Żywina

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żywina
Żywina
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Żywina
Żywina
Audiobook
Czyta Jacek Kiss
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bandaże w torebce. W drodze do Europy

W rzeczywistości wcale nie miał na imię Radek. Tak mówiła na niego matka, a za nią wszystkie ciotki, cała rodzina, poza dziadkiem Ernestem — ale dziadka Ernesta widywał rzadko. Więc przez lata przywykł do tego imienia i sam się nim przedstawiał. Było to zdrobnienie od zdrobnienia — skrót od „Konradek”. Bo naprawdę miał na imię Konrad. Tak uparł się go nazwać Ojciec, i jak zawsze, kiedy się uparł, postawił na swoim. I jak zawsze, kiedy Ojciec postawił na swoim, matka zrobiła potem wszystko, żeby decyzję męża odkręcić i unieważnić. I jak zawsze udało się jej: zrobiła z syna Radka, do tego stopnia, że chcąc jej sprawić przyjemność, podpisywał tym imieniem nawet teksty w gazecie. Konradem pozostał tylko w urzędowych papierach.

Zresztą nie mogło być inaczej, skoro Ojciec oddał go jej walkowerem. W listopadzie 1981 wyrwał się służbowo na jakąś konferencję pod Paryżem i już nie wrócił. Matka twierdziła, że nie miało to nic wspólnego ze stanem wojennym, że akurat trafiła mu się dobra okazja, by udać politycznie prześladowanego, ale i tak wyjeżdżał z takim właśnie zamiarem, porzucenia wszystkiego, z żoną na czele, w ogóle po to tylko zaczął pracować w przedsiębiorstwie sprowadzającym technologie budowlane, żeby mieć szanse wyjazdu. Ojciec temu nie zaprzeczył. Człowiek ma nie tylko prawo, ma obowiązek zrobić wszystko, żeby być wolnym, mówił. Zapewniał Radka, że szczerze chciał ściągnąć ich do siebie, kiedy się jakoś ustawi, tylko po prostu nie dał sobie na Zachodzie rady. Ale to mówił dopiero w dziewięćdziesiątym szóstym, kiedy Radek spotkał się z nim w Paryżu; wtedy, gdy Ojciec wyjechał, miał osiem lat i pamiętał tylko wściekłość, straszliwą złość matki, i jej codzienną nadopiekuńczość, która oczywiście wtedy nadopiekuńczością jeszcze mu się nie wydawała. Dopiero z czasem zauważył, że inne matki nie noszą stale w torebce bandaży, plastrów i dezynfekującej zasypki w żółtym plastikowym pudełku, nie śledzą każdego ruchu syna i że coraz bardziej staje się z jej powodu pośmiewiskiem dla rówieśników. To spostrzeżenie rozpoczęło wypełniającą niemal całość jego wspomnień z dzieciństwa przewlekłą wojnę domową, pełną wrzasku, walenia drzwiami i znikania z domu, na przemian z okresami chwiejnego rozejmu, pełną jej głośnych, demonstracyjnych modlitw pod Matką Boską Karmiącą zawieszoną nad wersalką w większym pokoju i gorzkich oskarżeń, że jest podły, tak podły, że nie uwierzyłaby w ogóle, jak można być tak podłym, gdyby nie wiedziała doskonale, po kim to odziedziczył. Przez wiele lat uważał, że tę wojnę wygrał i że okazał się odporny na broń, którą starała się go zmusić do uległości. „Twoja matka zawsze była mistrzynią świata we wzbudzaniu poczucia winy”, powiedział Ojciec podczas ostatniej rozmowy, dwa miesiące przed tym, jak zaczął zamieniać się w posąg. Trochę to Radka zdziwiło, zawsze sądził, że to tylko on miał z matką jakiś problem, pamiętał Ojca jako zupełnie nieczułego na jej histerie, ale widocznie nie zadbał, żeby się o czymś w porę dowiedzieć.

Walka toczyła się w każdym razie o coś daleko ważniejszego niż imię, w tej sprawie nie widział powodu, żeby nie ustąpić. Konrad czy Radek, jedno i drugie brzmiało równie strawnie dla obcokrajowców i nie wymagało od nich łamania sobie języków — a to było najważniejsze. Bo Radek nie zamierzał być przez całe życie reporterem, trawić czasu na chodzeniu po śladach ludzi, których losy obchodziły go tyle samo, co losy posła Żywiny, czyli w gruncie rzeczy nic. Nie zamierzał marnować życia w kolejce do awansu w redakcyjnej hierarchii. Starannie szlifował swój angielski, uczył się niemieckiego, a nawet, poniewczasie, francuskiego, starał się czytać na bieżąco opracowania dotyczące spraw międzynarodowych, zwłaszcza w dziedzinach, które wydawały mu się najbardziej obiecujące. I nie pomijał żadnej okazji, by ubiegać się o udział w jakimś programie, międzynarodowej wymianie bądź wyjeździe organizowanym przez zachodnie organizacje pozarządowe, zasilane funduszami z Unii lub Narodów Zjednoczonych. Śledził uważnie ich strony internetowe, studiując ogłoszenia o konkursach na szefów regionalnych programów albo placówek. Na razie nie miał w zasięgu ręki niczego atrakcyjnego — szukano nawiedzonych, gotowych jechać z kagankiem oświaty na kilka lat do Albanii czy Kazachstanu. Gdy znajdował coś ciekawszego, wysyłał CV, wiedząc, że odpadnie, ale nie zrażając się tym. Z każdym kolejnym wyjazdem jego CV robiło się dłuższe i ciekawsze. Po każdym miał więcej wizytówek organizatorów, z którymi podtrzymywał kontakt wysyłanymi co jakiś czas mejlami. Uważał, że jest tylko kwestią czasu, kiedy uda mu się przejść na drugą stronę świata międzynarodowych konferencji i programów, organizowanych wyjazdów studyjnych oraz przygotowywanych na nich sążnistych opracowań o szansach demokracji, prawach kobiet, dzieci i mniejszości seksualnych, walce z głodem, analfabetyzmem, nadmiernym przyrostem naturalnym, emisją gazów cieplarnianych, co tam akurat będzie potrzebne — na wszelki wypadek starał się mieć możliwie szerokie przygotowanie.

Wierzył też w pomoc Elizy. Eliza pracowała w polskim programie fundacji powiązanej z Matthieu Ricardem, poznał ją na corocznym spotkaniu visiting fellows amerykańskiego endowment for democracy — to był taki rytuał, raz do roku jankesi pojawiali się w Warszawie i wydawali kasę na wynajęcie jakiejś dobrej knajpy, żeby zebrać w niej wszystkich miejscowych, którzy przewinęli się przez ich programy, rozdać im lakierowane foldery z rocznym sprawozdaniem o działalności i posłuchać, jak poparte przez nich w swoim czasie młode kadry świetnie sobie radzą z budowaniem nad Wisłą demokracji. Niestety, już się to kończyło — Polska wchodziła do Unii Europejskiej i tym samym dla dysponentów amerykańskiej kasy przestawała być krajem wymagającym pomocy, stosowne programy przenoszono dalej na wschód, do krajów postsowieckich i do środkowej Azji.

To był czysty przypadek, że pierwszy program, na który Radek załapał się w 1995, był prowadzony akurat przez fundację amerykańską, a nie europejską, ale w miarę zbliżania się wejścia do Unii okazywało się, że przypadek znaczący — bo pieniądze europejskie w Polsce zostawały, ich strumień nawet przybierał na sile. Tylko że wszystkie związane z nimi miejsca były od dawna obsadzone i jeszcze oblężone przez dwa razy tyle chętnych do bycia rezerwowymi. Eliza zajmowała się wprawdzie sprawami, które go niezbyt interesowały, koordynowaniem dopływu grantów do mnożących się jak króliki organizacji obrony różnych praw i mniejszości, a on nie chciał ustawiać się tutaj, on chciał stąd wyjechać. Ale siedząc w tym wszystkim głęboko, wierzył, że gdy pojawi się coś odpowiedniego, Eliza da mu w porę cynk i pomoże dotrzeć do właściwych osób.

A poza tym była ładna, z tymi swoimi jakby japońskimi oczami i pełnymi kształtami, szykowna, zawsze w eleganckich garsonkach, do tego singielka. Poszli ze sobą raz i drugi do łóżka i, jakoś tak nie wiadomo kiedy, stali się parą. Dość nowoczesną parą. Oboje byli niezależni, każde mieszkało u siebie, oboje mieli potwornie dużo pracy i spotykali się głównie po to, żeby razem pojawić się na jakimś ważnym przyjęciu. Potem ją odprowadzał, kochali się, a po wszystkim całował na dobranoc, dzwonił po taksówkę i wracał do siebie. Zwyczaj spania we dwoje w jednym łóżku, wzajemnego wdychania swoich wyziewów, słuchania, jak które chrapie, i rano prezentowania się sobie właśnie wtedy, kiedy człowiekowi capi z ust i wygląda jak poczochrany potwór, oboje uważali za co najmniej krępujący, a szczerze mówiąc, po prostu idiotyczny.

Rzadko udawało im się spędzić ze sobą wieczór częściej niż raz w tygodniu, ale odnosił wrażenie, że jak na temperament Elizy w zupełności to wystarczało. Jego potrzeby były znacznie większe, ale przecież w jego życiu była także Aga. Oraz od czasu do czasu różne przygody. Nie szukał ich, ale nie odmawiał sobie, jeśli trafiła się okazja. Oczywiście nie widział powodu, żeby informować o tym Elizę, podobnie jak o istnieniu Elizy nie informował z kolei Agi. Nie miał wrażenia, żeby był wobec którejkolwiek z nich nie w porządku. Obydwu dawał to, czego potrzebowały — Elizie czułość i duchowe oparcie, a Agnieszce wyrafinowany seks i to, co jest do niego najlepszą przyprawą: miłe zadurzenie, a może nawet miłość. Nie widział powodu, dla którego miałby ograniczać swoją wolność i rezygnować z najlepszego, jak się dało, wykorzystania męskich sił, których rozkwit przecież nie mógł trwać wiecznie. W rzadkich chwilach, gdy nachodziło go coś w rodzaju — no, nie żeby aż wyrzutów sumienia, ale pewnej zadumy nad sobą, przypominał sobie słowa matki, że po prostu odziedziczył to po Ojcu. Nic nie poradzi, że ma duże potrzeby, i przecież musi je zaspokajać.

Obserwował na różnych wyjazdach pożenionych kolegów z pracy czy po prostu rówieśników i z pewną dumą odnotowywał, że przeciwieństwie do nich nie traci tego męskiego instynktu łowcy, który każe stale być wobec spotkanych kobiet w pogotowiu, bo nigdy w pierwszej chwili nie wiadomo, kto czego poszukuje. Był na to gotowy i zaznaczał tę gotowość postawą, spojrzeniem, sposobem prowadzenia rozmowy — bez cienia natręctwa, ale jednoznacznie. Stało się to jego sposobem bycia i gdy spotkał się z Arletą, zachowywał się wobec niej tak samo, jak wobec każdej kobiety, której nie dyskwalifikował z góry wiek, zaniedbanie albo wyjątkowy brak urody.

Wydatne usta, mocne uda. Kuchnia ziemiańska

Gdyby nie wiedział, że jest od niego odrobinę starsza, prawdopodobnie by się tego nie domyślił — w ogóle robiła nadspodziewanie dobre wrażenie. Może dlatego, że po nazwisku, to znaczy po tym zestawieniu imienia z nazwiskiem, i po życiorysie spodziewał się tłumoka z kilogramem mejkapu i kędziorami wypalonymi trwałą. Tymczasem przy kawiarnianym stoliku czekała na niego kobieta, oczywiście nie z tej samej półki, co Eliza czy Aga, ale taka, w której wyglądzie nic nie wzbudzało jego sprzeciwu. Nie potrafię opisać, co na sobie miała, mało który mężczyzna zapamiętuje szczegóły damskich strojów czy biżuterii; w każdym razie było to coś w stonowanych barwach, w czym mogłaby przyjmować interesantów w biurze szanującej się firmy. Miała kiedy nauczyć się elegancji, przez prawie trzy lata kierowała biurem poselskim Żywiny, najpierw w samym Sejmie, w Warszawie, potem już zesłana do Bykowa — zanim na mniej więcej pół roku przed wypadkiem powiedział jej, że „sytuacja się zmieniła” i że będzie musiała sobie poradzić sama, bo stanowisko w biurze jest mu potrzebne dla kogo innego.

 

— Nie, za to się nie potrzebował odwdzięczać — wyjaśniła, kiedy spytał, czy musiała ustąpić miejsca innej kobiecie. — Babki na niego leciały, a on umiał brać i nie czuć się do niczego zobowiązanym. Potrzebował ustawić czyjegoś kuzyna czy chrześniaka, bo matoł do niczego się nie nadawał, a on się musiał komuś z jego rodziny za coś odwdzięczyć. Przecież wiesz, że oni wszyscy w kółko się sobie odwdzięczają.

Spotkali się w Absyncie, restauracji w pobliżu rynku. Czuło się, że lokal jest nowy i że szuka dla siebie klienteli innej niż okoliczne Smakosze czy Szampańskie — nieco wyższe ceny, zaporowe dla menelstwa, menu w etui z ciemnej skóry, podłoga ułożona z wyszlifowanych kamieni, a na ścianach reprodukcje tnących turkusowe odmęty żaglowców. W oknie wywieszono ofertę organizacji przyjęć, rautów i spotkań biznesowych, a na drzwiach kartkę „Zatrudnimy szefa kuchni”. Głupota kompletna, pomyślał Radek, walcząc z odruchem, żeby zrobić w tył zwrot i wrócić dopiero, kiedy już tego szefa znajdą i kiedy on się czegoś nauczy. Ale mimo wszystko wszedł, bo wnętrze wyglądało porządnie. Restauracja była jednym z niewielu punktów jego prywatnej topografii Bykowa — obok ratusza, posterunku policji, domu kultury, w którego pokojach gościnnych miał nocleg, postoju taksówek i domu towarzysza Kurempy, który przez parę godzin uciekał od rozmowy o Żywinie w anegdoty z życia codziennego aparatu „nieboszczki PZPR”. Przestrzeń pomiędzy tymi punktami była oczywiście wypełniona, ale niczym konkretnym — gdzieś tam jacyś ludzie mieszkali, przychodzili do pracy, prowadzili kantorki, kiwali się po bramach albo włóczyli, wtedy jednak ci ludzie nie mieli jeszcze twarzy ani nazwisk, a miejsca konkretnych lokalizacji.

Od razu zaproponował Arlecie, żeby przeszli na „ty”, nie zaprotestowała, ale też nie stała się przez to bardziej życzliwa.

Czy podczas tego pierwszego spotkania wydała mu się atrakcyjna? Zabawne, ale to jeszcze jedna rzecz, której nie umiem sobie przypomnieć. Raczej nie. Miała zbyt grube rysy i nieco zanadto wydęte wargi, żeby uznał ją za ładną. Z drugiej strony, takie pełne wargi zazwyczaj budzą w mężczyznach podniecające skojarzenia i Radek nie był wyjątkiem. Zwłaszcza że zwykle działały na niego kobiety o wydatnych biustach i mocnych udach, a Arleta była tak właśnie zbudowana.

W każdym razie nie było w tej rozmowie nic z flirtu.

— Dlaczego ty myślisz, że będę o nim opowiadać? — odpowiedziała na pierwsze jego pytanie, wkładając do ust papierosa. Popchnęła w jego stronę po stoliku zapałki i dłuższą chwilę czekała, aż zorientuje się, że powinien jej podać ogień. To, że paliła, na pewno zapisał jej na minus. Sam popalał trochę w szkole i na studiach, raczej dla szpanu niż z potrzeby, rzucił bez trudu, bo w klimatyzowanych pomieszczeniach redakcji chodzenie do palarni było strasznie niewygodne, a na Zachodzie, zwłaszcza w kręgach, na których mu zależało, wręcz źle widziane. Jak każdy, kto rzucił, nie lubił papierosowego dymu, szczególnie tego zastałego w ubraniach i pomieszczeniach.

— Chcę o nim napisać reportaż. Taki prawdziwy. To znaczy, jakim był człowiekiem naprawdę.

— Dla mnie duża kawa i koniak, podwójny, pan redaktor płaci — powiedziała, bo przy stoliku akurat zjawiła się kelnerka. I podjęła po chwili: — A mnie to, myślisz, powinno obchodzić, czy ktoś będzie wiedział, jaki on był naprawdę, a jaki nie był? Potrafię opowiadać, że był wspaniałym, czułym i odpowiedzialnym mężczyzną. I potrafię, że cyniczną mendą, której zależało tylko na sobie samej.

— A od czego to zależy?

— Od tego, co ja z tego mam. Myśl sobie, co chcesz, facet — wymawiała to w bardzo szczególny sposób, przeciągając „f ” tak, że słowo nabierało lekko pogardliwego brzmienia — ale ten człowiek zmarnował mi parę najlepszych lat życia, a resztę tak zaplątał, że jeszcze się z tego nie wykręciłam. I w końcu potraktował jak zużytą ścierkę. Po prostu wyrzucił do kosza.

— To mi o tym opowiedz.

— Po co? Teraz, jak się szczęśliwie rozpierdolił, to go wszyscy kochają. A skoro go już nie ma, a coś z tą miłością muszą zrobić, to trochę jej spływa na mnie. Jak mnie wylał, to przez pół roku nie miałam z czego żyć. Zęby w ścianę. Tutaj, jak nie masz ustawionej rodziny albo przyjaciół, to nikt ci ręki nie poda. Na podręczniki dla córki moja mama musiała dać z emerytury. A teraz przynajmniej mam pracę. Za marne pieniądze, ale mam. W wydziale kultury. I wiesz, kto mi załatwił? Galos. Znasz sprawy między nim i Żywiną?

— Znam. Pracuję nad tym tematem już od pewnego czasu.

— To wiesz, dlaczego to zrobił. Żeby pokazać, jaki jest dobry, wznosząc się ponad stare krzywdy, dla wdowy po tragicznie zmarłym. Bo to się ludziom spodoba. I ja to też kupuję, skoro byłam z Żywiną przez tych parę lat i tak mnie załatwił, to niech ja coś z tego mam. No i wyobraź sobie, że teraz ci tutaj ludzie kupują gazetę i czytają, jak ja opowiadam o tym ich Staszku, jaki naprawdę był. Chybabym musiała na łeb upaść.

Sączył czerwonego Johnny Walkera — nic lepszego tu nie mieli — może po to, żeby nie dać po sobie pokazać niesmaku.

— Doskonale rozumiem. Ale ty przecież chcesz to komuś opowiedzieć. Komuś, kto potrafi wysłuchać i zrozumieć, w jakiej jesteś sytuacji. A to właśnie ja.

— Jesteś tego pewien, facet?

— Jestem.

Nie był. Ale co miał mówić?

— Musiałabym zwariować, żeby opowiadać — zaśmiała się — gdybym zamierzała tu zostać. Ale i tak wyjeżdżam. Słyszałeś o Hachlicy? Tym, co go tu zgnoili? Jakoś się w końcu ustawił w Londynie i obiecał mi załatwić pracę. Trochę tak samo jak Galos, bo powiedział, że to z wdzięczności dla Żywiny. Chociaż Żywina mu wtedy i tak gówno pomógł. Ale przynajmniej próbował. Jemu jednemu naprawdę szczerze próbował, bo tak zwykle to każdemu obiecywał, a potem palcem nie kiwnął, dopóki sobie dobrze nie przekalkulował, że się opłaci. Ale z Hachlicą chodzili razem do szkoły, i kiedy gówniarze go tłukli albo przypalali, to Hachlica go bronił.

— Opowiadał?

— Ja to wiem, też tam chodziłam. Wiesz, jak jest z chłopakami w szkole, zawsze muszą sobie znaleźć kogoś, żeby się nad nim znęcać. I to był właśnie Żywina, bo był z najbardziej obciachowego, menelskiego osiedla i wyglądał jak wysrany przez kota. A Jurek miał ciężką łapę…

— Ten Hachlica?

— Tak. Miał ciężką łapę i się go bali. — Przerwała, napiła się. — Nie nagrywasz tego? Nawet jeżeli, nie wolno ci mnie cytować w druku. Nie udzielam zgody, rozumiesz?

— Nic nie nagrywam. Po prostu zapamiętuję.

— Akurat. W tym kraju nikt niczego nie pamięta i nie chce pamiętać. Ja też nie zamierzam niczego pamiętać, a już najmniej o nim. Cynik i skurwysyn, wszystkich nienawidził. Na tym polegała jego siła. Nikt normalny się tego nie spodziewa, bo normalny człowiek tak nie potrafi. Musi kogoś jednak kochać, komuś wierzyć, choćby jednemu. A Żywina nie musiał. Dla niego wszyscy byli do rozwalenia, tylko niektórym odraczał wyrok, bo mu się chwilowo przydawali.

— Opowiedz o tym — powtórzył.

Roześmiała się, dopiła kawę i rozejrzała dokoła. Był przekonany, że rzuci coś w rodzaju „nie tutaj”, chociaż nikt im nie przeszkadzał, zarówno personel, jak i nieliczni goście trzymali się w przyzwoitej odległości. Ale ona powiedziała:

— Może opowiem. Ale będziesz musiał coś dla mnie zrobić.

— A co?

— Przyjdź do mnie wieczorem, to ci powiem. O ósmej.

— Mogę nie zdążyć. Umówiłem się z policją, mają mnie zawieźć w to miejsce, gdzie on się zabił.

— W każdym razie nie później niż o dziewiątej. Potem cię po prostu nie wpuszczę. Świętego Krzyża dwadzieścia dwa mieszkania dwanaście. Nie przejmuj się, że wszystkie staruchy będą ci się przyglądały. O mnie już i tak mają wyrobione zdanie, a tobie chyba nie zależy.

Idąc do wyjścia, kołysała lekko biodrami. Został z rachunkiem i z problemem, co mogła mieć na myśli. Co niby ma dla niej zrobić, żeby mu opowiedziała o swoim życiu z Żywiną? Przychodziło mu do głowy tylko jedno, ale nie bardzo wierzył, żeby naprawdę. Nic w jej zachowaniu nie wskazywało na taki podtekst sprawy. Te krótkie, wyrzucane jakby od niechcenia zdania, to „słuchaj, fffacet” — kobiety nie zachowują się tak wobec kogoś, na kogo mają ochotę. Normalne kobiety. Tylko czy kobieta, która nazywa się Arleta Przykita i przez lata sypiała z takim typkiem jak Żywina, na pewno jest normalna? W każdym razie zapamiętał sobie, żeby wieczorem na wszelki wypadek mieć ze sobą gumki.

Nie śpieszył się — na dworze było zimno, choć pogodnie, do spotkania zostało trochę czasu, a posterunek był tuż obok; wszystko w Bykowie było tuż obok. Poprosił kelnerkę o kartę. Przyniosła mu ją po chwili kobieta w średnim wieku, niezbyt urodziwa, zadbana, ale prawie bez makijażu, z obciętymi jak u mężczyzny, niepomalowanymi paznokciami. Była uśmiechnięta i życzliwa, zapytała, jak mu się podoba wystrój lokalu, czy już próbował dań, ona poleca pierogi z kurkami, chyba że woli coś z mięs, może dziczyznę, bo choć w karcie znajdzie też potrawy lekkie i nowoczesne, to ambicją lokalu jest odtworzenie tradycyjnej sztuki kulinarnej regionu, jednym słowem, kuchnia ziemiańska — trudno było się nie domyślić, że ma właśnie przyjemność z właścicielką, i trudno było odpowiedzieć szczerze, gdy po pierogach, wysłuchawszy pozytywnej recenzji, zapytała, czy nie będzie się narzucać, jeśli przysiądzie się na chwilę. Nie próbował ukrywać, że jest dziennikarzem, zresztą Arleta nazwała go przecież redaktorem przy kelnerce. Wiedział doskonale, co teraz nastąpi. Kilka minut ściemniania, rozprawiania o niczym, bo tak od razu startować z interesem by nie wypadało, i w końcu: a wie pan, panie redaktorze, powinniście się w gazecie zająć taką sprawą…

Ludzie tak mieli, przywykł do tego. „O tym się powinno do prasy napisać!” — nie miał pojęcia, skąd brali tę wiarę w interwencyjną siłę mediów, przede wszystkim w to, że ich pracownicy, przemierzając kraj wzdłuż i wszerz, szukają okazji do czynienia sprawiedliwości i naprawienia krzywd, a nie po prostu dającej się sprzedać story. Ale skoro tak uważali, godził się odgrywać przed nimi tę rolę i nawet nauczył się sprawiać wrażenie głęboko zatroskanego. Bo w istocie częściej szło nawet nie o jakąś konkretną pomoc, a o to, żeby ktoś się zainteresował, wysłuchał — o gehennie z inspektorem sanitarnym, z sanepidem, z jakąś sitwą i załatwianiem najprostszych rzeczy. Był w tym udawaniu dość przekonujący, bo każdy słucha z zainteresowaniem tego, co potwierdza jego przekonania, a Radek, jak już wspominałem, był głęboko przekonany, że w tym kraju nic nie może być normalne i proste. Czasem wygłaszał tę myśl w formie gniewnej filipiki, wśród znajomych, przy piwie albo na imprezie — że żyć w Polsce, to jakby się było zmuszonym pływać w kisielu, da się, oczywiście, tylko każdy ruch kosztuje dwa razy więcej wysiłku, i co w cywilizowanym świecie jest oczywiste, tu trzeba wywalczyć, naużerać się, umordować. I że tu dlatego właśnie nie da się do niczego dojść, bo samo życie pochłania tyle wysiłku, że już nie starcza sił na zrobienie kariery, na odniesienie sukcesu, za sukces musi wystarczyć sam fakt, że się nie utonęło. Jednym słowem, że kto chce w życiu coś osiągnąć, musi stąd uciekać, tylko oczywiście nie na ślepo, nie w niewiadome, jak to zrobił jego Ojciec, trzeba to mądrze zaplanować i przygotować, bo tam przecież mają dość własnych problemów, żeby się zajmować niańczeniem Polaków.

Oczywiście, w rozmowie z panią Muszel — tak się nazywała, Krystyna Muszel — nie mówił o tym. Nic w ogóle nie mówił, tylko słuchał, kiwał głową i nie zapamiętywał. Przyjął wizytówkę, zapisał na jej odwrocie, od kogo i w jakich okolicznościach ją dostał, i przy rachunku jeszcze raz pochwalił kuchnię. Pierogi były dobre. A wizytówka mogła się przydać, gdyby on albo ktoś inny z działu miał pisać laurkę o przedsiębiorczości kobiet z małych ośrodków.

Z notatek Radka:

KUREMPA Józef, ur. 1943, do 2004 wojewoda, odszedł ze względu na stan zdrowia [chyba naprawdę, wygląda kiepsko i pije strasznie śmierdzące ziółka], emeryt, mieszka pod Bykowem, willa przyzwoita, ale bez specjalnego bajeru, styl myśliwski — drewno na ścianach, rogi i łby. Wojewodą zrobił go Miller, wcześniej szefem wojewódzkiego SLD, przedtem był w odstawce, w prywatnym biznesie (przedsiębiorstwo wielobranżowe z niejakim Siemkiem); do SdRP nie należał. W Bykowie zdobył sobie mir w 1981; był sekretarzem POP w Poltekstilu i po 13 grudnia, kiedy przyjechało z miasta wojsko i ZOMO do rozbijania strajku okupacyjnego, stanął przed bramą na drodze czołgom i zapowiedział, że wjadą tylko po jego trupie. [Bernaś potwierdził, że to nie mitologia, naprawdę było wtedy ostro i major dowodzący akcją darł na Kurempę mordę, potem dzwonił do województwa; stanęło na pogróżkach prokuratora przez megafony i zamknięciu fabryki kordonem, a następnego dnia Kurempa wynegocjował zakończenie strajku]. W ’84 podczas „gospodarskiego objazdu” wpadł w oko Jaruzelskiemu za „autentyczny kontakt z masami robotniczymi”, gensekowi spodobał się, kiedy na naradzie wojewódzkiej wygłosił przemówienie krytykujące partię za zbiurokratyzowanie, oderwanie od mas i że trzeba ciężej pracować, towarzysze. Twierdzi, że za takie gadanie zawsze był w partii podpadnięty, na przykład do Bykowa też pojechał na zesłanie, bo krytykował nieprawidłowości przy gierkowskich inwestycjach (pod koniec lat siedemdziesiątych). W ogóle jest z lubelskiego, z jakiejś kompletnej wiejskiej nędzy.

 

Anegdota, dobra: karierę w partii zaczął robić dzięki wędkarstwu, bo na wykusie trzymał wódkę w wodzie, żeby była chłodniejsza, na wędce, a sekretarz był zapalony wędkarz i przyuważył z daleka, że ten tam młody towarzysz ciągle coś wyciąga, i zwrócił na niego uwagę. [A sądząc po gębie, niezły oliwa musiał być. Sam pił ziółka, ale we mnie wmuszał nalewki, nie mam słabej głowy, ale za dużo tego było].

Od rozmowy o Żywinie wykręca się jak piskorz; ale przyznaje, że to Żywina w sejmiku zmontował koalicję z SLD i PSL, wbrew powszechnemu oczekiwaniu powtórki wyborów, bo zdołał wyciągnąć dwóch ludzi z AWS. Wyrwało mu się [pewnie nie autoryzuje, a zastrzegł to sobie, cwaniak], że „były w robocie jakieś haki”, ale on nie zna szczegółów. Coś wspomniał o jakiejś taśmie, ale zaraz się wycofał, że plotki tylko. [Tych dwóch nie chce rozmawiać].

Dop. 16.03: Tywoniuk wśród stałych gości Pasztelana wymienił między innymi „młodego Kurempę” — kto to jest, co robi?

Dop. parę dni później: Kurempa Grzegorz, starszy z trojga rodzeństwa, po SGGW, od 2003 wiceszef wojewódzkiego oddziału Agencji Modernizacji Rolnictwa, wcześniej przez pewien czas w firmie Ursypol, pośrednictwo handlowe; spółkę zawiązał w 1990 Kurempa (ojciec) między innymi ze Zbigniewem Kluszem, Krzysztofem Cabanem i Ryszardem Zwaroniem, potem przekazał spółkę synowi, który wyrejestrował ją w 1998.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?