytu­acji.

Wysiadł i obszedł auto­kar z latarką.

— Wszy­scy wysia­dają i pchają — pole­cił, gdy skoń­czył oglę­dziny.

— Kobiety też? — zapy­tała z obu­rze­niem dziew­czyna z kucy­kami.

— Dziew­czyny też.

— Miały być ferie, a nie rajd tere­nowy! Uświ­nię się…

Wszy­scy nie­chęt­nie wysie­dli, wpa­da­jąc w śnieg po kolana, po czym sta­nęli przed maską auto­karu. W lecie prze­bie­gała tędy droga, jed­nak teraz dolinkę przy­kry­wała gruba war­stwa śniegu. Nawet samo­chód tere­nowy miałby pro­blemy. Jedyne ślady, które pro­wa­dziły dalej, nale­żały do sku­tera śnież­nego.

— Moim zda­niem, bez szans — oce­nił Felix. Przy­ło­żył się jed­nak z innymi i naparł na karo­se­rię.

— Pul­sa­cyj­nie! — krzy­czał pan Krzysz­tof. — Równo z sil­ni­kiem. Roz­bu­jamy go.

Kie­rowca doda­wał gazu, wszy­scy pchali, a koła jałowo obra­cały się w śniegu. Pojazd ani drgnął, jakby tkwił w zasty­gnię­tym beto­nie.

— Trzeba powkła­dać gałę­zie pod koła — pora­dził chło­pak, któ­rego Felix od razu zapa­mię­tał jako prze­mą­drzalca. — I wyko­pać śnieg spod spodu. Tak wyko­pują samo­chody pro­fe­sjo­na­li­ści.

Pan Janusz wyłą­czył sil­nik i wysiadł. Przyj­rzał się opar­temu o śnieg pod­wo­ziu i powie­dział:

— Trzeba spro­wa­dzić trak­tor. I to duży.

— Czy ktoś wie, gdzie jeste­śmy? — zapy­tała pani Olga.

— W lesie — odparł pan Janusz. — Dosłow­nie i w prze­no­śni.

Felix odszedł na bok, włą­czył GPS i chwilę wpa­try­wał się w ekran.

— Nie wychy­lajmy się — syk­nął mu do ucha Net. — Wiem, co kom­bi­nu­jesz. Chcesz roz­wią­zać pro­blem.

— Tu na mapie jest biała plama — stwier­dził Felix. — A wła­ści­wie zie­lona, bo wszę­dzie jest las. Ale… ozna­czy­łem punkt, gdzie jest pen­sjo­nat. Czyli ten wymarły dom.

— Mówi­łem ci, jak coś pój­dzie nie tak, na przy­kład jak nas tam zamor­dują, to wszy­scy będą mieć do nas pre­ten­sję. Tak jest zawsze. Winny musi być.

— Nie możemy tu noco­wać — szep­nęła Nika. — Nawet opusz­czony dom jest lep­szy niż śro­dek lasu.

— Ale nie bądźmy tymi, któ­rzy wpadną na ten pomysł — popro­sił Net. — Pamię­tasz umowę? Sto­imy sobie z boku, uda­jemy nie­moty i cze­kamy, co inni wymy­ślą.

Kon­ku­ren­cyjna paczka rów­nież stała z dala od grupy i szep­tała. Tymon nie mar­no­wał czasu i grał w PSP. Pani Olga cho­dziła tam i z powro­tem z tele­fo­nem nad głową.

— Nie ma zasięgu — powta­rzała. — No nie ma zasięgu!

— Trzeba wejść na pagó­rek — nie powstrzy­mał się Felix.

— Racja! — Ruszyła w noc, ale od razu się odwró­ciła. — Wy idzie­cie ze mną. — Wska­zała Marka i Mar­cina.

Nie­chęt­nie ruszyli za opie­kunką, wciąż trzy­ma­jąc w dło­niach puste rekla­mówki.

— Moim zda­niem to nie­do­pusz­czalne — ode­zwała się dziew­czyna z kucy­kami. Pró­bo­wała tup­nąć nóżką, ale znów jej nie wyszło – but wbił się w śnieg.

— Taka karma — stwier­dziła Nika.

— Wszyst­kie pod­ręcz­niki survi­valu radzą, żeby się nie odda­lać od pojazdu — wyre­cy­to­wał prze­mą­drza­lec.

— To zostań — odparł Felix, któ­remu tam­ten zaczy­nał już dzia­łać na nerwy. — Nikt nas nie będzie szu­kał. To my musimy zna­leźć pen­sjo­nat. Jest pół kilo­me­tra stąd.

— Te same pod­ręcz­niki radzą, żeby się nie roz­dzie­lać.

— No to będziesz miał dyle­mat — wtrą­cił Net. — Ewen­tu­al­nie możesz wybrać kom­pro­mis i prze­cze­kać noc w poło­wie drogi mię­dzy auto­ka­rem a pen­sjo­na­tem, gdzie będą wszy­scy.

— Czyli gdzieś na tam­tym pagórku. — Felix wska­zał naj­bliż­sze wznie­sie­nie.

— Dodzwo­ni­łam się — oznaj­miła rado­śnie pani Olga, zbie­ga­jąc z górki. — Wystrzelą rakiet­nicę. Roz­glą­daj­cie się.

Nad lasem roz­bły­sło białe świa­tło. Rakiet­nica została wystrze­lona na tyle bli­sko, że sły­chać było huk, a po chwili jego echo.

— Bli­sko. — Net narzu­cił ple­cak, ale wła­śnie przy­po­mniał sobie o czymś. — Bagaże…

Powoli docie­rało to do wszyst­kich. Dziew­czyna z kucy­kami rzu­ciła torbę w śnieg i zaplo­tła ramiona, obra­żona na cały świat. Dwie Śmieszki już się nie śmiały, przy­po­mniały sobie bowiem, że spa­ko­wały się w ele­ganc­kie walizki na małych kół­kach, zupeł­nie nie­do­sto­so­wane do tych warun­ków. Pan Janusz odgar­nął śnieg i otwo­rzył luk baga­żowy. Wszy­scy nie­chęt­nie zaczęli wycią­gać torby, walizki i ple­caki. A im kto miał tro­skliw­szą mamę, tym gorzej teraz na tym wycho­dził. Narty i snow­bo­ardy zostały. Jedy­nie kon­ku­ren­cyjna paczka wyjęła pokro­wiec z nar­tami.

— Wszy­scy gotowi? — zapy­tał pan Krzysz­tof.

— Nie mogą tu po nas przyjść? — zapy­tała dziew­czyna z kucy­kami.

— Skoro wszy­scy gotowi, to idziemy. Nie zosta­wać w tyle.

Przy­ja­ciele tym razem posta­no­wili posłu­chać rady i ruszyli przo­dem. Felix spoj­rzał na kom­pas przy­pięty do paska ple­caka.

— Nie chcę was mar­twić, ale rakiet­nicę wystrze­lono wła­śnie z tego kie­runku, gdzie jest ten opusz­czony dom. Nawet jeżeli nie jest to nasz pen­sjo­nat, musi być tuż obok.

— Strach będzie wie­czo­rem wyjść na dwór — stwier­dziła Nika.

— To niczego nie dowo­dzi. — Net mach­nął ręką. — W tym samym kie­runku jest też Pałac Kul­tury.

Zauwa­żyli, że idą sami. Pan Krzysz­tof, obcią­żony jedy­nie nie­wiel­kim ple­ca­kiem, znik­nął z przodu. Reszta guz­drała się, pró­bu­jąc odwlec męczący i nie­wąt­pli­wie nie­przy­jemny marsz. Dziew­czyna z kucy­kami wlo­kła obu­rącz wielką walizę, którą trudno byłoby cią­gnąć nawet po zwy­kłym traw­niku. Rozej­rzała się i jej wzrok padł na Tymona.

— Gdy­byś był gen­tle­ma­nem — oświad­czyła wynio­śle — wziął­byś moją walizkę.

Chło­pak spoj­rzał na nią i zamru­gał nie­pew­nie. Naj­wy­raź­niej czuł się nieco zagu­biony w ciem­nym lesie, bez kon­soli w dło­niach.

— A powi­nie­nem…?

— Powi­nie­neś. — Wetknęła mu w dłoń uchwyt walizki.

— Nie znamy się nawet.

— Tekla. Zobacz, tak jest lepiej, bo będziesz trzy­mał rów­no­wagę.

Rze­czy­wi­ście, jego torba nie miała paska na ramię, więc niósł ją w dru­gim ręku.

— O, to i nasze weź — rzu­ciła jedna ze Śmie­szek.

— Chyba w zęby — wark­nęła Tekla. — Nie widzi­cie, ile już musi dźwi­gać? Zero zro­zu­mie­nia…

Śmieszki chwilę szep­tały mię­dzy sobą, po czym zatrzy­mały wzrok na Marku i Mar­ci­nie, któ­rzy wspól­nie nie­śli mię­dzy sobą wielką torbę. Pode­szły, zaga­dały i jakoś tak w natu­ralny spo­sób rączki ich wali­zek zna­la­zły się w wol­nych dło­niach chło­pa­ków, a one same szcze­bio­tały coś do nich, idąc obok. Olim­pij­czycy nie wyglą­dali na prze­ję­tych ani jed­nym, ani dru­gim i zwy­czaj­nie pocią­gnęli torby za sobą, jakby to były sanki.

Gdy już wszy­scy dobrnęli w głę­bo­kim śniegu na szczyt wznie­sie­nia, zro­zu­mieli, że nawet wycieczka kul­tu­ry­stów nie wepchnę­łaby auto­karu pod górę.

— Musimy tak gnać? — wysa­pał Tymon.

— To natu­ralne — wyja­śnił Felix. — Nikt nie chce iść ostatni.

— To ja popro­szę o krótką prze­rwę.

— No co ty? — zdzi­wiła się Tekla. — Prze­szli­śmy nie­całe sto metrów.

— Rany, już nie mogę…

— Zróbmy prze­rwę — posta­no­wiła pani Olga. — Nerwy mi odpoczną.

Zatrzy­mali się. Tymon usiadł na swo­jej tor­bie. Widzieli już prze­bi­ja­jące zza drzew świa­tło. Ich cel był cał­kiem bli­sko.

— Ciii… — Tekla przy­ło­żyła palec do ust. — Sły­szy­cie?

Ktoś albo coś ciężko oddy­chało. Ferio­wi­cze zbili się w cia­sną grupkę i rzu­cali wokoło nie­spo­kojne spoj­rze­nia. Teraz przy­po­mnieli sobie, że w pobliżu na­dal jest opusz­czony dom.

— To gdzieś z góry — oce­nił Tymon.

— Nie, stam­tąd… — Jedna ze Śmie­szek wska­zała mię­dzy drzewa.

— Niedź­wie­dzie tak nie oddy­chają — powie­działa Laura.

— Niedź­wie­dzie… — prych­nęła pogar­dli­wie Regina. — Chcia­ła­byś, żeby to był niedź­wiedź.

W ciem­nym lesie nie dało się niczego dostrzec. Chmury zasła­niały świa­tło księ­życa. Oddech ucichł jak urwany. Wszy­scy jakoś zapo­mnieli o zmę­cze­niu i ruszyli szyb­kim kro­kiem, pra­wie bie­giem, w stronę świa­tła.

— Idzie tutaj! — pisnął Net i wska­zał przed sie­bie dra­ma­tycz­nym gestem.

Potężna bru­natna postać kro­czyła drogą wprost na nich. Wszy­scy zatrzy­mali się rap­tow­nie. Nika ści­snęła dłoń Neta, a co bar­dziej roz­sądni ferio­wi­cze zaczęli w przy­spie­szo­nym tem­pie roz­wa­żać dostępne opcje. Uciec? Dokąd? Potwór prze­cież oddzie­lał ich od wyba­wie­nia. Wra­cać do auto­karu? Tam znajdą się w pułapce. W las? Jesz­cze gorzej, bo to zapewne natu­ralne śro­do­wi­sko tego mon­stera.

— Ojoj… — wyrwało się Netowi. Nie mógł się poru­szyć.

Tym­cza­sem stwór zbli­żał się do ska­mie­nia­łej gro­madki, wbi­ja­jąc potężne wło­chate stopy w śnieg, z siłą, od jakiej trzę­sła się zie­mia. Już widać było świe­cące w mroku śle­pia. Nikt nie odwa­żył się skie­ro­wać w tamtą stronę latarki lub, co bar­dziej praw­do­po­dobne, nikt nie wpadł na ten pomysł. Ci, któ­rzy stali naj­bli­żej, zaczęli się tylko krok za kro­kiem cofać. Nie­stety, napo­tkali sie­dzą­cego Tymona i bagaże, które sami przed chwilą posta­wili. Tekla i Śmieszki się wywró­ciły, Felix, Net i Nika odsu­nęli się wolno w stronę pobli­skich krza­ków, a sto­jąca na końcu druga super­paczka niby mogła się swo­bod­nie cofać, ale oba­wiała się roz­dzie­le­nia z grupą. Pani Olga stała jak zacza­ro­wana, z prze­ra­że­niem wpa­tru­jąc się w nad­cho­dzą­cego stwora.

 

— Co… co się tak guz­drze­cie? — wydy­szał zasa­pany potwór gło­sem pana Krzysz­tofa.

Dopiero teraz wszy­scy, któ­rzy mieli latarki, skie­ro­wali je na opie­kuna. Wyglą­dał zupeł­nie nor­mal­nie w swo­jej brą­zo­wej skó­rza­nej kurtce i zimo­wych butach.

— Nie świe­cić! — Zasło­nił się dło­nią. — Co z wami? Pik­nik tu urzą­dza­cie?

— Ja pier­dy­kam takie wczasy… — szep­nął Net. — To było mocne.

— Ile potrafi zdzia­łać wyobraź­nia — przy­znała Nika. — Chodźmy.

Wszy­scy, narze­ka­jąc, zebrali się do dal­szej drogi. Tymo­nowi nie chciało się już nieść walizki i torby, więc czer­wony z wysiłku po pro­stu cią­gnął je za sobą, posa­pu­jąc. Tekla szła przo­dem, więc tego nie widziała. Bez dal­szych przy­gód dotarli na polankę przed pen­sjo­na­tem.

— Ja pier­dy­kam… — powtó­rzył ze zgrozą Net.

Stali przed tym samym domem, przed któ­rym zatrzy­mali się pół godziny wcze­śniej. Jedyną róż­nicą była zapa­lona przed wej­ściem latar­nia i słabe świa­tła na par­te­rze. Felix z satys­fak­cją wyłą­czył GPS. Teraz wszy­scy mogli dostrzec wię­cej szcze­gó­łów budynku. Par­ter był muro­wany, a pierw­sze i dru­gie pię­tro wyko­nano z drew­nia­nych bali. Dom musiał być wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wany, bo róż­nej wiel­ko­ści okna umiesz­czono w prze­dziw­nych miej­scach, a mała wie­życzka wyra­sta­jąca z dachu wyglą­dała jak dokle­jona z tro­chę innej bajki. Dom wra­stał w zbo­cze, więc wysoki od frontu par­ter z tyłu ginął w pochy­ło­ści – tam pię­tro sta­wało się par­terem. Była jesz­cze piw­nica na wyso­kiej pod­mu­rówce, teraz czę­ściowo ukryta pod śnie­giem. Nad drzwiami wisiał drew­niany szyld z ledwo widocz­nym napi­sem „Pen­sjo­nat Trzy Kuzynki”. W tym oświe­tle­niu trudno było dostrzec coś wię­cej.

— Więc czemu przed­tem było ciemno? — zapy­tał Net. — Dni im się poso­liły?

Pan Krzysz­tof pierw­szy dotarł do drzwi. Były stare, wyko­nane z gru­bych desek, zawie­szone na solid­nych kutych zawia­sach. Naci­snął dzwo­nek. Po chwili szczęk­nął zamek i drzwi wolno się uchy­liły. Ferio­wi­cze z bez­piecz­nej odle­gło­ści obser­wo­wali posze­rza­jącą się szcze­linę. Chyba nikt by się nie zdzi­wił, gdyby wyło­niła się zza nich głowa wło­cha­tego potwora. Głowa uka­zała się, ow­szem, nawet zupeł­nie nor­malna, tyle że na wyso­ko­ści klamki. Nale­żała do star­szej kobiety.

— Wycieczka? — zapy­tała piskli­wym gło­sem.

— Tak — odpo­wie­działa rado­śnie pani Olga. — Biuro podróży Czarny Kot przy­bywa.

— Wejdą. — Otwo­rzyła drzwi na całą sze­ro­kość. — Zawoła panią Leoka­dię.

Odwró­ciła się i ode­szła w głąb domu. Miała nie wię­cej niż metr dwa­dzie­ścia wzro­stu, a do tego była dość pulchna.

— Przez chwilę myśla­łem, że tu będą schody w dół — szep­nął Net, prze­kra­cza­jąc próg.

— Ciii… — syk­nęła Nika. — Jesz­cze usły­szy.

— Usły­szała — rzu­ciła przez ramię kobieta, zupeł­nie tym nie­prze­jęta. Znik­nęła w kory­ta­rzyku.

— Pięk­nie zaczy­nasz — mruk­nęła Nika.

— No co, wymsknęło mi się.

Przez nie­wielki przed­sio­nek prze­szli do cie­plej­szego i jaśniej­szego wnę­trza. Sala zaj­mu­jąca więk­szą część par­teru miała grube, kamienne ściany i peł­niła chyba jed­no­cze­śnie funk­cję jadalni i pokoju dzien­nego. Na wprost wej­ścia znaj­do­wał się monu­men­talny komi­nek. Nie­stety, teraz wyga­szony, choć wciąż biło od niego cie­pło. Po dwóch jego stro­nach widać było krót­kie kory­ta­rzyki pro­wa­dzące do poza­my­ka­nych drzwi. Za komin­kiem zakrę­cały schody. Pod ścia­nami stały drew­niane ławy i stoły, a na środku pod­łogi, przed komin­kiem roz­ło­żono wielką skórę niedź­wie­dzia z wypcha­nym łbem skie­ro­wa­nym do pale­ni­ska. Obok stał wypchany rudy kot z oczami ze szkla­nych zie­lo­nych kulek. Na ścia­nach wisiało mnó­stwo nie­wielkich obra­zów i kilka ozdób, wśród któ­rych naj­więk­sze wra­że­nie robiły wypchane głowy zwie­rząt. Strop wyko­nano z gru­bych drew­nia­nych belek i desek. Żarówki w kin­kie­tach przy­ga­sały w nie­re­gu­lar­nych odstę­pach czasu, jakby ktoś bawił się ściem­nia­czem.

— Nie ma tele­wi­zora! — zauwa­żył ze zgrozą Net.

Ferio­wi­cze rzu­cali bagaże wprost na zie­mię i roz­pi­nali ubra­nia. Śmieszki ode­brały swoje walizki od Marka i Mar­cina i natych­miast zapo­mniały o ist­nie­niu chło­pa­ków. Teraz wresz­cie wszy­scy mogli spo­koj­nie ode­tchnąć i zapo­mnieć o szyb­kim mar­szu przez las. Ktoś dyszał gło­śniej od innych. Po chwili stało się jasne, że…

— Znów ten dźwięk — stęk­nął Net.

Śmieszki przy­po­mniały sobie o Olim­pij­czy­kach i szybko przy­su­nęły się do nich. Grupa zbiła się cia­sno na środku hallu.

— To coś przy­szło za nami — oznaj­miła gro­bo­wym gło­sem Regina.

— Jest pod pod­łogą! — krzyk­nęła Tekla. — Sły­szę go z dołu!

Ferio­wi­cze roz­pierz­chli się pod ściany. Tylko Net został na środku. Klep­nął się w czoło i wyjął z kie­szeni tele­fon.

— To SMS — ode­tchnął z ulgą.

Reszta grupy zaszem­rała z nie­za­do­wo­le­niem.

— Zmień na coś innego — popro­siła Nika. — Stra­szysz ludzi.

— Zmie­ni­łem wła­śnie na to. Sama ostat­nio chcia­łaś, żebym zmie­nił.

— Bo mia­łeś serię z kara­binu.

— Zasta­no­wię się. — Spoj­rzał na wyświe­tlacz. — To od Oskara. Hm… Ani razu nie użył słowa „wypas”.

— Wresz­cie zro­zu­miał, czym jest obóz har­cer­ski — zauwa­żył Felix.

— „To wygląda jak obóz dla uchodź­ców. Mam łóżko w pokoju tysiąc­o­so­bo­wym”. Jest też drugi. „Wła­śnie zga­sili nam świa­tło”.

Szmer roz­mów ucichł, do sali wkro­czyła bowiem wysoka i szczu­pła pięć­dzie­się­cio­latka. Miała na sobie ele­gancką, sta­ro­modną suk­nię się­ga­jącą nie­mal ziemi i futrzaną kami­zelkę. Czarne, mocno siwie­jące włosy upięła w kok. Zaplo­tła dło­nie i oznaj­miła:

— Nazy­wam się Leoka­dia, a ten pen­sjo­nat to Trzy Kuzynki.

Net miał na końcu języka pyta­nie o dwie pozo­stałe, ale wspo­mnie­nie wpadki sprzed chwili powstrzy­mało go przed jego zada­niem. Tuż obok przy­kuc­nął mały blon­dyn z nieco dłuż­szymi wło­sami i maj­stro­wał przy swoim ple­caku, nie­zbyt zain­te­re­so­wany sło­wami gospo­dyni.

— Moja kuzynka Leon­tyna pojawi się jutro na śnia­da­niu. Panią Hono­ratę spo­tka­li­ście przed chwilą. Zaj­muje się u nas porząd­kiem. Jutro zapewne pozna­cie pana Tobia­sza, który repe­ruje ciek­nące rury i dba o sprawy, które nie są inte­re­su­jące. — Powio­dła wzro­kiem po zdez­o­rien­to­wa­nej gru­pie. — Ale są konieczne. Ocze­ki­wa­li­śmy was dwie godziny temu.

— Duży ruch… i tro­chę zabłą­dzi­li­śmy — wyja­śniła pani Olga, po czym dodała z wyrzu­tem — gdyby przed drzwiami paliło się świa­tło, byłoby znacz­nie łatwiej tu tra­fić.

— Aku­rat mie­li­śmy awa­rię zasi­la­nia — odparła Leoka­dia. — Gałę­zie łamią się pod cię­ża­rem śniegu i prze­ry­wają kable. Uru­cho­mi­li­śmy już gene­ra­tor. Prąd będzie jesz­cze przez godzinę i kwa­drans.

— A potem? — zapy­tał szybko Net.

— A potem nie będzie prądu. Roz­lo­kuj­cie się w poko­jach. Za dwa­dzie­ścia minut podamy kola­cję. W tym domu obo­wią­zują pewne zasady, któ­rych kul­tu­ral­nym ludziom nie trzeba wyja­śniać. Naj­waż­niej­szą z nich jest obo­wią­zek pozo­sta­wie­nia swo­jego pokoju w takim sta­nie, w jakim się go zastało.

Odwró­ciła się i wyszła bez słowa wię­cej. Przy­ja­ciele popa­trzyli na sie­bie.

— Czy tak będzie codzien­nie? — zapy­tał Net. — Lulu o wpół do dzie­sią­tej?

— Może cho­dzi o gene­ra­tor — zasta­no­wił się Felix. — Oszczę­dzają paliwo. Na szczę­ście wzią­łem zapa­sowe aku­mu­la­tory do latarki. Dobra, ruszmy się, bo… — Felix zro­bił pierw­szy krok i runął jak długi. — Co jest…? — Spoj­rzał na swoje nogi. Sznu­rówki pra­wego i lewego buta były zwią­zane razem. Roz­su­płał je i wstał. Rozej­rzał się po ferio­wi­czach. Nie roz­po­znałby sprawcy, gdyby nie to, że Filip, jako jedyny, gapił się w sufit i pogwiz­dy­wał.