Złowrogi cień Marszałka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złowrogi cień Marszałka
Złowrogi cień Marszałka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Złowrogi cień Marszałka
Audio
Złowrogi cień Marszałka
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Święte bractwo

W każdym ugrupowaniu ludzkim, w którym kiedykolwiek byłem, byłem uważany za coś w rodzaju heretyka.

Józef Piłsudski

Jaki przyjąć – że odwołam się do tytułu sławnej książki Cata-Mackiewicza – „klucz do Piłsudskiego”? Co jest tą zasadniczą cechą, decydującą o całej jego koncepcji i praktyce politycznej? Ten klucz znajduje się w pozornie marginalnej pracy szefa Organizacji Bojowej PPS, we wstępie, który napisał on do broszury „Materiały do historii ruchu socjalistycznego w Polsce”, wydanej pierwszy raz w roku 1907. Podsumowując tam krwawy zamęt lat 1905–1906, stwierdza Piłsudski, iż opisuje się tu wydarzenia, wskutek których jego partia „została wyniesiona na wyżyny dyktatury moralnej w społeczeństwie w ogóle, a wśród klasy pracującej w szczególności”.

Ten zwrot – dyktatura moralna – oddaje samą istotę metody postępowania Józefa Piłsudskiego na każdym etapie jego działalności, tłumacząc zarówno jego sukcesy, jak i przekleństwo, które w sobie niosły.

Dyktatura moralna, i to jeszcze stanowiąca „wyżyny” polskich, a może w ogóle ludzkich starań. Co to takiego w ogóle ma być?

W polszczyźnie od pokoleń panoszy się termin „moralne zwycięstwo”, efekt silnego w naszej narodowej psychice mechanizmu wyparcia klęski i wmówienia sobie, że klęską nie była. Wprawdzie dostaliśmy łomot, ale im pokazaliśmy. Walczyliśmy w słusznej sprawie, a oni nie, a więc moralnie staliśmy wyżej od tych, którzy nas zmasakrowali. Wprawdzie materialnie ponieśliśmy szkody, ale psychicznie nas to umocniło. I tak dalej – nawet tak przerażającą i bezsensowną tragedię jak powstanie warszawskie zdołaliśmy przecież zmitologizować jako właściwie naszą wygraną. Przegraną dlań rewolucję roku 1905 zmitologizować jako zwycięską było Piłsudskiemu tym łatwiej.

W istocie lata 1904–1906 to dla Piłsudskiego nie jedna przegrana, ale cały ich szereg – przegrana w przegranej, a w tej przegranej kolejna przegrana. Po pierwsze, przegrywa rewolucja jako całość. Nieskoordynowane ruchawki są łatwo rozbijane przez rosyjskie wojsko, nie przynosząc żadnego skutku poza ofiarami. Po drugie, w ramach rewolucji rosyjskiej przegrywają ci polscy socjaliści, którzy doktrynę tę postrzegali bardziej w duchu Towarzystwa Demokratycznego Polskiego niż Marksa i Engelsa, jako odpowiedź na męczące kilka pokoleń polskich szlacheckich rewolucjonistów pytanie, jak wciągnąć masy w nurt powstańczych wysiłków, jak przekroczyć ideą niepodległości międzyklasowe przepaście i sprawić ten „jeden, jeden tylko cud – z polską szlachtą polski lud!”. W ramach ruchu socjalistycznego całej Europy, a Rosji szczególnie, górę wziął nurt internacjonalistyczny, w którym plany budowy socjalistycznej wolnej Polski nijak się nie mieściły. Po trzecie, zwolennicy budowy socjalistycznego, czy może raczej „sprawiedliwego społecznie” państwa polskiego (mówiąc językiem późniejszej epoki – budowy „socjalizmu w jednym kraju”) okazali się mniejszością w samej Polskiej Partii Socjalistycznej. Oto Piłsudski i podobni mu towarzysze okazali się „starymi”, podczas gdy w rewolucyjnej gorączce – jak to jest regułą – górę brać zaczęli nad nimi „młodzi” (tak się nazwali, w istocie niekoniecznie rzeczywiście byli młodsi wiekiem), bardziej radykalni.

Nagle okazało się mniej istotne to, że „towarzysz Wiktor” całe życie oddał sprawie rewolucji, że przekiblował swoje na Syberii i w więzieniu, był bity, cierpiał głód i prześladowania, że razem z żoną drukował i rozprowadzał socjalistyczną „bibułę”, organizował dla partii pieniądze, broń i maszyny drukarskie... Wszystkie te zasługi bladły wobec faktu, że, niestety, „towarzysz Wiktor” ulegał (znów mówiąc językiem lewicy nieco późniejszej) „nacjonalistyczno-prawicowemu odchyleniu”. I nagle okazywało się, że od Józefa Piłsudskiego ważniejszy jest dla partii taki na przykład Feliks Kon, mający nieporównanie lepsze stosunki z bratnimi socjalistami Rosji i innych narodów carskiego imperium, nie mówiąc już o socjalistycznej międzynarodówce na Zachodzie i jej niemieckiej centrali – przede wszystkim zaś wyznający aktualną, najnowocześniejszą doktrynę zachodnich kongresów, że socjalizm w ogóle unieważnia problemy narodowościowe, że klasa robotnicza nie ma narodowości i rewolucja proletariacka musi być rewolucją ogólnoświatową, a przyszły raj nie będzie się dzielić na socjalistyczne Niemcy czy Francję, socjalistyczną Polskę, socjalistyczną Finlandię, Gruzję, Rosję i tak dalej; będzie po prostu socjalizmem po całości.

Z oczywistych względów socjalizm Drugiej Międzynarodówki, internacjonalistyczny, pociągał głównie działaczy wywodzących się z narodowości i religii żydowskiej. Piszę „wywodzących się”, a nie po prostu Żydów, gdyż ci ludzie z reguły się do żydostwa nie poczuwali, a wręcz traktowali je z obsesyjną, typową dla wychrztów wrogością. Proces laicyzacji, trwający wówczas w całej Europie, w przypadku odstępców od religii i tradycji tak surowej i regulującej każdy aspekt życia jak judaizm wytwarzał żywioł szczególnej zajadłości, nieporównywalnie mocniejszej niż w przypadku od wieków już rozmiękczanego reformacjami i rewolucjami chrześcijaństwa – i żywioł ten stopniowo zdominował cały ruch socjalistyczny. Przegraną grupy niepodległościowej, spychanej stopniowo do roli mniejszościowej frakcji (trzeba będzie dopiero kilku lat i pieniędzy Hauptkundschaftstelle, by Frakcja Rewolucyjna odbudowała się i na powrót sięgnęła po nazwę PPS), można więc było widzieć – i tak ją na pewno postrzegali współcześnie rodacy – jako przegraną w ramach ruchu socjalistycznego Polaków z Żydami, a sam ruch lewicowy stawał się w oczach społeczeństwa czymś żydowskim, wrogim, kpiącym szyderczo z „białej gęsi”, jak zwali „młodzi” socjaliści tak drogiego „starym” polskiego orła; po prostu – raz jeszcze pozwólmy sobie gwoli jasności wywodu na językowy anachronizm – „żydokomuną”. W przyszłości miało to mieć ogromne znaczenie dla relacji polsko-żydowskich. Na razie stanowiło gwóźdź do trumny popularności socjalizmu i rewolucji socjalistycznej nad Wisłą.

Kolejną bowiem przegraną 1905 roku było odrzucenie socjalizmu i rewolucji przez zdecydowaną większość tych, których chciał on usadzić na tronie – przez „proletariat”, „klasę robotniczą” – po prostu przez polskich robotników. Narodowy Związek Robotniczy, w pierwszym okresie swego istnienia pozostający pod przemożnym wpływem Ligi Narodowej, odwołujący się do polskości i katolicyzmu robotników i jednoznacznie przeciwny strajkom oraz rewolucjom, choć powołany do życia znacznie później, rozwinął się szybko w organizację silniejszą niż od lat usilnie penetrująca środowiska fabryczne PPS.

Była to oczywiście reakcja na strategię socjalistów, opisaną już przy okazji „bohaterskiego” starcia na placu Grzybowskim w listopadzie 1904 roku. Pozostając w mniejszości, starali się oni, po pierwsze, zwiększyć swoje poparcie, prowokując represje caratu, dotykające jak najszerszego kręgu przypadkowych osób, po drugie, wymusić na większości udział w strajkach i manifestacjach terrorem. Bojówki tworzone przeciwko zaborczej policji obracały więc broń – jak sykariusze w powstaniu styczniowym – także przeciwko Polakom. Z kolei przeciwko tym bojówkom powstawały inne bojówki, również polskie. Ruch, który ongiś wydał się „towarzyszowi Wiktorowi” drogą do wolnej Polski, przyniósł polsko-polską wojnę domową, w której coraz gęściej padali zabici.

„Ruch rewolucyjny [rosyjski] [...] używał jako głównego środka walki strajków politycznych, komunikacyjnych i innych, paraliżujących działanie machiny państwowej, a jednocześnie rozkładających życie gospodarcze i społeczne. Tę metodę walki przenieśli socjaliści na grunt Królestwa, zagrażając ustrojowi gospodarczemu kraju w o wiele silniejszym stopniu, niż to czyniono w Rosji, ze względu na jego wyższość kulturalną, gęstsze zaludnienie i wyższy typ życia gospodarczego. Szalała coraz bardziej orgia strajków politycznych, grożących życiu gospodarczemu kraju wielkim zniszczeniem. Liga Narodowa wkrótce została zmuszona do zwrócenia głównej swojej energii na walkę z tak pojętą rewolucją. Główną armią w tej walce po stronie narodowej był Narodowy Związek Robotniczy [...], który w krótkim czasie urósł tak w siły, że przeważyły one siły połączonych organizacji socjalistycznych. PPS w tej walce zaczęła się uciekać do morderstw politycznych dokonywanych na działaczach narodowych i do rozsyłania na prawo i lewo wyroków śmierci. W tej walce padały i głowy socjalistów, trzeba to wszakże kategorycznie stwierdzić, że ani Liga Narodowa, ani inne narodowe organizacje nie wydały żadnego wyroku śmierci i nikogo nie poleciły zgładzić. Jeśli ginęli socjaliści, to na skutek bezpośredniej reakcji robotników, którzy nie dawali się bezkarnie mordować. Tak rzecz się miała ze strajkiem garbarzy, który po czteromiesięcznym trwaniu został ku zadowoleniu robotników zakończony kompromisem dzięki pośrednictwu działacza narodowego Baranowskiego. Baranowski został zamordowany, w odwecie jednak robotnicy zabili wszystkich dziewięciu socjalistów, którzy stanowili czatę oczekującą na Baranowskiego. Po tym fakcie PPS sama zgłosiła się z prośbą o zaprzestanie walki tymi środkami”.

Cytuję praktycznie nieznaną relację, pochodzącą z ocalonego w czasie wojny archiwum, zbieranego z myślą o napisaniu historii Ligi Narodowej (częściowo wykorzystanego przez wspomnianego już Stanisława Kozickiego). Jej autorem jest Roman Dmowski (fakt, że występuje w niej w trzeciej osobie, nie wynika z megalomanii, ale z roboczego charakteru notatki, pełnej odsyłaczy w rodzaju „kwestia współpracy z ziemiaństwem – zwrócić się do X, w tej a tej sprawie – najlepiej wiedzą Y i Z”).

Zwracam uwagę na passus o „wyższości kulturowej” i „wyższym typie życia gospodarczego”, przywodzący na myśl lubianą przez konserwatystów z pokolenia napoleońskiego analogię do podbitej przez Rzym Grecji. Tak właśnie rozumował czołowy ideolog endecji. Gospodarka Królestwa, istotnie przodująca na tle rdzennej Rosji, jest w walce o niepodległość naszym atutem. Jak można w imię ogólnikowo formułowanych haseł, niemożliwych do osiągnięcia, w imię mrzonki o budzeniu „rewolucyjnego” ducha niszczyć ją? Prowokować carat do zamykania ponownego polskich szkół? Mało tego – wyjdźmy poza cytowany tekst, ku endeckiej publicystyce poprzedzającej wydarzenia 1905 roku i równoległej do nich – pod pozorem walki narodowowyzwoleńczej wprowadzać do praktyki politycznej „walkę klas”?

 

Przecież „tak pojęta rewolucja” przeciwko caratowi oznaczała wyprowadzanie robotnika do walki w pierwszej linii z pracodawcą – także z fabrykantem czy ziemianinem Polakiem. Wrogiem dla socjalistów na równi z rosyjskim żołdakiem i carskim czynownikiem stawał się „burżuj”, mieszczanin – Polak. W sytuacji gdy – wedle endeckiej, i zresztą nie tylko endeckiej, ale sformułowanej jeszcze przez Wielką Emigrację oceny – sprawą dla „pracy narodowej” najważniejszą było przekroczenie barier stanowych, zbudowanie poczucia „wszechpolskiej” wspólnoty, świadomości narodowego interesu, łączącego wszystkich, od hrabiego Zamoyskiego po sołtysa Słomkę i ostatniego z wyrobników w jego wsi. Socjalizm, choćby nie wiem jaką miłość do Polski deklarowali jego wyznawcy, i to nawet najzupełniej szczerze, z samej swej zasady wprowadzał wrogość klasową, niszczył ten kapitał społeczny, który był dla „pracy narodowej” najważniejszy.

I w czyim interesie to wszystko? Międzynarodowego socjalizmu, głoszonego przez jakichś Konów, Lewinsonów, Sachsów czy Szapirów z centralnego komitetu PPS?

Trudno powiedzieć, jaką rolę odegrał w tych bratobójczych walkach Piłsudski i czy można stwierdzić, że już wtedy, dwadzieścia jeden lat przed zamachem majowym, unurzał ręce w „kurzu krwi bratniej”. Najwierniejszy z rówieśnych mu hagiografów, Wacław Jędrzejewicz, usprawiedliwia ukochanego wodza, przypominając, że w pierwszym okresie rewolucji leczył się w Krakowie i na Podhalu, twierdząc nawet, że był przeciwny rozdrabnianiu wysiłku w działaniach terrorystycznych, stale domagając się przygotowywania nie bojówek, ale regularnych polskich sił zbrojnych. Jak pogodzić te zapewnienia z faktem, że rychło po powrocie do Królestwa, w samym najgorętszym ogniu rewolty, został Piłsudski szefem Wydziału Bojowego, powierzono mu więc, uznając bez wątpienia najlepszego w tej dziedzinie fachowca w gronie socjalistów, prowadzenie tych właśnie działań, z którymi się nie zgadzał? Trudno sądzić, by szef Wydziału Bojowego nie uczestniczył w podejmowaniu decyzji o kierowaniu „przemocy brutalnej” przeciwko rodakom.

Ale ani Piłsudski, ani jego panegiryści w najobszerniejszych nawet biografiach nie wspominają o tym niczego konkretnego. Enigmatycznie przyznają jedynie, że na Organizację Bojową spadła także „konieczność utrzymywania porządku po polskiej stronie w trudnych chwilach strajku”. Chętnie za to wyliczają ustrzelonych przez bojowców PPS stójkowych, żandarmów, „szpicli” (Bóg jeden wie, czy i jak przed egzekucją weryfikowano taki zarzut) oraz carskich urzędników, podnosząc we wspomnieniach te strzelaniny do rangi „bitwy”, co jest równie przesadne jak nazywanie całej gorączki lat 1904–1906 rewolucją. Była to w istocie fala nieskoordynowanych rozrób, bez wspólnego celu ani kierownictwa, krwawa – w szczytowych miesiącach liczono mordy polityczne na pięćdziesiąt do sześćdziesięciu miesięcznie – i niszcząca. A także demoralizująca. Niektóre akcje PPS, takie jak zastrzelenie generała Markgrafskiego wraz z siedmioletnim synkiem, bo dobrze chronionego szefa tajnej policji nie dało się dopaść inaczej niż podczas rodzinnej wycieczki, czy liczne „eksy”, w których rabowano bynajmniej nie cara, ale kogo popadnie, zacierały granicę pomiędzy walką z zaborcą a zwykłym bandytyzmem – niektórzy bojowcy, z osławionym „Tatą Tasiemką” Siemiątkowskim na czele, mieli zresztą przejść ją potem na dobre.

To w wydarzeniach 1905 roku, które publicystyka narodowców nazwie „przeniesieniem na ziemie polskie rewolucji żydowsko-rosyjskiej”, tkwią korzenie już nie niechęci, ale zimnej nienawiści do końca życia żywionej przez Piłsudskiego wobec endecji – ale też i coraz z czasem silniejszego przekonania Dmowskiego o destruktywnej roli Żydów i ich niemożliwej do przezwyciężenia wrogości wobec polskich dążeń i aspiracji narodowych.

Zacytujmy kolejny fragment relacji Dmowskiego:

„Liga posiadała w Warszawie zakupiony przez siebie dziennik »Goniec«. Dmowskiemu, przebywającemu wówczas w Warszawie za paszportem radcy budowlanego z Przemyśla, Giebułtowskiego, i kierującemu akcją przeciwsocjalistyczną, oświadczył jednego dnia redaktor »Gońca«, że na skutek żądania socjalistów i zgody redaktorów nazajutrz żadne inne pisma poza rewolucyjnymi nie wyjdą. Gdy Dmowski zażądał wyjścia pisma, powołując się na swe prawa jako wydawcy, redaktor złożył dymisję. Wówczas Dmowski zawezwał Ludwika Włodka, polecił zwrócić się do NZR po zecerów i bojówkę i wydać numer. Numer istotnie wyszedł i miał ogromne powodzenie w Warszawie jako jedyne pismo niesocjalistyczne wydane w tym dniu. Gdy tłum socjalistyczny zgromadzony pod redakcją rozpoczął strzelaninę, zraniony został jeden z interesantów w kantorze. Salwy dane w replice zraniły jednego z manifestantów. Manifestacja została stłumiona. Temu faktowi Dmowski zawdzięcza, że przez długie lata nosił w prasie socjalistycznej tytuł »mordercy ludu na ulicach Warszawy«”.

Cytuję ten fragment nie tylko dla uświadomienia czytelnikowi, jak w istocie wyglądała „rewolucja”, którą na peerelowskich akademiach mitologizowano śpiewaniem „Czerwonego sztandaru” i „Warszawianki 1905 roku”, ale i dla charakterystycznego szczegółu: Roman Dmowski przybył do Warszawy kierować akcją przeciwsocjalistyczną na cudzych papierach, pod fałszywym nazwiskiem. Wspomniany w relacji Ludwik Włodek, redaktor endeckiego „Głosu”, miał za sobą niedawną odsiadkę w pruskim więzieniu, gdzie trafił za działalność w Lidze Narodowej. Wspominany już współczesny stereotyp każe zestawiać konspiracyjną działalność represjonowanego Piłsudskiego z jawną działalnością posła do rosyjskiej Dumy Dmowskiego. Piłsudski walczył, a endecy kolaborowali – trąbi od lat sanacyjna i postsanacyjna propaganda. To oczywiście manipulacja, jak wszystkie inne celowa, polegająca na zestawianiu działalności obu przywódców z różnych jej okresów. Tymczasem ich życie i działalność biegły przecież równolegle – mniej więcej w tym samym czasie i Dmowski, i Piłsudski działać musieli w konspiracji, byli więzieni i prześladowani – i w tym samym czasie działali legalnie. Tyle że Dmowski jako poseł do zaborczego parlamentu w zaborze rosyjskim, Piłsudski zaś jako współpracownik zaborczych władz wojskowych i wywiadu w Galicji.

O wyjściu obydwóch z konspiracji zadecydował właśnie rok 1905. Jeśli Piłsudski nie był osamotniony w wierze, że zbrojny „czyn” zorganizowanych pod biało-czerwonym sztandarem bojowców i widok „pierwszy raz przestraszonych i uciekających Rosjan” pozwolą awangardzie klasy robotniczej porwać za sobą do walki polskie masy, to rozczarowanie musiało być straszliwe. W istocie strajki, brutalnie tłumione i ostrzeliwujące się manifestacje oraz zamachy i strzelaniny między PPS-owcami a policją zadziałały wręcz odwrotnie – przestraszyły większość społeczeństwa („tchórzowskiego!” – dodałby tu niewątpliwie Piłsudski) i pchnęły je w ramiona partii ugodowych oraz endecji. Szczególnie tej drugiej, która odpowiadając przemocą na przemoc, jawiła się jako skuteczniejsza obrona przed socjalistycznym zapędzaniem siłą do rewolucji. Przemoc rewolucyjna socjalistów i podjęcie przez NZR wojny domowej przeciw niej zdjęły z narodowców odium formacji równie wywrotowej i groźnej jak socjaliści, ciężące nad nimi u zarania działalności.

„Ziemiaństwo ucieka się pod opiekę Ligi (obrona przed strajkami rolnymi)” – notuje Dmowski na marginesie odbytego w grudniu 1905 roku Kongresu Włościańskiego. „Uczestnicy zjazdu byli delegatami do gmin, było ich przeszło 800 i większość gmin w kraju była reprezentowana. Przygotowany po cichu przez Ligę i zwołany przez podwładne jej organizacje zjazd ten odbył się w największej sali warszawskiej, Filharmonii, z dopuszczeniem na galerię licznej publiczności z obozu narodowego. Przewodniczył Dmowski, podczas obrad zjazdu bojowcy narodowi prowadzili walkę u wejścia z bandą rewolucyjną, usiłującą wedrzeć się do sali. Uchwały zjazdu zaczynały się od słów: »Lud polski, przywiązany do swej ojczyzny polskiej i wiary świętej katolickiej...«. Zjazd ten olbrzymią odegrał rolę w organizacji opinii polskiej w tej dobie”. Przypieczętowaniem zwycięstwa endecji nad socjalistami była uliczna manifestacja po ogłoszeniu przez Mikołaja II proklamacji zapowiadającej amnestię, swobody obywatelskie i polityczne, w tym zwołanie parlamentu – „wielki pochód narodowy, jeden z największych niezawodnie, jakie zna historia Europy. Oceniano go na 250 tysięcy ludzi, w czym niezawodnie jest duża przesada. Pochód imponował porządkiem i dyscypliną. Tym pochodem obóz narodowy przypieczętował swe panowanie w społeczeństwie, które na długo przy nim zostało”.

Oczywiście nasuwa się tutaj czytelnikowi zarzut, że cytuję relację tylko jednej strony. Robię tak specjalnie, aby dać głos tym, którym polska historiografia dotąd głosu nie dawała. Skonfrontowanie punktu widzenia Dmowskiego z legendą 1905 roku tak, jak ją ukształtowali potem lewicowi pisarze międzywojnia i propagandyści PRL, nie będzie dla zainteresowanego odbiorcy trudne – książek chwalących i rewolucję, i PPS, i jej bojowców pełne półki. Ale najprościej spojrzeć na wymierne skutki – na przykład na wyniki niewiele późniejszych wyborów do Dumy. Przy dużej frekwencji (w moim rodzinnym powiecie płockim na przykład poszło wtedy do wyborów ponad osiemdziesiąt procent uprawnionych) weszli do niej w Królestwie wyłącznie endecy i kilku lokalnych liderów przez endecję rekomendowanych. PPS natomiast w ogóle nie próbowała swoich wpływów poddać takiej próbie i ogłosiła bojkot. Motywowano go oczywiście imponderabiliami, a nie świadomością własnej niepopularności (co do której wspomniana frekwencja nie pozwala wątpić), ale gdyby istotnie jakiś znaczący wpływ na wyborców socjaliści wówczas mieli, znacznie wymowniej byłoby wystartować i po wygranej rzucić mandaty albo poparciem dla innych partii nie dopuścić jakoś do tak miażdżącego sukcesu rywali.

Zresztą swojej „popularności” zdobytej w rewolucji 1905 roku doświadczył najdobitniej Piłsudski niecałe dziesięć lat później, gdy wkraczał z Pierwszą Kompanią Kadrową na kielecką prowincję, a potem – gdy żołnierze jego Pierwszej Brygady pojawiali się w innych częściach Królestwa i w Warszawie.

Do lawiny klęsk zwalających się na Piłsudskiego dodać tu trzeba jeszcze niepowodzenie wcześniejsze – fiasko misji w Japonii, gdzie wybrał się w obliczu wojny rosyjsko-japońskiej namawiać rząd w Tokio do sfinansowania i wsparcia logistycznego powstania, które obiecywał wywołać na ziemiach Królestwa Polskiego dla dywersji.

Jaki miał być sens takiej akcji, sam Piłsudski ani wtedy, ani potem nie wytłumaczył. Nie spotkałem się w jego licznych apologiach z żadną próbą racjonalnej obrony pomysłu wywoływania kolejnego narodowego powstania w Kongresówce, równoległego do lania spuszczanego Moskalom przez Japonię pod Mukdenem, Port Artur i Cuszimą. Można tylko mieć pewność, że jeśli bojowcy PPS zdecydowali się na tę ekspedycję, to mieli plany, które wymagały uzgodnień na najwyższym szczeblu. Wyprawę do Japonii poprzedziły bowiem wielokrotne kontakty z europejskimi rezydentami Kempeitai, japońskiego wywiadu, i przyjmowanie od nich pieniędzy na wywrotową działalność antyrosyjską – jeśli PPS chciałaby poprzestać na likwidowaniu konfidentów, stójkowych i żandarmów, a nawet od czasu do czasu kogoś wyżej postawionego, żadne dodatkowe negocjacje z nikim więcej nie były potrzebne.

Samego wyjazdu nie dostrzegać się nie da, ale wcześniejsze kontakty i umowy z Kempeitai są niemal zupełnie w polskiej historiografii pomijane. Z prostej przyczyny – tego, że przyjmował pieniądze od obcych wywiadów, wypierał się potem Marszałek z obsesyjną zajadłością, posuwając się aż do fizycznego likwidowania osób mogących ujawnić przeczące jego zapewnieniom fakty.

Być może Piłsudski, jak chcą jego wyznawcy, posiadł dar genialnego przewidywania przyszłości i tak jak miał potem proroczo przewidzieć wynik pierwszej wojny światowej (sprawa, którą zajmiemy się później), tak też proroczo przewidział coś, czego nie przewidział nikt na całym świecie, włącznie z samymi Japończykami, kierującymi się raczej samurajską zajadłością niż racjonalnymi rachubami: że ten malutki kraik, jeszcze do niedawna postrzegany jako egzotyczna prowincja, tkwiąca głęboko w średniowieczu i feudalizmie, zdoła spektakularnie rzucić na kolana jedno z największych światowych mocarstw – a na pewno najrozleglejsze i najludniejsze z nich. Różnica potencjałów przywodziła przecież na myśl biblijną historię o Dawidzie i Goliacie.

 

W istocie tego, że wojna z tak słabym w powszechnym mniemaniu przeciwnikiem – wojna, do której imperialne siły w Rosji dlatego właśnie parły, przekonane, że będzie łatwym i szybkim zwycięstwem, podbudowującym kruszący się carski zamordyzm – może Rosji aż tak bardzo zaszkodzić, jak się to stało, przewidzieć zawczasu nie można było. Złożyło się na to nie tylko japońskie bohaterstwo, poświęcenie, doskonałe dowodzenie i organizacja, lecz także niewiarygodny bałagan i nieudolność u Rosjan, a przede wszystkim niemożność wprowadzenia do walki posiłków, których wobec małej przepustowości kolei transsyberyjskiej nie było jak dowieźć. Ale mimo maksymalnego wykorzystania swoich atutów i słabości przeciwnika zwycięstwo japońskie osiągnięte zostało „na ostatnich nogach”. Walki zakończono pod naciskiem światowych mocarstw w chwili dla Tokio najkorzystniejszej. A i tak poza tym, że nie dała się upokorzyć i zbudowała prestiż państwa, z którym trzeba się w regionie liczyć, tudzież poza kilkoma symbolicznymi zdobyczami terytorialnymi nic praktycznie Japonia na swoim zwycięstwie nie zyskała. Mediujące w rozmowach pokojowych mocarstwa zwyczajnie na to nie pozwoliły, a Japonia nie mogła naciskać, wiedząc doskonale, że w błyskotliwych zwycięstwach stosunkowo krótkotrwałej wojny praktycznie „wystrzelała się” już z zasobów. Gdyby nie interwencja Anglosasów, gdyby Rosja poszła z Japonią na wojnę przewlekłą, „materiałową”, antycypującą sposobem prowadzenia przyszłe starcie w Europie – prędzej czy później skończyć by się to musiało dla przywódców Nipponu honorowym seppuku.

Spróbujmy sobie wyobrazić maksymalne możliwe zwycięstwo japońskie nad rosyjską potęgą. Pomnóżmy je jeszcze dwa, trzy razy. Wyobraźmy sobie – a co tam! – że Japończycy odbierają Rosji nie tylko Władywostok i wszystkie posiadłości dalekowschodnie, ale jeszcze wielki kawał Syberii, wdzierając się w nią jakimś cudem na kilkaset kilometrów. Co z tego przyszłoby dla Polski? Nawet gdyby Japończycy sięgnęli Uralu, czego, nawiasem mówiąc, nie sposób sobie wyobrazić już w najbardziej nawet pijanym widzie (spójrz, Czytelniku, z łaski swojej, na mapę), i nawet gdyby założyć, że wszystkie posiadane jeszcze po tym siły chcieliby z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu rzucić w sukurs Polsce – jakiej pomocy mogliby udzielić naszemu powstaniu?

Natomiast nietrudno sobie wyobrazić, że bez czekania na jakiekolwiek załatwienie sprawy z Japonią Rosja skierowałaby przeciw naszemu powstaniu całe swoje wojsko, które – stacjonując w jej europejskiej części – w najmniejszym nawet stopniu nie było Japończykami zaabsorbowane.

Wyobraźmy sobie, że Japonia ochoczo przyjęła propozycję Piłsudskiego i jego towarzyszy z PPS, sypnęła groszem i nawet jakimś sposobem podesłała broń dla stworzenia w Królestwie sił powstańczych. Z czego zamierzał je Piłsudski tworzyć?

Proszę nie popaść w anachronizm i nie wywoływać z pamięci obrazu Legionów Polskich powstałych dziesięć lat później u boku armii Austro-Węgier. Mamy trzy lata do aneksji Bośni i siedem do pierwszej wojny bałkańskiej, monarchia habsburska nie popadła jeszcze w strategiczny konflikt z Rosją, nie ma więc śladu przyzwolenia dla jakichkolwiek polskich organizacji paramilitarnych na jej terenie. Przeciwnie, wciąż trwa łączące zaborców porozumienie co do zgodnego zwalczania polskich dążeń wyzwoleńczych – mimo panującej w monarchii autonomii i tolerancji dla Polaków „wichrzyciele” są bezwzględnie wyłapywani i sądzeni bądź oddawani do kraju pochodzenia. Mógłby więc liczyć Piłsudski wyłącznie na siły w Królestwie. A w Królestwie przeniknięta oddanymi mu ludźmi Organizacja Bojowa dopiero się tworzy. Mogłaby wystawić prawdopodobnie dopiero kilka „dziesiątek” (bo tak właśnie, wzorem konspiratorów przygotowujących powstanie styczniowe, jest zorganizowana). Zresztą gdyby nawet była właśnie w szczytowym momencie swego rozwoju, nigdy nie miała tych „dziesiątek” więcej niż kilkadziesiąt.

Domyślam się, że owe konspiracyjne „dziesiątki” miały być awangardą – wystąpić pierwsze i, wedle cytowanego już przekonania sztabskapitana Dąbrowskiego, pociągnąć za sobą lawinę, owocującą błyskawicznym rozrostem powstańczych szeregów do rozmiarów wymarzonej przez Piłsudskiego regularnej armii polskiej, którą przy japońskiej pomocy zdoła wyposażyć. Ruchawki „rewolucji”, która wybuchła po rosyjskich klęskach na Dalekim Wschodzie, najlepiej pokazały, jaka była wtedy realna gotowość Polaków z zaboru rosyjskiego do rzucania się z rewolwerami (a choćby i porządniejszą bronią) na rosyjską potęgę.

Dlaczego zresztą miałaby Japonia w sytuacji, gdy konfrontacja z tąż potęgą wymagała od niej mobilizacji dla zwycięstwa wszystkich sił, wydzielić ze swych skromnych zasobów jakąś znaczącą pomoc dla dalekiej Polski? Na jakiej podstawie Piłsudski na to liczył? Co właściwie mógł konkretnie w Tokio zaoferować – jakie wsparcie, jakie odciążenie dla wojsk szturmujących Port Artur czy Władywostok stanowiłoby powstanie nad Wisłą, a niechby i na Kresach Wschodnich, jeszcze bardziej do niego nieskorych, choćby wystawiło armię stutysięczną, czego też nawet w jeszcze bardziej pijanym widzie nie sposób sobie wyobrazić? I choćby ta armia jakimś niepojętym cudem wyzwoliła z rosyjskich rąk Warszawę, Wilno, Mińsk i Kijów?

Jakkolwiek by patrzeć – wobec fatalnej komunikacji pomiędzy dalekowschodnią a europejską częścią imperium, dla strategicznej sytuacji japońskiej nie miałoby to większego znaczenia.

Jeśli Piłsudski naprawdę wierzył w swoje dezyderaty i uważał ich spełnienie za mieszczące się w prawdopodobieństwie – to nie sposób jego strategicznych zamysłów określić mianem innym niż totalny odlot. Jeśli nie wierzył, to co chciał osiągnąć w zamian za niefrasobliwe narażenie Królestwa Polskiego – wciąż liżącego rany po poprzednim, fatalnym w skutkach powstaniu i wciąż żyjącego pod rygorami wprowadzonego wtedy stanu wojennego – na kolejne pacyfikacje, represje i konfiskaty? Wzmożenie rewolucyjnego ducha – i co dalej?

On sam nie pozostawił, niestety, żadnych konkretnych relacji ani objaśnień na ten temat. Nie potrafił też objaśnić tego współczesnym. „Próbowałem dowiedzieć się od kierowników PPS, co mają zamiar osiągnąć przez ruch powstańczy w Królestwie, jak im się przedstawiają widoki jego powodzenia, jak sobie wyobrażają jego realne skutki. [...] W odpowiedzi dostałem procesję mętnych frazesów, wygłoszonych z ogromną pewnością siebie” – opowiada swoje spotkanie w Japonii z Piłsudskim i Tytusem Filipowiczem obecny tam w tym samym czasie Dmowski. Nikt też inny nigdy w tej kwestii nie usłyszał niczego więcej.

Wypada powiedzieć, że ta eskapada Piłsudskiego – który nie był już przecież wtedy jakimś niemającym pojęcia o realnym życiu małolatem, dobijał z wolna do czterdziestki – jest jedną z najgłupszych i najbardziej wariackich imprez w całych dziejach polskich wysiłków o odzyskanie niepodległości. Ale z drugiej strony widać w niej doskonale specyficzny rys osobowości Piłsudskiego jako konspiratora i przywódcy starań narodowowyzwoleńczych. Przebijać mur głową i przyjmować w tym („brać i nie kwitować”) każdą możliwą pomoc, choćby od samego diabła. Walka jako wartość sama w sobie, jako odzyskanie godności nie niewolniczej.