Felix, Net i Nika oraz Trzecia KuzynkaTekst

Z serii: Felix Net i Nika #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka





Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

ISBN: 978-83-61187-38-7

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2009-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2009-2013 by Powergraph Copyright © 2009-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

1. Krzyk

2. Deszczowa wycieczka

3. Szafa

4. Sabotażysta jest wśród nas

5. Krzywa Wieś

6. Przekładnia linowa

7. Nowe odkrycia

8. Zamek

9. Kradzież

10. Przesłuchanie

11. Feralny skrót

12. Nie możemy dłużej czekać

13. Maszyna Życzeń

14. Trzecia kuzynka

Epilog

Dla Jasia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1. Krzyk

W oddali cichł świst eks­pe­ry­men­tal­nego hybry­do­wego sil­nika Land Rovera1. Felix, Net i Nika odpro­wa­dzili wzro­kiem czarny kształt, aż zgu­bił się mię­dzy samo­cho­dami. Tata Felixa nie mógł dłu­żej cze­kać.

Net zatarł ręce. Z rado­ści, nie z zimna.

— Czujmy się spusz­czeni ze smy­czy. — Wyszcze­rzył się do przy­ja­ciół. — A kaga­niec oświaty sami zrzu­cimy.

Uśmiech­nęli się w odpo­wie­dzi. Cała trójka liczyła na spo­kojny odpo­czy­nek na zimo­wi­sku w Sude­tach. Nie, żeby miał być nudny, wystar­czy, żeby był bez­stre­sowy.

Na nie­do­kład­nie odśnie­żo­nym par­kingu prze­stę­po­wało z nogi na nogę kil­ka­dzie­siąt osób: nasto­lat­ków i ich rodzi­ców. Auto­kar, który tych pierw­szych miał zawieźć do pen­sjo­natu Trzy Kuzynki, powi­nien tu być od dzie­się­ciu minut. Grupka doro­słych kłę­biła się wokół roz­trzę­sio­nej blon­dynki z clip­bo­ar­dem. Kobieta pró­bo­wała zgro­ma­dzić wszyst­kie numery kon­tak­towe do rodzi­ców i nie­zbędne pod­pisy.

— Na pewno zaraz przy­je­dzie — uspo­ka­jała wszyst­kich, choć to ona była naj­bar­dziej zde­ner­wo­wana.

Co chwilę kolejni rodzice żegnali się ze swo­imi pocie­chami, prze­pra­szali, że nie mogą dłu­żej cze­kać, i odjeż­dżali. Pano­wał mały chaos, ale więk­szość pod­opiecz­nych wyglą­dała na zado­wo­lo­nych. Felix, Net i Nika roz­glą­dali się, cie­kawi, z kim spę­dzą dwa tygo­dnie. Naj­bli­żej nich stała z zało­żo­nymi rękoma dziew­czyna w nieco za dużych oku­la­rach w czar­nych opraw­kach. Brą­zowe włosy spięła w dwa kucyki. Obok chi­cho­tały pochy­lone do sie­bie blon­dynki, obie z dłu­gimi lokami, wysta­ją­cymi spod weł­nia­nych cza­pek. Nie zauwa­żały świata wokół sie­bie. Na tor­bie usta­wio­nej w pry­zmie śniegu sie­dział pulchny chło­pak i grał na PSP2. Dla niego też świat nie ist­niał. Nieco na ubo­czu trzy­mało się dwóch wyrost­ków ubra­nych w dresy i spor­towe kurtki. Rzu­cali wokoło spoj­rze­niami spode łba.

— Może uda się spo­koj­nie odpo­cząć — oce­nił Felix. — Wygląda na stan­dar­dowy prze­krój spo­łe­czeń­stwa. A przy­naj­mniej tej jego czę­ści, która jeź­dzi na zimo­wi­ska.

— Z wyjąt­kiem tych dwóch olim­pij­czy­ków i jed­nego wam­pira. — Net wska­zał głową dziew­czynę z pro­stymi czar­nymi wło­sami i w czar­nym płasz­czu. — Nie pomyl­cie się w szatni.

Nika zer­k­nęła we wska­za­nym kie­runku. Jej płaszcz rze­czy­wi­ście był podobny, podobne były rów­nież buty. Dziew­czyna w czerni wodziła wokół nie­chęt­nym wzro­kiem i spra­wiała wra­że­nie obra­żo­nej na cały świat.

— Wam­piry są chud­sze — odparła Nika, popra­wiła sto­jący koł­nierz i wypu­ściła rude loki na wierzch. Sło­neczne lutowe przed­po­łu­dnie było chłodne i wil­gotne, w powie­trzu czuło się nad­cho­dzącą odwilż. Odbi­ja­jące się od śniegu pro­mie­nie zmu­szały do mru­że­nia oczu. — Mogłaby być już wio­sna.

— Tak to nie ma, pstryk i kwiatki. — Net wypluł gumę wprost do kratki kana­li­za­cyj­nej. — Trzeba przejść przez etap błota.

— Jutro będzie już na plu­sie — powie­dział Felix.

— Nie mów, że spraw­dzi­łeś pro­gnozę.

— Spraw­dzi­łem. Dzięki temu wiem to, o czym nie­któ­rzy dowie­dzą się dopiero jutro. — Felix wska­zał kilka par nart i snow­bo­ardy oparte o ławkę.

— Będą szczę­śliwi o dzień dłu­żej niż ty. Cho­ciaż… — Net zer­k­nął na długi płaszcz Niki – jej kurtka zimowa znisz­czyła się kilka dni wcze­śniej pod­czas prze­dzie­ra­nia się przez krzaki. — Tro­chę szkoda, że nie zoba­czę tego płasz­cza w akcji na stoku.

Opie­kunka z roz­wia­nym wło­sem i roz­wia­nymi kart­kami w clip­bo­ar­dzie po raz kolejny obcho­dziła grupę i spraw­dzała, czy wypeł­niła wszyst­kie rubryki w dru­kach.

— Mam namiary do waszych rodzi­ców? — zapy­tała przy­ja­ciół.

— Tak — szybko zapew­niła ją Nika.

— Pytała pani już dwa razy — dodał Net.

— Wybacz­cie, to przez te nerwy. — Spoj­rzała na zega­rek. — Dwa­na­ście minut. A jak coś się stało?

— To chyba lepiej, jeżeli się roz­wa­lił, zanim do niego wsie­dli­śmy.

Opie­kunka spoj­rzała na niego z prze­ra­że­niem. Nim zdą­żyła coś odpo­wie­dzieć, jej uwagę odwró­ciły okrzyki rado­ści. Na par­king wta­czał się nie naj­now­szy i kosz­mar­nie brudny mały auto­kar. Kie­dyś chyba był biały.

— Od początku wyra­biasz sobie opi­nię — szep­nęła Nika.

— To dla cie­bie, mała — uśmiech­nął się Net. — Wolisz, żeby zaczęła ana­li­zo­wać pod­pis two­jej mamy?

Pod­pis za mamę Niki zło­żył wła­śnie Net, wyko­rzy­stu­jąc zamie­sza­nie, jakie robiła wokół sie­bie opie­kunka. Rodzice Niki nie mogli tu przy­je­chać z tej pro­stej przy­czyny, że oboje nie żyli od wielu lat. Dziew­czyna musiała przy­znać Netowi rację. Ode­tchnęła z ulgą, gdy opie­kunka zajęła się usta­wia­niem wszyst­kich w jed­nym miej­scu, żeby nie zostali prze­je­chani. To tylko zwięk­szyło zamie­sza­nie, oka­zało się bowiem, że auto­bus zamie­rzał zapar­ko­wać wła­śnie tam.

Za przed­nią szybą świe­ciła biało setka diod, uło­żo­nych w napis „Janusz”. Gdy auto­kar zatrzy­mał się z sykiem i jękiem, litera „J” prze­wró­ciła się, pozo­sta­wia­jąc samo „anusz”.

— A nuż doje­dziemy w jed­nym kawałku — mruk­nął Net.

Sil­nik zakle­ko­tał, zakasz­lał i zgasł. Drzwi otwo­rzyły się, sycząc sprę­żo­nym powie­trzem i pisz­cząc popy­cha­czami. Kie­rowca, otyły męż­czy­zna z czu­pryną krę­co­nych czar­nych wło­sów i rów­nie czar­nymi wąsami, popra­wił literę i zszedł na śnieg.

— Prze­pra­szam za spóź­nie­nie — oznaj­mił rado­śnie. — Hamulce strze­liły.

Zapa­dła cisza, w któ­rej pan Janusz, bo tak się zapewne nazy­wał kie­rowca, prze­cią­gnął się i zro­bił kilka przy­sia­dów, napi­na­jąc przy tym skó­rzaną kami­zelkę do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści. Zauwa­żył wle­pione w sie­bie kil­ka­dzie­siąt par wytrzesz­czo­nych oczu.

— Nie, wszystko w porządku. — Mach­nął ręką. — Wszystko już działa. Samo się jakoś napra­wiło.

Opie­kunka wymie­niła spoj­rze­nia ze znu­dzo­nym czter­dzie­sto­lat­kiem, zapewne dru­gim opie­ku­nem. Wzru­szył ramio­nami. Kobieta zaci­snęła zęby, wzięła go pod ramię i odcią­gnęła na bok, przy­pad­kiem w stronę, gdzie stali Felix, Net i Nika. Przy­ja­ciele sły­szeli więc roz­mowę.

— Nie powin­ni­śmy się na to zga­dzać — syk­nęła kobieta, jed­no­cze­śnie posy­ła­jąc uspo­ka­ja­jący uśmiech w kie­runku sku­pio­nej przy auto­ka­rze grupki rodzi­ców. — To trup.

 

— Nie znaj­dziemy teraz innego auto­karu. — Męż­czy­zna nie wyglą­dał na prze­ję­tego sytu­acją. — Dziś całe woje­wódz­two jedzie na ferie.

— Więc co? Coś musimy zro­bić!

— Możemy wolno jechać. Albo… zadzwoń po poli­cję, niech zro­bią testy.

— Świetna myśl. — Wyszarp­nęła z torebki tele­fon, wybrała numer i chwilę tłu­ma­czyła komuś po dru­giej stro­nie, o co cho­dzi. Przy­tak­nęła i zasło­niła mikro­fon dło­nią. — Mówią, że chęt­nie pomogą — ucie­szyła się. — Mówią, że od tego są. Tak, tak słu­cham… — Zatkała dru­gie ucho pal­cem i nachy­liła się, jakby to mogło pomóc. — Tak, na­dal tu jestem. — Spoj­rzała na kolegę i znów zasło­niła mikro­fon. — Mówią, że zaraz zer­kną w gra­fik i się umó­wią na… jede­na­stą trzy­dzie­ści… Tak, świet­nie! Jede­na­sta trzy­dzie­ści… — Spo­waż­niała, opu­ściła tele­fon, roz­łą­czyła się i wolno dokoń­czyła — dwu­dzie­stego trze­ciego marca…

— Jest luty — zauwa­żył męż­czy­zna. Na twa­rzy kole­żanki zaczy­nała się poja­wiać panika, więc szybko dokoń­czył — sami go sprawdźmy. To prze­cież nie może być nic skom­pli­ko­wa­nego. Przejdę się i obko­pię opony.

— Sprężmy się — powie­dział Felix, gdy tamci ode­szli. — Zajmą nam miej­sca.

— Fakt! — zre­flek­to­wał się Net. Zarzu­cił ple­cak na ramię, w drugą rękę wziął torbę Niki. — My upy­chamy bagaże, ty leć zająć ostatni rząd. Mów: „Prze­pra­szam, jestem kobietą”.

Nika prych­nęła, ale poszła do przed­nich drzwi, gdzie już kłę­bił się spory tłu­mek. Głów­nie byli to rodzice ocze­ku­jący wyja­śnień w spra­wie stanu tech­nicz­nego pojazdu.

— Powie­dzia­łem „hamulce”? — Kie­rowca uniósł brwi. — Cho­dziło mi o eee… świa­tła hamul­cowe. Żaró­weczka, trzy złote…

Nika prze­mknęła do środka, a chłopcy wło­żyli do bagaż­nika jej poprze­cie­raną torbę podróżną, nowo­cze­sny ple­cak Neta i woj­skowy worek Felixa. Gotka w czar­nym płasz­czu wrzu­ciła czarną skó­rzaną torbę nabi­janą ćwie­kami, blon­dynki nie­roz­łączki dwie różowe wali­zeczki na kół­kach, a Olim­pij­czycy wspólną orta­lio­nową torbę typu akwi­zy­tor ręcz­ni­ków.

— Prze­pra­szam, ja służ­bowo. — Net prze­pchnął się przez dys­ku­tu­jący tłu­mek. Felix podą­żył za nim.

Gdy tylko wsie­dli do auto­karu, z przy­kro­ścią stwier­dzili, że plan się nie powiódł. Ostatni rząd był zajęty przez dwóch chło­pa­ków i dziew­czynę w jean­sach.

— Byli tu już — wyja­śniła Nika. — Nego­cja­cje się nie powio­dły.

Chłopcy przyj­rzeli się intru­zom. Dziew­czyna miała krót­kie, krę­cone włosy w kolo­rze kasz­ta­no­wym i duże czarne oczy, któ­rymi patrzyła na przy­ja­ciół z miną „o co w ogóle cho­dzi?”. Chło­paki roz­ma­wiały ze sobą, nie zaszczy­ca­jąc oto­cze­nia uwagą.

— Bar­dzo wam zależy na tych miej­scach? — zapy­tał uprzej­mie Felix.

Chłopcy prze­rwali roz­mowę.

— Jest nas troje — wyja­śnił niż­szy. — Tylko tu są trzy miej­sca obok sie­bie.

— Nas też jest troje — powie­dział Net. — Szy­ko­wa­li­śmy się na te miej­sca od… od dawna.

— Super­paczka musi sie­dzieć razem — dodał wyż­szy.

— No wła­śnie. I dla­tego… — Net poczer­wie­niał na twa­rzy, zro­zu­miał bowiem, o co cho­dzi. — Co?! To praw­nie zastrze­żona nazwa!

Nika pocią­gnęła go za łokieć.

— Daj spo­kój — szep­nęła. — Lepiej sia­dajmy, żeby­śmy w ogóle byli obok sie­bie.

— OK. Nie będziemy się truć­kać o fotele.

Nie­ja­sno­ści w spra­wie hamul­ców zostały wyja­śnione, a może tylko zaciem­nione. Tak czy ina­czej, wszy­scy pako­wali się już do środka. Felix i Net rzu­cili jesz­cze nie­chętne spoj­rze­nia kon­ku­ren­cyj­nej trójce i zajęli miej­sca kilka rzę­dów bli­żej przodu.

Opie­kunka, wyraź­nie uspo­ko­jona, sta­nęła na środku auto­karu z mikro­fo­nem w dłoni.

— Witam wszyst­kich w imie­niu biura podróży Czarny Kot. Nazy­wam się Olga Sosnow­ska, a to jest wycho­wawca grupy chłop­ców – pan Krzysz­tof Pasi­ko­nik. Czy wszy­scy ferio­wi­cze są już na pokła­dzie? — powio­dła wzro­kiem po wpa­trzo­nych w nią twa­rzach, po czym klep­nęła się w czoło, prze­szła wzdłuż sie­dzeń i poli­czyła pod­opiecz­nych. — Jed­nej osoby bra­kuje — prze­ra­ziła się i spraw­dziła jesz­cze raz listę. — Albo ktoś się wpi­sał nie na swoim dziecku!

Pan Krzysz­tof dopiero teraz wstał i wyka­zał zain­te­re­so­wa­nie.

— Przy­znać się, kogo bra­kuje! — pole­cił.

Nie­stety, nikt się nie przy­znał, że go nie ma.

— Może jego? — ode­zwała się dziew­czyna z ufar­bo­wa­nymi na czer­wono wło­sami. Kciu­kiem wska­zała za okno.

Wszy­scy spoj­rzeli w tym kie­runku. Pomię­dzy stop­niałą do kilku osób grupą rodzi­ców macha­ją­cych na poże­gna­nie sie­dział na swo­jej tor­bie pulchny chło­pak. Z zaciętą miną grał na PSP.

— Panie Janu­szu… — Olga spoj­rzała zna­cząco na kie­rowcę. Drzwi otwo­rzyły się z sykiem i piskiem. — Tymon?

Chło­pak uniósł wzrok i powró­cił do gry. Po chwili ponow­nie spoj­rzał na auto­kar, zerwał się, wepchnął kon­solę do kie­szeni i bie­giem rzu­cił się w stronę otwar­tych drzwi. W poło­wie drogi przy­po­mniał sobie o tor­bie, wywró­cił się w śnieg, wstał i pobiegł z powro­tem. Znów się wywró­cił, zła­pał torbę i pognał do auto­karu. Pró­bo­wał wbiec z torbą po scho­dach, ale tra­fił na brzuch pana Janu­sza. Odbił się i wywró­cił po raz trzeci. Wszy­scy sie­dzący w auto­karze obser­wo­wali to w mil­cze­niu, z nosami przy­kle­jo­nymi do coraz bar­dziej zapa­ro­wa­nych szyb.

— Torba do bagaż­nika. — Kie­rowca wysiadł i otwo­rzył klapę. — Kie­dyś roz­wo­zi­łem ziem­niaki. Były bar­dziej roz­gar­nięte.

Tymon wrzu­cił torbę i ze spusz­czoną głową powlókł się na wolne miej­sce. Od razu powró­cił do gry, zapo­mi­na­jąc o całym świe­cie.

Wresz­cie ruszyli.

* * *

Z War­szawy wyje­chali po pra­wie godzin­nym prze­dzie­ra­niu się przez korek. Na uda­ją­cej auto­stradę dwu­pa­smówce auto­kar roz­pę­dził się, czego efek­tem były przy­kre wibra­cje całej karo­se­rii.

— Ma roz­wa­lone łoży­ska — stwier­dził Felix, nie kie­ru­jąc tego do nikogo kon­kret­nego.

Roz­legł się oddech Dar­tha Vadera. Net wyjął tele­fon i spoj­rzał na wyświe­tlacz.

— SMS od Oskara — wyja­śnił. — Też już wyru­szyli. Pisze, że auto­kar wypas, że film wypas, na ekra­nie wypas. I że ośro­dek na pewno też będzie wypas, z tele­wi­zo­rem wypas, w pokoju wypas. Że mu się chciało to wkle­py­wać… Chyba że ma Sym­biana i copy, paste.3

— Czy on nie miał jechać na zimo­wi­sko har­cer­skie? — zasta­no­wił się Felix. — Tam w poko­jach raczej nie ma tele­wi­zo­rów. Nie ma nawet pokoi, bo się mieszka w namio­tach. Cho­ciaż teraz jest zima…

— No to widocz­nie jest to ośro­dek dla gene­ra­li­cji har­cer­skiej. Zaraz… — Net pocią­gnął nosem. — Coś się faj­czy.

— Coś się faj­czy! — krzyk­nął ktoś z przodu.

Pani Olga wstała i pocią­gnęła nosem.

— No, faj­czy się. Jak wygląda plan ewa­ku­acji? — zapy­tała pana Janu­sza.

— Zatrzy­muję się, a wszy­scy wysia­dają.

— Więc niech się pan zatrzyma — powie­działa, po czym dodała gło­śniej — wyko­namy teraz próbną ewa­ku­ację, która polega na eee… wyj­ściu na zewnątrz drzwiami. Nie ma powodu do paniki.

Auto­kar z piskiem zuży­tych tarcz wyha­mo­wał na pobo­czu, coś jęk­nęło, stęk­nęło i drzwi otwo­rzyły się przy akom­pa­nia­men­cie zna­jo­mych dźwię­ków. Ewa­ku­acja poszła spraw­nie, bo nikt nie oka­zy­wał paniki. Zresztą nic się nie paliło. Poszłaby jesz­cze spraw­niej, gdyby tylne drzwi nie były zamknięte na głu­cho. Wszy­scy wyszli bez bagaży, z wyjąt­kiem Olim­pij­czy­ków, z któ­rych każdy niósł wypchaną pla­sti­kową torbę. Pan Janusz popra­wił literę „J”, która znów upa­dła, i obszedł auto­kar, by spraw­dzić sil­nik. Na chwilę dym stał się moc­niej wyczu­walny, ale zaraz wiatr go roz­wiał.

Nie­zgrana, a nawet nie­za­zna­jo­miona ze sobą grupka nasto­lat­ków stała bez entu­zja­zmu na śniegu. Uroz­ma­ice­nie w postaci pożaru środka loko­mo­cji nie było chyba niczyim marze­niem. Tym bar­dziej że wszy­scy powoli zaczy­nali się robić głodni.

Pani Olga kilka razy wsia­dała i wysia­dała, tylko po to, by się prze­ko­nać, że nic się nie pali. Wresz­cie przy­po­mniała sobie o czymś, co mogło wyma­gać jakie­go­kol­wiek dzia­ła­nia. Spoj­rzała na dwóch Olim­pij­czy­ków.

— Ewa­ku­ację należy prze­pro­wa­dzać bez bagażu — powie­działa z pre­ten­sją. Zer­k­nęła na pana Krzysz­tofa, ocze­ku­jąc jego popar­cia.

— Twój bagaż to czy­jeś życie — przy­tak­nął bez prze­ko­na­nia. — Jak się nazy­wa­cie?

— Marek — powie­dział niż­szy.

— Mar­cin — dodał wyż­szy. — A torby są puste.

Na dowód unie­śli rekla­mówki przed sie­bie. Rze­czy­wi­ście były puste. Pani Olga przyj­rzała się im badaw­czo.

— Zda­wało mi się, że…

— To może być pożar, który jest pod­sy­cany podmu­chem powie­trza przy wyż­szych pręd­ko­ściach — oce­nił ciem­no­włosy chło­pak z mądrą, a nawet prze­mą­drzałą miną. — Jak sto­imy, to gaśnie.

— Wszystko w porządku. — Kie­rowca zamknął klapę sil­nika. — Nic się nie dymi.

— No ale coś się dymiło…

Pan Janusz powiódł wzro­kiem po zaśnie­żo­nej rów­ni­nie.

— Pew­nie łąki wypa­lają — orzekł. — Jedziemy.

Nie cze­ka­jąc na nic, wró­cił na swoje miej­sce. Pan Krzysz­tof spoj­rzał wymow­nie na panią Olgę i rów­nież wsiadł. Reszta poszła w ich ślady. Dopiero teraz oka­zało się, że Tymon prze­ga­pił całą ewa­ku­ację. Opie­kunka już otwie­rała usta, żeby mu coś powie­dzieć, ale wła­śnie zachro­bo­tał roz­rusz­nik i sil­nik wystrze­lił dwu­krot­nie. Dała więc spo­kój i wró­ciła na miej­sce. Wszy­scy koń­czyli się już usa­da­wiać. Tylko gotka minęła swoje miej­sce i pode­szła do Felixa.

— Wolne? — zapy­tała, wska­zu­jąc fotel przy oknie.

— Jasne. — Felix wysu­nął nogi na bok, by mogła przejść.

Owio­nął go zapach cięż­kich per­fum. Miny, jaką zro­bił Net, nie powsty­dziłby się Gro­ucho Marx4. Felix spoj­rzał na niego groź­nie, więc Net udał, że jego uwagę przy­kuł nagle arcy­cie­kawy frag­ment kra­jo­brazu za oknem. Felix zer­k­nął kątem oka na nową sąsiadkę, na ile było to moż­liwe bez wzbu­dza­nia podej­rze­nia, że zerka na nią kątem oka. Czarna pli­so­wana spód­niczka, czarne raj­stopy, czarne buty New Rock z masą okuć i kla­me­rek, czarne paznok­cie, za to skóra biała jak u albi­nosa. No i mnó­stwo srebr­nej biżu­te­rii, w któ­rej każde zagłę­bie­nie rów­nież było czarne.

— Dla­czego…? — zapy­tał.

— Tu jest spo­koj­niej. — Spoj­rzała na niego tak, jakby chciała dodać „i się odwal”.

Felix zamilkł. Zauwa­żył tylko, że dziew­czyna czyta mie­sięcz­nik „Necro­po­li­tan”, a dokład­niej mówiąc arty­kuł o bal­sa­mo­wa­niu zwłok. Zer­k­nął w drugą stronę – Net zato­pił nos w lap­to­pie, Nika w jakiejś książce. Poszedł za jej przy­kła­dem, wycią­ga­jąc z torby Acce­le­rando Char­lesa Strossa. Nie prze­czy­tał nawet trzech zdań, gdy prze­rwał mu Net.

— Co mu odpi­sać? Oska­rowi, zna­czy. Prze­cież nie możemy się przy­znać, jakim rzę­chem jedziemy.

— Napisz, że jedziemy rzę­chem wypas — pora­dził Felix. — Ucie­szy się.

Net poki­wał głową i odpi­sał. Potem powró­cił do lap­topa i stra­cił zain­te­re­so­wa­nie oto­cze­niem. Dziew­czyna obok Felixa skoń­czyła czy­tać i z czar­nego ple­caczka wycią­gnęła pióro wieczne i czarny bru­lion z czer­wo­nym napi­sem „Regina Zowiak. Pajęcz­nik”. Dzięki temu Felix poznał jej imię, ale nie­stety i zain­te­re­so­wa­nia. Sądząc po wymię­to­szo­nych okład­kach, zeszyt był czę­sto uży­wany. Regina otwo­rzyła go mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej, na stro­nie, gdzie znaj­do­wał się nie­do­koń­czony rysu­nek pająka i kilka lini­jek tek­stu. Zasta­no­wiła się chwilę, stu­ka­jąc skuwką pióra o zęby, i przy­stą­piła do pokry­wa­nia kartki zawi­ja­so­wa­tymi lite­rami. One też wydały się Feli­xowi tro­chę paję­cze.

Uznał, że zezo­wa­nie na powsta­jącą twór­czość jest nie­kul­tu­ralne, powró­cił więc do lek­tury.

— Nie mają strony inter­ne­to­wej — ode­zwał się Net. — Nie­do­brze. Oby cho­ciaż zasięg cze­go­kol­wiek był.

— Gdzie? — Felix ode­rwał się od książki. — Mówisz o naszym pen­sjo­na­cie?

— Trzy Kuzynki — przy­tak­nął Net. — Nie mają strony ani nawet wizy­tówki w żad­nym ser­wi­sie. Jest tylko krótki opis na stro­nie naszego biura podróży. Nie uwa­ża­cie, że to nieco podej­rzane?

— Sprze­da­dzą nas na narządy — rzu­ciła od nie­chce­nia Regina, nawet nie pod­no­sząc głowy znad zeszytu. — Kola­cja będzie miała dziwny smak, a potem obu­dzimy się zwią­zani w piw­nicy.

 

Net wytrzesz­czył na nią oczy.

— Wła­śnie coś takiego mia­łem już na końcu mózgu. W poło­wie języka.

Sie­dząca przy oknie Nika wychy­liła się zza Neta i powie­działa poważ­nie:

— Czy możemy sobie obie­cać, że nie wła­du­jemy się żadne kło­poty? Że zigno­ru­jemy lata­jące tale­rze i udamy, że maszyny kro­czące wiel­ko­ści domu to zwy­kły sprzęt budow­lany, a jeśli spo­tkamy w lesie gada­jące skrzaty, to napi­szemy tylko ano­ni­mowy list do „Natio­nal Geo­gra­phic”?

— Dziwny smak kola­cji też zigno­ru­jemy? — Net uniósł brwi.

Spoj­rze­nie Niki z odle­gło­ści pię­ciu cen­ty­me­trów wystar­czyło mu za odpo­wiedź.

— Nika ma rację — przy­znał Felix. — Wyro­bi­li­śmy normę dobrych uczyn­ków za plu­ton har­ce­rzy. Mam taką kon­cep­cję, że będę wypo­czy­wał.

Net roz­ło­żył ręce.

— Jak pamię­ta­cie, ja ni­gdy się nie pcha­łem w kło­poty.

— Więc stoi? — upew­niła się Nika. — Nie ładu­jemy się w kło­poty?

— Stoi — przy­tak­nęli Felix i Net.

Cała trójka była nie­wy­spana po przy­go­dach poprzed­niego wie­czoru5, więc mono­tonna droga wkrótce ich uśpiła. Feli­xowi wyda­wało się, że kie­rowca pusz­cza kie­row­nicę i prze­cho­dzi na prawą stronę auto­karu, by popra­wić nie­szczę­sną literę „J”. Ale rów­nie dobrze mógł to być sen.

* * *

Obu­dziło ich zamie­sza­nie spo­wo­do­wane ponow­nym poja­wie­niem się nie­po­ko­ją­cego zapa­chu spa­le­ni­zny. Pani Olga stu­dio­wała mapę. Miała jed­nak pro­blemy z usta­le­niem, gdzie jest góra, gdzie dół, a przede wszyst­kim gdzie się teraz znaj­dują.

— No i nie mam poję­cia, gdzie to jest. — Odwró­ciła mapę, przy oka­zji roz­ry­wa­jąc ją na pół. Znie­ru­cho­miała, unio­sła głowę i pocią­gnęła nosem. — Znowu coś się faj­czy.

Sie­dzący obok pan Krzysz­tof nie przej­mo­wał się jej pro­ble­mami. Ze znu­dze­niem czy­tał książkę.

— Zacze­kajmy z ewa­ku­acją — rzu­cił od nie­chce­nia. — To jesz­cze tylko trzy kilo­me­try.

— Skąd pan wie? — zdzi­wiła się pani Olga.

— Bar miał być trzy kilo­me­try za Pyszał­ko­wi­cami, a wła­śnie mijamy Pyszał­ko­wice.

Ponie­waż opie­ku­no­wie roz­ma­wiali dość gło­śno, przez auto­kar prze­szło wes­tchnie­nie zado­wo­le­nia.

— Zaraz będzie żarełko — ziew­nął Net. — Śniło mi się coś bar­dzo śmiesz­nego. Nie pamię­tam co, ale śmieszne było.

— Mnie się śniły zie­lone drzwi — stwier­dziła Nika. — Raczej mały kosz­mar.

— Co jest strasz­nego w śnie o zie­lo­nych drzwiach?

— Nie pamię­tam. Zaraz, jak się roz­bu­dzę, zapo­mnę i te zie­lone drzwi. Ale sen był straszny.

Auto­kar zwol­nił i zje­chał na par­king przed knajpę sty­li­zo­waną na przy­sa­dzi­sty sta­ro­pol­ski dwór. Ściany z gru­bych bali i kryty strze­chą dach obie­cy­wały przy­zwo­ite jedze­nie. Ilość samo­cho­dów na par­kingu świad­czyła o tym, że kar­mią tu naprawdę nie­źle. Drew­niany szyld nad wej­ściem gło­sił „Karczma Zagłoba”.

— Nie­po­trzeb­nie się oba­wia­łem, że spró­bują na nas oszczę­dzać. — Zado­wo­lony Net pokle­pał się po brzu­chu. — Napi­szę do Oskara, że knajpa wypas.

Auto­kar koły­sał się na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie, a ferio­wi­cze z bur­czą­cymi brzu­chami zachłan­nie wpa­try­wali się w karczmę. Patrzyli na nią zachłan­nie rów­nież wtedy, gdy auto­kar ją minął i zatrzy­mał się przed sto­ją­cym sto metrów dalej budy­necz­kiem, obło­żo­nym bia­łym sidin­giem z pla­sti­ko­wymi oknami i pla­sti­ko­wymi drzwiami. Pla­sti­kowa tablica nad wej­ściem gło­siła „Bar Ziu­tek”.

Sil­nik wystrze­lił z tłu­mika, zawar­czał innym tonem i zgasł. Ferio­wi­cze bez entu­zja­zmu zwle­kli się z foteli i zaczęli wycho­dzić na par­king. Tym razem Tymon wyłą­czył PSP i wysiadł razem z innymi. W wir­tu­al­nym świe­cie gry jedze­nie też było wir­tu­alne, ale głód pozo­sta­wał rze­czy­wi­sty. Marek i Mar­cin wyszli, ści­ska­jąc w dło­niach wypchane po brzegi rekla­mówki, znik­nęli gdzieś za auto­ka­rem i po chwili wró­cili z pustymi tor­bami. Zauwa­żyła to chyba tylko Nika. Ferio­wi­cze posłali tęskne spoj­rze­nie w stronę karczmy Zagłoba i minęli drzwi baru. Ude­rzył ich swąd prze­pa­lo­nego oleju, a wra­że­nie obskur­no­ści jesz­cze wzro­sło. Pomiesz­cze­nie było mniej­sze od szkol­nej sali, oddzie­lone ladą od kuchni, po któ­rej krę­ciło się kilku zaspa­nych kucha­rzy. Białe, pla­sti­kowe krze­sła stały czwór­kami przy bia­łych pla­sti­ko­wych sto­łach na jasnym, nija­kim lino­leum, które cmo­kało przy każ­dym ode­rwa­niu pode­szwy.

Przy­ja­ciele sta­nęli przed wywie­szo­nym na tablicy menu. Nazwy potraw uło­żone były z pla­sti­ko­wych lite­rek przy­mo­co­wa­nych na wcisk. Co któ­rejś bra­ko­wało. Dania były naj­prost­sze z moż­li­wych, za to ceny wyjąt­kowo przy­stępne.

— Wyży­wie­nie jest w cenie wycieczki — przy­po­mniał sobie Felix.

Ponie­waż ferio­wi­cze nie znali się jesz­cze, każdy sta­rał się usiąść osobno. Po chwili pra­wie przy każ­dym sto­liku sie­działy jedna lub dwie osoby. Net pocią­gnął Felixa za łokieć i rzu­tem na taśmę zajął ostatni wolny sto­lik. Blat był nie­wiele mniej lepki niż pod­łoga. Nika zdjęła płaszcz, usia­dła jako ostat­nia i nachy­liła się do przy­ja­ciół.

— Widzie­li­ście torby tych dre­sów? — zapy­tała szep­tem.

— Te wypchane? — upew­nił się Net.

— Teraz są puste. Poprzed­nio, jak je wyno­sili pod­czas ewa­ku­acji, też były pełne, a gdy wsia­da­li­śmy, puste.

— Wyha­muj nieco. — Net spoj­rzał na nią poważ­nie. — Czy nie mówi­łaś sama, żeby nie łado­wać się w kło­poty?

Nika wydęła usta.

— Jestem po pro­stu cie­kawa.

— Nasze kło­poty zwy­kle zaczy­nały się wła­śnie od cie­ka­wo­ści.

Dziew­czyna z czer­wo­nymi wło­sami, ta, która zauwa­żyła Tymona gra­ją­cego w PSP na par­kingu, skoń­czyła stu­dio­wać menu. Rozej­rzała się po sali i z sze­ro­kim uśmie­chem dosia­dła się do przy­ja­ciół.

— Wolne? Nor­mal­nie bym się tu nie łado­wała, bo widzę, że jeste­ście razem — wyja­śniła bez­po­śred­nio. — No, ale gdzie indziej nie ma miejsc.

Miała na sobie bojówki i orta­lio­nową kurtkę lot­ni­czą. Z bli­ska jej włosy wyda­wały się jesz­cze czer­wień­sze, jakby zro­biono je z pla­stiku.

— Spoko — odparł Net.

Nika zer­k­nęła na sąsiedni sto­lik, przy któ­rym sie­dzieli Olim­pij­czycy. Dwa miej­sca były wolne.

— Nie, nie. — Dziew­czyna zauwa­żyła to spoj­rze­nie. — Nie te kli­maty. Laura.

Przy­ja­ciele rów­nież się przed­sta­wili. Felix dostrzegł idącą w ich stronę kel­nerkę.

— Wie­cie, co zama­wia­cie? — zapy­tał.

— Jakieś mię­sko mie­lone — odparł Net. — Z sosem i kopyt­kami. Nie chce mi się prze­żu­wać.

— Scha­bowy — powie­działa Nika. — Wolę wie­dzieć, co jem.

— Ja wezmę… — zaczął Felix, ale zamilkł. Kel­nerka nie przy­szła, by przy­jąć od nich zamó­wie­nie. Posta­wiła przed nimi po tale­rzu fry­tek z kapką musz­tardy i ode­szła bez słowa.

Cała czwórka wpa­try­wała się w tale­rze.

— Aha, czyli to tak. — Net poki­wał głową. — Dla­tego wyży­wie­nie było w cenie wycieczki.

— Frytki? — obu­rzyła się dziew­czyna w oku­la­rach i z kucy­kami, która musiała usiąść przy sto­liku Olim­pij­czy­ków i nie była z tego powodu szczę­śliwa. — To bez­war­to­ściowe zapy­cha­cze żołądka.

— Menu było dostępne na stro­nie — wyja­śniła nieco zdez­o­rien­to­wana pani Olga. Sama chyba rów­nież spo­dzie­wała się praw­dzi­wego posiłku.

Mar­cin chwilę szep­tał kel­nerce do ucha. Ta ski­nęła głową i znik­nęła w cze­lu­ściach kuchni przy akom­pa­nia­men­cie cięż­kiego odde­chu Vadera. Net wyjął z kie­szeni komórkę i spoj­rzał na wyświe­tlacz.

— To od Oskara…

— Niech zgadnę — powie­działa Nika. — Pisze, że zatrzy­mali się w knaj­pie wypas i jedze­nie jest wypas?

— Mniej wię­cej tak. Odpi­szę, że… A, niech się cie­szy – napi­szę, że knajpa fatalna.

Frytki nie były wybitne, ale przy­naj­mniej zja­dliwe. Gdy już zje­dli połowę por­cji, z kuchni wyło­niła się kel­nerka z dwoma tale­rzami paru­ją­cego mięsa w nie­zno­śnie sma­ko­wi­cie pach­ną­cym sosie. Prze­szła przez salę odpro­wa­dzana cięż­kimi spoj­rze­niami i posta­wiła tale­rze przed Olim­pij­czy­kami. Ci, jakby ni­gdy nic, zaczęli jeść. Dziew­czyna z kucy­kami osten­ta­cyj­nie wstała i pode­szła do stołu opie­ku­nów.

— Prze­pra­szam, ale czy nie wydaje się panu — zwró­ciła się do pana Krzysz­tofa — że to lekka prze­sada? Ja jem zeschłe frytki, a tym­cza­sem…

Zamil­kła, kel­nerka poja­wiła się bowiem ponow­nie z jesz­cze jed­nym tale­rzem i posta­wiła go przed panem Krzysz­to­fem.

— Jak ktoś płaci z wła­snej kie­szeni, to chyba jest OK. — Opie­kun wzru­szył ramio­nami i chwy­cił sztućce.

Dziew­czyna puf­nęła i tup­nęła nogą. Nie wyszło to jed­nak zbyt efek­tow­nie, bo tup­nię­ciu towa­rzy­szyło mla­śnię­cie brud­nej pod­łogi. Zaci­snęła więc pię­ści, wró­ciła na swoje miej­sce i ze zło­ścią powró­ciła do fry­tek. Reszta ferio­wi­czów zasta­na­wiała się nad moż­li­wo­ścią nad­szarp­nię­cia wła­snego budżetu na nor­malne jedze­nie.

— To chyba wła­śnie w Pyszał­ko­wi­cach była ta farma, o któ­rej mówili w tele­wi­zji — powie­działa dość gło­śno Laura. — Zabawny zbieg oko­licz­no­ści.

Kilka osób spoj­rzało na nią. Dziew­czyna tylko mach­nęła widel­cem, że nic waż­nego, i jadła dalej.

— O czym ty mówisz? — zain­te­re­so­wał się Net.

— O cho­ro­bie świń­skich krów — odparła od nie­chce­nia. — Ale luz. Frytki są bez­pieczne. Dla­tego nam je dali.

Marek i Mar­cin spoj­rzeli na tale­rze, potem na sie­bie.

— Ale w Pol­sce nie stwier­dzono przy­pad­ków tej cho­roby — zauwa­żyła Nika. — Co to w ogóle za –