ŻywinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żywina
Żywina
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Żywina
Żywina
Audiobook
Czyta Jacek Kiss
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Motto

Droga cnoty przykra, nagroda zasług niepewna, wdzięczność za odwagi omyla; a gdy występków nie karzą, grzeszyłby, kto by dobrze czynił.

Wespazjan Kochowski, Psalmodia Polska XI

I nagle wszystko to porzuciłem. Porzuciłem w tak niewytłumaczalny dla siebie sposób, jak ptak, który bez powodu odlatuje z wygodnej gałęzi. Jednego dnia wszystko było w porządku, a następnego wszystko przestało się liczyć: blask, smak życia, zainteresowania, zadowolenie — wszystko.

Joseph Conrad, Smuga cienia

Zamiast wstępu

Odzyskiwanie Formy, czyli o literackim realizmie w PRL/III RP

Miał świętą rację Andrzej Horubała, pisząc przed kilkunastu laty, że najważniejszym pisarzem PRL był Witold Gombrowicz — i dodając, że choć Gombrowicz peerelowski to Gombrowicz sfałszowany, innego w polskiej literaturze nie ma. Może ktoś spytać: jak najważniejszym pisarzem peerelu mógł stać się twórca, który był tam surowo zakazany, którego książek, poza króciutką „pieredyszką” po październiku 1956 nie wznawiano, przedwojenne wydania usuwano z bibliotek bądź przenoszono do działu prohibitów, a samo nazwisko cenzura wykreślała z literaturoznawczych opracowań? Ależ mógł właśnie tym bardziej. Peerelowskie elity miały przecież w różnych okresach lepszy czy gorszy fizyczny dostęp do wydań zagranicznych, a potem niezależnych. A nieobecność pisarza w oficjalnym obiegu z jednej strony zachęcała do niego, z drugiej — ułatwiała swobodne manipulowanie jego przesłaniem, dorabianie mu Gęby i przyprawianie Pupy. Bardzo się zaśmiewano na salonach z Romana Giertycha, kiedy redukował autora Trans-Atlantyku do antynarodowego szydercy, wykpiwającego polskość, tradycję i patriotyzm. Ale przecież ci, którzy się z niego śmiali najgłośniej, niejednokrotnie dawali dowody, że sami tyle właśnie z Gombrowicza rozumieją i że tyle właśnie wystarcza im, aby go wielbić — łatwo zrozumieć, że dlatego, iż tak spłaszczony Gombrowicz pozwala im własną małość widzieć jako wielkość, a własny konformizm jako nonkonformizm.

Jeśli Gombrowicz był najważniejszy pisarzem peerelowskim, to z kolei najważniejszym pisarzem antypeerelowskim był Joseph Conrad. Jeszcze dymiły powojenne zgliszcza, a w lasach dopiero zaczynało się na dobre polowanie NKWD i rodzimych kolaborantów na Armię Krajową, gdy partyjny ideolog ruszył z miażdżącym atakiem na głosiciela, jak go określił, „heroizmu głupoty”. Z perspektywy czasu nietrudno zrozumieć, czemu to właśnie Conrad, nie nikt inny, stał się pierwszym celem wyznawców nowej wiary, zanim jeszcze usadowili się oni w Polsce na tyle mocno, by zarzucić pozory i zabrać się do wbijania Polakom do głów „racjonalnego myślenia bez alienacji” kolbami sowieckich karabinów.

Gombrowicz — zakazany, ale podziwiany, Conrad — dozwolony, ale żenująco niemodny. Spór, który najlepiej oddaje polską literaturę współczesną toczy się nie pomiędzy lewicą a prawicą, nie pomiędzy III Rzeczpospolitą a nadziejami na jakąś lepszą, IV, nie pomiędzy posttradycjonalizmem a postawangardą i zdecydowanie nie pomiędzy Gombrowiczem a Sienkiewiczem, jak usiłowano to gazetowo pozycjonować dla bieżących potrzeb politycznych. Patronami tego sporu pozostają wciąż Gombrowicz i Conrad.

Jak to rozumieć? Ja zasadniczą sprzeczność pomiędzy dwoma mistrzami polskiej wyobraźni ująłbym tak: Gombrowicz zło dostrzegał w Formie, i z owej Formy chciał człowieka, a zwłaszcza Polaka wyzwalać, przekonany, że w każdej swej realizacji, jako maska, nawyk czy gorset, Forma więzi, krępuje i niszczy w człowieku ukrytą tam anielską istotę, kaleczy ją, nie pozwala się rozwinąć — jeśli uda się tę Formę skruszyć, człowiek wyjrzy z człowieka jak piękny motyl z poczwarki, jak śliczna w swej nagości Albertynka. Conrad tymczasem właśnie ku temu, co Gombrowicz nazwał Formą, zwraca wszelkie nadzieje swoje i czytelnika. U Conrada to powinność wobec innych, więzy społeczne, obyczaj czynią z człowieka człowieka, zmuszają go do trzymania „postawy wyprostowanej”, wreszcie wymuszają heroizm. By ograniczyć się do przykładów tylko z najgłośniejszych opowiadań, Kurtz z Jądra Ciemności, w afrykańskim interiorze uwolniony od wszelkich zakazów i władny kreować własne prawa, z człowieka powszechnie podziwianego za jego zdolności i prawość przemienia się w bydlę. Kontrapunktem tego upadku jest zaś triumf kapitana MacWhirra z Tajfunu, prostego, nieco nawet ograniczonego służbisty, który do zwycięskiej walki z żywiołem staje po prostu z poczucia obowiązku.

We wspomnianym tu sporze Gombrowicz wydaje się w peerelu i w III RP zwycięzcą, choć było to zwycięstwo pyrrusowe — jak już wspomniałem, zapłacił za nie ceną dla pisarza najwyższą, sfałszowaniem i przykrojeniem do duchowych potrzeb ludzi przecwelonych przez realny socjalizm. To w nim większość elity intelektualnej priwislanskiego protektoratu w sowieckim imperium dostrzegła duchowego patrona i Mistrza. Przy Conradzie, wyszydzanym, oskarżanym o sprawstwo bezsensownego męczeństwa pokolenia wojennego i absurdu powstania warszawskiego, traktowanym w najlepszym razie jako pomnik czasów nijak się zupełnie mających do współczesności, pozostało niewielu — ale za to z reguły nieprzeciętnej artystycznej rangi, by licznym opisanym w przywołanym tu eseju Horubały gombrowiczoidom przeciwstawić tylko Herberta i Herlinga-Grudzińskiego.

Peerel, jak ujął to pierwszy z nich, „przyduszał bezkształtem”. Ów Bezkształt, a w Bezkształcie jako jego prawodawca Gombrowicz, szybko stał się dla peerelowskiej inteligencji twórczej, niech będzie mi wybaczone bluźniercze użycie świętych słów, „ucieczką grzesznych”. Tego, co dla Mistrza było w Bezkształcie istotne, domniemania w nim stanu przygotowującego duchowy bing-bang, który zaowocuje uwolnieniem nadrzędnej prawdy, gombrowiczoidzi wychowani przez „realny socjalizm” nie zauważyli. Zauważyli za to uniwersalne alibi. Bezkształt uniemożliwia rozliczenie, uniemożliwia odpowiedzialność, w Bezkształcie można schronić się przed każdym zarzutem. Bezkształt, który wyznawców Conrada przydusza, dla „umoczonych” w peerelu jawi się ratunkiem. W Bezkształcie wszystko przechodzi, wszystko daje się usprawiedliwić. Bezkształt, w przeciwieństwie do Formy, niczego nie wymaga.

Co istotne, w sporze pomiędzy tymi, którzy Polskę przyduszają Bezkształtem, a tymi, którzy obstają przy nadawaniu jej Formy, rok 1989 nie stanowił żadnej cezury. Może tylko jaśniej zaczęły być artykułowane pewne postulaty, czy raczej interesy — ale nie zaszła żadna zmiana, choć liczni krytycy do dziś coraz głośniej domagają się, aby literatura oddała nową rzeczywistość, aby ją opisała, aby wydała dzieła godne nowej, niepodległej Polski. Te wołania pozostają przez literaturę III RP niewysłuchane — z perspektywy lat nietrudno wyjaśnić dlaczego.

Potoczne oczekiwanie, że nowa rzeczywistość znajdzie wyraz w nowej literaturze, brało się i bierze z nieporozumienia. Literatura nie oddaje rzeczywistości; nie tę realną, namacalną w każdym razie. Literatura oddaje rzeczywistość, jeśli można to tak ująć, mentalną, duchową. O ile zaś rok 1989 i jego następstwa przyniosły przełom w sferze materialnej, to sfera mentalna pozostaje tą samą, jaka ukształtowała się w peerelu. Tu nie było ani przełomu, ani łagodnej, ewolucyjnej zmiany — choć jest narastająca kontestacja.

Trzecia RP, byt politycznie odmienny od PRL, duchowo pozostaje bytem tym samym. Rozliczne dowody tej identyczności wymagałyby obszernego eseju. Mówiąc tylko pokrótce: przede wszystkim III RP tak samo jak PRL jest krainą ufundowaną na pewnym założycielskim kłamstwie, i od każdego, kto chce dołączyć do jej elit, wymagającą uszanowania owego kłamstwa. Tak jak ongiś Związek Patriotów Polskich, manifest lubelski oraz „wyzwolenie narodowe i społeczne”, zawdzięczane herosom z PPR, AL i LWP — tak dzisiaj owym kłamstwem jest „historyczny sukces” Okrągłego Stołu, bezkrwawa transformacja ustrojowa, którą zawdzięczamy dobrej woli i otwarciu na kompromis ludzi „z obu stron historycznego podziału”.

Mit założycielski PRL wymagał utrzymywania rozległych sfer tabu; nie inaczej jest z mitem III RP. Nie wolno jest badać szczegółowych okoliczności „reglamentowanej rewolucji”, a zwłaszcza wyników takich badań upubliczniać, by nie podważać tezy o dobrowolnym oddaniu władzy przez generałów. Nie wolno zagłębiać się w wewnętrzne spory w łonie antypeerelowskiej opozycji, nie wolno nawet — jak dowiodła tego sprawa „taśm Kuronia” — publikować bez specjalnej autoryzacji uprawnionych do tego ośrodków zapisów z przesłuchań-negocjacji prowadzonych w przededniu okrągłostołowego dealu przez jednego z przywódców zwycięskiej później frakcji opozycji.

Zamiast historii III RP ma niepodlegających żadnej krytyce bohaterów i akademie ku ich czci. Z literatury produkuje głównie paszkwile na polskość i na „starszych, gorzej wykształconych i z mniejszych ośrodków”, dostarczając aspirującym do elit czytelnikom katartycznego poczucia „jak dobrze, że w niczym ich nie przypominamy”. I od czasu do czasu wydaje z siebie laudacje na cześć „autorytetów”.

Warunkiem przynależności do elity jest bowiem w III RP, tak samo jak w PRL, wspólne oddawanie czci panteonowi autorytetów nawzajem wystawiających sobie świadectwo przynależności do niego oraz wspólne dawanie odporu wrogom i trwanie przy pryncypiach. Podobnie więc jak w peerelu, musi w niej kwitnąć Orwellowskie „dwójmyślenie” — można na jednym oddechu przyznawać jako rzecz oczywistą i z dawna wiadomą, że autorytet z nawiązką odkupił hańbiący epizod, który miał w życiorysie, i ubliżać od kłamców historykom, którzy wiedzę, iż taki epizod był, zastrzeżoną dla grona „ludzi odpowiedzialnych”, ośmielili się upowszechnić.

 

Podobnie jak w peerelu, ludzie, którzy w prywatnych rozmowach doskonale wszystko wiedzą i nawet chętnie dołączają do towarzyskiego narzekania na panujące stosunki, w wystąpieniach publicznych unikają tych samych tematów jak ognia bądź recytują propagandowe formułki. Ten sam nakaz milczenia, który w PRL zabraniał mówienia o Katyniu, dziś zabrania pamiętać o rzeziach wołyńskich. PRL miał swój rytm przesileń, „pieredyszek”, po których kłamstwo nieuchronnie umacniało się i wracało do rangi podstawowej zasady organizującej rzeczywistość; i tego doświadczyła już w swej krótkiej historii III RP z odwilżą po aferze Rywina, obietnicą „szarpnięcia cuglami” i „oczyszczenia” oraz stopniowym powrotem do dawnego tonu i pogodzenia w małej stabilizacji ze wszechpotężną w życiu publicznym nieprawością.

Cóż w kraju rozpanoszonego kłamstwa i nieprawości powinna robić literatura? Może ona udzielić sobie na to pytanie jednej z dwóch odpowiedzi. Albo szukać prawdy — albo udowadniać sobie samej, że prawdy nie ma lub że jest nieistotna. I właśnie pomiędzy tymi dwoma odpowiedziami toczy się istotny kulturowy spór najnowszego dwudziestolecia. Siłą rzeczy staje się on sporem między powagą a drwiną, co łatwo dostrzec na każdym jego poziomie. Gdy jedni sięgają po przećwiczony martyrologiczny rytuał poprzednich pokoleń, drudzy zagłuszają ich modlitwy i kazania głośnym pierdzeniem na wargach.

Gombrowicz peerelowski — Gombrowicz istniejący nie tyle w swojej istotnej tożsamości, co we wpisanych w nią tchórzliwych samousprawiedliwieniach epigonów — wciąż pozostaje nieprześcignionym wzorcem tej drugiej postawy. Wzorcem ucieczki od problemu powszechnej deprawacji w przepastne głębie uwikłanej w samą siebie duszy, od wyzwań wymagających męstwa w chłopięcość, od dojrzałości w niedojrzałość, od Ojczyzny, tego potwora, który od tysiąca lat kona i wciąż nie może skonać, od tysiąca lat się rodzi, a wciąż nienarodzony, w głupkowate radości Synczyzny. Mistrz Gombrowicz uczy, jak wyłgiwać się z przedstawienia nieprawości świata chachmęceniem pokręconą w strukturach narracją, jak uciekać w wygibasy języka pełnego nowotworowych wtrąceń i złożeń, szyków przestawnych i spadających kaskadami przymiotników, w pisarskie słowotoki uwolnione z rygorów logicznych zdania, spiętrzane jedynie przecinkami w zdolne zatopić wszelką treść rozlewiska. Ten wzorzec narzuca się i jest narzucany krytyce, do niego przymierzane są dzieła, podług zgodności z nim rozdawane są punkty i laurki. Kwestia języka może być dobrym tego przykładem: łatwo zauważyć, że im gorzej pisarz bełkocze, im bardziej lejący się z niego słowotok przypomina biegunkę, tym więcej zbiera recenzenckich pochwał za „wspaniałą polszczyznę”, nawet — czy raczej zwłaszcza — wtedy, gdy już za nic innego pochwalić się go nie da.

A czego wzorcem pozostaje Conrad? Lojalności wobec paru prostych prawd, które pobłyskują niczym diamenty rzucone w błocko. I obowiązku oddania światu piórem najwyższej sprawiedliwości poprzez wydobycie na jaw prawdy.

To ważne wskazanie, które chroni przed pokusą, by zaangażowanie w poszukiwanie prawdy — wszelkiej prawdy, czy to społecznej, czy politycznej, czy psychologicznej — zastąpić zaangażowaniem po jedynie słusznej stronie.

Te dwie postawy, gombrowiczowska i conradowska, wykluczają się na tyle, że pisarz, podejmujący wyzwanie twórczości w zakłamanym świecie peerelu-bis, musi się na którąś zdecydować. Dlatego, choć być może niektórym przypominam w tej chwili przysłowiową żabę nadstawiającą łapę tam, gdzie kują konia, tych kilka myśli pozwalam sobie uczynić wstępem do ważnej dla mnie (mam oczywiście nadzieję, że nie tylko dla mnie) powieści. Powieści, którą pisałem za dojrzałością, a przeciwko chłopięctwu, za powagą przeciwko beztrosce, a nade wszystko — za kształtem, a przeciwko przytłaczającemu nas Bezkształtowi.

Bo to Conrad, a nie Gombrowicz, miał w fundamentalnej sprawie rację: po zerwaniu z człowieka Formy, z potarganych gorsetów i pancerzy nie wychodzi na świat piękna Albertynka, tylko zwykłe bydlę. Historia peerelu, w obu jego wcieleniach, tego sprzed i tego po roku 1989, dostarcza na to niezbitych dowodów.

Rafał A. Ziemkiewicz

Prolog

Z tego, co wiązało się z życiem i śmiercią posła Żywiny, zapamiętałem przede wszystkim, że na samym początku Radek doskonale wszystko wiedział i rozumiał — a potem z każdym nowym szczegółem, który udało mu się dopasować, coraz mniej. Gdyby było inaczej, może nie śmiałbym zawracać nikomu głowy tą historią. Ale w pewnym momencie życia wydało mi się, że doświadczenie Radka może się stać udziałem jeśli nie każdego, to bardzo wielu. Myślę zresztą, że większość z nas podświadomie przeczuwa, że dowiedzieć się czegokolwiek nowego znaczy wystawić na ryzyko swój spokój ducha i poczucie bezpieczeństwa, jedno i drugie ukorzenione przecież pewnością, że rozumiemy otaczający nas świat, a rozumiejąc, jesteśmy w stanie kontrolować to, co świat ów z nami wyrabia. Z chwilą, gdy człowiek to poczucie zgubi, trudniej mu będzie spokojnie zasypiać i trudniej budzić się z chęcią przeżycia kolejnego dnia. Raz utraciwszy równowagę, zmuszony będzie coraz bardziej gorączkowo szukać nowych punktów podparcia. I jeśli nie okażą się one mocne, zacznie przypominać odpadającego od ściany taternika, który spodziewa się zawisnąć na zabezpieczających hakach, a zamiast tego wyrywa je impetem jeden po drugim — aż w końcu wypadnie ze skały ten najważniejszy, ten, na którym trzyma się całe jego poczucie własnej wartości, i wtedy człowiek przestaje rozumieć nawet samego siebie.

Większość z nas podświadomie zdaje sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa, i stąd gniew, jakim witamy zawsze szaleńców usiłujących nam wmówić, że świat jest inny, niż się powszechnie uważa; stąd szczególna jadowitość szyderstw i kpin, jakimi ich traktujemy, nawet ci z nas, u których, jak w wypadku Radka, ciekawość należy do zawodowych powinności. Zazwyczaj ta reakcja obronna jest na tyle silna, że raz przyjęty obraz świata udaje się przenieść przez całe życie. Wystarczy tylko nie zgubić go do pewnego wieku, później już sprawę załatwi biologia, owo codzienne, bezpowrotne umieranie iluś tam dziesiątek tysięcy komórek mózgowych, które udokumentowali neurobiolodzy i które owocuje starczym zacietrzewieniem, pozwalającym nie przyjmować do wiadomości nawet faktów oczywistych jak cios pięścią w zęby.

Nim jednak doczekamy błogosławieństwa demencji, trzeba się strzec odruchów ciekawości, takich jak ten, który zburzył rozsądnie zaplanowane i obiecująco rozpoczęte życie Radka. Przyznajmy, na jego usprawiedliwienie albo chwałę, że sama ciekawość prawdopodobnie nie byłaby tak groźna w skutkach, gdyby nie zbiegła się w czasie z szeregiem zdarzeń zupełnie od niego niezależnych. Jeszcze kiedy spóźniony o kilka godzin Radek jechał z młodszym aspirantem Tywoniukiem na dwunasty za Bykowem kilometr szosy na Łomżę, nic mu nie zagrażało. Tak mi się zdaje.

Drzewo. Wiadomości

Dziś już nie potrafię powiedzieć, z jakiej konkretnie przyczyny tę jazdę, umawianą z miejscową policją jeszcze telefonem z redakcji, trzeba było odłożyć na ostatni dzień pobytu Radka w Bykowie. Któryś z rozmówców niezbędnych dla reportażu spóźnił się albo bardzo przedłużył spotkanie — ale który? Pamiętam tylko, że kiedy Radek oglądał wreszcie z bliska drzewo, na którym rozbił się poseł Żywina, cała okolica była już zalana czerwienią zachodzącego słońca, z każdą minutą nabierającą rubinowej głębi. Wyglądało to wszystko bardzo kiczowato — to poharatane drzewo, na którym dopiero zaczynały zarastać głębokie szramy, ze strzelającą w bok niczym z jakiejś rośliny egzotycznej kitą odszczypanych drzazg i strzępów kory, rozlane wokół ciemne plamy po oleju, a może po neutralizujących wyciek paliwa chemikaliach straży pożarnej, i ta zatapiająca pole, krzaki i sąsiednie drzewa poświata.

Samochód Żywiny nie zapalił się po kraksie. Rzecznik prokuratury, gdy Radek go o to pytał, wyjaśnił z pobłażliwym uśmiechem, że samochody nie zapalają się tak łatwo jak na filmach, że to taka sama bajka, jak urywające się windy. Mówił z taką pewnością siebie, której trudno było się nie poddać. Ale mimo wszystko Radek nie mógł odpędzić poczucia, że czegoś w tym wypadku zabrakło, że po prostu powinien zakończyć się on porządną eksplozją. Błysnęła mu myśl — może właśnie w chwili, gdy tam stał, może wcześniej albo później — że gdyby Żywina miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia, na pewno głosowałby za wybuchem. Wolałby, skoro już, spłonąć malowniczo, w wielkim ogniu, razem ze swym immunitetem, nowiutką limuzyną za sto sześćdziesiąt cztery tysiące dziewięćset, ręcznie robionymi butami od drogiego warszawskiego szewca, drzewem, dzikimi krzakami pleniącymi się bezładnie na poboczu szosy i uprawianą wokół oziminą, w ogóle ze wszystkim.

Nie spłonął. Siła uderzenia cisnęła nim przez przednią szybę, z ułamaną kolumną kierownicy drążącą wnętrzności, na przysadzisty pień starej wierzby i rozgniotła go o ten pień niczym przydeptany pomidor. Tak mocno, że nawet nie stanowił potem strasznego widoku. To coś, co było skutkiem wypadku, nie przypominało w niczym pewnego siebie watażki, idącego ostro od sukcesu do sukcesu, któremu już podlizywano się w całej okolicy jako przyszłemu wojewodzie, ministrowi, nawet, kto wie, może i premierowi. W ogóle nie przypominało to człowieka. Do tego stopnia nie przypominało, że Radek obejrzał policyjne fotografie bez jednego wzdrygnięcia, bez mdłości, których sięgając do kartonowej teczki, bardzo się obawiał (choć nie miał żadnej przyczyny martwić się, jeśli w miejscowości Byków ktoś miałby po jego wizycie pozostać w przekonaniu, że redaktor Derechowicz nie jest twardym facetem). Ot, krwawy połeć z kikutami, zapakowany w coś, w czym można było rozpoznać garnitur, i niczym poza tym opakowaniem niesugerujący, że miał kiedyś ludzki kształt. W chwili wejścia w podwójny zakręt, według raportu, samochód miał na liczniku co najmniej sto dziesięć kilometrów na godzinę.

Radek sam nie bardzo wiedział, po co oglądał te zdjęcia — chyba tylko po to właśnie, żeby przekonać się, czy będzie umiał zapanować nad odrazą i mdłościami. Ich brak, zupełny w ogóle brak jakiejkolwiek reakcji organizmu najpierw go zdziwił, potem wprawił w dumę, ale w końcu — kiedy po czasie wracał do tego myślą — zaczął niepokoić. Czytał kiedyś albo słyszał, że dziennikarz nieuchronnie staje się cynikiem, drwiącym sobie w gronie kolegów ze wszystkich i wszystkiego, wszystkie deklarowane wartości i porywy redukującym do najprostszego: kto tu kogo dyma. Po prostu musi w sobie wyrobić cynizm i nieczułość z tej samej przyczyny, dla której lekarz musi się nauczyć nie dostrzegać w pacjentach ludzkiego nieszczęścia, a tylko medyczne przypadki: bo bez tego by się nie dało pracować. Może w bykowskiej prokuraturze miał właśnie okazję zauważyć u siebie początki tego procesu, myślał, i zaniepokoiło go to nie tyle samo w sobie, co jako oznaka, no, jeszcze przecież na pewno nie starzenia się, to nie, ale jakiegoś przesilania się młodości, jakiejś zapowiedzi tego, o czym oczywiście wiedział, że kiedyś się zacznie, ale absolutnie jeszcze nie teraz i jeszcze długo nie teraz?

Może więc właśnie to grzebanie w zdjęciach z wypadku, w aktach zamkniętego i, jak zgodnie mówili i policjanci, i prokurator, banalnego postępowania — w końcu, cóż bardziej oczywistego niż taki finał pijackiej brawury, jeden i cztery promila, ponad stówa na liczniku, nad czym się tutaj w ogóle zastanawiać — może właśnie to przypatrywanie się doskonale kontrastowym, profesjonalnym zdjęciom zmasakrowanego trupa, w rosnącym zdumieniu, że ani to nie przeraża, ani chce się rzygać, że w ogóle nie porusza w żaden sposób, może już w tym właśnie momencie zaczęło się w Radku dziać to, co ostatecznie sprawiło, że piszę o nim dziś jak o kimś zupełnie innym, obcym?

Bo — muszę to wyjaśnić od razu na początku tej opowieści — formalnie rzecz biorąc, ów Radek, który przyjechał z policjantem obejrzeć miejsce śmiertelnego wypadku posła Stanisława Żywiny, to byłem ja. Noszę to samo imię i nazwisko, mam te same wspomnienia i nawet nie jestem teraz, spisując tę historię, zbyt wiele od niego starszy. Ale z pewnych powodów nie potrafię napisać, że to ja podszedłem poprzez zarośnięte pobocze do poranionej wierzby, niepewnie oparłem o nią przedramię i przyglądałem się poznaczonym odpryskami lakieru szramom na pniu, rozrzuconym wokół po ciemnej, oleistej plamie drzazgom, okruchom samochodowego szkła i kawałkom gumy, bo wszelkie inne ślady wypadku zostały już sprzątnięte. Muszę napisać: Radek podszedł, Radek się przyglądał i tak dalej.

 

Stał tak dłuższą chwilę, udając, że czegoś szuka, że do czegoś mu ta eskapada była potrzebna. Nie była; i tak wiedział już z grubsza, co napisze. Potem oderwał się od drzewa i ze skupioną miną podążył za głęboką bruzdą, wyrytą przez wrak samochodu, który nie zdołał wytracić całej szybkości na starej wierzbie, okręcił się wokół niej i pozostawiając na pniu trupa kierowcy, pokoziołkował dalej w pole. Doszedł do miejsca, gdzie wrak zatrzymał się i skąd ściągnęły go policyjne wozy techniczne, pozostawiając w zmarzniętej ziemi głębokie odciski podwójnych kół. Kontemplował wydeptaną oziminę, podnoszącą się już i zarastającą ślady. Potem wrócił do drzewa i znowu zaczął przyglądać się jego ranom.

Robił to wyłącznie ze względu na policjanta, który, gdyby nie kazano mu zawieźć w to miejsce dziennikarza, siedziałby już w domu przed telewizorem i popijał piwko. Nie chciał, by ten policjant zauważył, że fatygowano go zupełnie niepotrzebnie, że dziennikarz z Warszawy, który kazał się tu wieźć, zastanawia się tylko nad jednym: po jasną właściwie cholerę chciał tutaj przyjechać?

Przypomniał sobie wreszcie — chciał to wszystko zobaczyć, bo jeszcze w Warszawie wymyślił sobie taki początek do swojego reportażu: opis tego zakrętu i samego wypadku. Dość banalny koncept, jak to zwykle pierwsze przymiarki. Potem, gdy w Rękowinach opowiedzieli mu historię o wariatach zza płota, zakochał się w niej i od razu zdecydował, że tekst nie może mieć innego początku. Ale jazda na dwunasty kilometr była już wtedy umówiona, na dodatek przekładana, i zwyczajnie głupio mu było ją odwoływać.

Dwunasty kilometr za Bykowem, miejsce oznaczone przez policję czarnym punktem: dwa zakręty drogi budowanej w czasach, gdy prędkość sześćdziesięciu kilometrów na godzinę uchodziła za zawrotną, i przez to wyprofilowane tak, że po każdym byle deszczyku paru przejezdnych, którzy nie znając tego miejsca, zlekceważyli znak ograniczenia prędkości, wylatywało jak z katapulty w pobliskie pole. Inna sprawa, że kto jak kto, ale Żywina te zakręty znał, tak jak całą najbliższą okolicę, na pamięć, przejeżdżał nimi setki razy w tę i we w tę, jeśli nie wcześniej, to przez tych kilka ostatnich lat wypełnionych nieustannymi spotkaniami, wyjazdami na strajki i wiece, organizowaniem blokad i terenowych struktur partii. Nawet po pijaku, a przecież co to w sumie dla takiego chłopa jeden i cztery promila, powinien odruchowo zwolnić. Tak samo jak stary pijak, choćby zupełnie nieprzytomny, ciągnąc resztkami sił do swojego barłogu instynktownie uchyla się przed kantami mebli i w odpowiedniej chwili podnosi wyżej stopę, żeby nie potknąć się o krawędź zadartej od niepamiętnych czasów podłogowej deski. Powinien zwolnić. Przy tej szybkości nie miał szans, wyleciał z zakrętu od razu na pierwszym łuku, nawet nie tam, gdzie zdarzało się to najczęściej. Dlatego właśnie rąbnął w to drzewo. Dalej, gdzie po kolejnych wypadkach przydrożne drzewa powycinano, samo wypadnięcie z drogi nie musiałoby się jeszcze skończyć tak tragicznie.

Musiałoby, poprawił się w myślach. Bo Żywina jechał przecież z niezapiętymi pasami. Więc tak czy owak skazany był na ten lot przez przednią szybę z jednoczesnym nabijaniem się na kolumnę kierownicy albo, w innym wariancie, na skręcenie karku przez poduszkę powietrzną, która nie odpaliła z jakichś nikomu nieznanych przyczyn.

Po prostu tego zimnego, lutowego poranka nie miał szansy — tak czy owak.

W gruncie rzeczy Radek wszystkiego, co wtedy chciał wiedzieć, dowiedział się już od prokuratora i policjantów, z raportów, z riserczu dostarczonego mu przez Jakimczuka, reportera z lokalnego oddziału gazety, który „prowadził” Żywinę od czasu jego pierwszych sukcesów. No i z rozmów, które odbył w ostatnich dniach i miał je ponagrywane na dyktafonie. Czego szukał na tym zakręcie? Nastroju? Nie było żadnego. Jakiegoś szczegółu, który zagrałby w tekście, znaczącego obrazu, skrótu? Były tylko żałośnie poplątane krzaki, przydrożne pokrzywy, pola, jakieś zabudowania i kiczowato zachodzące słońce.

I jeszcze coś, co zarejestrował kątem oka — kilkanaście plastikowych wypalonych zniczy nagrobkowych, takich najtańszych, ze sklepu dyskontowego. Przypomniały mu się potem, kiedy rozmawiał z Arletą, i zapytał, czy to nie ona je tam postawiła — a Arleta, przez całe miasteczko czczona jako wdowa po czcigodnym zmarłym, żachnęła się i z właściwym sobie wdziękiem odpaliła:

— Ja to najwyżej bym mu tam mogła naszczać.

To była rozmowa sam na sam. Przy nikim z miejscowych Arleta na taką szczerość by sobie nie pozwoliła — wystarczająco cwana, żeby od razu wyczuć, że martwy narzeczony, w przeciwieństwie do żywego, pomaga jej jakoś sobie ułożyć życie. Bo co tam było kiedyś, to było kiedyś; teraz o Żywinie mówiono w Bykowie „nasz Stachu” i wszyscy chwalili nieboszczyka bez opamiętania. Radek miał już tych pochwał ze trzy czwarte dysku. Że pomagał. Że ludzi rozumiał. Że swój, skromny i się nie wywyższał. Że:

— Uczciwy chłop, nie taki jak oni wszyscy. Zależało mu na ludziach.

— Bali się go, bo im prawdę w oczy rąbał jak równy.

A najczęściej:

— Jakby żył, toby tym wszystkim skurwysynom jeszcze pokazał!

Najbardziej zżymał się Radek na te zachwyty nad skromnością i uczciwością. Bo przecież gazeta pisała o Żywinie, w lokalnej wkładce nawet chyba z pięć razy, jak mu odbiło, kiedy przyjechał do Warszawy jako pan poseł i wiceprzewodniczący klubu, jak zaczął nosić garnitury po dwadzieścia tysięcy i zegarki po dziesięć, szaleć, a w klubach go-go wtykać dziwkom w majtki sumy, za które w rodzinnych Rękowinach pięcioosobowa rodzina przeżyłaby miesiąc. Jak wziął kasę za zdjęcie blokady z zakładów drobiowych i jak równo z miejscową lewicą kombinował przy obdarowywaniu kumpli i znajomych stołkami w województwie, przy ustawianiu przetargów, zezwoleniach i koncesjach. Ale ludzie nie chcieli o tym nic wiedzieć. Na razie był nowy, więc swój, w przeciwieństwie do tamtych, zasiedziałych na stołkach, onych. Na razie w niego wierzyli i wpisywali w niego wszystkie swoje wyobrażenia o trybunie ludowym, Robin Hoodzie i rewolwerowcu w mieście bezprawia.

Tak było, odkąd Radek pamiętał, odkąd pracując w gazecie, musiał te sprawy śledzić, a właściwie tak było od kilkunastu lat, od pierwszych wyborów — każdy nowy wchodził na podium władzy jako pogromca tych złodziei z rządu i zbawca, który zaraz da wszystkim wszystko. I najpierw przez jakiś czas ludzie nie chcieli przyjmować do wiadomości, że może w ogóle mieć jakieś wady. Można go było przyłapać na dowolnym świństwie, za rękę chwycić, a ludzie wierzyli mu tylko jeszcze bardziej, no bo wiadomo — obszczekują go, znaczy nienawidzą, boją się. Aż po paru latach nastroje nagle zmieniały się o sto osiemdziesiąt stopni i nikt, z samym zainteresowanym na czele, nie umiał tego powiązać z żadnym konkretnym zdarzeniem. Po prostu kończyło się jak uciął bezgraniczne zaufanie, a zaczynała tępa, dysząca nienawiść, ci sami ludzie na sam dźwięk nazwiska klęli i pluli, i tak jak wcześniej nie pozwalali powiedzieć niczego złego, tak teraz nie przyjmowali żadnego wyjaśnienia, żadnego usprawiedliwienia. Skurwysyn jako oni wszyscy, zdrajca, oszukał, sam się nachapał, a o ludziach zapomniał.

Tak było z solidaruchami, tak było z komuchami, i z Żywiną też byłoby tak samo, gdyby nie te jeden i cztery promila, sto dziesięć na liczniku, mokry od porannej mżawki asfalt, zakręt i drzewo. Te promile, mżawka, zakręt i drzewo zatrzymały Żywinę w momencie, gdy jak zręczny surfer pędził na samym grzbiecie fali wezbranych nadziei. Jeśli Galos snuł teraz plany postawienia Żywinie pomnika na rynku, albo nadania jego imienia szpitalowi, najlepiej jedno i drugie, to przecież nie dlatego, żeby nagle pokochał faceta, który go wypchnął z województwa i ledwie z wielką łaską dał na otarcie łez dalej rządzić gminą. Wyczuł po prostu, że takie pomysły się ludziom spodobają. Że mu, jak mówiono w tym towarzystwie, zapunktują.