Złowrogi cień Marszałka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złowrogi cień Marszałka
Złowrogi cień Marszałka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Złowrogi cień Marszałka
Audio
Złowrogi cień Marszałka
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W każdym razie jest skrajną nieprawdą, skrajną niesprawiedliwością twierdzić, że ówcześni Polacy zapomnieli o Polsce, nie myśleli już o niepodległości, nie interesowało ich kultywowanie polskości, przywykli do niewoli, a wszystko, czego chcieli, to żyć sobie dostatniej pod obcym panowaniem.

A kto tak twierdzi? – zapytasz, Czytelniku.

Odpowiedź jest prosta: tak właśnie twierdził bohater niniejszej książki. Wielokrotnie.

I tak dochodzimy wreszcie do najbardziej skrajnego nurtu polskiego insurekcjonizmu – nurtu, którego najwybitniejszym przedstawicielem był właśnie potomek zaściankowej litewskiej szlachty Józef Piłsudski. Nurtu, dla którego cała ta wyżej opisana praca była tylko – by wybrać najdelikatniejsze z używanych przez Piłsudskiego sformułowań – „moszczeniem się” w państwach zaborczych, niewartym uwagi, ba, haniebnym, ponieważ Polak, dopóki trwały zabory, nie powinien godzić się na normalność. Nie powinien podawać Rosjaninowi ręki, wpuszczać go za próg, nie powinien brać udziału w codziennym życiu zaborczego państwa. Powinien je całkowicie bojkotować. Siedzieć głęboko w swej wilczej jamie i dyszeć, czekając chwili, gdy będzie mógł z niej wyskoczyć i zatopić zęby w gardle Moskala. A wszystkie opisane wyżej działania wymagały, wręcz przeciwnie, aktywnego zaangażowania się w „tu i teraz”.

„Pięćdziesiąt lat temu ojcowie nasi w ciemną noc styczniową zerwali się do tej walki, do której i my, ich synowie, się sposobimy. Rocznica najbliższego w czasie i tym droższego naszemu sercu, że PRZEZ TCHÓRZOSTWO POLSKIE TYLE HAŃBIONEGO I OŚMIESZONEGO BOJU nie powinna w naszych szeregach minąć bez śladu. Rozkazuję przeto, co następuje [...]” – takimi słowami (podkreślenie oczywiście pochodzi ode mnie) komendant główny Związku Strzeleckiego, „Mieczysław”, którym to pseudonimem posługiwał się wówczas Józef Piłsudski, rozpoczął rozkaz nakazujący członkom organizacji upamiętnienie rocznicy wybuchu powstania styczniowego (pomińmy, że w istocie nie pięćdziesiątej, ale pięćdziesiątej pierwszej).

Może uznać ktoś, że przesadzam, ale rozpoczynanie tego rodzaju okolicznościowego dokumentu od ataku na „tchórzostwo polskie”, ustawiające całe obchody jako nie tyle uczczenie polskiego bohaterstwa, ale potępienie polskiego tchórzostwa, każe podejrzewać albo polityczne wyrachowanie, w którym czczone bohaterstwo jest tylko pretekstem do ataku na przeciwnika, albo obsesję. Czytając uważnie różne pisma i wypowiedzi Marszałka oraz relację o nim, nabiera się przekonania, że wyrachowanie było tu wtórne wobec obsesji. Od właściwie pierwszych chwil aktywności publicznej przewija się u Piłsudskiego wątek urazy, niechęci do rodaków za to, że nie dość czczą bohaterstwo powstańców i sami nie dość są gotowi się poświęcać. „W rozmowach starszych o ostatnim powstaniu mówiono bardzo mało, a to, co mówiono, było dla mnie wstrętnym – uważano bowiem, że powstanie było nie tylko błędem, lecz i zbrodnią. [...] W społeczeństwie polskim, wyczerpanym walką 1863 r. tyle było strachu, tyle czarnej reakcji, tyle oburzenia na każdą myśl żywszą, że porównanie Rosji z Polską wypadało wówczas dla mnie zawsze na korzyść Rosji. Byłem tym wprost upokorzony” – zapisze w najwcześniejszym z opublikowanych wspomnień. Z wiekiem uraza ta będzie się rozrastać aż do prawdziwej nienawiści i nieskrywanej pogardy dla „zdziecinniałego z tchórzostwa społeczeństwa polskiego”, tej części Polski (ale właściwie nie-Polski, bo właśnie polskości będzie jej odmawiał), która nie chce mieścić się bez reszty w nurcie insurekcjonistycznej ofiary, a nie chce, nie podporządkowując się jego woli. Aż stanie się ona po prostu „kurwami i złodziejami”, których nie tylko trzeba dla oczyszczenia państwa ze słabości i ku uciesze własnych wyznawców „bić”, ale też właściwie ich bicie wystarczy za cały program.

Będziemy do tej obsesji wracać, tu wystarczy stwierdzić, iż taka postawa – można powiedzieć, że będąca zawodową chorobą wszelkiego rodzaju konspiratorów i rewolucjonistów – była logiczną konsekwencją doprowadzenia insurekcjonizmu do skrajności. Kościuszko, Dąbrowski, Poniatowski, z którymi zestawiała propaganda sanacyjna Piłsudskiego, działali w imię politycznego planu. Potrafili – jak Kościuszko, odmawiając Napoleonowi dowodzenia wojskiem Polski marionetkowej, Księstwa Warszawskiego, czy Poniatowski, odmawiając mu wzniecenia antyrosyjskiego powstania – uznać, że w pewnych okolicznościach lepiej nie walczyć. Byli dowódcami wojskowymi, nie konspiratorami, zawodowcami, nie wolentarzami, i kalkulowali, kiedy walka ma szanse powodzenia, a kiedy więcej z niej byłoby szkody niż pożytku.

Ale pomiędzy nimi a Piłsudskim było wielbione przez tego ostatniego powstanie styczniowe, którego jeden z inicjatorów, przypomnijmy, otwartym tekstem przecież wyjaśnił, czemu służyć miał ten krok, wedle wszelkich racjonalnych rachub chybiony i zgubny dla Polski, a nader korzystny dla polityki Prus i dla antypolskiej koterii w carskim aparacie władzy: jeśli nawet wszystkie inne nadzieje zawiodą, to przynajmniej zmusi się Moskali do wylania takiej rzeki polskiej krwi, aby po niej jakakolwiek myśl o pokojowym współżyciu z zaborcą, o ułożeniu z nim jakiejkolwiek współpracy, co za tym idzie – o pogodzeniu się Polaków z zaborem była w ogóle niemożliwa.

Miłość narodu do dowódcy wojskowego pozostała ta sama, ale sami dowódcy niepostrzeżenie zmienili się z wojskowych, w który to zawód wpisana jest racjonalność i kalkulowanie ryzyka, w rewolucjonistów, zwolnionych prawami konspiracji z wszelkiej odpowiedzialności. Piłsudski jako komendant, brygadier, a w końcu marszałek był tej przemiany kwintesencją.

Żeby nie dłużyć tego, co oczywiste, sięgnijmy po jeden z najbardziej czczonych i uwielbianych przez wyznawców tekstów, kanonicznych dla kultu „Pierwszego Marszałka”. List, który pisze Piłsudski do Feliksa Perla przed akcją pod Bezdanami, licząc się ze śmiercią. List, w którym na ten wypadek zleca „Mieczysław” współpracownikowi i przyjacielowi napisanie do PPS-owskiej prasy jego nekrologu.

„Nie idzie mi, naturalnie, o to, bym Ci miał dyktować ocenę mojej pracy i życia – nie! – masz pod tym względem zupełną swobodę, proszę tylko, cobyś nie robił ze mnie człowieka poświęcenia, rozpinającego się na krzyżu ludzkości lub czego tam. Byłem do pewnego stopnia takim, lecz było to za czasów młodości górnej i chmurnej. Teraz nie, to minęło i minęło bezpowrotnie – te mazgajstwa i krzyżowanie się dokuczyło mi, gdym na to i u naszych inteligentów patrzył – takie to słabe i beznadziejne! Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to UBLIŻA [podkreślenie własne autora] – słyszysz! – ubliża mi jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze – ja nie mogę! [...] Nie rozpacz, nie poświęcenie mną kieruje, a chęć zwyciężenia i przygotowania zwycięstwa”.

Jakiż na wskroś szlachetny charakter – zachwycają się nad tymi dumnymi słowami wyznawcy. Zresztą szlachetności nie odmawiali Piłsudskiemu i przeciwnicy. Sam Roman Dmowski w recenzji jego pism nazwał politycznego rywala „szlachetnym socjalistą”, co zresztą w cytowanym być–może–ostatnim–w–życiu liście Piłsudski przywołuje, wyraźnie dumny, że jest człowiekiem, „o którym nawet wrogowie paskudztwa głośno nie powiedzą” (trudno tu nie wtrącić, że za to jemu samemu mówienie o przeciwnikach „paskudztw”, i to w najbardziej „wychodkowych” słowach, przychodziło nader łatwo).

Ale – czy rzeczywiście?

Gdyby wyznania „Mieczysława”, przyszłego Komendanta i Marszałka, w chwili krańcowego poruszenia nerwowego w obliczu śmierci ograniczały się do stwierdzenia: wolę zginąć, niż być „bydlęciem okładanym kijem czy nahajką”, nie miałbym cienia wątpliwości, by mu tę szlachetność oddać. W końcu wychowałem się, tak samo jak i miażdżąca większość z Was, moi Czytelnicy, w tym samym romantycznym duchu, który wyżej ocenia śmierć „na stojąco” niż życie „na kolanach”. Być może zdobyłbym się co najwyżej na lekki przekąs, na przykład cytując słowa Małego Księcia: „To piękne. To poetyckie. Ale to nie jest zbyt poważne”.

Jednak – straceńcza odwaga i pogarda śmierci to cechy pożądane u grenadiera, szturmowca, pierwszego szperacza, czy jak tam w różnych armiach różnych czasów nazywa się tych najlepszych z najlepszych żołnierzy, którzy drą się na wroga w pierwszym szeregu. Ale dla dowódcy niewystarczająca, tym bardziej, im jest on na wyższym szczeblu. Generał nie ma być „żywą torpedą”, kamikaze, nawet wręcz przeciwnie – bo bez elementarnego instynktu samozachowawczego, rozciągniętego na całą powierzoną sobie formację, nie sposób racjonalnie kalkulować ryzyka, a bez tego mowy nie ma o skutecznym dowodzeniu.

O co chodzi, powiedzą Państwo, przecież Piłsudski wyraźnie mówi o zwycięstwie? Owszem, ale pisze o nim nie tak, jak by napisał absolwent Szkoły Rycerskiej Kościuszko czy od małego zawodowy wojskowy książę Józef Poniatowski. Raczej jak siadający do pokera hazardzista. Muszę wygrać – albo niech mnie szlag trafi! I cały świat, was wszystkich, razem ze mną!

Proszę, wczytajcie się Państwo uważnie – zresztą najlepiej weźcie do ręki cały ten list, nie tylko powyższy fragment. Wyznania o niemożności życia w „wychodkowej” atmosferze łączą się i tutaj, na zasadzie kontrastu, z diagnozowaniem tchórzostwa ogółu rodaków, z pogardą dla „humanitarystów” przeciwnych „przemocy brutalnej” (dziś powiedzielibyśmy: terroryzmowi), których nazywa Piłsudski: „histeryczne panny, nieznoszące drapania po szkle, ale znoszące pranie ich po pysku”. „Chcę [...] podkreślić tę gorzką bardzo prawdę, że w społeczeństwie, które walczyć o siebie nie umie, które cofa się przed każdym batem spadającym na twarz, ludzie ginąć muszą nawet w tym, co nie jest szczytnym, wielkim i pięknym. No, to tyle”.

Ostatnie zdanie, powie ktoś, w bardzo churchillowskim duchu: nie ma co unikać wojny, wybierając hańbę, bo będzie i hańba, i wojna. Ale Churchill kierował swoje słowa do polityków. Piłsudski przemawia zaś za pośrednictwem czegoś w rodzaju ideowego testamentu, którym w istocie jest ten szkic ewentualnego nekrologu, do ogółu Polaków: ludzie muszą ginąć. Czyli – wy musicie ginąć. Kto, tak jak ja, nie woli umrzeć lub zwyciężyć, ale chce żyć „w wychodkowej atmosferze” obcego zaboru, ba, jeszcze mu się roi, że w tym smrodzie da się wyhodować jakieś „kwiaty polskości” – tak oto brutalnie sprowadza przyszły Naczelnik odrodzonej Polski do zera cały wspominany wyżej ogrom „pracy narodowej” – ten jest pozbawiony „godności nie niewolniczej”. Czyli jest człowiekiem gorszym, niepełnym, pytanie zresztą, czy w ogóle człowiekiem.

 

Powie ktoś – dokument szczególnego rodzaju, zapis chwili szczególnie trudnej, maksymalnego wzburzenia. Pozostawmy na boku dyskusje na ten temat, choć równie dobrze powiedzieć można: wzburzony czy nie, pisze tu „Mieczysław” z pełną świadomością, że właśnie te jego przedśmiertne wyznania mają wyznaczać pamięć o nim.

Namawiam do prostszego testu: po prostu przyjrzyjmy się praktyce działania Organizacji Bojowej PPS, przez bohatera tej książki stworzonej i kierowanej.

Oto jedna z jej pierwszych akcji – listopad 1904 roku, Warszawa, kolejna z cyklu patriotyczno-religijnych manifestacji, rozpoczynanych tradycyjnie nabożeństwem. Pomiędzy wychodzących z kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim miesza się kilkudziesięciu bojowców Organizacji (jak wówczas jeszcze się ona zwała) Spiskowo-Bojowej PPS, którzy wreszcie doczekali się większej liczby uzbrojenia, trzydziestu ośmiu rewolwerów przeszmuglowanych z zagranicy przez jednego z najbliższych współpracowników Piłsudskiego, Walerego Sławka. I gdy, jak zwykle, pojawiają się kozacy i zaczynają wznoszący patriotyczne hasła i religijne śpiewy tłum rozpędzać nahajami, bojowcy ze środka tłumu otwierają do nich ogień.

Po fakcie akcję uznają za sukces: paru kozaków zabito i raniono, a wszyscy bojowcy zdołali, ostrzeliwując się, umknąć cało i zdrowo. Zemsta na zaborcy za wszystkie dotychczasowe represje, a zwłaszcza za pobitych, poranionych i zabitych podczas rozpędzania poprzednich demonstracji, została wywarta.

Wiadomo, że z czasem ludzka wrażliwość się zmienia, że na naszych przodkach sprzed ponad stu lat śmierć robiła dużo mniejsze wrażenie. Ale nawet człowiek ówczesny, jeśli nie był ogarnięty wyłączającą elementarne ludzkie odruchy obsesją „przemocy brutalnej”, która wszystko usprawiedliwia, nie mógł czynu PPS-owców nie uznać za nieodpowiedzialność graniczącą ze zbrodnią.

Przecież – czy trzeba to tłumaczyć? – strzały ze środka tłumu były oczywistym zaproszeniem Rosjan do odpowiedzi salwą skierowaną w tenże tłum. W większości złożony z osób przypadkowych i bezbronnych. Taka salwa zaś oznaczała masakrę manifestantów. Akurat w tym wypadku do tego nie doszło tylko dlatego, że Rosjanie nie byli przygotowani na strzały z tłumu i pogubili się w sytuacji – zadowolili się potem polowaniem na uciekających i pastwieniem się nad ludźmi chroniącymi się przed strzelaniną w kościele, których bito, a później, na zasadzie czystego przypadku, więziono i zsyłano. Co OSB PPS oczywiście nie wyprowadziło z głębokiego przekonania, że weszła na właściwą drogę, ani nie zachwiało dumą, że pierwszy raz od dawna widziano w Warszawie „Rosjan przerażonych i uciekających”.

Trudno wniknąć dziś w psychikę bojowców. Może uważali, że do tłumu strzelano nie raz wcześniej, więc ich działanie jest tylko usprawiedliwionym odwetem. Może nie myśleli o tym, wiedząc, że „ludzie muszą ginąć”. Może, podobnie jak przywoływany już dwudziestotrzyletni przywódca powstania styczniowego Stefan Bobrowski, zgadzali się, że im więcej krwi wyleją z Polaków Moskale, tym lepiej; braciom, synom i innym krewnym zabitych tym trudniej będzie potem układać sobie normalne życie w „wychodku” zaboru. Im więcej rosyjskich represji, tym łatwiej będzie o nowych desperatów na miejsce tych, którzy zostaną złapani albo zastrzeleni.

Każdy terroryzm – jakkolwiek nie w smak byłoby tak mówić o naszej chwalebnej przeszłości – działa w dwóch kierunkach. Sterroryzować trzeba nie tylko wroga, ale i swoich. Bo zwolennicy sięgania po „przemoc brutalną”, nawet najwznioślej umotywowaną, zawsze i wszędzie stanowią mniejszość. Taka już ludzka natura. Partyzantka, czy to leśna, czy miejska, wymaga zaś wsparcia, życzliwej współpracy otoczenia, w którym działa. Pieniędzy, zaopatrzenia, co najmniej zaś milczenia przed wrogiem. Czym się dla partyzantki kończy próba działania w otoczeniu wrogim, doświadczali nieraz powstańcy z 1863 roku, denuncjowani przez chłopów, czy to z niskich pobudek, dla nagrody, czy ze zwykłego strachu przed represjami, jakie mogły spotkać wieś, która była miejscem powstańczego biwaku i ukryła to przed władzą.

Więc patriotyczne wzniosłości sobie, a zwykła konieczność sobie. Trzeba i „swoim” przemówić do rozumu – prosto i skutecznie. Próżno szukać w powstańczej ikonografii, pełnej obrazów przekuwanych na sztorc kos i bohaterskiej, rycerskiej walki z przeważającymi wojskami wroga, konterfektów skrytobójców, sztyletników, sykariuszy. Ale przecież wszyscy wiemy, że byli i że równie często jak Rosjan zabijali Polaków. Nawet częściej, bo było to łatwiejsze. Za odmowę zapłacenia „narodowego” podatku, za nieposłuszeństwo państwu podziemnemu, za prawdziwe lub domniemane akty donosicielstwa czy innego rodzaju kolaboracji. „Przemoc brutalna” nie daje się oddzielić od zwykłej zbrodni. Prowokowanie zaborcy do terroryzowania własnego społeczeństwa, by móc mu tym dobitniej powiedzieć: taka jest gorzka prawda, że jako Polacy cierpieć i ginąć musicie tak czy owak, wasz wybór tylko, czy pięknie, w walce, czy niepięknie – trudno jako metodę walki uświęcać.

Pamiętajmy, że mówimy o epoce, która nie znała jeszcze bolszewizmu i nazizmu. Polacy w imperium carskim i innych państwach zaborczych bywali traktowani jako obywatele drugiej kategorii i upośledzani w dostępie do awansu, ale nie groziła im śmierć ani fizyczne represje za sam fakt bycia Polakami. Zdecydowana większość nie uznawała atmosfery zaboru za „wychodkową” i nienadającą się do życia, robiła kariery, zdobywała wykształcenie, prowadziła interesy, wielu Polaków wchodziło do korpusów oficerskich zaborczych armii, pracowało w zaborczej administracji. Nie byliśmy wtedy w sytuacji Żydów z warszawskiego getta, wybierających między śmiercią z bronią w ręku a śmiercią w komorze gazowej.

Wypadki na warszawskim placu Grzybowskim nie były natomiast wyjątkiem, ale regułą w działaniu socjalistów. Wielokrotnie zdarzało się bojowcom PPS miotać bombą w carskiego urzędnika czy otwierać ogień do żandarmów na zatłoczonej ulicy bez cienia troski o przypadkowe ofiary. „Żal nam, że ucierpieli niewinni, ale uniknąć tego nie można w walce” – pisał o jednym z takich zdarzeń anonimowy autor odredakcyjnego artykułu w „Robotniku”, najprawdopodobniej sam Piłsudski. Co mówić o masowych (wedle historyków przyniosły one PPS ponad milion rubli, trzykroć więcej niż wszystkie razem wzięte subwencje japońskie, o których za moment) zbrojnych rabunkach, które od zwykłych różniły się tylko tym, że na miejscu rozboju pozostawiano kwitek „skonfiskowano tyle a tyle, PPS” i że bezpośredni sprawcy sumiennie oddawali łup do centrali, gdzie Piłsudski i jego współpracownicy równie sumiennie zużywali go na potrzeby partyjne? Okradano przecież nie zaborców, ale rodaków, co prawda „burżujów”, ale zwykle z wypłat i oszczędności ich pracowników – kasy fabryczne czy sklepowe były ulubionym celem tych, jak je socjaliści nazwali, skracając trudne słowo „ekspropriacja” – „eksów”. Cóż się dziwić, że nie tylko zaborcy, ale i prości Polacy uważali socjalistów za zwykłych bandytów i strzelali do nich równie chętnie jak żandarmi?

Pomijając moralny aspekt rabowania rodaków, lekceważenia życia przypadkowych przechodniów, wystawiania bezbronnych na cel represji czy wręcz używania ich w roli żywych tarcz – jaka była skuteczność takiej walki? Komu w istocie wyrządzało szkodę strzelanie do kozaków, a także inne terrorystyczne akcje prowadzone przez socjalistów? Ze strony zaborcy ginęli szeregowcy. „Przemoc brutalna” dosięgła tu prostego kozaka, tam żandarma albo stójkowego. Dla carskiego imperium to straty łatwe do przebolenia. Nawet gdy udawało się dosięgnąć kapitana albo pułkownika, ba – choćby i samego gubernatora, to i kandydatów na kolejnych generałów i gubernatorów miał car pod dostatkiem.

Represje natomiast, którymi oczywistą koleją rzeczy odpowiadał na terror zaborca, podcinały w zaraniu całą „pracę narodową”. Na terror automatyczną odpowiedzią musiał być zakaz działania polskich organizacji, niszczenie z trudem budowanej obywatelskiej samoorganizacji, zaostrzanie praw wojennych, odbieranie Polakom szkolnictwa, słowem, pozbawianie ich tego kapitału społecznego, który był niezbędny do realistycznego myślenia o odzyskaniu własnego państwa i narodowej podmiotowości.

Tylko że zwolennicy i przywódcy skrajnego insurekcjonizmu, rozwiniętego przez socjalistów w nurt nieustającej „akcji bezpośredniej”, nie dopuszczali rozumowania w takich kategoriach.

„W rewolucji najważniejszą sprawą jest śmiałość i szybkość działania, wskutek czego małe na początku siły wzrastają jak lawina” – napisał Jarosław Dąbrowski, jeden z przywódców powstania styczniowego, a potem Komuny Paryskiej. Dąbrowski wyniósł wykształcenie wojskowe z rosyjskiej akademii, zdobywając tam stopnień sztabskapitana, ale to strategiczne wskazanie, którym kierował się on i wielu innych, nie pochodziło z wojskowych podręczników, tylko z wiary wspólnej wszystkim rewolucjonistom świata, że szerokie masy tylko czekają na rewolucję i na sygnał do niej. Byle zacząć, choćby z garstką zapaleńców uzbrojonych w dubeltówki i kosy, byle uruchomić rewolucyjną lawinę, reszta przyjdzie sama.

Rzeczywistość tej wierze zaprzeczała wielokrotnie, pod niemal każdą szerokością geograficzną. W Polsce także. Większość społeczeństwa nie chciała być nieustannie na wojnie. Polacy byli i tak pod tym względem wyjątkiem, gdyż do walki dawali się poderwać – choćby niechętnie, wręcz nawet uznając bezsens tego kroku, jak sam Romuald Traugutt, ale ustępując pod szantażem honoru i patriotyzmu – co pokolenie. Ale pomiędzy tymi zrywami następowały długie okresy depresji, przetrącenia, niszczące społeczną tkankę i kapitał nie mniej, a może jeszcze bardziej niż represje.

Insurekcjonizm wyciągnął z tego dwa wnioski. Pierwszy – powstanie trzeba przygotować. Umocnić się jako naród, wzbogacić, zjednoczyć wokół wspólnego celu, zorganizować, położyć podstawy pod siłę zbrojną. O tej szkole mówiliśmy wcześniej.

Drugi – i to jest droga Piłsudskiego – walczyć i przykładami niezłomności podrywać innych do walki bez ustanku, przy każdej okazji, w każdej możliwej sytuacji. Przeklinając przy tym tchórzowskie współczesne czasy „skarlenia”, „ogólnego zepsucia i demoralizacji” i na zasadzie contra spem spero wierząc, że jednak przykład i ofiara walczących sprawią, iż duch narodowy dozna „przebudzenia”.

Nie interesuję się sportem, ale większość czytelników zapewne tak, dlatego użyję porównania z czymś tak popularnym jak piłka nożna. Jeśli wyobrazimy sobie walkę o Polskę jako mecz piłkarski, to spór między endecją, ludowcami i nawet częścią socjalistów z jednej a Piłsudskim z drugiej strony przypomina spór o to, czy nasi piłkarze powinni realizować jakąś założoną koncepcję gry, podawać sobie nawzajem piłki, wypracowywać sytuację i strzelać dopiero wtedy, gdy któremuś uda się wyjść na „czystą pozycję” do strzału – czy też należy z każdego punktu pola, z każdej piłki, jaka się tylko nadarzy, nawet nie tracąc czasu na przerzucanie jej na wygodniejszą nogę, walić z całej siły w kierunku bramki przeciwnika. Bo w ten sposób napełni się go trwogą, a we własnej drużynie od tej nieustannej strzelaniny nastąpi takie wzmożenie bojowego ducha, że po prostu zmieciemy przeciwników z boiska samym entuzjazmem.

Wbrew więc wszystkiemu, co kolejnym pokoleniom wtłaczano w tej sprawie do głowy – spór między PPS a endecją to nie był spór o to, czy chcemy mieć wolną Polskę, czy też umościć się wygodnie pod zaborami. Kto tak twierdzi, powtarza bezmyślnie propagandę sanacyjnego reżimu. Nie był to nawet spór o to, czy „bić się czy nie bić”. To był spór o to, „kiedy się bić, a kiedy zbierać siły”.

Wprasowanie przez piłsudczykowską propagandę po latach całej tradycji „pracy narodowej”, całej walki cywilnej, z takim sukcesem prowadzonej w przełomowych dziesięcioleciach końca wieku XIX i początku XX, w tradycję rezygnacji z narodowych aspiracji i tradycję ugodową, postawienie znaku równości między Zajączkiem, Wielopolskim, Dmowskim, Witosem, Sikorskim, Hallerem po to, by wszystkich ich hurtem umieścić po jednej stronie rachunku, a po drugiej, tej jedynie słusznej, zwycięskiej, żeby pozostał tylko genialny i najbardziej zasłużony z zasłużonych Marszałek oraz jego wierni leguni – to po prostu całkowity fałsz, propagandowe kłamstwo i świństwo.

 

Świństwo na dodatek motywowane wcale nie tyle sporem politycznym, ideowym, co przede wszystkim – personalnym.