Zgred

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cała kompania, do której tatę przydzielili, została wybita przy forsowaniu Wisły. O tym, jeśli pytałem, opowiadał najłatwiej: jak przez cały dzień leżał na rozmokłej łące w zwale trupów, na skrawku ziemi oranej ruskimi i niemieckimi pociskami, w kałużach krwi, pod piekącym słońcem, umierał po wielokroć — a miał tylko siedemnaście lat i strasznie chciał żyć — i jak w kółko, bez końca, wciąż od nowa odmawiał modlitwę „Kto się w opiekę”. I czasem, mówił, tkwił przez całą wieczność nieruchomo jak kłoda, ze wstrzymanym oddechem, bez jednego drgnienia — a czasem coś mu w duszy nagle podpowiadało, żeby teraz się ruszył, przepełzł kawałek do przodu albo w bok, a potem, mówił, widział, jak tam, gdzie był jeszcze przed chwilą, pada pocisk.

Opowiadał, że pogonili kompanię do forsowania rzeki nocą, po linach, uczepionych ruin mostu, na tratwach, deskach, na czym popadło — a jak się rozjaśniło, okazało się, że posłali ich z gołymi rękami na umocnienia nie do ugryzienia. I nie tylko nie dali wsparcia, ale i sami zaczęli po nich tłuc z artylerii. Z przodu Niemcy, z tyłu Sowieci — wybili wszystkich. W historycznej książce, wydanej długo po śmierci taty, znalazłem informację, że w oficjalnych dokumentach policzono w tamtej bitwie straty: poległych dziewięciu, zaginionych stu trzydziestu siedmiu.

Na wojnie różne pomyłki się zdarzają, i strzelanie po swoich też, ale tato nie wierzył w przypadek. Mówił, że do tej kompanii dawali samych takich jak on, z leśną przeszłością, podejrzanych, a dowódcą był w niej przedwojenny oficer z Września, którego złośliwy kacap, komendant łagru, nie wypuścił na czas do Andersa. Mówił zresztą o tym swoim dowódcy z podziwem, jak chyba o nikim innym. Więc uważał, że posłali ich wszystkich na tę śmierć celowo, żeby się za jednym zamachem pozbyć politycznie podejrzanego elementu i zmylić Niemców co do miejsca głównego natarcia.

Pewnie miał rację, bo w peerelowskich podręcznikach ten epizod w ogóle nie istniał. A tato twierdził, że żyje tylko dzięki temu, że potem w bałaganie kancelista się zlitował, a może dał przekupić, i przypisał go wstecz do zupełnie innego batalionu, który podczas forsowania został za Wisłą, i do którego po całym dniu udawania trupa zdołał dopłynąć nocą. A tam już, mówił, wszyscy oficerowie jeden w drugiego — ani słowa po polsku. Sami Ruscy z polskimi nazwiskami.

Potem, opowiadał, raz go tylko podkusiło. Już po wojnie, w akademii oficerskiej, na zajęciach, gdy im wykładowca opowiadał właśnie o forsowaniu Wisły, wstał powiedzieć, że to wszystko było zupełnie inaczej. Bo przecież tam był, widział wszystko na własne oczy. I znowu miał szczęście, może jeszcze większe niż wcześniej, bo trafił na jakiegoś uczciwego człowieka, który po prostu — baczność, podchorąży! — rozkazał mu się zamknąć. A po zajęciach wziął go dyskretnie na stronę i powiedział: ty durniu, małczaj, morda w kubeł, nigdy więcej! Nigdzie nie byłeś, nic nie widziałeś, wbij sobie w łeb, czego cię tu uczę, i ktokolwiek się spyta, tak powtarzaj.

Zapamiętał tę lekcję.

Tata i tak w końcu wyleciał z tej szkoły, bez promocji, ale z zupełnie innej przyczyny. Pochodzenie miał wprawdzie — w papierach — nieposzlakowane, szlak bojowy wspaniały, bo jeszcze był ranny przy zdobywaniu Kołobrzegu, o tym zapomniałem wspomnieć, a z tej rany się śmiał, nie żeby nie była poważna, bo kilka złamań i nadwerężony kręgosłup, ale nie został trafiony, tylko jak biegli po murze gazowni, ukruszyła się od ostrzału cegła i poleciał parę metrów w dół: widzisz, synku, tam we mnie biło parę pułków haubic przez cały dzień, a jak się cokolwiek poruszyło, z bunkra szyły cekaemy, i nawet draśnięcia — a karku sobie mało co nie skręciłem na prostej drodze. Ale nawet najlepszy życiorys nie mógł pomóc wobec uporu, z jakim w rubryce „światopogląd” wpisywał w ankietach „katolicki”. Męczyli go, żeby się po dobroci nawrócił, bo szkoda pięknie się zapowiadającej kariery, trochę próbowali nawet straszyć, a w końcu uznali, że na głupiego wieśniaka nie ma rady, że może za mocno go tam pod Kołobrzegiem jakiś faszysta walnął w dekiel, i łaskawie pozwolili wybrać sobie uczelnię cywilną. Tato wybrał sobie politechnikę i wyuczył się, on, chłop z Sulęczyna — na inżyniera budowlanego. Dziadek, jak się o tym dowiedział, pękał z dumy.

Co jeszcze wiem? Jak ktoś, tak jak on, widział wejście Ruskich już we wrześniu trzydziestego dziewiątego, i ich rządy, choćby jako dzieciak, to potem nie mógł mieć żadnych iluzji. Widział trupy naszych żołnierzy, policjantów i urzędników, których bolszewicy rozstrzelali pod lasem i zagonili wszystkich chłopów do kopania zbiorowego grobu, ale nie pozwolili postawić żadnego krzyża; dopiero od paru lat stoi tam pomniczek, nie chwaląc się zresztą, też się odrobinę do jego postawienia przyczyniłem, kontaktując gminę z fundacją Grzegorza.

Natomiast nic zupełnie nie wiem o tych dziewięciu latach po wyjściu taty z wojska. Skończył studia, jeździł po budowach po całym kraju, i w końcu przy okazji jednej z nich poznał mamę, która pracowała wtedy w jakimś biurze. Ale co wcześniej, gdzie był, co budował, kim była ta dziewczyna, o której kiedyś wspomniał — że miała przez niego straszne kłopoty, bo całował ją na ulicy, przyciął ich milicjant, zapisał sobie adres z jej legitymacji (tak tata powiedział, ale czego to mogła być legitymacja?) i potem ją nachodził pijany, że niby taka, co się całuje w miejscu publicznym, to musi dawać każdemu. I jeszcze, co kiedyś opowiedział, jak pili w towarzystwie jakiegoś durnego partyjniaka, z takich, co to zachłysnął się na kursie informacją, że człowiek pochodzi od małpy, i ten partyjniak, jak pochlał, nabijał się z ojca i jego pobożności. Jak jest Pan Bóg, mówił, no to niech mnie strzeli w mordę — no? Wystawiał gębę i śmiał się triumfalnie, a tato modlił się bezsilnie, żeby Pan ten jeden jedyny raz zarzucił zasadę niereagowania na głupie zaczepki i coś zrobił. I Pan go wysłuchał. Nie minęło pięć minut, jak z przyczyn dla anegdoty nieistotnych partyjniak wszedł w konflikt z wykidajłą, a ten wyciął natręta w kły, aż się poturlał ze schodków. A mój tato wyskoczył za nim, skacząc z radości i wrzeszcząc na całą ulicę, i co, taki synu, strzelił cię Pan Bóg w mordę, strzelił?! Jeszcze po latach cieszyło go to zdarzenie niesamowicie.

Skrawki — no dobrze, jak przysiądę, będę umiał wypełnić puste miejsca między nimi. W końcu nie myślę o naukowej biografii, myślę o powieści, o zmyśleniu, prawdziwym, ale jednak zmyśleniu. Jeśli od lat nie mogę się do niej zabrać, to nie przez dziury w faktografii. To dlatego, że nie umiem sobie poradzić z dziwną dwoistością, jaką te losy mojego tatę naznaczyły. Żarliwy katolik, komunizmu nienawidził jak zarazy, a z partii się nigdy nie wypisał. Wybuchł, kiedy go za to zaatakowałem, że przecież ma czworo dzieci! Czworo dzieci! Ale nie mogło chodzić o pieniądze na nasze wychowanie, nic mu ta legitymacja, w sensie materialnym, nie dawała, żadnych profitów. Uważał, tak dziś myślę, że musi nas w taki sposób chronić, młodzieńcze przeżycia nauczyły go ostrożności jak na późny peerel przesadnej i dla nas, dorastających w czasach KOR-u i KPN-u, niezrozumiałej.

No dobrze, tę partię można jeszcze jakoś racjonalnie wyjaśnić. Ale nikt go przecież nie zmuszał do kupowania tych strasznych płyt czy książek. Jakieś moczarowskie opery partyzanckie, „wrócą chłopcy z wojny jak należy” — do dziś mi to brzęczy w uszach. Powieść, do przeczytania której mnie zmusił, nazywało się to Ptasi gościniec, właśnie o ludowym wojsku, naprawdę był tym zachwycony — taki miał gust, po prostu.

A z drugiej strony, jak wyczaił u mnie podziemną gazetkę — oczywiście nie przyznałem się, że mam z nią cokolwiek wspólnego, niby to znalazłem po prostu — z wierszem „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wyzwoliła nas od czarnej śmierci”, to chyba jedyny raz w życiu zobaczyłem tatę tak wzruszonego, że aż płaczącego.

To było jakoś tak zaplątane, że nie mając do peerelu złudzeń, nienawidząc go szczerze i zasłużenie, był jednak jego dzieckiem, jego produktem. Jeśli się zastanowić, miał właściwie wszelkie dane, żeby się w tym ustroju ześwinić — na takich jak on komuna stawiała, takich dowartościowywała, i ocalił go tylko ten jego, jak to dziś cedzą z pogardą mędrkowie, „płytki” katolicyzm, taki w duchu kardynała Wyszyńskiego, taki z odpustów, z mszą pod gołym niebem, odświętnie ubranymi dziećmi w pierwszych szeregach, orkiestrą strażacką i maryjnym obrazem. „Płytki”, czyli właśnie głęboki do szpiku kości, mocny, niepodlegający żadnym dyskusjom, odporny na rozterki czy szyderstwa. Ocaliło go, że jak się urodził, tak do końca pozostał prostym człowiekiem, który wie, gdzie jest dobro, a gdzie zło, i nie da sobie w głowie namącić. Tacy ludzie jak on mogli z bandytami kolaborować, mogli nawet do nich przystąpić, ale zawsze ze świadomością, że to są bandyci, że okupacja to nie jest wyzwolenie, a chlew to nie jest źródło, cokolwiek by im gadano. Żadnych heglowskich ukąszeń — czasem trzeba ulec, żeby przetrwać, ale duszy sprzedać nie wolno. A wielcy mędrkowie, profesorowie, nobliści, łamali się przed logiką dziejów, dorabiali sobie do draństwa pokrętne usprawiedliwienia, całe systematy absurdów, i potrafili z przekonaniem wmawiać sobie i innym każdą brednię. Żeby dopiero po latach, na starość, kiedy już z partii wydoili wszystko co mogli i obrazić się na komunę zaczęło być w gruncie rzeczy nie tylko bezpiecznie, ale wręcz opłacalnie, dojść nagle w intelektualnym mozole do rzeczy, które on, prosty chłop, chociaż wyedukowany na inżyniera, wiedział od zawsze.

O tych sprawach niedobrze nam się rozmawiało. O historii, którą się bardzo pasjonował, tak — tej dawniejszej. Namawiał, podsuwał książki, wyjaśniał. Ale co dotyczyło wojny, a już zwłaszcza Sowietów, czerwonych — zwykle ucinał, jeśli bardzo nalegałem, mówił, że pogadamy, jak podrosnę, bo na razie nie zrozumiem. Albo mówił rzeczy, od których podskakiwałem z oburzeniem. Że Stalin był zbrodniarz nie lepszy od Hitlera, ale państwo i granice mamy tylko z jego kaprysu, Churchill z Rooseveltem przycięliby nas do Kongresówki i oddali na siedemnastą republikę bez mrugnięcia okiem. Że komuniści to zbieranina, tak mówił, Żydków, mętów i bandziorów, ale Bogu dziękować, że się w porę Sowietowi nadarzyli, bo — patrz wyżej. I ucinał moje oburzenie: za smarkaty jeszcze jesteś, żeby gębę drzeć, podrośniesz, to ci wytłumaczę. Ale zanim uznał, że już podrosłem wystarczająco, wyedukowałem się w tych sprawach sam, po swojemu, i w ostatnich latach już wręcz unikałem tych tematów, tak ciężko nam się było dogadać.

 

Teraz go rozumiem lepiej, tak mi się przynajmniej wydaje. Tak, wiedział, że to kraj nieprawości, kraj rządzony przez kolaborantów, łajdaków i cymbałów. Wiedział to wszystko jak mało kto, bo stale dostawał w tym kraju po głowie, bo całe życie się tu użerał. Pamiętam te jego opowieści, nie do mnie oczywiście kierowane, podsłuchiwałem dorosłych w ich błogim „a, co on tam rozumie” — opowieści o partyjnych dyrektorach, kretynach, każących wylewać elementy konstrukcyjne na dziesięciostopniowym mrozie, i robolach, którzy mu bluzgali, kiedy wstrzymywał prace, że co on, chce, żeby ludzie nie dostali premii za wykonanie planu w terminie; o ścianach stawianych bez zbrojenia, bo stali nie dowieźli, a nie było odważnego zatrzymać priorytetową budowę, o „największych w Europie” fabrykach wymyślanych przez partyjnych ignorantów z dala od ujęć wody, bez możliwości poprowadzenia drogi dojazdowej czy bocznicy — stale się o jakieś takie rzeczy użerał, i stale go za to szykanowali, dręczyli, usiłowali zaszczuć jako wrogi element, wywlekali mu, że pomaga proboszczom stawiać samowole budowlane, co skądinąd zresztą było prawdą, bo przecież inaczej niż jako samowolę kościoła się wtedy postawić nie dało, a on znał prawo budowlane i wiedział, jak je obchodzić. Więc stale miał jakieś kłopoty, stale go różni dobrze ustawieni cwaniacy usiłowali usadzić — ale jednak czuł się z tym dziwacznym tworem, tą niby-Polską nierozerwalnie związany, czuł się jednym z tych, którzy ją zbudowali z powojennej perzyny, i nie wierzył, żeby jeszcze kiedykolwiek mogła powstać jakaś inna. Na dodatek nieufność, w której się przez całe życie ćwiczył, nie pozwalała mu popaść w zachwyt i entuzjazm dla przywódców opozycji, entuzjazm dla mnie i moich rówieśników tak oczywisty, że ja z kolei nie mogłem pojąć, jak on może go nie podzielać.

No i do tego jeszcze rozczarowanie największe — moja głęboka pogarda dla przedmiotów ścisłych i brak najmniejszego zainteresowania kontynuowaniem inżynierskiej tradycji, z której był taki dumny. Bo że Filip poszedł na teatrologię, to go nie ruszało w najmniejszym stopniu, na Filipie położył kreskę tak dawno, że nie umiałem sobie przypomnieć kiedy. Ale ja, ten lepszy syn — na polonistyce? Żeby przynajmniej na historii, ale tak? Nie mogłem mu sprawić większego zawodu.

Może dlatego nie chciało już mu się walczyć z chorobą. Nie widział, na co jeszcze miałby czekać.

Tyle pisania, i jak zwykle mam wrażenie, że najważniejszego zabrakło. A tu zagląda do pokoju Ola, że się wykończę. Przepraszam, ukochana. Wpadłem w ten nastrój, że tak tej nocy nie zasnę. Wiem, że zrozumiesz. Zawsze mnie rozumiesz.

Napiszę o nim wreszcie kiedyś porządnie, nie jakieś strzępy, zapiski po łebkach. Ciągle tak sobie obiecuję, i…

Zresztą czego ja sobie nie obiecuję, że wreszcie napiszę? Książkę o II RP i jej samobójstwie, o Becku, Rydzu i londyńskich mędrcach, którzy beztrosko w imię swojego zakichanego honoru posłali cały naród — tamten, dawny naród polski — na zagładę; cała teczka wycinków, całe archiwum notatek, i ciągle ich nie dość. Sztukę o towarzyszu Dycembrze i innych gierkowskich prominentach wsadzonych przez Jaruzelskiego do internatu; materiał na niezłą groteskę. I jeszcze większy temat na narodowy dramat — o Tadku, zamordowanym przed laty niezłomnym opozycjoniście, przy grobie którego po raz pierwszy od lat przypadek styka byłych towarzyszy z opozycji. Ten inżynier z akowskiej rodziny, ten katolik, a tamten prostak obdarzony nieludzkim sprytem i manią wielkości; ten został emigrantem, ten wyszydzanym w mediach outsiderem, a tamten prezydentem; oni mają swoją niezłomność i uczciwość, a on, wsiowy cwaniaczek, zwycięstwo. Oni mu wyrzucają, że zdradził ich, sprawę, prostych ludzi i poszedł w zakłamanie; on im, że zdradzili jego, nie dorośli, nie rozumieją: przecież komunę wyrolował, gdyby nie podpisał, nie udawał, to by go tak samo jak Tadka wtedy — w łeb i do kanału… I nic by nie było, tylko msze żałobne. A on im wszystkim wolność dał, jak złotą sztabę, którą sobie, durnie, na nogę upuścili, zamiast go słuchać. Tamci umieli tylko przegrywać, a on cwaniak komunę wyrolował, przyjaciół też wyrolował, i na ostatek siebie samego… Bo tak naprawdę to przegrali wszyscy, i jak zwykle tylko szuje mają powody do zadowolenia. Co najśmieszniejsze, wymyśliłem to i zacząłem pisać jeszcze przed pierwszą rozmową z Irkiem. Pół pierwszego aktu, parę skrawków — i wszystko leży odłogiem.

Z bardziej zaawansowanych projektów jest jeszcze alternatywna historia Andrzeja Trzebińskiego, który, porucznik, w 1944 ginie na polskim froncie, we wspólnej z Wehrmachtem walce przeciwko Sowietom — sam się pchał na front, „do czynu”, jak każdy nasz nieszczęsny poeta, choć Piasecki starał się ochronić talent, utrzymać go na zapleczu, w propagandzie. Ale nie w tym dramat poety, że ginie, tylko że w poleskim błocie i zmechanizowanej rzezi gubi wiarę w sens tego „czynu”, tej ofiary, wiarę w polskie imperium, które ma powstać z jego krwi, i w Polskę w ogóle. Powieść, właściwie, w pakiecie z tą eseistyczną książką o samobójstwie dawnej Polski.

Bo z tamtej Polski, tu jest właśnie problem, że nikt tego nie chce zrozumieć — nie zostało śladu. Trochę gruzu i zapamiętanych nazwisk, jak z Aten i Sparty, ale to tylko historyczna cepelia. Tamta Polska spłonęła, zginęła do cna, poszły z dymem i ciała, i dusze, na własne życzenie, z ułańską fantazją i ochotą. Mówi się — zagłada, shoah, holocaust — o Żydach. Ale Żydzi, nic nie ujmując ich tragedii, przetrwali, wciąż są tym samym narodem, może tylko mocniej sfiksowanym na swoim punkcie. A Polaków, tamtych Polaków — nie ma.

Na tych, którzy tu żyją, trzeba patrzeć już jako na coś zupełnie innego, nowego. Szukającego dopiero tożsamości, a właściwie, jeszcze mniej, odkrywającego dopiero potrzebę jej posiadania. Jak już płomienie opadły, obce wojska nasyciły się gwałtem i kradzieżą, to z zapadłych wsi, z czworaków, z kryjówek, wychynęło pochowane tam chłopstwo, i z początku lękliwie, potem coraz bardziej ośmielone, zaczęło szabrować ruiny dworku. A potem stopniowo je zasiedlać, zagospodarowywać, najpierw pod kijem zwycięzców, z czasem dla samych siebie; w końcu młodsze pokolenie nawet zaczęło czytać książki po jaśnie panu, to znaczy, te ich resztki, które nie poszły na podpałkę i podcierkę, ktoś wzbogacony pożałował starych mebli i dał do renowacji, ktoś zainteresował się, co to za wąsacz na starym, porąbanym portrecie…

Nie zmyślam tego obrazu, to jeszcze jedna opowieść taty. Taki dworek, którego dziedzica wywieźli Ruscy w czterdziestym, a dalsza rodzina zagubiła się w czasie wojny, był koło Sulęczyna, i tato patrzył, jak go wieś po „wyzwoleniu” stopniowo wchłaniała, chociaż nie widział w tym tej metafory, którą ja widzę. Zrobili tam najpierw biura PGR-u, potem, jak zniszczał, dali komornikom pod kwaterunek, a jak tam byłem ostatnio, słyszałem, że ktoś odkupił ruinę i remontuje sobie na rezydencję. Nie dopytałem się o tego kogoś, tyle wiem, że go tam nienawidzą strasznie, ale chamstwo każdego nienawidzi, to zresztą w jakiś sposób logiczne — głupio by im było okradać bez tej nienawiści, a żyć bez kradzieży jeszcze przez parę pokoleń się to-to nie nauczy. Pełnia metafory wymagałaby, żeby ten nowobogacki, który teraz przeklina rozkradającą mu budowę hołotę, okazał się potomkiem takich samych fornali, jak ci, którzy szabrowali resztki dworu nazajutrz po apokalipsie.

Myślę, że powieść o tacie, jego zebranych przez syna i uzupełnionych prawdziwym zmyśleniem losach, to zadanie ważniejsze od tamtych książek czy sztuk. To jest materiał na powieść o nas. O tym, czego wszyscy ci wykorzenieni mędrkowie nie pojmują, nie rozumieją — oni mają tylko pogardę dla polskiej tłuszczy, patrzą na nas z obcością i wyższością. W koloniach różni zlatynizowali, sfrancuziali czy zangliczeni tubylcy, dopuszczeni na pomagierów w biurach, podoficerów w kolonialnej armii, albo nawet do służby, co za zaszczyt, na pokojach samego gubernatora — tak samo właśnie patrzeć musieli na swych dzikich pobratymców odprawiających stare rytuały dla tubylczych bogów. Z obcością i złością, że przypominamy swym istnieniem, skąd się wzięli. I, prawdę mówiąc, nie umiem się opędzić od równie żywiołowej pogardy, kierowanej w przeciwną stronę.

Naprawdę, nie żebym był skłonny nas idealizować. Napisałem całą książkę o objawach i przyczynach postkomunistycznej deprawacji, a przecież to półwiecze nałożyło się na deprawację i degenerację jeszcze starszą, carską, sarmacką nawet. Ale jesteśmy, czym jesteśmy — brzydcy, zdziczali, po chłopsku pazerni i amoralni, po reymontowsku bezwzględni w walce o przetrwanie, piękniejący tylko do kościoła, a i to nie w każdą niedzielę. Ale za to — ciężko nas zajebać. I ciężko nas przefasonować pod jakikolwiek obcy strychulec. Wielu już próbowało i nie dali rady, i wam, salonowa gadzino, też się nie uda.

Nie ma kiedy tego napisać, nie ma jak; kasy przecież z tego nie będzie. A w tym czasie, który mogę poświęcić na pracę za darmo, więcej będzie miało sensu objechać parę parafialnych salek, gdzieś z dala od warszawki i krakówka, pomóc ludziom uporać się z tym wszystkim, co się na nich wylewa z przekaziorów. Z tego jeżdżenia zawsze coś może zostać; ktoś się ruszy, ktoś sięgnie po książki, zacznie szukać kontaktów, zapraszać innych prelegentów, coś zorganizuje… Trzeba orać, jak to mawiał tato.

O, tak przy okazji — tego nie można tutaj nie zapisać; tego, co mi właśnie na temat mojego jeżdżenia po Polsce oznajmił Irek. Że to obiektywnie zła robota — „robisz obiektywnie złą robotę”, tak to dokładnie ujął, i bodaj czy nawet nie nazwał mnie na to konto szkodnikiem albo chyba zacytował, że tak mnie tam u dworu nazywają — bo w interesie modernizacji jest, żeby ta polska masa zachowała bierność, tylko kiedy jest bierna, można ją przeprowadzić przez reformy, do nowoczesności. Ładnie jest wzruszać się Dickensem i współczuć dzieciom pracującym w fabrykach, mówił z tym charakterystycznym dla nich grymasem na twarzy, ale gdyby tam wtedy mieli strajki i socjal, to by dziś tak nie wyglądali.

Po takiemu się tam u nich myśli.

Nowy tydzień

U Zosi w szkole wywiadówka. Wielkie święto: tatuś znalazł wolną chwilę, żeby pójść — zwykle całą krzątaninę przy dzieciach zwalam na Oleńkę, wstyd, ale naprawdę z czasem jak z tą przykrótką kołderką. Wyjątkowo, dzięki cukrzycy, mam go trochę, więc idziemy. Ale zamiast o szkolnych sprawach córki, myślę przez większość wywiadówki o niemożności porozumienia się z obcą cywilizacją, do której należy moja własna żona.

Wychodzenie z domu, dokądkolwiek, zawsze przebiega według tego samego wzoru. „No, jeszcze nie jesteś gotów?” — dziwi się żona. „Przecież ty też jeszcze nie”, mówię. „Już prawie, pośpiesz się”. No i ja oczywiście, jak idiota, bo przecież wiem, co będzie dalej, ubieram się, wbijam w ciężkie buciory, stoję przy drzwiach coraz bardziej zapocony, a żona co jakiś czas przemyka powiedzieć — no, już idziemy, jeszcze tylko to albo tamto. Oczywiście już jesteśmy spóźnieni, ale milczę o tym jak grób, czas płynie, Ola dopada butów albo kurtki, zawraca po coś tam jeszcze, co zapomniała wziąć, albo czego zapomniała zrobić, za każdym razem mnie, stojącego w pełnym oporządzeniu przy drzwiach, popędzając, aż w końcu nie wytrzymuję i rozpinam się, żeby na chwilę przysiąść — w tym momencie, zawsze, bezbłędnie, okazuje się wreszcie ubrana i głosem łamiącym się z irytacji krzyczy: „no ile można na ciebie czekać, zlituj się, spóźnimy się przez ciebie!”.

Oczywiście nie ma nawet co próbować o tym rozmawiać, bo niczego dziwnego w swoim zachowaniu nie zakonotowała. Po prostu, machnąć ręką i się śmiać — najgłupsze jest to, że jeszcze za każdym razem muszę długo do tego oczywistego wniosku dochodzić, jak teraz, tracąc pół wywiadówki.

Inna sprawa, że strata niewielka. W szkole teraz zapanowała jakaś obsesja, żeby dzieci nie stresować, w związku z czym nie ma żadnych ocen, a tych, które są, nie wolno ujawniać — więc wywiadówki w ogóle tracą jakikolwiek sens. Najgorzej oczywiście wychodzą na tych odstresowujących pomysłach dzieci. Te słabsze tracą sygnał, że coś trzeba poprawić, i motywację, a te lepsze zasłużoną nagrodę za wkładany w naukę wysiłek. A potem i tak trzeba w końcu oceny wprowadzić, w którejś tam klasie, i okazuje się, że dzieci, latami trzymane pod kloszem, teraz sobie nie potrafią poradzić z najmniejszym nawet problemem, i byle niepowodzenie staje się od razu przyczyną histerii i załamania nerwowego.

 

Może to zresztą mieści się w ogólnych założeniach. Jeśli wytyczne są takie, żeby prawie wszyscy mieli maturę, a ponad połowa dyplomy, to nie ma innej możliwości niż masowa produkcja analfabetów z papierami. Wykształcenie stanie się fikcją, ukrywającą fakt, że społeczeństwo dawno już wróciło do odwiecznego podziału na możnowładców i plebs, zapychany socjalem i igrzyskami. Ktoś gdzieś tam może wyliczył, że do obsługi nowoczesnego państwa wystarczy nieliczna, prawdziwa elita, którą się wyhoduje głównie z potomków warstwy panującej — a reszta to, jak raczył ujmować Gurdżijew, „ludzki nawóz”, i starczy go tylko uperfumować.

Jak by nie patrzył, trzeba jakoś dziecku ten brak szkolnych stopni rekompensować na własną rękę — odpowiednio stosując pochwały i niezadowolenie, i jak szczepionkę dozując jednak trochę stresu, żeby kiedyś tam wiedziało, że życie jest na poważnie, i umiało mu stawić czoła. W tych kretyńskich czasach nie możesz sobie pozwolić na to, żeby ci dzieci wychowywali „fachowcy”, bo skutki mogą być opłakane.

Rodziców też się w ten sposób okrada z należnej satysfakcji — dostajemy w wielkiej tajemnicy jakiś arkusz ocen, z którego na pierwszy rzut oka wynika, że Zosia rozwija się i radzi sobie z nauką znakomicie, ale nie można tego porównać — kto wie, może tak po prostu piszą wszystkim, żeby klienci byli zadowoleni?

Środa

Dzień generalnego przeglądu organizmu — plik skierowań w jedną rękę, karta płatnicza w drugą, nawet już mi nie przeszkadza, że na czczo, bo teraz po jedzeniu żołądek równie pusty, jak przed. Państwowo zmarnowałbym na to pewnie z miesiąc, tak przynajmniej mam wszystko, jak to mówi Oleńka, „w jednym wyrtlu” — rentgen, USG, EKG. Rozmowa z panią doktor od EKG warta zapamiętania: cukrzycy, mówi, mają obniżony próg wrażliwości na ból. Często nam przywożą ludzi w takim stanie, że normalnie człowiek by wył, a oni — nie boli pana? No, coś rzeczywiście, jakby taki ucisk tutaj, ale żeby aż ból?

To miało być ostrzeżenie, żebym uważał i nie lekceważył nawet lekkich objawów, udzielone zresztą przed badaniem, bo sam wynik — zero obaw. Ale coś mi się w tym podoba: mieć obniżony próg wrażliwość na ból. Nawet wrażliwości w ogóle.

Druga zabawna rozmowa — z doktorem robiącym USG. Pije pan? No, piję. Dużo? Ze dwie, trzy szklaneczki (zełgałem, prawdę mówiąc; raczej cztery–pięć). Ale jak często? No, codziennie. I dawno tak? No, ze dwadzieścia lat. Powiedział tylko: to widać. Nigdy pana wątroba nie bolała? Naprawdę? Nie mógł uwierzyć, bo, twierdzi, stłuszczona jak u francuskiej gęsi na foie gras. Faktycznie, na obrazku, który mi pokazał, coś wyglądającego jak szklana bania nadmuchana nierówno papierosowym dymem. Zdrowa powinna być jednolicie czarna. I co z tym zrobić? Jak nie boli, to nic. Będzie pan przestrzegał takiej diety jak dotąd i odstawi alkohol, to się z czasem zregeneruje. Wychodzi, że gdyby mnie nie dopadła teraz przypadłość rodzinna, to za rok, góra dwa dopadłaby mnie jeszcze mocniej przypadłość zawodowa.

Właśnie, tu jest coś, co mnie od paru dni dziwi. Odstawienie alkoholu poszło mi nadspodziewanie łatwo. Jak na faceta, który od tylu lat, może przesadziłem dwudziestu, ale ładnych parunastu, sięgał w miarę wzrastających finansowych możliwości i gustu po coś stymulującego codziennie, dojmujący brak odwykowych objawów.

Tylu pisarzy, niemających o czym pisać, poświęciło opasłe tomy alkoholowemu głodowi i niemożności oparcia się mu. Ze zwykłego chlania i jego fizjologii zrobili całą mistykę, cały osobny świat, w którym można w nieskończoność analizować i uwznioślać każde beknięcie, nurzać się w upadkach i smakować własną bezradność, wszystko usprawiedliwić, wszystko zabełkotać, i pierdzielić tak, pierdzielić, całymi latami, stronicami, wieloksięgami… Artyści. A ja — otwieram butelkę small-batcha, wciągam w nozdrza miły aromat, ostrożnie biorę kropelkę malutką jak łepek szpilki na czubek języka. Dobre? Pewnie, że dobre. Napiłbyś się, Rafalski? Pewnie, że bym się napił. To się napij, co się będziesz szczypał? No, chyba cię porąbało, szatanie. I tyle tego kuszenia. Na pół drętwego akapitu. Beznadziejna, chamska natura spod Kobrzynia. Zero wrażliwości.

Czasem wyłazi ze mnie jakaś złość, której nie rozumiem — to znaczy nie tyle samej złości, co jej przypadkowego ukierunkowania akurat w takim a nie innym kierunku. Wieczorem przyszedł ksiądz po kolędzie. W wielkomiejskiej parafii na kilkadziesiąt tysięcy dusz, z tego większość w blokowiskach, nie może to wyglądać porządnie i nie wygląda, najczęściej przypomina wizytę ankietera spisu rolnego. W zeszłym roku przysłali jakiegoś młodego księdza, który patrzył na mnie jak dziewczynka z prowincji na sławnego piosenkarza, dwa lata temu księdza praktykanta z Kalabrii, który wkrótce miał jechać do Kamerunu, nawet bardzo ciekawie się z nim rozmawiało, tylko co to ma wspólnego z życiem parafii. W tym roku przyszedł starszy i otyły, sprawiający wrażenie, jakby był w parafii od niedawna i nie mógł się w niej odnaleźć. Pewnie zresztą tak jest, nie wiem, i tak chodzimy do innego kościoła, bo nam wygodniej i mają lepsze msze dla dzieci.

Pochwalony, to znaczy „Szczęść Boże” — teraz już księża nie mówią „niech będzie pochwalony”, nie wiem, za długo czy źle się kojarzy? — no to się pomódlmy, Amen, i cała buchalteria na stół. Mają państwo ślub kościelny? Tak, mówię, tylko niestety każde z kim innym. Chwila konsternacji. No to, niestety, sakramenty święte będą państwo mogli przyjąć dopiero na łożu śmierci. No to, niestety, podkusiło mnie, ofiarę na kościół też zapiszę dopiero w testamencie.

Właściwie to już wystarczająco zwarzyło atmosferę i uwagi o biskupach kapusiach i episkopacie, który zrobił z Kościoła po prostu jeszcze jedną korporację zawodową, tak samo pazerną, amoralną, wchodzącą w układy i broniącą swoich za wszelką cenę, jak każda inna, mogłem sobie darować. Chociaż tu akurat miałem wrażenie, że ksiądz protestował raczej z urzędu i chętniej by się zgodził, tylko mu nie wypadało. Zwłaszcza jak opowiadałem o swoim ulubionym kazaniu wielbionego w mediach metropolity, w środowisku dziennikarskim zwanego „narcybiskupem”. Bo że się hierarsze mylą homilie ze wstępniakami do „Wyborczej”, to już niedobrze, ale kiedy pouczył z ambony wiernych, gromiąc ich za dawanie posłuchu „spiskowym teoriom”, że „światem rządzi przypadek i prawa fizyki” — to już chyba jak na katolickiego duchownego, jeszcze tej rangi, dość zdumiewające odkrycie? Kombinowałem nad tym tak i owak, nawet psychologa spytałem, czy człowiek wierzący może tak lapsnąć, i pewien jestem, za cholerę nie może, nie przyszłaby mu taka myśl do głowy. Po prostu klasycznie, po freudowsku, wyszło szydło z wora.

Swoją drogą, temat na ponurą powieść albo sztukę, co ma zrobić człowiek, jeśli całe życie robił karierę duchowną, i mu się udało, wpływowa partia polityczna zagroziła, że nie poprze konkordatu, jak go nie zrobią metropolitą i kanclerzem największej katolickiej szkoły wyższej, episkopat dobił dilu, papież klepnął, a tu nagle wiara w sercu — wyschła? Co, rzucać teraz wszystko? I z czego żyć, z pisania do gazet?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?