Zgred

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdybym musiał narysować socjalistyczny „kraj lat dziecinnych”, tak, jak mi najbardziej zalazł za skórę, w jednym, jedynym obrazku, to byłaby codzienna scena, jak tato bezsilnie przeklina przed telewizorem, jak złości się na te wbijane mu w głowę gwoździe, i wdaje w nieustające, bezsilne kłótnie z kłamiącymi głowami. Wiem, bo nierzadko o tym rozmawiałem, że dzielę to wspomnienie z wieloma rówieśnikami.

Trudno sobie przypomnieć, kiedy uderzyło mnie, że zachowuję się tak samo. Chyba gdy towarzysz prezydent Kwaśniewski dekorował Orłem Białym Kuronia i Modzelewskiego, laudując: „wy pierwsi mieliście odwagę powiedzieć »nie« totalitaryzmowi!”. Zacząłem kląć, aż wstyd przy żonie: oni pierwsi! Dwieście tysięcy ludzi, najostrożniej licząc, działało jeszcze przez wiele lat po wojnie w antykomunistycznej konspiracji, kilkadziesiąt tysięcy walczyło z bronią w ręku, ostatniego żołnierza podziemia dopadła obława bezpieki na rok przed moim urodzeniem, ludzie siedzieli po więzieniach, szli na zsyłki, do kopalń i „strojbatalionów”, latami borykali się z zakazem pracy, z wilczym biletem — i to wszystko nic, to się nie liczy! Dopiero jak potem dwóch młodych komunistów skrytykowało partię, że się biurokratyzuje i odchodzi od ideologicznych pryncypiów Marksa i Lenina, i, jak to w gangu, za wyrywanie się przed szereg dostali po parę lat… A kiedy szli na tę odsiadkę, towarzysze śpiewali im „Międzynarodówkę”. I teraz — oni pierwsi! Żeby miał odwagę, taka jego mać, powiedzieć jasno: „wyście pierwsi spośród nas, spośród nas, partyjniaków”, to proszę bardzo, ale tego nie powie. Po prostu, polska wolność się zaczęła od „Listu otwartego do partii”!

Wtedy, kiedy patrzyłem na kłócącego się z telewizorem tatę, wydawało mi się, że to głupie, że nie powinien, jak to wygląda w końcu. A teraz sam doświadczam tego przytłoczenia, zdławienia kłamstwem i absurdem. On przecież rzeczywiście nie miał innej możliwości protestu, ja mogę się jeszcze stawiać wbijaczom gwoździ na ich własnym polu — a też nie umiem się powstrzymać, bezwiednie podnoszę głos w domu: no, jak oni pierwsi, jak od tego się wszelka walka z socjalizmem zaczęła, to gdzie ten sławny list?! Dajcie go ludziom przeczytać, niech się zachwycą tym komunistycznym bełkotem jak z referatu na plenum! Ale nic, nigdzie tego listu nie ma, nikt nawet fragmentów nikt nie cytuje. Tabu.

Jak z dziełami Marksa-Lenina, jak z życiorysami czerwonych przywódców: wszystko masz podane w opracowaniu, tego się ucz i powtarzaj, a o oryginał nie dopytuj, bo takie gadanie to wrogie gadanie. Bitwa pod Lenino wielkim, bohaterskim czynem ludowego żołnierza była, i to sobie w głowę wbijcie. Ale dopytywać się o szczegóły tego bohaterskiego czynu, o przebieg, o rozkazy i losy dowódców — no, co wy, ustrój się wam nie podoba!?

Im bardziej ma który z bohaterów i autorytetów chwalebny życiorys, tym bardziej się historycy boją pisać jego biografię. Jakieś tam wyimki, przyczynki, starannie przebrane i ocenzurowane przez odpowiedzialne czynniki, to owszem — ale tak po całości to lepiej nie. Geremek, Kuroń, Michnik, Wałęsa — takie wspaniałe życiorysy, chwalebne, a nie można ich młodzieży podać za wzór, bo z jakiegoś powodu są tabu. Żywoty świętych III RP we fragmentach. Jak Krótki kurs historii WKP (b). Też był tylko we fragmentach, nigdy jakoś nikt nie napisał i nie wydał kursu pełnego. W normalnym kraju każdy z herosów Okrągłego Stołu miałby po całej półce biografii, od naukowych, przez popularne, aż po plotkarskie, a tu historycy i dziennikarze wolą na wszelki wypadek omijać te chwalebne biografie szerokim łukiem. Im bardziej która chwalebna, tym szerszym. Sam strajk sierpniowy, zobaczcie: trzydzieści lat minęło i nikt się nie pokusił o monografię tak przełomowego dla historii wydarzenia! Raz się jakiś naiwny wyrwał i zapytał, gdzie właściwie jest ten mur, przez który, wedle kanonicznej wersji legendy, przeskoczyć miał Wałęsa — i już następni nie próbują i innym odradzają.

Pod tym względem nic się a nic nie zmieniło; już nie w tym rzecz, że wciąż każą wierzyć w kłamstwa, ale że te kłamstwa tak niespójne, niechlujne, urągające elementarnej inteligencji. Jak z tym „Bolkiem”. Po pierwsze, wcale nigdy nie kapował, a po drugie, przecież już dawno swe winy odkupił!

Połowa mnie mówi, żebym się przestał kłócić z telewizorem, a dla drugiej połowy jest to oczywiste jak oddychanie. Akurat jakaś dyskusja, i jak zwykle dyskutanci licytują się w intensywności wzajemnego przyznawania sobie nawzajem racji. Moim faworytem jest młodszy o pokolenie publicysta „Wyborczej”, który powtarza, że trzeba tylko, żeby Polacy się wreszcie wzięli do solidnej roboty, a poza tym wszystko jest super. I dla podkreślenia nieopatrznie deklamuje z przekonaniem: „wszyscy ludzie, jakich znam, bardzo zyskali na transformacji ustrojowej”.

Ależ oczywiście! O to właśnie chodzi, że oni się wszyscy obracają we własnym gronie — gronie ludzi, którzy nie mają żadnego powodu do niezadowolenia. Oni raczej doją, niż są dojeni, im żaden pan Purchel nie składa propozycji nie do odrzucenia, oni nie tłoczą się w państwowych przychodniach, bo stać ich na prywatne, dzieci posyłają do prywatnych szkół i przedszkoli. Jacek — nie szwagier, inny Jacek, pisarz, którego los rzucił do krakówka — opisał ten syndrom zwięźle: „nie znam nikogo, kto by nie głosował na Unię Wolności, więc to oczywiste, że Unia Wolności jest najlepsza!”.

Spójrzmy na sprawy oczyma dziennikarza „Wyborczej”, najlepiej z tych obdarowanych pakietem akcji, od którego nikt nie wymaga wychylania nosa nie tylko poza rogatki, ale nawet poza drzwi kawiarni — no tak, oni naprawdę nie rozumieją, o co temu polactwu chodzi. Ich zdumienie jest szczere. Wszyscy, których znam, są zadowoleni. To kto może być niezadowolony? No jacyś „straszni ludzie”, nieprzystosowani, pewnie nieudacznicy, którzy sobie nie poradzili w transformacji i szukają rekompensaty w zawiści i religijnym fanatyzmie. Nie da rady, musi nas to-to odumrzeć po drodze do Europy, tak jak ci Izraelici nienadający się do Ziemi Obiecanej ciągani po pustkowiach, aż wykruszyli się po drodze…

Tak, ja też posyłam dzieci do prywatnych szkół, też płacę prywatnym lekarzom i tak dalej. Tylko że ja pamiętam, skąd mi nogi wyrastają. I to jest właśnie zdrada, niewybaczalna zdrada swojej kasty. Jak ci dobrze, to siedź cicho i się ciesz, do cholery, a nie brzdąkaj. Wrażliwość społeczna cię męczy? Ależ proszę, my pochwalamy wrażliwych społecznie, mamy dla nich szeroką ofertę — mogą się angażować w sprzeciw wobec ocieplenia klimatu, mogą się wyżywać w walce o społeczną emancypację mniejszości seksualnych, przeciwko globalnym korporacjom, i jeszcze w stu innych akcjach, bardzo „tryndowych” i sexy. Ale co za pomysł, ujmować się za tym katolickim ciemnogrodem, który może i subiektywnie został pokrzywdzony, ale obiektywnie stanowi przeszkodę w pełnej integracji z cywilizowanym światem!

Jeszcze mi się przypomniał, dopisuję, bo wciąż mnie nosi, pan Józef. Stary działacz „Solidarności”, z tych najmniejszych, na skalę parowozowni, z której go w końcu wyleli i ledwie teraz doprosił się od wolnej Polski jakiejkolwiek emerytury. Jedna z takich przygodnych, prowincjonalnych znajomości zawartych — już kawał czasu temu — przy okazji spotkań w interiorze, i jedna z wielu opowieści, wartych scenariusza albo co najmniej noweli. W zasadzie to tym solidarnościowcem został przez przypadek, prosty człowiek, na wielkich sprawach się nie znał, bo i skąd — ale Opatrzność zrządziła. Przejmował raz, maszynista, ekspres wracający z Wiednia. Bo tylko niektórzy, sprawdzeni, mogli jeździć za granicę, i żeby ich nie zamęczyć, w kraju od razu przejmowała skład druga drużyna. I tak się złożyło, że akurat tym ekspresem wracał z Wiednia prymas Wyszyński. Postój, wedle rozkładu, dwadzieścia minut, na peronie zebrał się nieprzebranym tłumem „element religiancki, podjudzony przez wrogo nastawiony kler”, a do kolejarzy przyszli esbecy z jasnym i prostym przekazem: dziś żadnego postoju nie ma. Siadać na maszynę i natychmiast mi — rura, do Warszawy, żeby tam nikt nic nie zamarudził, bo już my wam niebójtasie. On nic nie powiedział — wsiada, przejmuje skład, pociąg stoi, kardynał zaczął przemawiać, esbek drze mordę, a mój pan Józef do niego spokojnie: a przepisy? A bezpieczeństwo jazdy? To nie są żarty, to jest międzynarodowy ekspres, tu nie ma mowy o żadnym błędzie. Ten, co zdawał maszynę, blady i spocony, ale przecież nie powie, że tak na co dzień to oni te przepisy, wiadomo gdzie… musi potwierdzić. Więc obaj regulamin w rękę i cała procedura, punkt po punkcie, sprawdzają każdą wajchę, każdą śrubkę, każdy licznik… Esbecy wściekli, ale on do nich uprzejmie: da mi pan na piśmie, że pan przejmuje odpowiedzialność za ludzi i cały pociąg? Da mi pan na piśmie, że organa każą mi złamać zasady bezpieczeństwa? No to jak nie, to ja odpowiadam, pan może mieć swoje rozkazy, a ja mam swoje przepisy, i muszę się ich słuchać. I tak pociąg odstał na stacji, co miał odstać, do jednej minuty, kardynał swoje wygłosił, ludzie wysłuchali, i pewnie nikt nawet się nigdy nie dowiedział, dzięki komu, bo facet się nie chwalił. Dwadzieścia minut, które zadecydowało o czyimś życiu. Bo już od tego momentu był podpadnięty definitywnie, chciał nie chciał, został „elementem antysocjalistycznym” ze wszystkimi tego konsekwencjami.

A po latach, w wolnej Polsce, dowiedział się, że był tylko zwykłym frajerem: nie zrobił kariery, nie dorobił się nawet porządnej emerytury. A tamci się podorabiali. U własnych dzieci nie ma szacunku, bo jak niby, mierzą go dzisiejszymi kryteriami — musi być sukces, dla sukcesu wszystko. Nie żalił się, opowiadał po prostu, potrzebował się wygadać, wcale nie, żeby się redaktor nad nim użalał, tylko żeby — ja wiem — z kimś się podzielić. Nic mu nie miałem do powiedzenia, tylko przybiłem piątkę i obiecałem sobie zapamiętać i kiedyś o nim napisać.

Takich historii może się dziennikarz nasłuchać, kiedy wychyli nos za rogatki. To po co miałby wychylać? Żeby go do telewizji przestali zapraszać?

 

Sobota

Właściwie to już się wczoraj zdecydowałem skasować całą tę pisaninę i dać spokój; pewnie bym to zrobił, gdyby nie myśl, że może coś się z zapisków da wydłubać i przerobić na felieton. Bo, skóra cierpnie na myśl, ale trzeba się pozbierać i zarobić trochę marności, wysłać tekst przynajmniej do „Gazety”.

Jestem beznadziejnie daleko od jakiegokolwiek pozbierania. Pani diabetolog zdołowała mnie kompletnie — wróciłem taksówką, i, chyba po raz pierwszy od początku tej historii, miałem taką minę, że Oleńka nawet nie próbowała mnie pocieszać. Spytała tylko szeptem, czy dam radę się trochę pobawić z dziewczynami i porozmawiać z nimi, żeby się nie bały, bo przecież czują, że się coś dzieje. Trzymamy twardo taką zasadę, żeby mówić dziewczynom wszystko, więc wszystko im przy zabawie wyjaśniłem, na co tata jest chory i co musi zrobić. Przy okazji sam też trochę się jakoś rozruszałem. Nie ma co za dużo gadać, bo wyjdzie sentymentalnie i płasko, ale jak się w człowieka takie dwie małe istotki wtulą, to światu wracają właściwe kolory.

W każdym razie obie teraz już wiedzą o cukrzycy wszystko, co trzeba wiedzieć, i że jak schudnę, nie będę więcej jeść ciastek i popijać „łiskiego”, to wystarczę im jeszcze na długo. Wszystkie lalki, misie, smerfy i cała menażeria wzięły udział w wielkim pożegnaniu „duziego bziucha”. No a potem długie, nocne małżeńskie rozmowy. Dobra wiadomość jest taka, zacząłem, że co do naszych planów — to pani doktor mówi, że cukrzyca nie przeszkadza. To znaczy, w sensie medycznym, no bo, osobna sprawa, muszę mieć też pewność, na ile człowiek oczywiście może być czegokolwiek pewien, że przez tych paręnaście lat zachowam dość sił i sprawności, żeby zarobić na trójkę i móc ją należycie wychować. Ale taką pewność akurat mam, chociaż, odpukać, poczekajmy jeszcze na wyniki badań.

Więc skąd ten dół? Rzecz nie w tym, żeby rokowania były jakieś poważne, tylko… Tylko właśnie co? Samemu trudno mi to rozplątać. Oli powiedziałem „stłukło się jajeczko”, i od razu wiedziała, o co chodzi. Coraz częściej porozumiewamy się cytatami z własnych dzieci, których sens i kontekst trudno wytłumaczyć innym.

Matka miała co do lekarzy proste kryterium — starszy doktor zna się lepiej niż młodszy, a mężczyzna zna się lepiej niż kobieta. Wedle tej kwalifikacji powinienem na panią doktor machnąć ręką. Obejrzała mnie starannie, zmierzyła ciśnienie — wyszły jakieś straszne wartości, ale zawsze mi tak wychodzi, doznaję hipochondrycznego łomotu serca podczas wszelkiego rodzaju badań, uprzedziłem zresztą lojalnie, ale mnie zignorowała. Opukała, obejrzała z namarszczoną miną cal po calu stopy i tak dalej, zupełnie puszczając mimo uszu moją nerwową paplaninę, ze wszystkiego zainteresowała ją chyba tylko informacja, że ojciec również chorował — i zaczęła wygłaszać referat. Bo lekarz opłacony poczuwa się u nas do obowiązku obszernie pacjenta poinformować o wszystkim, co się z jego sprawą wiąże. Ten sam lekarz na państwowym ledwie na ciebie spojrzy, przez cały czas wizyty, czyli jakieś pięć minut, wypisuje papiery, a zapytaj go o cokolwiek, potraktuje to jak osobistą obrazę. Tłumaczył mi kiedyś pewien kucharz, zresztą z dość drogiej knajpy, że sekret jego zawodu polega na niezauważalnym dowalaniu do wszystkiego tłuszczu; organizm ponoć jest tak zbudowany, że jak odnośne receptory nie odnotują w posiłku tłuszczu, to klient się nerwi, sam oczywiście nie wie, co mu przeszkadza, czepia się czego popadnie; a jak doświadczony kucharz wkręci w faszerowanego szczupaka na parze połeć słoniny, to klient jest zadowolony, że no, widzicie, można zjeść i zdrowo, i smacznie. Skojarzyło mi się, bo wylewność lekarza, kiedy przyjmuje prywatnie, ma ten sam cel — żeby gość wyszedł zadowolony. A jak gość przychodzi państwowo, to pies go rąbał razem z jego zadowoleniem. Więc, wracając, pani diabetolog oświeciła mnie gruntownie co do stanu badań nad cukrzycą, zignorowała kompletnie przechwałki o chudnięciu i walce z chorobą i zaczęła wypisywać skierowanie do szpitala.

Zaprotestowałem. Wysłuchałem cierpliwie pouczeń i zaprotestowałem znowu. Spada. Chudnę, pocę się, to daje wyniki. Jak przestanie dawać, sam się zgłoszę, ale najpierw chcę zobaczyć, ile mogę osiągnąć sam. Badania? Przecież mogę sam zrobić, stać mnie. W końcu chodziłem z tym Bóg wie jak długo, więc chyba przez najbliższe dwa tygodnie nie padnę jeszcze na ulicy. Co prawda, badania właściwie należy robić dopiero po „wyrównaniu” — no, ale, machnęła ręką, ostatecznie możemy jeszcze tydzień, dwa poczekać; w domyśle, aż sam się przekonam, że bez kroplówek z insuliny o wyrównaniu cukrzycy nie ma mowy. Potem przeszła do wypisywania leków. Metformina na samą cukrzycę, ramipril na obniżenie ciśnienia i simwastatyna na cholesterol… Zaraz, zaraz, ale po co to? Przecież ja chudnę, niedługo będę o dwadzieścia, gdzie tam, dwadzieścia, o trzydzieści kilo szczuplejszy, a na medycznych stronach piszą, że wtedy i ciśnienie, i sterole lecą same z siebie.

Proszę pana, perswaduje ze skrywanym w głosie politowaniem dla mojego entuzjazmu, ta utrata wagi to tylko taki sygnał, bardzo dobrze, że pan jej nie przegapił, ale to tylko parę kilogramów i na krótko, proszę nie liczyć… Ale ja naprawdę zamierzam schudnąć, wejdę na bardzo ostrą dietę, już zacząłem… Widzę, że mi najzwyczajniej w świecie nie dowierza — ot, słomiany ogień, przestraszył się i może sam na razie wierzy, że umie zmienić tryb życia, ale za parę tygodni zacznie się obżerać po staremu — na pewno tak myśli. Więc tym bardziej postanawiam się uprzeć. Nie, proszę mi na razie leków nie zapisywać, nie chcę.

Chyba zaczęło ją to bawić, tacy awanturni klienci nie zdarzają się pewnie często. Ale, przypominam, rzecz dzieje się w przychodni prywatnej, więc pani doktor cierpliwie, jak chłop krowie na rowie: najnowsze zachodnie badania pokazały, że u chorych na cukrzycę od samego rozpoznania ryzyko „incydentu naczyniowego” jest równie wysokie, jak u chorego po zawale, i dlatego światowa organizacja cukrzycy, czy jak tam się to szacowne gremium zwie, zaleca leczenie farmakologiczne w kierunku… — teraz ja poczułem się zmuszony machnąć ręką i przyjąć receptę. A długo to będę brał? — spróbowałem udawania naiwnego, chociaż to akurat wiem. Pierwszy i jedyny raz zdobyła się na nieco luzu: „jak pan będzie brał regularnie, to długo. W przeciwnym razie nie gwarantuję”.

Ola powiedziała, a Ola zna się na ludziach — nie wiem, czy to wrodzone, czy ten jej „dyplom z oszustwa”, w końcu trzeba umieć ludzi czytać, by móc ich przekonująco zagrać — że pani diabetolog może się zna na diabetologii, ale psycholog z niej jak z koziej. Powinna wszystko zrobić, żeby mnie zmotywować do wysiłku, a nie dołować. Tylko że ona pewnie nie wierzy, by można z chorobą cokolwiek osiągnąć samemu, pomaga tylko farmakologia, nic więcej. W ogóle lekarze nie wierzą w nic poza chemią. Tak ich uczą.

Pokazałem potem Oli — dziś rano — książeczki, czy jak to nazwać, prospekty dla cukrzyków, które od pani doktor dostałem. Bardzo pięknie wydane, z kolorowymi zdjęciami (jedno, z cukrzycowym owrzodzeniem stopy w pełnym rozkwicie, mogli sobie darować) — we wszystkich powtarzają się uspokajające kawałki, nie martw się, nie musisz sobie odmawiać przyjemności jedzenia, przelicz tylko wymienniki węglowodanowe i zaplanuj odpowiednią dawkę insuliny. Ona też — lubi pan czekoladę? Można czasem pasek czekolady. A w broszurce: „jeśli jesteś przyzwyczajony do słodkich deserów, nie musisz z tego całkowicie rezygnować, pamiętaj tylko o dostosowaniu do posiłku dawki insuliny”.

Broszurki, które rozdają w gabinecie, wydrukowane zostały przez koncern farmaceutyczny specjalizujący się w analogach insuliny, więc ukochana poszła od razu teorią spiskową: po cholerę ma ktoś walczyć z chorobą, odchudzać się — niech właśnie, trzeba namawiać, opycha się ciastkami, to będzie potrzebował więcej insuliny i więcej im zostawi w kasie. Niby żartowała, ale w sumie sam nie wiem. Mnie mój chłopski rozum każe się trzymać brzytwy Ockhama — współczesny człowiek nie jest wychowywany, żeby sobie czegokolwiek odmawiać, przeciwnie, w głowie mu się nie mieści, że można by od niego żądać jakichkolwiek wyrzeczeń. Oleńka, jeśli ma czas pooglądać przekazior, wybiera na kablówce różne amerykańskie czy brytyjskie programy o grubasach, tam to świetnie widać — dziewczynka waży dwieście kilo, pochłania na każdy posiłek co najmniej cztery wielkie pizze, i całe konsylium kombinuje przed kamerami, czy próbować farmakologii, czy od razu operacji bariatrycznej, nikomu nawet nie przemknie przez myśl potworowi zasugerować, że może by tak na początek spróbował mniej żreć. Jak to, mogłaby nie jeść, kiedy ma apetyty? Przecież ona chce! A jak chce — no to musi. Żądać od kogoś, by sobie czegoś odmawiał — nie ma takiej opcji. A prawa człowieka gdzie? Od tego jest państwo, lekarze, ubezpieczalnia, telewizja, żeby podali pigułkę albo zastrzyk, które „rozwiążą problem”. Przecież nie żyjemy w ciemnym średniowieczu. Więc i koncern farmaceutyczny nie będzie taki durny, żeby mówić, że nic ci, grubasie, nie pomoże, jak sam sobie nie pomożesz; po co sobie zrażać klientów?

Jak się zastanowić, ta zasada rządzi dziś całym myśleniem ludzi Zachodu. A raczej ich zdegenerowanych potomków. W każdym razie, wywaliłem te książeczki w kąt, i pytam Olę ostrożnie, co mi doradza? Bo mi się łykanie tych piguł nie uśmiecha. Nie mówię, że w ogóle, ale chcę sobie dać szansę, zobaczyć, ile mogę osiągnąć sam. Dopiero, jak wymacam tę granicę, za którą już sam nie dam rady, będę potrzebował pomocy. Ale nie wiem, kochanie, może ja się mylę? Może sobie tylko szkodzę, odwlekając leczenie? Nie wierzyć lekarzom, niebezpieczna sprawa, ale wierzyć, też się czasem kończy fatalnie — jak ty myślisz?

Stanęło na tym, że poczekam, jak wyjdą badania. Badań dostałem całą stertę, rentgen, USG, dno oka, wszelkie możliwe analizy… Zobaczymy. Jeśli się uda trochę odwlec przejście na leki, to już mój zysk. Przecież muszę, mówię, pociągnąć w dobrej kondycji jeszcze ze czterdzieści lat, żebyście ze mnie miały pożytek.

Nastrój mi się, jak to po takich rozmowach z żoną, poprawił, ale ogólne poczucie rozbicia i zdołowania pozostało, przetrwało nawet noc i gnębi od rana. Niełatwo mi to samemu rozplątać, co mnie właściwie gnębi. Nie strach, powtarzam, do strachu na razie nie ma powodu. Dam radę, zawzięty jestem. Bardziej chyba wyprowadza mnie z równowagi utrata poczucia własnej niezniszczalności: człowiek niby wie, że jest kruchy, ale zawsze się o tym dowiaduje nagle. A może to, jeszcze inaczej, utrata poczucia kontroli nad sytuacją. Mężczyzna źle znosi świadomość, że coś nie zależy od niego, że choćby się nie wiem jak sprężył, wysilił, nic nie zmieni — a z chorobą tak jest. To wkurza i rozbija, na pewno.

Ale to chyba nie wszystko. Po rozwodzie miałem świadomość totalnej klęski, tego, że wszystko się rozsypało, i że to ja spieprzyłem, nie ma na co i na kogo zwalić, też było mi się ciężko pozbierać, kryzys wieku średniego jak z podręcznika, a właściwie, jak z sitkomu — ale wtedy nie czułem się wypalony czy stary. Niedawno obchodziłem 45 urodziny, „półmetkowe”, napisałem na zaproszeniach, żeby trochę oswoić tę magiczną liczbę, miałem świadomość, że już nie jestem młody, ale nie miałem zupełnie takiego poczucia. A teraz właśnie się na mnie zwaliło: point of no return. Szczyt już za mną, teraz tylko w dół.

Myślę o tym i przypomina mi się Monte Cassino Wańkowicza — osobna historia do napisania, dlaczego to była dla mnie tak niesamowicie ważna książka — scena ze sztabu, z ostatniego dnia bitwy, jak siedzi tam Anders z oficerami, wpatrują się w mapy i odbierają meldunki: San Angelo — utknęli pod wierzchołkiem i już nie ma czym atakować, Albaneta — ugrzęźli tuż przed wyjściem z Gardzieli, 593 — przygwożdżeni kilkadziesiąt metrów od celu, i tak wszędzie, wszędzie natarcie utknęło na ostatnich metrach i już nie ma go czym podeprzeć, bo wszystkie odwody zaangażowane, wszyscy ludzie wysłani do walki, nawet z kucharzy zaimprowizowano grupy szturmowe pod dowództwem oficerów kasynowych i pchnięto na pierwszą linię. A ta pierwsza linia, w którą wszyscy wpierają się resztką sił, stoi, godziny mijają, ludzie zaczynają padać z nóg… Ależ sobie umiem teraz tę scenę plastycznie wyobrazić. Nagle, razem z tą cukrzycą, zwaliła się na mnie świadomość, że już użyłem wszystkich sił, wszystkiego, na co mnie stać, nic więcej z siebie nie skrzesam. I nie mogę powiedzieć, żebym nic nie osiągnął, ale — wszędzie brakuje tych ostatnich kilkudziesięciu metrów do wierzchołka, o włos, o krok, o wyciągnięcie ręki za mało, żeby mieć poczucie sukcesu. A teraz sił już będzie mi tylko ubywać. Dotąd sobie mogłem powiedzieć, że znajdę jeszcze chwilę na dodatkowy felieton, występ, na jazdę gdzieś, wyrobię się — a tu nagle przeraża mnie myśl, że nie da się dłużej niż przez parę dni wykręcać i prosić o przedłużanie terminów z powodu zdrowia, a potem — jak ja się wyplączę tylko z dotychczasowych zobowiązań? A skąd jeszcze wziąć czas i siły, żeby się wreszcie przebić przez ten mur, żeby dokończyć, przecież nie odpuszczę teraz, kiedy mam cele w zasięgu wzroku!

 

Idiotyczna myśl: Irek o tym skądś wiedział, wybrał ten moment, żeby mnie wodzić na pokuszenie. Rzeczywiście, chwycić wygodną synekurę, grzać się w ciepełku władzy, najlepiej iść na senatora, albo co tam, nawet eurodeputowanego, przecież mam jakieś nazwisko, kto by mnie zresztą próbował kupić, gdybym nie miał — nagle wydaje się, że mi z nieba spada z tą ofertą. No, ale przecież nie mógł wiedzieć. Więc co — jeszcze bardziej idiotyczna myśl: Opatrzność tak właśnie chce, Opatrzność podesłała we właściwym momencie starego kumpla i daje sygnał: odpocznij, Rafalski, pomyśl o dzieciach, oszczędzaj zdrowie; swoje się już nawojowałeś.

Chyba za daleko idę w tym zapisywaniu — jeszcze parę akapitów strumieniemświadomości i naprawdę skasuję to wszystko w diabły. Już się na to zdecydowałem, ale kiedy usiadłem rano do klawiatury, zauważyłem, dopiero teraz, że pod lampą, na biurku, Mania usadziła swojego ukochanego misia. Żeby tacie dotrzymywał towarzystwa i poprawiał humor. Coś mnie ścisnęło za gardło i postanowiłem, że jednak znajdę codziennie choć parę minut na te zapiski. Może coś z nich wyniknie.

Tato — strzępy historii

I dobrze, że nie skasowałem. Może to grafomania, może pensjonarskie egzaltacje, ale jako sposób wypełniania bezsennych nocy i rozedrganych dni pisanie jest bezcenne. Inaczej albo bym w końcu wyciągnął flaszkę, albo poszedł na dworzec napchać się hamburgerami i czekoladą; może i jedno, i drugie.

Znowu myślę o tacie. Jak zawsze z poczuciem winy. Pierwsza powieść, jaką w życiu napisałem, powinna być powieścią o nim. A jeśli nie pierwsza, to ta największa, najważniejsza, którą mam jeszcze przed sobą, przynajmniej tak sobie wmawiam, że mam ją przed sobą. Tymczasem wszystko, co wiem o własnym tacie, to skrawki rozmów, okruchy, których nie ma czym uzupełnić. Obaj stryjowie już nie żyją — nie pochodzę z długowiecznej rodziny, u nas pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat to maks. Żadne dokumenty się nie zachowały, a jeśli, to prawie na pewno niewiele warte. W szkole oficerskiej tato bez przerwy pisał życiorysy, taki był wymóg Informacji — stale trzeba było pisać życiorysy, i biada takiemu, któremu się zdarzyło napisać w jednym życiorysie cokolwiek innego niż w drugim. Ojciec już wtedy dobrze wiedział, gdzie żyje, więc ułożył sobie życiorys „pozytywny”, wkuł na pamięć i powtarzał za każdym razem co do przecinka. Potrafił go wyrecytować jeszcze na starość, ale sam mówił, że prawdy w nim nie było. Więc co z tego, gdybym się nawet dostał do jakichś wojskowych archiwów i znalazł tam ten życiorys?

Wiem, że to dotyczy nie tylko mojego taty, ale całego jego pokolenia. Oni stracili swoje biografie, a my, synowie, straciliśmy historię swoich rodzin. Kto w Polsce ma zdjęcia swoich dziadków, kto zna ich życiorysy, kto potrafi wymienić imiona pradziadków? Pamiątki, fotografie, pamięć — wszystko poszło z dymem. Często nawet groby przodków zostały gdzieś o kilkaset kilometrów, za granicznymi zasiekami. Ojciec prawie nigdy nie chciał mówić o swoim życiu, o historii rodziny, oduczył mnie o to pytać. Otworzył się dosłownie parę razy.

Urodzony 27 października 1927 roku we wsi Sulęczyno powiat Kobrzyń w województwie lubelskim, jako czwarty syn małorolnego — zdaje się, że tak brzmiało pierwsze zdanie. I już w nim tkwiło maskujące kłamstwo, bo dziadek był jednym z bogatszych na owe czasy gospodarzy we wsi, najlepszy dowód, że jak przyszli okupanci, to od razu wyrzucili rodzinę z domu — byle kurnej chaty by nie zajmowali. W sumie na dobre wyszło, bo inaczej komuna wykończyłaby dziadka już za sam ten dom, jako kułaka. Tym, że dziadek działał w samorządach, budował we wsi szkołę, współzakładał uniwersytet ludowy, nawet że jakieś chłopskie strajki współorganizował, też się tato przezornie nie chwalił. Z dziewiątki rodzeństwa jeden brat umarł w dzieciństwie, dwóch zaginęło w czasie wojny, nigdy nie udało się ustalić, co się z nimi stało, a raczej, gdzie znaleźli śmierć i z czyich rąk, bo żywi by się przecież odezwali. Tato jako szesnastolatek wylądował w partyzantce. Mówił, że właściwie poszedł tam nie z jakiejś szczególnej chęci do wojaczki, tylko żeby nie objadać młodszego rodzeństwa, bo we wsi się przymierało głodem; w lesie też, ale przynajmniej łatwiej się było człowiekowi łudzić, że jak się wysili, to w końcu coś do zapchania brzucha znajdzie. A i rodzice woleli, żeby synowie byli w lesie, bo tam bezpieczniej. Teren był dobry dla partyzantki i w okolicy działało jej sporo, nie tylko Polaków. Byli też komuniści, więcej Ruskich i Ukraińców niż naszych, mówił tato, i byli Żydzi, uciekinierzy, którzy chowali się w bronią w ręku przed Niemcami. Sowieci uważali naszych za wrogów na równi z hitlerowcami, więc rabowali i niszczyli co popadło, komuniści za swoich uważali, z wzajemnością, tylko najgorszą biedotę i fornali, bo w okolicy przed wojną biedy było sporo. Natomiast bogatsze domy palili. Palili też plebanie i mordowali księży. Żydzi również rabowali księży i chłopów, więc nasi, jak dorwali pepeerowca albo Żyda, to go zabijali, a oni naszych. To znaczy, na samym początku tylko się zabijali. W czasach taty to już nie było zwykłe zabijanie, tylko wydziwianie jak w jakimś Humaniu. Księdza z Sulęczyna komuniści rozerwali końmi, więc jak któryś z batalionów chłopskich dopadł potem tych, albo może innych AL-owców, to ich zakopali żywcem; a może to nie była zemsta, tylko oszczędność. Tamci zresztą w końcu byli górą i odpłacili z nawiązką — bo jak przyszli Sowieci i lubelski rząd, to wszyscy AL-owcy, których się naszym nie udało dorżnąć, poszli w komplecie na milicjantów, a Żydzi do UB, i pod ich dyktando KBW z Sowietami w parę lat spacyfikowali całą okolicę i wszystkich wytłukli, chyba, że ktoś w porę zwiał na „ziemie odzyskane”, albo, jak tato, do poboru.

Brud, wszy, okrucieństwo, zatracenie w jakimś takim zbydlęceniu, w poczuciu, że nie dziś, to jutro — o tym czasem wspominał. Tylko o tym, wydawałoby się rzecz najoczywistsza, w jakim oddziale był, nie wspomniał, a ja, młody dureń, nie byłem wtedy ciekaw. Ale przypominam sobie mgliście opowieść ciotki Jagody, tej, która po wojnie została na wsi; z jej słów, jeśli czegoś nie pokręciłem, wynikało, że tato poszedł do lasu razem ze starszym bratem, jednym z tych dwóch, co przepadli, do dowódcy, który nosił pseudonim „Głowbicz”. Jeśli tak, to z opracowań wynika, że długo się tam nie nawojowali — w początkach czterdziestego czwartego Głowbicz zginął w zasadzce partyzantów sowieckich i kolaborantów z AL, a jego oddział poszedł w rozsypkę. Był to oddział NSZ, i to by wyjaśniało, dlaczego tato narzucił sobie tak głębokie milczenie na ten temat, że nie przyznał się nawet mnie.

W każdym razie znalazł się u berlingowców. Znowu bardziej się domyślam, niż wiem, że razem z kilkoma wykombinowali, że pod samą latarnią, w czerwonym wojsku, uchować się łatwiej niż w lesie, bo stamtąd w końcu Ruscy wyczeszą wszystkich. Ruskich w mojej rodzinnej okolicy widziano już w trzydziestym dziewiątym, więc złudzeń co do „wyzwolenia” nikt nie miał.