Złowrogi cień Marszałka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złowrogi cień Marszałka
Złowrogi cień Marszałka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Złowrogi cień Marszałka
Audio
Złowrogi cień Marszałka
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oczywiście po paru latach, jak zwykle, okazało się, że nadzieje były płonne – ale pamięć wystawnej procarskiej demonstracji na pewno miała swój udział w zajadłości, z jaką bohater naszej opowieści będzie miotał cytowane na dalszych jej stronach oskarżenia Polaków o tchórzostwo i niewolniczy upadek ducha.

Rozkwitła natomiast polityka ugodowa w Galicji, po tym jak rygory austriackiego zaboru (pierwotnie, czego narodowa pamięć nie zachowała, równie bezwzględne jak represje pruskie czy rosyjskie) ustąpiły tam miejsca autonomii, a przyjęcie dualnej formuły cesarstwo-królestwa dały nadzieję na rozbudowanie jej z czasem w państwo austro-węgiersko-polskie. Ta nadzieja wydała całe pokolenie znakomitych urzędników, na czele z Kazimierzem Badenim, dowódców wojskowych i liderów społecznych, którzy bardzo się przydali niepodległej Polsce, ale do czasu zarysowania się realnej perspektywy jej wskrzeszenia działali na rzecz państwa austro-węgierskiego, a nie budowy państwa polskiego.

Dało to potem Piłsudskiemu uzasadnienie do bezwzględnego ich niszczenia, w którym nie wahał się sięgać po najnikczemniejsze sposoby. Z przyczyn osobistych jego szczególnie znienawidzonymi wrogami stali się wojskowi i politycy związani z krakowskim Naczelnym Komitetem Narodowym, z którymi toczył w latach Wielkiej Wojny zawziętą walkę o zapanowanie nad Legionami i przejęcie władzy nad rodzącymi się polskimi instytucjami – ale nienawiść tę uogólnił na całe nurty polityczne, konserwatywny, ludowy i narodowodemokratyczny, choć endecy, wbrew stereotypowi należący do tradycji insurekcji, a nie ugody, konsekwentnie Komitet bojkotowali, uznając za haniebną narzuconą Legionom austriacką rotę przysięgi, nieposzerzoną o jakiekolwiek odniesienie do polskich aspiracji niepodległościowych. W ramach przebudowy pamięci historycznej przeprowadzonej w II RP pod dyktando bohatera tej książki i jego ludzi z ugodowców uczyniono więc hurtem zdrajców, a ich krytykę insurekcjonizmu utożsamiono z wynarodowieniem i kolaboracją.

W istocie sądzę – nie mam możliwości naukowego udowodnienia tej tezy, nie wiem nawet, czy to w ogóle możliwe, przedstawiam ją więc tylko jako swoją intuicję – że przyczyną upadku idei ugodowej nie była wcale jej niepopularność w polskim społeczeństwie. Wiele wskazuje, że wbrew mitowi była ona zawsze bardziej popularna od idei niepodległościowej, nawet mimo prowokowanych przez wyznawców tej ostatniej represji, co zresztą prowadziło ich do zachowań coraz bardziej aberracyjnych. Przyczyny, dla których dążność do ugody nie przyniosła owoców, leżały poza Polską. W Prusach, nastawionych, wedle doktryny Bismarcka, na całkowite zniszczenie Polaków, o ugodzie w ogóle nie było mowy, toczono tu zawziętą „najdłuższą wojnę współczesnej Europy”. Austro-Węgry nie mogły się rozwinąć w potrójną monarchię polsko-austriacko-węgierską, bo się rozpadły wskutek błędów swojej polityki wewnętrznej i marnej jakości elit rządzących. W Rosji polscy ugodowcy nie znajdowali zaś nigdy rozumnego partnera do współpracy. Przeciwnie, zawsze górę brali w carskim reżimie skorumpowani tępacy, nierozumiejący innej polityki niż knut i pałka i całkowicie niezdolni do rozumowania w kategoriach politycznych korzyści, które mądre ułożenie się z Polakami mogłoby dać carskiemu imperium – co się ostatecznie jak najfatalniej skończyło dla samej Rosji.

* * *

Insurekcjonizm, który w czasach najnowszych wepchnął się na centralne miejsce w rozumieniu polskiego patriotyzmu, nie od razu miał oblicze tak nieprzejednane. Dlatego aby je potem uzyskać, musiał dokonać poważnych korekt wizerunkowych na pierwszych bohaterach, do których się przez dziesięciolecia odwoływał. Stąd na przykład zniknięcie z polskiej pamięci Tadeusza Kościuszki po fatalnej bitwie pod Maciejowicami. Naczelnik spada z konia, idzie do rosyjskiej niewoli – i tak jakby już umarł. A przecież przeżył jeszcze całą epopeję napoleońską i chociaż namawiany, odmawiał zarówno Napoleonowi legitymizowania Księstwa Warszawskiego, jak i carowi – Królestwa Polskiego, długo pozostawał aktywny, zakładał Towarzystwo Republikanów Polskich, pisał książki. Ale ten pomaciejowicki Kościuszko był już dla swych późnych wnuków nie dość niezłomny, skoro nie tylko, w imię ratowania z niewoli nie tyle siebie samego, co swoich żołnierzy, złożył carowi wiernopoddańczą przysięgę, ale i dla pozostania jej wiernym odmawiał włączenia się w dalsze niepodległościowe walki. Podobnie skrócono obecność w historii bohatera polskiego hymnu, Jana Henryka Dąbrowskiego, zapominając, iż to on był pierwszym naczelnym wodzem wojsk „kongresowego” królestwa. A już szczególnie podle potraktowany został książę Józef Poniatowski.

Poniatowski jako dowódca wojskowy i polityk wielokrotnie pokazał, jak odwagę łączyć z rozsądkiem i odpowiedzialnością. Weźmy jako pierwszy przykład jego sukces w wojnie 1809 roku – pierwszy samodzielnie odniesiony sukces wojska polskiego od czasów wiktorii wiedeńskiej. Był on skutkiem wycofania się w porę ze straconych pozycji pod Raszynem i wykorzystania politycznego „ciśnienia” Austriaków na jak najszybszy spektakularny sukces do zawarcia takiego układu o kapitulacji Warszawy, który w efekcie okazał się korzystniejszy dla kapitulujących niż dla zdobywców. Uwiązawszy tym układem najeźdźców w okupowanej stolicy, sam zaczął Poniatowski odbierać im miasta galicyjskie, w pierwszym rzędzie Lublin. I tu miało miejsce zdarzenie, zapisane przez pamiętnikarzy, które jak w soczewce pokazało całą różnicę klasy pomiędzy tym wodzem a wieloma odwołującymi się potem do jego tradycji.

Otóż przywitany w Lublinie z niesłychanym entuzjazmem przez miejscową ludność, która z punktu, spontanicznie rzuciła się likwidować wszelkie ślady po zaborcy, zebrał Poniatowski włodarzy miasta i przemówił do nich w tym duchu: panowie, podjąłem akcję ryzykowną, wojsko polskie da z siebie wszystko, ale ostateczny wynik wojny nie zależy od nas, tylko od rozstrzygnięć na zachodnim froncie, tam, gdzie z głównymi siłami austriackimi walczy Napoleon. Trzeba się więc liczyć z tym, że zaborcy za jakiś czas do Lublina powrócą. Aby na taką okoliczność uchronić miasto i ludność przed ich zemstą, nakazuję wam powściągnąć wyrazy entuzjazmu i oficjalnie wydaję rozkazy, które za niepodporządkowanie się zarządzeniom armii polskiej karzą śmiercią. Gdyby koleje wojny się odwróciły, udowodnicie nimi, że Lublinianie działali pod przymusem.

Ten sam Poniatowski, przypomnę, po katastrofie wyprawy na Moskwę wprost odmówił Napoleonowi wzniecenia na ziemiach polskich „wojny ludowej” kolejnej insurekcji, która miałaby zatrzymać nieuniknioną ofensywę Rosjan na Zachód. Napoleon myślał rozsądnie, w kampanii włoskiej działania powstańcze wiernej katolicyzmowi ludności sprawiały Francuzom i naszym Legionom znacznie więcej problemów niż marnie na ogół walczące wojska papieża i królów Neapolu czy Obojga Sycylii. Ale książę Józef też myślał rozsądnie i wiedział, że ta przysługa wobec uwielbianego skądinąd wodza musi pociągnąć za sobą straszne straty i zniszczenia dla kraju i jego ludności, kolejne rzezie Pragi, zapamiętane z czasów insurekcji. Ogłosił pobór nowych roczników, uzupełnił nimi zdziesiątkowane w kampanii rosyjskiej wojsko i wyprowadził je w ślad za Wielką Armią Napoleona na zachód, skąd niedobitki wróciły ze sztandarami, honorami i trumną naczelnego wodza trzy lata później, by stać się zalążkiem odtwarzanej pod berłem cara-króla armii Królestwa Polskiego. Hasła do kolejnej insurekcji nie dał.

Polski insurekcjonizm był u swego zarania śmiały, ale nie był straceńczy. Wojna w obronie Konstytucji 3 maja, przy ówczesnym stosunku potencjału okrojonej wprawdzie pierwszym rozbiorem, ale wciąż ogromnej Polski do Rosji i Prus, miała szanse powodzenia. O przegranej zadecydowała zdrada Stanisława Augusta Poniatowskiego i jego przystąpienie do Targowicy. Jest też sporo argumentów na rzecz teorii, że gdyby wówczas Józef Poniatowski uległ namowom oficerów i na czele zbuntowanych wojsk podniósł oręż przeciwko stryjowi-targowiczaninowi, to taka insurekcja, dokonana w znacznie korzystniejszych warunkach i przy większym stanie posiadania polskiej armii niż w dobie marszu Madalińskiego, skończyłaby się sukcesem. Mimo mniejszego potencjału sukcesem mogła się zresztą zakończyć także insurekcja kościuszkowska – gdyby nie błędy Naczelnika, wbrew legendzie pozbawionego szczególnego wojskowego talentu i działającego według wyuczonych fryderycjańskich schematów. Pozostawmy na boku kuszące wizje historii alternatywnej, w której po detronizacji „Ciołka – Stanisława” albo błyskotliwych zwycięstwach rewolucyjnej armii pod Szczekocinami i Maciejowicami rodzi się Republika Polska, i pytania, czy byłaby ona w stanie zwyciężyć, czy tylko opóźniłaby ostatni rozbiór o kilka lat. Ważne jest, że u swego początku w wojskowych konspiracjach chodziło o to, aby wygrać. Dopiero z czasem zatruł je samobójczy patos i mistyczna wiara w wartość ofiary składanej z siebie i rodaków jako aktu samego w sobie.

Stało się jednak, jak się stało, i – jak to opisał Andrzej Kijowski w klasycznym już eseju o wawelskiej krypcie Świętego Leonarda – „naród zdradzony przez króla przeniósł swe uczucia na wojsko i jego dowódców; wojsko zaczął odtąd uważać za swą własność i reprezentację, a jego dowódców za wodzów ogółu. [...] Tę miłość do wojskowych dowódców żywiła nadzieja odwetu, która przez cały wiek niewoli stanowiła z konieczności jedyną naprawdę trwałą polską doktrynę polityczną”.

Czy była to istotnie „jedyna naprawdę trwała” doktryna polityczna, czy w ogóle była to doktryna polityczna, czy jedynie pewien zbiorowy odruch, by nie rzec ostrzej – stadny nawyk, o to bym się akurat spierał. Ale na razie ważne jest tylko stwierdzenie faktu: postać Piłsudskiego, sposób, w jaki istniał, i fakt, że mógł w taki sposób zaistnieć, wynikają z wiekowej tradycji, w miarę kolejnych upadających powstań coraz silniej skonsolidowanej. Kościuszko, książę Józef, jenerał Dąbrowski – to trzy postaci, z którymi najczęściej zestawiany jest we współczesnych sobie i późniejszych panegirykach Józef Piłsudski. Niewiele rzadziej, z racji na kult żywiony przez Marszałka dla tej powstańczej akcji, pojawiają się w tym poczcie Ludwik Mierosławski, Romuald Traugutt i inni przywódcy powstania styczniowego. Wszyscy oni przygotowują miejsce dla „Wskrzesiciela Ojczyzny”, który oczywiście nad nimi góruje. Czym? W micie – wszystkim, ale mówiąc prawdę, wyłącznie sukcesem. Czy ten sukces zawdzięczał sobie – o tym będzie dalej sporo.

 

Po klęsce powstania styczniowego insurekcjonizm rozszczepił się na kilka nurtów: socjalistyczny, ludowy i narodowodemokratyczny. Być może czytelnika zdziwi to proste stwierdzenie faktu, bo przywykł do ustawiania Piłsudskiego i Dmowskiego na dwóch przeciwległych biegunach, przy czym ten pierwszy reprezentować miał nieprzejednaną wolę walki o niepodległość kraju, a drugi ugodowość, pogodzenie z zaborcami i starania wyłącznie o to, aby Polakom w ramach wielkiego imperium rosyjskiego żyło się lepiej. Jest to narracja propagandy sanacyjnej, całkowicie fałszywa i ahistoryczna. Kłamstwo, że legioniści i ich „drogi wódz” przelewali krew „osamotnieni”, było potrzebne dla legitymizacji dyktatury i wzniosłego uzasadnienia przyziemnej pazerności piłsudczyków na stołki oraz wpływy. Fakt, że kierownicze posady w ministerstwach, urzędach, bankach i licznych w międzywojniu spółkach z przemożnym udziałem Skarbu Państwa dzielono według klucza towarzyskiego pomiędzy zaufanych Marszałka, ci zaś rekrutowali się głównie z PPS, Pierwszej Brygady i POW, można było dzięki tej narracji obronić: ci mają moralne prawo Polską rządzić, którzy ją własną krwią wywalczyli.

Prawda jednak była taka, jak ją wówczas, na przełomie wieku XIX i XX, przedstawiano w konserwatywnych pismach krakowskich i warszawskich, dla których socjalizm i nacjonalizm były to dwie twarze radykalizmu, równie dla sprawy polskiej – jak ją ugodowcy pojmowali – niebezpieczne i równie godne potępienia. („Ci, którzy twierdzą, że jestem »czerwony«, bo jestem narodowym demokratą, mylą się. Ja jestem ND-ekiem, ponieważ jestem nowożytnym konserwatystą” – musiał wybitny dramaturg Karol Hubert Rostworowski tłumaczyć w liście do siostry różnicę, która najwyraźniej współczesnym umykała).

Czymże zatem różniła się Liga Polska, z której wyrośli Roman Dmowski, Zygmunt Balicki i Jan Ludwik Popławski, od tradycji wspomnianych wodzów i wszystkich emigracyjnych emisariuszy pracujących niestrudzenie nad wzniecaniem kolejnych powstań? Czym różniła się demokracja postulowana przez Towarzystwo Demokratyczne Polskie od demokracji późniejszej endecji, Narodowej Demokracji? Otóż pierwotnie zasadniczo niczym. A finalnie – tym, czym się różni tak zwany polski pozytywizm od polskiego romantyzmu, czyli Bolesław Prus od Adama Mickiewicza. Czyli też zasadniczo niczym. Celów nie zmieniamy, tylko analizując poniesione klęski, szukamy skuteczniejszej metody ich zrealizowania. Proszę, oto, jeśli mi ktoś nie wierzy, znamienny cytat z fundamentalnego dzieła Dmowskiego: „W dobie popowstaniowej publicyści szkoły krakowskiej, potępiający powstania, wiele się znęcali nad młodzieńczymi słowami Mickiewicza: »Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił«. Nie to było grzechem organizatorów powstań, że »mierzyli siły na zamiary«, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary nie umieliby dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze, do czego dążą. Zasady »mierzenia zamiaru według sił«, w istocie słusznej, bardzo łatwo nadużywać dla usprawiedliwienia lenistwa i braku odwagi. Tymczasem wielkie zamiary, wielkie cele, bardzo na pozór przerastające siły, bywają przeważnie urzeczywistniane, jeżeli ci, co je sobie stawiają, wiedzą dobrze, do czego idą, i wszystkie swe siły ku jednemu zwrócą celowi”.

Czy można jaśniej? Wbrew wrednemu stereotypowi, ukutemu przez propagandę piłsudczyków, narodowa demokracja nie była – jak warszawski, petersburski i galicyjski konserwatyzm – odrzuceniem insurekcjonizmu, ale jego dojrzalszym, mądrzejszym wcieleniem.

Liga Polska była kolejną emigracyjną organizacją założoną przez byłych powstańców, by przygotowywać następne powstanie. Pozostawała w kręgu myśli wspomnianego już Towarzystwa Demokratycznego Polskiego: przegrywamy przez egoizm szlachty, wygramy, jeśli dla powstańczej sprawy pozyskamy lud. Narzekałem wielokrotnie, i w tej książce jeszcze kilka razy będę to robił, na niedocenienie i niedostateczne zbadanie w polskiej historiografii myśli Dmowskiego, Popławskiego i Balickiego. Ale jeszcze bardziej zepchnięto w niepamięć korzenie, z których ona wyrosła. Być może dlatego, że właśnie najpobieżniejsze nawet prześledzenie, kiedy i jak rodziły się idee podjęte przez Ligę Narodową – jak nazwali swoją frondę z Ligi Polskiej wyżej wymienieni – pokaże, że pochodziły z tego samego źródła, co idee Piłsudskiego: z powstania styczniowego.

Z tym że Piłsudski znał powstanie z tradycji rodzinnej i z literackich apologii wysiłku zbrojnego, endeków kształtowała natomiast myśl Zygmunta Miłkowskiego, skądinąd zawodowego wojskowego, pułkownika, weterana powstania i działacza popowstańczej emigracyjnej „centralizacji”, z której wyrosła protoendecja, związek młodzieżowy „Zet”, a potem wspomniana Liga Polska. Ale także myśliciela i pisarza, starającego się racjonalnie analizować doświadczenie powstania. Dziś cokolwiek pamięta się o Miłkowskim jako o Teodorze Tomaszu Jeżu, pod którym to pseudonimem napłodził niemal równie wiele książek jak dzierżący rekord w tej dziedzinie Józef Ignacy Kraszewski – równie jak w wypadku Kraszewskiego poczciwych i literacko miernych. Natomiast do jego broszury „Rzecz o obronie czynnej i skarbie narodowym” od dziesięcioleci mało kto zajrzał. A to tam, pod ową nazwą „obrony czynnej”, pojawia się po raz pierwszy idea walki cywilnej, którą rozwinie potem Jan Ludwik Popławski, a za nim Dmowski.

„Miłkowski, osadzony w rodzimej tradycji romantycznej, scalającej wszystkie właściwości modelu Polaka – irredentysty, nie zaprzeczał istocie powstania, lecz sprzeciwiał się powstaniu, jak sam je określał, romantycznemu” – piszą o nim historycy Tomasz Sikorski i Adam Wątor. „Stworzył nową ideologię narodowej irredenty: w ramach tak zwanej obrony czynnej należało przede wszystkim zabiegać o poszerzanie pól działalności społecznej, zdobywać kolejne przyczółki państwa, wywierać presję na zaborcach oraz otwarcie formułować dążenia narodowe, nie zapominając o celu ostatecznym – niepodległości”. I podsumowują: „doszedł [w swej broszurze] do wniosków właściwie oczywistych”. Cóż, koło też wydaje się rzeczą najoczywistszą pod słońcem – odkąd już je ktoś wymyślił.

Liga Narodowa, która się z Ligi Polskiej i z tego myślenia wyłoniła, zaczęła swoją działalność od zorganizowania wielkiej ulicznej manifestacji w okrągłą, setną rocznicę wybuchu insurekcji kościuszkowskiej. Manifestacja została oczywiście rozpędzona, organizatorzy poddani represjom, sam Roman Dmowski wylądował w celi Cytadeli warszawskiej, gdzie miał czas na wyciągnięcie z całej akcji wniosków. Trochę przypomina to życiorys Bolesława Prusa, który – jak sam to wspominał – za młodu poszedł do powstania, na własne oczy zobaczył, jak potęga rosyjska miażdży jego beznadziejnie słabych i nielicznych towarzyszy broni, sam dostał po łbie i odsiedział swoje w celi na lubelskim zamku i wyciągnąwszy z tej lekcji właściwe wnioski, „ducha nie zgasił”, ale zaczął myśleć.

W myśleniu Dmowskiego i jego współtowarzyszy, podobnym do myślenia nieco starszego od nich Prusa i innych pozytywistów, dzięki takim żołnierzom tułaczom jak Miłkowski (syn oficera napoleońskiego i sam przez całe życie oficer) przetrwało coś z wojskowego rozsądku Poniatowskiego – wodza gotowego zginąć samemu i nawet w imię zwycięstwa ogólnego poprowadzić do samobójczego ataku całą armię, ale stanowczo odmawiającego wzniecenia powstania ludowego i narażenia na straty ludności cywilnej, którą wojsko polskie miało w jego pojęciu chronić.

Powstania przegrywały, uznali endecy, bo były tylko, jak to już tu zostało określone cytatem z Kijowskiego, „odruchem zemsty”. „Zbrojną reakcją na ucisk” – mówiąc słowami Dmowskiego. Nie były więc należycie przygotowane pod żadnym względem i na dodatek wybuchały wtedy, gdy je sprowokował wróg, a nie wtedy, kiedy miały szansę wygrać. Następne powstanie musi więc zostać przygotowane zawczasu. Musi je wywołać nie jakaś garstka narwańców, którzy postanowili rzucić się z motyką na słońce, bo zagroziła im branka do wojska albo karna ekspedycja do Belgii, ale rząd narodowy zorientowany w międzynarodowych koniunkturach i zdolny je ocenić. Musi uderzyć nie jakieś pospiesznie skrzyknięte pospolite ruszenie z dwururkami i kosami, ale wcześniej zorganizowana siła zbrojna.

Do tego punktu podpisałby się pod tym rozumowaniem każdy z dotychczasowych emisariuszy i konspiratorów. Co do przygotowywania siły zbrojnej – nie inaczej rozumował i Piłsudski, co więcej, owa siła zbrojna była wręcz jego życiową obsesją. Ale tylko endecy poszli dalej: czy rząd narodowy zdolny prowadzić dojrzałą politykę i powstańczą armię mogącą pokonać siły zbrojne zaborcy da się stworzyć na zebraniach jakichś konspiracyjnych „trójek” czy „dziesiątek”? Czy wystarczy do tego wydawana pokątnie „bibuła” i nizane w tajemnicy kontakty personalne?

Nie. Zwycięska armia nie wyrośnie z konspiracji. Nie podaruje nam jej też żadne obce mocarstwo – cała niemal stuletnia krzątanina wokół powoływania, gdzie się tylko da, polskiego Legionu czy Legionów nauczyła tylko jednego, że takimi legionami wysługują się obcy do własnych interesów, a potem odsyłają je na Santo Domingo czy do jakkolwiek inaczej zwanych wszystkich diabłów.

Armia polska musi wyrosnąć z Polaków w Polsce. Musi dysponować odpowiednim logistycznym zapleczem, bronią, amunicją, wyposażeniem i sposobami ich uzupełniania. Potrzeba dla jej stworzenia nie tylko, jak wiedział już Napoleon, „pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”, ale też organizacji zdolnych te pieniądze zdobyć. Komitetów zajmujących się poborem rekruta, szkoleniem, zakupem sprzętu, pozyskiwaniem na to środków.

Każdej sile zbrojnej wszystko to zapewnia państwo. Ale my jesteśmy narodem bez państwa. Musimy więc najpierw coś na kształt organizacji państwowej wytworzyć. „Państwo podziemne” – to była idea nienowa, realizowana już przez powstańczy Rząd Narodowy, ale dla zwycięstwa potrzeba było czegoś więcej niż tylko ośrodka koordynującego działania powstańczej partyzantki.

Owszem, narodowy „rząd”, dopóki to konieczne, musi pozostawać w ukryciu – ale z podziemia kierować winien jak najliczniej tworzonymi organizacjami jawnymi, nawet jeśli ceną za możliwość ich tworzenia będzie unikanie niepodległościowych odniesień albo wręcz lojalistyczne deklaracje. Szkoleniem wojskowym na przykład zajmować się mogą, pod pozorem fizycznej tężyzny, towarzystwa gimnastyczne. Aby miały kogo szkolić, niezbędna jest z kolei praca wychowawcza – a więc związki młodzieżowe, samokształceniowe, namiastka utraconego wraz z państwem szkolnictwa. Ta praca wychowawcza musi przede wszystkim sięgnąć społecznych nizin, objąć chłopów i wywodzących się z chłopstwa robotników. Nie wystarczy „w chwili właściwej” rzucić „ludowi” jakieś obietnice i omamić go wizją raju w Wolnej Polsce, aby zechciał w imię tej sprawy nadstawiać karku – trzeba z tym ludem być na co dzień. Trzeba jak najbliżej współpracować z rodzącym się równolegle ruchem ludowym, korygując jego naturalną skłonność do zamykania się we własnych interesach klasowych tak, aby podporządkowywał swoją działalność łączącej wszystko perspektywie narodowej.

W ogóle, nie wystarczy szykowanie się do „chwili właściwej”. Trzeba działać codziennie, uporczywie, metodami pozytywistycznej pracy u podstaw – z tym że podniesienie poziomu życia ludu, krzewienie higieny i kultury rolnej, zabieganie o dostatek i oświecenie nie mogą być celami samymi w sobie, ale częścią „pracy narodowej”. Trzeba też organizować robotników – ale, znowu, walka o ich socjalne prawa też nie może być celem samym w sobie, ona też musi być włączona w „pracę narodową”. Tak samo trzeba związać ze sprawą niepodległości ziemianina, rzemieślnika, kupca, przemysłowca. Organizacja służąca bezpośrednio budowie siły zbrojnej też przecież nie może wisieć w powietrzu, musi opierać się na szerszej organizacji obywatelskiej, cywilnej. Przyszły zryw zbrojny, który w chwili sprzyjającej Polskę wyzwoli, będzie tylko skonsumowaniem siły, którą trzeba zbudować w czasie pokoju. A siła społeczeństwa – to nie jego gotowość do rzucania się w furii w bój bez broni, gdy już ucisk stanie się nie do wytrzymania, ale zorganizowanie się działającej na co dzień struktury.

Gargantuiczna praca! Nasz postromantyczny patriotyzm zachwyca się bohaterstwem straceńców, którzy garstką „rzucili się na stos”, by przelać krew za Polskę, w beztroskim przekonaniu, że to wystarczy. Do mnie bardziej przemawia decyzja ludzi, którzy uświadomili sobie ogrom „pracy narodowej”, jaką trzeba wykonać, porównywalny z zadaniem przelania jeziora szklankami albo zniwelowania łopatami góry – i nie opuścili rąk, tylko się do tej pracy zabrali. Nieco ponad trzystu ludzi, bo tylu wstąpiło do Ligi Narodowej od chwili jej powstania do roku 1904 (niemal sami inteligenci, nieco ziemian i dosłownie po kilku robotników i chłopów), rzuciło się nie do jednorazowej szarży, w której „kto przeżyje, wolny będzie, kto umiera, wolny już”, ale do zrównoważenia wysiłkiem własnym i pozyskiwanych wolontariuszy pracy, którą dla zaborców wykonywały dziesiątki tysięcy dobrze płatnych urzędników. I ręce im nie opadły, nie odpuścili, nie zniechęcili się po pierwszych niepowodzeniach.

 

Tych kilkuset działaczy LN, działającej konspiracyjnie jako swoista „nad-organizacja” „pracy narodowej”, zainspirowało, animowało bądź blisko współpracowało z kilkudziesięcioma – nikt już nie policzy tego dokładnie – organizacjami, tworzonymi we wszystkich zaborach. We wstępie do wydanej przez Muzeum Historii Polski książki „Liga Narodowa – wybór relacji”, z którego zaczerpnąłem streszczenie myśli Miłkowskiego, wyliczenie tylko części uznanych za najważniejsze zajęło bite dwie strony drobnego druku. Parę przykładowych nazw – wybieram te, które wyjaśniają, czym się dany komitet, towarzystwo czy liga zajmowały: Towarzystwo Czytelni Ludowych, Narodowy Związek Robotniczy, Narodowy Związek Chłopski, Towarzystwo Szkoły Ludowej, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” (właściwie trzy, bo w każdym zaborze było towarzystwo organizacją osobną), Towarzystwo Opieki nad Unitami, Polska Macierz Szkolna, Towarzystwo Pielęgnowania Nauk Społecznych, Towarzystwo Nauczycieli Ludowych Królestwa Polskiego i Litwy, Związek Nauczycieli Ludowych, Towarzystwo Zabaw Ruchowych, Związek Unarodowienia Szkół, Drużyny Bartoszowe, Związek Górali, Towarzystwo Kółek Rolniczych, Kasy Pożyczkowe Raiffeisena, Towarzystwo Parcelacyjne, Liga Pomocy Przemysłowej, Narodowa Organizacja Kobiet, Bratnie Pomoce, Koło Młodych Ziemianek, Liga Katolicka, Związek Narodowy Polskiej Młodzieży Akademickiej, Samopomoc Związku Polskich Kół Młodzieży Szkolnej...

Niech tyle wystarczy. Lista dalece niekompletna, zresztą kompletna nie będzie prawdopodobnie nigdy, bo – odnotujmy to jako kolejne zwycięstwo bohatera tej książki i stworzonej przez niego kamaryli – historia Ligi Narodowej jest haniebnie słabo przez naszą historiografię zbadana. Z najobszerniejszej monografii Stanisława Kozickiego ukazał się drukiem tylko pierwszy tom, w Londynie, w śmiesznie niskim nakładzie (drugi pozostał w rękopisie, dostępnym dziś dla badaczy w archiwum), nieco podstawowych informacji o jej działaniach zebrał współcześnie w swych pracach Roman Wapiński, paru innych historyków wplotło endecki wątek do większych syntez... I to praktycznie wszystko. A na powyższą listę trafiły tylko te sympatyzujące z endecją i pozostające pod jej wpływem organizacje, które osiągnęły wystarczające rozmiary i zdziałały wystarczająco wiele, by zapisać się w historii. O komitetach mających niewielki, prowincjonalny zasięg czy efemerycznych pamięć zaginęła.

„Wieś w Królestwie, cała niemal, była wówczas [początek XX w.] pod wpływem Narodowej Demokracji, np. bardzo poważny i świetnie zorganizowany ruch gmin wiejskich, solidarnie dopominający się języka polskiego w urzędowaniu, prowadzony był przez to stronnictwo” – wspomina świadek czasów Irena Pannenkowa, polemizując w okresie międzywojnia z propagandą przypisującą całą zasługę odzyskania niepodległości Marszałkowi i jego Organizacji Bojowej PPS. I dodaje: „wspaniały, znakomitym skutkiem uwieńczony strajk szkolny był samorzutnym, od żadnej partii niezależnym odruchem młodzieży – takich odruchów lub świadomie i celowo zorganizowanych ruchów antyrządowych, od PPS niezależnych, a czasem wręcz jej przeciwstawnych, było wówczas dużo”.

A przecież wysiłki Ligi Narodowej to daleko nie wszystko. Tyrał nad zorganizowaniem Polaków nie mniej ciężko od Dmowskiego taki na przykład ksiądz Stojałowski, człowiek instytucja, który całe pokolenie galicyjskich chłopów wyprowadził ze stanu niewolniczego zbydlęcenia i uczynił Polakami, tyrało z nim wielu księży, jak gręboszowski proboszcz Otowski, o którego akurat działalności opowiedziała w pamiętniku tamtejsza chłopka: „W niedzielę na sumę [...] ksiądz prałat, stojąc przed wielkim ołtarzem, czytał Ewangelię, przykazał w codziennym życiu postępować, jak nakazuje Ewangelia, a potem uczył historii polskiej, o naszej wielkiej i sławnej przeszłości, wojnach napoleońskich, powstaniu listopadowym i styczniowym, o Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, o sławnym artyście Matejce [...], o naszej niewoli i prześladowaniach naszych braci pod zaborem, i że właśnie do młodego pokolenia należy tak żyć i pracować, by Ojczyznę wyzwolić spod panowania zaborców”. Tyrał wychowany na tych mszach Otowskiego Jakub Bojko, autor „Dwóch dusz”, i autor wspaniałego opisu tego niezwykłego i wartego osobnej książki przebudzenia Jan Słomka, czy znowu cała plejada skonfliktowanych z „klechami” demokratów Bolesława Wysłoucha. Tyrał wraz z nim późniejszy premier i więzień sanacyjnego reżimu Wincenty Witos, tyrał Daszyński i inni socjaliści z „niebojowego”, galicyjskiego nurtu socjalistycznego. Owocem ich pracy była niewiele mniejsza liczba towarzystw, lig, związków, kół i komitetów, wciągających do działalności społecznej dziesiątki tysięcy rodaków. Wiele by trzeba miejsca, czasu i studiów, by wymienić wszystkich, którzy na to zasłużyli.

Bo też narodowi, ludowi czy socjalistyczni działacze przychodzili do Polaków nie z ofertą „idź w bój bez broni i daj się zabić, żeby miały się o czym toczyć długie nocne rodaków rozmowy”, ale z propozycją brzmiącą znacznie bardziej realistycznie: poświęć część swojego czasu na pracę społeczną, która nie tylko w trudnej do przewidzenia przyszłości zaowocuje wolną Polską, ale i teraz, w najbliższym czasie poprawi życie całej społeczności, a tobie przyniesie poważanie i miejsce w lokalnych elitach.

Kto zada sobie trud prześledzenia tej gigantycznej, a zupełnie potem zapomnianej pracy, jaka poprzedziła Wielką Wojnę i odrodzenie Polski, musi stwierdzić, że pokolenie przełomu wieków XIX i XX było najbardziej chyba pracowitym i najbardziej aktywnym w działaniach społecznikowskich, jakie się kiedykolwiek Polsce trafiło. Że nie były one celem samym w sobie, ale skuteczną strategią przygotowania się do zwycięskiej walki o niepodległość, mamy dowód niezbity i przez nikogo niezakwestionowany: drogę, jaką do wolnej Polski przeszła Wielkopolska. Nawykowo powtarza się u nas przy każdej nadarzającej się ku temu okazji, że powstanie wielkopolskie było „jedynym udanym powstaniem w naszej historii” (co akurat nie do końca jest prawdą – choć jednym z bardzo nielicznych), ale to tylko frazes, mało kto odczuwa potrzebę pogłębienia tego stereotypu, zanalizowania odmienności drogi Księstwa Poznańskiego od powstańczych paroksyzmów Kongresówki. Oto polskie zwycięstwo, z którego Polacy nie chcą brać przykładu ani wyciągać nauk. Czyż nie dlatego – nie widzę innej przyczyny – że trzeba by wtedy oddać chwałę owej znienawidzonej i opluwanej endecji, którą rządzący zarówno Polską Odrodzoną, jak PRL i III Rzecząpospolitą zgodnie postanowili zohydzić i raz na zawsze z polskości wymazać?