Godzina duchówTekst

Z serii: Amelia i Kuba #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przyjrzała się rysunkowi „Warszawa wczoraj i dziś”. Znów wydał jej się bardzo, bardzo zły. Włożyła go do teczki i upchnęła na półce.

Otworzyła szkicownik i poprawiła kilka nie dość doskonałych kresek na ramionach królewicza. Smokowi nad zamkiem dorysowała większe błoniaste skrzydła, które kojarzyły jej się ze śmigłami tego helikopterka. Jak Kuba go nazwał? Dron? A potem w pustym miejscu na skale, tam gdzie stał zamek, dodała grotę, z której wystawiał łeb drugi, większy smok. Z groty wysnuwał się dym. Smok miał bardzo ludzką twarz, twarz strasznego mężczyzny, którego widzieli w Dziwnym Domu.

Przyjrzała się królewiczowi. Był bardzo starannie narysowany, ale wyglądał raczej jak niedostępny posąg niż człowiek. To trzeba poprawić. Zresztą wiele miejsc na rysunku wymagało dopracowania. Amelia postanowiła się z tym nie spieszyć. Przecież ta baśń dopiero się zaczęła.

1 Okna mansardowe – wystające ponad powierzchnię pochyłego dachu. [wróć]

2 Zdeterminowany – gotowy na wszystko. No… prawie na wszystko. [wróć]

Rozdział 5
w którym również Amelia widzi ducha, ale wcale nie jest pewna, czy jej się nie przywidziało, a wszyscy nie całkiem planowo zwiedzają Dziwny Dom.

Albert siedział w jadalni nad niedojedzoną kanapką. Nie odzywał się, nie zwracał uwagi na resztę domowników. Obserwował rozwój sytuacji w grze Rycerze i insekty. Z tego, co Amelia rozumiała z tej gry, wynikało, że od godziny armia kierowana przez jej brata przemieszcza się w kierunku mrówczej twierdzy. Sama nie grała w gry komputerowe. Nie lubiła ich, ale i tak była przekonana, że ta jest najnudniejszą grą pod słońcem.

— Skończyłeś? — Sięgnęła po jego talerz.

Nie zareagował, co uznała za potwierdzenie. Wyrzuciła resztki śniadania, a talerz włożyła do zmywarki.

Do kuchni weszła mama. Zdjęła okulary i przetarła oczy.

— Siedzę nad tą Miłością jak dwie kromki chleba od siódmej. Zostały mi do zredagowania jeszcze dwa rozdziały. — Pokręciła głową. — To jest takie złe, gorsze jeszcze od pierwszego tomu, że aż mi się odechciewa. Nie mam pojęcia, kto to w ogóle zechce czytać.

Albert był tak pochłonięty grą, że nie zwrócił uwagi ani na mamę, ani nawet na dźwięk przychodzącej wiadomości.


— Nie możesz redagować innych książek? — zapytała Amelia.

— Dostaję zlecenia na to, co ludzie chcą czytać, a chcą czytać właśnie takie powieści. Autorka zapowiada tom trzeci. Chyba nawet wiem, jaki będzie nosił tytuł.

Imbir kręcił się koło drzwi, coraz wyraźniej domagając się spaceru. Amelia szybko oceniła sytuację i uznała, że to ona musi go wyprowadzić. Wzięła smycz, plastikową torebkę i wyszła z psiskiem kręcącym się jak mały satelita wokół jej nóg.

Schody czy winda? Schody czy winda? Jednak lenistwo to potęga. Amelia nie miała dziś najmniejszej ochoty drałować po schodach. Wcisnęła więc guzik ze strzałką w dół. Imbir wyczuł intencje swojej pani i ustawił się w pozycji wyczekującej przed stalowymi drzwiami. Gdy tylko zaczęły się otwierać, wystrzelił do środka. Amelia wcisnęła „0” i poczuła, że za chwilę coś się wydarzy. Imbir też to poczuł. Zjeżył się, zaczął warczeć i wcisnął zadek w kąt, chowając się za Amelię.


Winda ruszyła i zaczęła zjeżdżać. Nagle… z podłogi wyłoniła się głowa. Półprzezroczysta, jakby utkana z dymu. W ślad za nią pojawiła się reszta ciała. Amelia była zbyt przerażona, by choćby krzyknąć. Tymczasem duch, bo to przecież był duch, uniósł się nad podłogę i… wniknął w sufit.


Ledwie drzwi windy otworzyły się na parterze, dziewczyna i pies wybiegli na korytarz, a potem na podwórko. Imbir był tak przerażony, że biegł szybciej od Amelii. Dziewczyna dopadła do siedzącego na murku Kuby. Na jej widok wstał, a ona złapała go kurczowo za rękę.

— Widziałam ducha! — krzyknęła. — W windzie był duch! Taki przezroczysty, niebieskawy…

Minęła dłuższa chwila, nim zdała sobie sprawę z tego, że trzyma rękę chłopaka. Rozluźniła chwyt i cofnęła się o krok.


— Przepraszam. — Była trochę zakłopotana, ale jednak bardziej wystraszona. — Ale… serio, on tam był.

— Duch w nowym budynku? — Kuba nie wyglądał, jakby jej uwierzył. — Nawiedzone są zwykle stare dwory, kościoły. Takie miejsca, gdzie ktoś… umarł.

Amelia uspokoiła się nieco. Z drugiej strony przecież wiedziała, że nie kłamie.

— Naprawdę go widziałam — dodała ciszej.

Patrzyła teraz na chłopaka w oczekiwaniu.

— Dobra, chodź. — Kuba uśmiechnął się zachęcająco i ruszył w stronę jej klatki. — Zobaczymy, co tam się dzieje.

Amelia zawahała się. Nie miała ochoty choćby zbliżać się do tej windy, ale… przy Kubie było jej raźniej. Imbir bał się wejść do windy.

— Imbirku, chodź — zachęciła go dziewczyna.

Pies chwilę przebierał łapkami, po czym wbiegł na schody. Nie to nie, tchórzu.

Amelia wcisnęła „3” i mimowolnie złapała Kubę za rękę. Pociągnęła go jak najdalej w kąt. Gdy winda ruszyła, dziewczyna z emocji zacisnęła mocniej palce. Obserwowała podłogę windy, ale nie wydarzyło się zupełnie nic.

Gdy winda zatrzymała się na trzecim piętrze i z cichym gongiem otworzyły się drzwi, Amelia wyraźnie się rozluźniła. Puściła dłoń Kuby i wyszła. Pies już na nich czekał, machając ogonem i poszczekując, jakby rozstali się na wieki. Do windy się jednak nie zbliżał.

Amelia znów poczuła się głupio, bo to wyglądało przecież, jakby całą tę historię wymyśliła.

— Przepraszam. — Wzruszyła ramionami. — Sama już nie wiem. Może mi się przywidziało.

Kuba przytrzymał zamykające się automatycznie drzwi.

— To proste — powiedział. — Na każdym piętrze są drzwi, takie same jak w windzie. Kiedy winda przejeżdża przez piętro, szczelina w drzwiach windy jest na wprost szczeliny w drzwiach zewnętrznych. A dalej na wprost jest okno. Światło przelatuje przez szczelinę i odbija się od lustra. I złudzenie optyczne gotowe.

Amelia uśmiechnęła się, kryjąc zażenowanie własnym postępowaniem. Teraz chciała już tylko zniknąć.

— Dzięki. Muszę lecieć…


Uniosła dłoń na pożegnanie i szybko odeszła. Zamknęła za sobą drzwi mieszkania, a potem drzwi swojego pokoju. Usiadła na kanapie i zacisnęła pięści.

— Znowu wszystko źle… — szepnęła. — Pomyśli sobie, że jestem wariatką.

Co gorsza, mógł mieć rację. Może mam przywidzenia? Nie… Kuba słusznie zauważył, że to po prostu złudzenie optyczne. Zamyśliłam się i to był zwykły odblask na ścianie. Na pewno. Na pewno mi się wydawało.

Trochę jej ulżyło, a nieoczekiwanie zdała sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Zrobiła kolejny krok w stronę zaprzyjaźnienia się z Kubą. Teraz żałowała, że nie zaprosiła go do domu, a przecież był tak blisko… Ech, wszystkie dobre pomysły pojawiają się, gdy jest już za późno.

Tylko jedna rzecz nie pasowała. Bo jeśli ducha nie było, to co widziała wczoraj pani Kożuszek?

* * *

Do popołudnia następnego dnia Amelia wciąż nie była pewna, czy widziała ducha, czy odblask. Z jednej strony pamiętała własne przerażenie w windzie, z drugiej – spokojne i logiczne wyjaśnienie Kuby. Jednak na jej rysunku przybyła wieża, z której okna wychylał się duch. Dla pełnej jasności, duch był takim „prześcieradłowym” duchem, bardziej halloweenowym niż prawdziwym. Tak na wszelki wypadek, żeby nie było zbyt strasznie.

Amelia siedziała w kuchni, poprawiała szpiczasty dach wieży i podjadała czekoladę. Niby się odchudzała, ale raz na jakiś czas przecież można. Chcąc nie chcąc, słuchała rozmowy dobiegającej z pracowni taty. Tata miał gościa. To był pan Krzysztof, jakiś znajomy naukowiec, który chciał kupić, albo już nawet kupił, mieszkanie w tym nowym budynku. Właśnie tym, co go nie można było zbudować przez krnąbrnego staruszka.

Chwilę się zastanawiała, czy narysować drugą wieżę, w której siedziałby szalony naukowiec. Obracała ołówek w palcach, nie mogąc się zdecydować. Nie, jedna wieża, ta z duchami, wystarczy. Druga zepsułaby kompozycję. Starła więc smoka w grocie pod zamkiem, ale zostawiła twarz profesora. Było jej szkoda, bo ten portret całkiem nieźle wyszedł. Następnie dorysowała mu szatę czarnoksiężnika, bo czarnoksiężnik jednak bardziej pasuje do zamków i królewiczów niż naukowiec. Czarnoksiężnik zwykle siedzi w wieży, ale w tym zamku wieża jest nawiedzona, musi więc pracować w grocie po smoku. Nie było to idealne rozwiązanie. Niestety, jej baśń nie pasowała idealnie do życia.

A raczej to życie nie pasowało do jej baśni.

Wreszcie nie wytrzymała, wstała i poszła do pokoju brata. Skończył już bitwę i teraz dłubał we wnętrzu tego swojego wynalazku, który nazywał Uniwersalnym Przyrządem Badawczym. Biurko zawalone było częściami i narzędziami.


— Chyba widziałam ducha — powiedziała ostrożnie Amelia. Albert nie zareagował. — Skoro pytasz, to wyjaśnię, że widziałam go w windzie.

 

Gdy już prawie straciła nadzieję na odpowiedź, Albert odezwał się, nie przerywając pracy:

— Duchy nie istnieją.

— Więc widziałam coś, co wyglądało jak przezroczysty mężczyzna. Wleciał przez podłogę windy, a wyleciał przez sufit.

— Jechałaś w dół?

— Tak… to było koło drugiego piętra.

— Więc on prawdopodobnie stał w miejscu, a to winda przez niego przejechała.

— Czyli mi wierzysz?

— Ja tylko wykazałem błąd w twojej relacji.

— Dzięki. — Amelia założyła ramię na ramię. — Czyli według ciebie przejechałam kogoś windą?

— To mógł być obraz kogoś, kto czekał na windę na drugim piętrze. Przy odpowiednim oświetleniu szczelina między drzwiami windy mogła zadziałać jak soczewka w aparacie fotograficznym.

Amelia zastanowiła się. Coś podobnego mówił przecież Kuba. Trochę jej ulżyło, bo oczywiście nie chciała mieszkać w nawiedzonym domu.

Tata z panem Krzysztofem przeszli do kuchni.

— Ładny rysunek — powiedział gość.

— Amelia ma talent — wyjaśnił tata. — Całymi dniami coś rysuje.

Amelii zrobiło się miło i wróciła do kuchni. Gość pochylał się nad jej rysunkiem.

— Ładne — powtórzył. — Ten czarnoksiężnik… To jest czarnoksiężnik, prawda? Bardzo mi przypomina profesora Koprowicza, tylko ma siwe włosy.

— Nie znam go. — Amelia pokręciła głową. — Kto to?

— W skrócie można go określić jako szalonego naukowca. Pracował kiedyś ze mną w Instytucie Badań Nadzwyczajnych.

— Szalony naukowiec? — Albert nagle wyrósł jak spod ziemi.

— Tak, właśnie tak bym go określił. Za to wyleciał z pracy w Instytucie. No, na mnie czas. — Uścisnął dłoń taty. — Wielkie dzięki za pokazanie planów. Wpadnę jutro zobaczyć poprawki.

Uśmiechnął się jeszcze do dzieci i wyszedł, a tata wrócił do pracowni.

Albert przyjrzał się rysunkowi.

— Kto to? — Wskazał czarnoksiężnika.

— To człowiek, którego widzieliśmy wczoraj w Dziwnym Domu — odparła Amelia. — Nawet wyglądał na szalonego naukowca.

— Możesz mnie tam zaprowadzić?

Amelia spojrzała na brata z zaskoczeniem.

— Nie chcę wracać do tego strasznego miejsca.

Albert nie nalegał. On nigdy na nic nie nalegał. No, prawie nigdy. A na pewno nigdy nie robił tego wprost.

Zostawił siostrę, wrócił do swojego pokoju, otworzył laptop i przeczytał wiadomość od Mi. Od rana przysłała mu dziesięć identycznych wiadomości: „Dowiedz się od siostry, który dom wczoraj zwiedzali. Trzeba się tam wybrać”. Dla porządku skasował pozostałe dziewięć wiadomości, a na tę jedną odpisał: „OK, ale sami nie możemy tam iść. Trzeba namówić starszych”.

Na odpowiedź czekał nie dłużej niż pół minuty. „Kolo, to jest ciastko z masłem1. Za dwie minuty przy piaskownicy”.

* * *

Albert wyszedł z psem. To zdarzało się niezwykle rzadko. A chyba nigdy nie zdarzyło się, by zrobił to z własnej inicjatywy. Przynajmniej Amelia nie pamiętała takiego przypadku. Nikt specjalnie nie naciskał, by brat wychodził z Imbirem. Potrafił bowiem wyjść z psem, a wrócić bez niego.

Tym razem jednak wrócił z psem. Za to zachowywał się dziwnie. Kręcił się po kuchni i zerkał na siostrę siedzącą przy kuchennym stole. Ukrycie tego, że czegoś od niej chce, było ponad jego siły.

Po tym, gdy po raz trzeci otworzył lodówkę i nic z niej nie wyjął, zapytała wreszcie:

— Co tam?

— A, nic. Spotkałem Kubę Rytla. Tego, co się wprowadził kilka dni temu. Mają białą Toyotę Hilux2.

— Wiem którego. To jedyny Kuba, jaki tu mieszka.

— No tak. I właśnie on bardzo chce iść z tobą jeszcze raz do domu szalonego naukowca.

— Tak powiedział? — Amelii zabiło szybciej serce.

— Powiedział, że napisze do ciebie — wyjaśnił z ulgą brat. Uspokoił się, co znaczyło, że powiedział już wszystko, co chciał.

Amelia poszła do swojego pokoju, gdzie na blacie biurka leżał jej telefon. Sprawdziła, czy nie ma żadnych wiadomości, po chwili sprawdziła jeszcze raz. Usiadła przed telefonem i zapatrzyła się w ekran. Za każdym razem, gdy włączał się wygaszacz ekranu, dotykała go palcem. Opustoszałe okolice wzbudzały w niej niepokój, nawet przygnębienie, jednak nie aż tak duże, by nie iść tam raz jeszcze z Kubą. Tylko że… nadal nie czuła się w jego towarzystwie zbyt pewnie. Nie wiedziała, o czym mogłaby z nim rozmawiać.


Zerknęła na brata, który stał oparty o framugę jej drzwi, jakby na coś czekał.

Napisała wiadomość do Klementyny: „O czym się rozmawia na randce? Podrzuć jakieś bezpieczne tematy”.

Odpowiedź przyszła po kilku sekundach: „Wybierasz się na randkę?”.

„Kuba zaprosił mnie dziś na spacer. Nie wiem, o czym z nim rozmawiać. Pomóż”.

„Na pewno dziś?”, przyszło niemal natychmiast.

„Tak. On chce mnie zabrać do Strefy. Mam tremę”.

Tym razem na odpowiedź czekała dłużej.

„Pójdę z Tobą, żeby Ci dodać otuchy :)”.

Nie do końca o to chodziło, ale Amelia doceniała Klementynę za jej chęć niesienia pomocy. Zastanowiła się i doszła do wniosku, że chyba mimo wszystko wolałaby iść bez przyjaciółki. Tylko jak to napisać, żeby jej nie urazić.

„Dzięki, masz takie dobre serce. Naprawdę nie chcę Ci robić kłopotu. Poradzę sobie”.

„Żaden kłopot. Od tego są przyjaciółki :O której wyruszamy?”.

Amelia westchnęła. Była wzruszona troską Klementyny i nie potrafiła jej teraz napisać, że tak naprawdę to woli iść bez niej. Napisała więc: „OK. Dam znać, jak będę wiedziała”.

Trwało to długie pięć minut, nim nadeszła wiadomość od Kuby. Amelia gwałtownie chwyciła telefon, niemal go upuszczając, i przeczytała: „Umówmy się o czwartej. Albert może iść z nami”. Zwięźle i konkretnie, przemknęło jej przez myśl. Pospiesznie wpisała odpowiedź: „Dzięki za zaproszenie. Będę czekała o czwartej pod dębem”. Powstrzymała się, by nie dopisać wykrzykników.

Albert wykazywał zaskakująco duże zainteresowanie jej poczynaniami. Zajrzał jej przez ramię i powiedział:

— Bez pierwszego zdania będzie lepiej.

— Dlaczego?

— No po prostu będzie lepiej.

Nie chciała dyskutować. Może rzeczywiście będzie lepiej. Aby Kuba nie pomyślał o niej, że jest gadatliwa.

Pozostawała jeszcze sprawa Alberta. Nie miała wielkiej ochoty opiekować się bratem podczas randki. Ech… Klementyna.

— Chcesz z nami iść? — zapytała.

— Skoro Kuba nalega, to byłoby niekulturalnie odmawiać.

— Nie wygadasz? — zapytała przyciszonym głosem.

— Jasne, że nie. Kuba wspominał, że chce zabrać siostrę. Napisz mu, że OK.

Amelia westchnęła. Robiła się z tego wycieczka rodzinna, no ale przecież nie może odmówić. Wysłała więc: „Mi też może iść”, a potem napisała do Klementyny, o której mają się spotkać.

* * *

Wchodzili w Strefę, wymieniając tylko ogólne uwagi. Coś dziwnego wisiało w powietrzu, ale Amelia nie wiedziała co.

Miała wyrzuty sumienia, że wolałaby przyjść tu bez Klementyny.

Mi maszerowała dziarskim krokiem na spotkanie przygody. Unikała Imbira, schodziła mu z drogi i ani razu nie próbowała go pogłaskać. To było dziwne, skoro tak lubiła zwierzęta.

Albert za to szedł jak zwykle całkowicie zatopiony w swoim wewnętrznym świecie. Amelia czasem się bała, że brat wejdzie pod samochód albo spadnie ze schodów. W rodzinie Domeyków panowała niepisana umowa, że nie spuszczają Alberta z oczu. Czy to na zakupach, czy na zwykłym spacerze, mama, tata albo Amelia stale uważali na niego. Tutaj jednak nie było żadnych samochodów. Albert co najwyżej mógł się potknąć o dziurę w chodniku lub zaczepić o płot przechylony pod ciężarem dzikiego wina.

Kuba, milczący od wyjścia z Zamku, był czujny, bo chyba traktował Strefę podejrzliwie. Nawet pies to czuł, bo znów z biegającego radośnie i chętnego do zabawy wiecznego szczeniaka zamienił się w zwiadowcę.

Klementyna zachowywała się inaczej niż poprzednio. Wyglądała wręcz na obrażoną i milczała, zamiast jak zwykle w kółko nawijać. Tylko czemu?

— Macie pojęcie, kim jest ten staruszek? — odezwał się Kuba, gdy zbliżali się do Dziwnego Domu.

— Dowiemy się — rzuciła z przodu Mi. — O właśnie! To może być cel naszej wycieczki.

— To profesor Koprowicz. — Amelia już prawie nie czuła się onieśmielona obecnością Kuby. — Szalony naukowiec. Znajomy taty pracował z nim w jakimś instytucie i tego profesora wyrzucili właśnie dlatego, że był szalony.

— Nawet wygląda na szalonego naukowca — zgodził się Kuba.

— Chcą go eksmitować, żeby wyburzyć ten piękny dom i postawić tu apartamentowiec — dodała smutno Amelia. — Ale on się nie zgadza.

Zastanawiała się, po co zaproponował powtórną wyprawę do Dziwnego Domu. Cóż, jeśli będzie chciał, to powie. Szkoda tylko, że musieli zabrać rodzeństwo, no i Klementynę.

Zatrzymali się przed furtką. Dom i ogród, tak jak za pierwszym razem, wyglądały mrocznie i tajemniczo. Jakby zaraz coś miało się tu wydarzyć.

— Jest rower tego szmaciarza — zauważyła Klementyna. — Ma ze sto lat.

Amelii nie podobało się, że przyjaciółka nazywa chłopaka w ten sposób. Ugryzła się w język, żeby jej tego nie powiedzieć. Nie powinna, w końcu to przyjaciółka, która zawsze ją wspiera.

Rower stał oparty o ścianę obok uchylonych drzwi.

— Ściszcie dźwięk w telefonach — polecił Kuba.

— Musimy tam wchodzić? — zaniepokoiła się Klementyna.

Amelia również nie chciała nawet podchodzić do furtki, nie mówiąc o zaglądaniu do domu.

— Sama nalegałaś, żeby tu przyjść — powiedział Kuba.

Amelia już zamierzała zaprotestować, ale zdała sobie sprawę, że to było skierowane do Klementyny. Nie było czasu się nad tym zastanawiać.

— No tak, ale… — Klementyna wydęła usta. — To nie jest aby nielegalne?

— To on tu mieszka nielegalnie.

Kuba pchnął furtkę. Amelii szybciej zabiło serce. Nie chciała wyjść na tchórza, ale coraz bardziej się bała wchodzić do tego domu.

Zarośniętą alejką podeszli do uchylonych drzwi. Albert zapukał.

— Odbiło ci?! — syknęła Mi. — To tajna misja.

— Jestem kulturalny.

Mi przewróciła oczami.

Chwilę nasłuchiwali. Nikt się nie pojawił. Tylko Imbir kręcił się wokoło, podejrzliwie obwąchując rower. Kuba pchnął drzwi. Amelia podjęła już decyzję, że tam wejdzie. Kuba na pewno wie, co robi.

— Zaczekajcie tutaj — powiedział do Mi i Alberta.

— Ej, zaraz — zaprotestowała siostra. — Traktujesz mnie jak dziecko.

— A powinienem jak sześcioletniego dorosłego? Wyobraź sobie, że to jest posterunek, a ty masz wartę.

Mi prychnęła i założyła ramię na ramię. Albert wyjął z plecaka UPB i włączył.


— Wziąłeś karabin maszynowy? — zapytała Mi.

— To Uniwersalny Przyrząd Badawczy. Ja tu przyszedłem w celach naukowych.

— Tak czy inaczej, czekacie na nas tutaj — powtórzył Kuba i spojrzał na psa. — Imbir, zostań!

Chłopak pchnął uchylone drzwi i wszedł do środka. Amelia, drżąc z emocji, weszła tuż za nim, Klementyna zaś, ociągając się, na końcu.

Wnętrze pachniało starym kościołem i przez swoją wysokość oraz wiszące na ścianach wielkie obrazy nawet sprawiało wrażenie przedsionka niewielkiego kościółka. Było tu ciemno, choć nie całkiem. Odrobina światła wpadała przez jedno z zasłoniętych okien w dalszej części domu.

Stanęli na posadzce z dużych płytek ułożonych w czarno-białą szachownicę. Amelia trzymała się tak blisko Kuby, jak to tylko było możliwe, choć oczywiście bez dotykania go. Rozglądała się po wielkim hallu z zainteresowaniem, a nawet lekkim podziwem. Niestety, było za ciemno, by docenić urodę i staranność wykonania detali. Mogła zobaczyć zaledwie zarys rzeźbionych gzymsów, tylko domyślać się piękna złoconych starych ram i obrazów czy zastanawiać się nad wzorem na tkaninach wiekowych zasłon. Kawałek dalej kilka stopni prowadziło do korytarza, w którym podłogę ułożono z wielkich klepek. Wysoko w górze, z sufitu wykonanego z belek i desek pociemniałych już ze starości, zwieszał się ogromny żyrandol obwieszony kryształkami, zakurzony jak wszystko wokół. Jaka szkoda, że ten piękny dom zostanie zburzony!

 

Kiedy stąpali po schodach, te niestety poskrzypywały przy każdym kroku. Gdzieś z głębi domu dobiegało mocno stłumione dudnienie, jakie w połowie słychać, w połowie zaś czuć, gdy się stoi nad tunelem kolejowym.

Amelia potknęła się, a Kuba natychmiast chwycił jej dłoń. I już jej nie puścił. Dziewczyna zresztą nie próbowała jej wyrywać, tylko też zacisnęła palce. Ten dotyk dodawał jej otuchy.

Szli dalej. Dom okazał się większy, niż wydawało jej się z zewnątrz. Pod ścianami stały skrzynie, kartony, rury i różne przedmioty, które Amelii nie kojarzyły się z niczym. W półmroku trudno się było zorientować w rozkładzie pomieszczeń.

Kuba nacisnął klamkę pierwszych z brzegu drzwi, wysokich chyba na trzy metry. Zaskrzypiała, ale drzwi ani drgnęły.

— Już chyba zobaczyliśmy dostatecznie dużo — szepnęła z tyłu Klementyna.

— Nic nie zobaczyliśmy — odparł Kuba.

Amelia przytaknęła, choć w półmroku i tak nikt tego nie zauważył. Wciąż była ciekawa, po co Kuba chciał tu przyjść.

Skręcili w boczną odnogę korytarza, gdzie pod ścianami leżały z kolei wypchane worki. Ten kościelny zapach, mieszanka kurzu, wilgoci i starego drewna, był tu wyraźniejszy.

Kuba zatrzymał się i przyłożył palec do ust. Gdzieś za nimi rozległy się kroki.

— Wiedziałam… — syknęła Klementyna.

Kuba nie wystraszył się ani trochę. Był opanowany i myślał logicznie. Nacisnął najbliższą klamkę i pchnął drzwi. Weszli do ciemnego wąskiego korytarzyka, którego dalszy ciąg tonął w mroku.

— Ja chcę wracać — narzekała Klementyna.

— To wracaj. — Kuba zamknął za nimi drzwi. — Ja tu mam z kimś do pogadania.

Nasłuchiwali, ale kroki nie powtórzyły się. Za to tajemnicze dudnienie zaczęło się wzmagać. Amelia mimowolnie zacisnęła mocniej palce na dłoni chłopaka. Po chwili wszyscy już czuli delikatne wibracje podłogi.

— Proszę was, chodźmy stąd — nalegała Klementyna.

— To jakieś urządzenie — wyjaśnił Kuba.

Zapalił latarkę, oświetlając ciemną część korytarza. Dziesięć metrów dalej kończył się on identycznymi drzwiami. Gdy do nich dotarli, dudnienie stało się głośniejsze. Przywodziło na myśl piekielną armię goblinów, ćwiczącą posługiwanie się młotami.

Amelia, tknięta przeczuciem, obejrzała się przez ramię i wydała z siebie zduszony krzyk. W korytarzu za nimi stał… duch. Ten sam, którego widziała w windzie. Objęła ramię Kuby. Zanim chłopak się odwrócił i zapalił latarkę, duch zdążył wejść w ścianę. Światło latarki omiotło pusty korytarz.


— Weź, nie strasz — ofuknęła ją Klementyna.

— Co widziałaś? — zapytał spokojnie Kuba.

— Nie uwierzycie. — Amelia pokręciła głową. Miała kłopot z wysłowieniem się. Teraz już żałowała, że dała się namówić na tę wyprawę.

— Daj nam szansę — zachęcił ją Kuba.

— Widziałam… ducha.

— Masz rację — przyznała Klementyna. — Nie uwierzyliśmy.

— Gdzie był? — zapytał Kuba.

Amelia wskazała drzwi, przez które tu weszli.

— Tam, gdzie my przed chwilą — szepnęła. — Był wyraźniejszy niż poprzednio.

— Próbujesz nas nastraszyć? — zapytała Klementyna. — Zamieniasz się w panią Kożuszek?

— To był pewnie odblask latarki od… — Kuba poświecił do przodu i zawiesił głos.

Amelia tym razem była pewna, co zobaczyła. Trwało to ułamek sekundy, ale wiedziała, że to nie wyobraźnia płata jej figle. Pokręciła zdecydowanie głową.

— Jeśli chcecie, możemy wracać — powiedział z troską w głosie Kuba. Wyglądało na to, że uwierzył w ducha Amelii.

— Nareszcie. — Klementyna odwróciła się, gotowa do odwrotu.

— Nie, nie tamtędy — zaprotestowała Amelia. Chciała już wyjść z tego domu, ale nie tamtędy. Ten duch mógł tam czekać.

— Pójdziemy naokoło. — Kuba przytaknął i nacisnął klamkę drzwi przed nimi. Otworzyły się z piskiem zawiasów, a dudnienie przybrało na sile. Za nimi były strome schody. Wysoko w górze, po drewnianym suficie pełgały błękitne odblaski, jakie można dostrzec nocą w pobliżu podświetlonej fontanny.

— Może to coś takiego widziałaś — powiedział Kuba.

— Na pewno nie — szepnęła ledwo dosłyszalnie Amelia, zdecydowanie kręcąc głową.

Niechętnie puściła dłoń Kuby, było tu zbyt wąsko. Zaczęli się wspinać po trzeszczących schodach, aż dotarli na pierwsze piętro. Chociaż nie całkiem można to było nazwać piętrem. Znaleźli się bowiem na drewnianej galeryjce, obiegającej bibliotekę wysoką na dwie kondygnacje. Wszystkie ściany zasłonięte były od góry do dołu regałami pełnymi książek. I to nie zwykłymi regałami, lecz potężnymi, z grubych, rzeźbionych, ciemnych desek. A książek były tysiące; małych, dużych i całkiem wielkich, oprawionych w skórę i w płótno, jasnych i ciemnych. Wiele z nich miało pewnie ponad sto lat.

— Łał… — szepnęła Klementyna. — Po co komu tyle książek?

— Do czytania — odpowiedziała odruchowo Amelia.

Amelia uwielbiała książki. Zafascynowana magiczną biblioteką, prawie zapomniała o duchu. Tak, takie miejsce miało prawo być nawiedzone! Czuła się tutaj jak skrzat w domu olbrzymów. Pomost galeryjki, na której stali, był przedłużeniem jednej z „półek” biegnącej w połowie wysokości biblioteki. Ten dom z zewnątrz naprawdę wydawał się znacznie mniejszy. Czuło się tutaj historię opowiadaną przez dwie wojny światowe, a może i przez rozbiory Polski. Tylko skąd te wodno-niebieskie odblaski na suficie i książkach?

Podeszli do solidnej drewnianej barierki, z ręcznie rzeźbionymi tralkami3, i z niedowierzaniem popatrzyli w dół. Ich twarze rozświetlał błękitny poblask. Na środku biblioteki stało coś, co Amelii skojarzyło się z wielkim i skomplikowanym mosiężnym kotłem parowym o kształcie spłaszczonego czajnika. Opleciony kablami kocioł buczał i wypuszczał z siebie kłęby pary, która w tajemniczy sposób świeciła na niebiesko. To ta para była źródłem światła.


— Co ona tam robi?! — szepnął z niepokojem Kuba.

Dopiero teraz Amelia zobaczyła, że wokół kotła przechadza się Albert ze swoim Uniwersalnym Przyrządem Badawczym, a towarzyszy mu Mi.

Jak oni tu weszli?

— Zejdziemy tędy. — Kuba wskazał strome schody, którymi kończyła się galeryjka z prawej strony. — Zgarniemy młodych i się ewakuujemy. Ten kocioł może być niebezpieczny.

Popędził pomostem, nie oglądając się za siebie. Amelia ruszyła za nim. Zbiegli po stromych schodach, okrążyli kocioł i stanęli obok zdziwionej Mi.

— O! — powiedziała dziewczynka. — Gdzie się podziewaliście?

— Miałaś czekać… — zauważył z troską w głosie Kuba.

Ten niebieski dym, wydobywający się z kotła, pachniał trochę jak przepalony zasilacz od telefonu. Snuł się wokół nóg, opływał regały, unosił wzdłuż rzędów książek i tam rozmywał. Brodzili w nim niczym we mgle przepływającej wiosennym świtem po łąkach. Po bokach kotła migały kolorowe lampki, drgały wskazówki zegarów, a przewody syczały. Całe to urządzenie wyglądało, jakby miało zaraz eksplodować. W ogóle nie pasowało do bibliotecznych półek. Chociaż… Amelia zastanowiła się. Może i pasowało. Stare książki i maszyna parowa jak z poprzedniej epoki.

Tymczasem Kuba złapał pod pachę wierzgającą Mi, drugą ręką chwycił za plecak zajętego swoim UPB Alberta i zaczął ich transportować do drzwi. Amelia była mu za to wdzięczna; wiedziała, jak trudno byłoby po dobroci odciągnąć brata od takiego urządzenia. I wtedy, nagle, zmienił się dźwięk wydawany przez kocioł. Brum cichł, a dym się rozwiewał. Wszyscy zatrzymali się w pół kroku jak w teatrze.

Z cichym sykiem uniosła się górna klapa, ukazując wnętrze kotła, który nie był kotłem. Był kapsułą z masą przełączników i przedpotopowych monitorów. Stara i pomarszczona dłoń oparła się o krawędź kabiny ukrytej wewnątrz maszyny. Zastygła w bezruchu, jakby należała do nieboszczyka. Klementyna krzyknęła i pobiegła do najbliższych drzwi. Kuba pchnął młodszych w stronę głównego wejścia do biblioteki. Amelia nie mogła oderwać wzroku od bladej dłoni. Chude palce zacisnęły się na rancie otworu, a profesor uniósł głowę… Nie, to nie był profesor! Istota wewnątrz, choć ubrana w przybrudzony fartuch naukowca, wyglądała nieludzko. Wielki czarny łeb poruszał się na chudej szyi, a ponad ogromnymi matowymi oczami, również czarnymi, wyrastały z niego różnej grubości macki, których końce ginęły w błękitnym dymie. Istota nie widziała nieproszonych gości. Wierciła się we wnętrzu kabiny i wykonywała dziwne ruchy mackami i tymi starczo ludzkimi dłońmi.

Amelia nie wiedziała, ile czasu to trwało. Zapamiętała tylko, że Kuba pociągnął ją za sobą, a potem biegli w półmroku korytarzami Dziwnego Domu. Zatrzymywali się, naradzali, aż Kuba wyprowadził wszystkich na zalaną słońcem alejkę.

Dopiero na ulicy Amelia odzyskała zdolność logicznego myślenia. Imbir przywitał ich radosnym szczekaniem.

I wtedy zauważyła, że kogoś brakuje.

— Gdzie Klementyna? — Rozejrzała się.

— Pewnie ten mutant ją właśnie pożera — stwierdziła bez żalu Mi.

— Zaczekajcie tutaj! — Kuba bez zastanowienia ruszył z powrotem do budynku.

— Nie! — Amelia złapała go za rękę. Nie mogła pozwolić, żeby tam ponownie poszedł!

— Widziałaś to coś, w co zamienił się profesor. — Kuba wskazał drzwi.

Boże, jaki on jest odważny…

— Właśnie dlatego tam nie wchodź — poprosiła, starając się wymyślić inne rozwiązanie. Wciąż była zdezorientowana i nie mogła skupić myśli.

— Może dzisiaj jest pełnia. — Mi była podekscytowana. — I ten profesor zamienia się w… to coś.

— Zadzwonię do taty. — Amelia wyjęła telefon. — Będzie zły. Zabronił nam tu przychodzić. Ale to jest ważniejsze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?