Zgred

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zapchałem poranny głód gulaszem z bakłażana z beztłuszczowej patelni i wracam do zapisywania, z dodatkową energią, bo po udanym seksie zawsze dostaję przypływu sił. Chłop, nie da się zaprzeczyć, prosta konstrukcja — tu pomacać, tam pociągnąć, zrobi swoje i już jest dumny, jakby nie wiadomo czego dokonał.

Normalnie powinienem teraz zabrać się do snucia dla gazety wywodów o długu publicznym, kłamstwach rządu, obłudzie salonu czy głupocie nadymanych w mediach „autorytetów”, ale skoro mili chlebodawcy odpuścili mi na kilka dni, póki nie dojdę do ładu ze swoim wydzielaniem dokrewnym… A poza tym nastrój mam za dobry, żeby go sobie psuć powszednim babraniem się w szambie naszego życia publicznego. Stać mnie, żeby okazać dziś „waaadzy” i jej potakiwaczom miłosierdzie i zamiast ich unieśmiertelniać swym piórem, zająć myśli czymś przyjemniejszym.

Najprzyjemniej jest zawsze myśleć o rodzinie. Podobno, jak rozmawiam z ludźmi — sam tego nie zauważam, ale tak do mnie dociera zwrotną po różnych spotkaniach, a ze spotkaniami jeżdżę dużo — to w trzecim zdaniu schodzę na „a moja córka ostatnio”, albo „a moja żona”. „Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w Ojczyźnie” — co za bzdura, jeszcze jedna z głupot puszczonych w obieg przez wieszcza. Dopóki człowiek nie znajdzie szczęścia w domu, to „Ojczyzna” jest w ogóle tylko pustym słowem. Niczym, hasełkiem, fetyszem — fanaberią napalonych gówniarzy, którzy już dorośli do „czynu”, ale wciąż jeszcze są za głupi, żeby najpierw pomyśleć, co z tego czynu ma wyniknąć i jakie będą jego skutki. W pole wyruszyć, ofiarę złożyć, i żeby było dużo fajerwerków, heroicznych okrzyków i chwały, żeby sobie potem do późnej, wiecznie niedojrzałej starości mogli powtarzać, a pamiętacie, jak nas sprali, sprali nas tak, że, ho, ho, wieki będą o tym laniu pamiętać. A że przy okazji cokolwiek się w międzyczasie udało odbudować znowu pójdzie z dymem — to im za nic, jeszcze lepiej. Nie będzie prozaiczna codzienność odwracać uwagi następnych pokoleń od ich bohaterstwa.

Wiem, co mówię, bo gdyby się inaczej ułożyło, też bym mógł dołączyć do tej szczeniackiej sztafety terroryzującej naszą historię. Trzymam na półce, sam nie wiem po co, swoją debiutancką książeczkę, na karcie tytułowej jest rok 1988, ale tak naprawdę pisałem to jeszcze jako nastolatek, pięć lat wcześniej, po prostu tyle się wtedy czekało na książkę. Science fiction, bo „na powierzchni” to my byliśmy klubem science fiction, pod egidą, a jakże, socjalistycznego związku młodzieży, i strasznie nam samym imponowało, jak się świetnie zakonspirowaliśmy — różne czerwone świnie patrzyły z pobłażaniem, że się młodzież zajmuje UFO, kosmitami i innymi dyrdymałami, zamiast rzucać kamieniami w milicję, a pod stolikami — bibuła, Orwell, Zamiatin, i co kto chce. Piękne, proste czasy, zanim Marek wpadł przypadkiem z bagażnikiem pełnym świeżego towaru i dostał dwa lata, w DTV powiedzieli, że za rozpowszechnianie pornografii, bo faktycznie, akurat wiózł wtedy nowy nakład Pornografii — Gombrowicza. Przez następny miesiąc przekonałem się, że żaden ze mnie materiał na bohatera, omal nie osiwiałem ze strachu, kiedy po mnie przyjdą, nawet pamiętam, że w pewnym momencie aż miałem jakieś zawroty głowy — swoją drogą nigdy nie spytałem lekarza, jak to w ogóle możliwe, żeby od zwykłego cykora człowiek tracił równowagę i musiał się łapać mebli. Ale nie przyszli, Marek nikogo nie sypnął, za to za karę nie puścili go z innymi, odsiedział wszystko od gwizdka do gwizdka, i w ten sposób stał się wybitnym specjalistą, uznanym w świecie autorytetem od socjologii więzienia. Dzisiaj jest profesorem w Kalifornii, przyjechał kiedyś z promocją książki — gratulował mi Oleńki i dziewczynek, smakował wino ostrożnie, bo odwykł, u nich się w zasadzie nie pije, i w pewnym momencie spytał z gorzkim uśmiechem: no i warto się było szarpać, żeby wymienić Rakowskiego na Millera? Warto było?

Marek siedzi w Kalifornii i wszyscy, poza zdaje się nim samym, uważają, że Pana Boga za nogi złapał, Tomek został egzekutiwem w koncernie wydawniczym, ja — mężem i tatusiem, a Irek zblatował się z rządzącą ferajną, wmontował pięknie w establishment i bombarduje mnie argumentami, dla których koniecznie powinienem jak najszybciej podążyć jego śladem. „W swoim czasie trzeba walczyć, w swoim czasie się urządzać” — ale on oczywiście nie mówi nic o urządzaniu i kasie, tylko jakie to dzięki temu układowi zrobimy razem wspaniałe rzeczy dla Ojczyzny. Dobra, nie chcę teraz myśleć o Irku i rozgryzać, do czego właściwie jestem mu potrzebny — tylko o tamtych czasach jeszcze sprzed wpadki Marka, kiedy wydawało się nam, że cały naród nienawidzi czerwonych tak jak my i o niczym innym niż wolność nie myśli, i w ogóle, że robimy coś strasznie heroicznego i dla wszystkich ważnego. I jeszcze do tego, że wszyscy będziemy wielkimi pisarzami. Zresztą Jackowi czy Jeremiaszowi coś tam się naprawdę udało, na miarę tej niszy, jaką jest fantastyka — wydają nowe kawałki, zbierają nagrody od czytelników; czy są w stanie z tego wyżyć, to inna sprawa. Dziś trzeba pisać o mieczach, czarach, toporach i wojowniczkach w blaszanych bikini, wszystko inne to już jest nisza w niszy. Albo o nastoletnich wampirach. A te moje stare opowiadanka, jedno w drugie, działy się oczywiście w kosmosie i dalekiej przyszłości, gdzie jakieś straszne galaktyczne imperia podbijały i prześladowały wolne planety, a na tych podbitych planetach walczyli z nimi szlachetni, młodzi rebelianci i ginęli z żarliwą pochwałą wolności na ustach. Głupie i naiwne przeraźliwie, musiałbym się palić za te historyjki ze wstydu, gdybym poczuwał się do jakiejkolwiek łączności z małolatem sfotografowanym na skrzydełku okładki. Szczęśliwie, nie czuję żadnej. Wiem, że metrykalnie to byłem ja, ale wewnętrznie jakoś to zupełnie do mnie dociera, i tylko te juwenilne opowiadania pozwalają mi się domyślić, co mi kiedyś chodziło po kudłatym łbie, bo w pamięci nie pozostało nic, zupełnie nic.

To by było warte jakiegoś tekstu — poczucie obcości wobec siebie samego sprzed lat. To chyba mnie różni od większości ludzi. Większość hołubi swój „kraj lat dziecinnych”, idealizuje go, zachwyca się, jacy to byli śliczni i szlachetni w czasach, kiedy mogli wbiec na czwarte piętro bez zadyszki albo bez widocznych skutków imprezować całą noc. Ja zupełnie nie. Ja byłem głupim, zakompleksionym gówniarzem, który łatwo dawał sobą manipulować, usiłował sobie dodać powagi ordynarnym słownictwem i pozą kaskadera literatury, choć swój skromny talent już wtedy rozmieniał na głupoty. Całe szczęście, że młodość przechodzi człowiekowi z wiekiem.

Przerwa na przyrządzenie jarzyny i zapchanie nią organizmu. Siadam, napiszę parę zdań, i nie wiedzieć kiedy już minęła godzina czy dwie. Nagroda Nobla dla tego, kto wyjaśni, dlaczego z wiekiem czas płynie coraz szybciej i coraz bardziej między palcami. Parę zdań — i trzeba będzie przelecieć się spocić, potem chwila na wysapanie, potem kolejny posiłek, i w sumie nic się przez cały dzionek nie zrobiło, bo czasu zabrakło.

Na dodatek diabli mnie podkusili, żeby z nawyku przejrzeć na on-line gazety. W końcu to nadal mój zawód. Trafiłem na wielki wywiad z Wiesiem, nie powstrzymałem się, żeby nie przeczytać, no i od razu adrenalina strzeliła w żyły. Wiesio raczył „przerwać milczenie” i złożyć publiczny akces do Ferajny: weźcie mnie, weźcie, mogę się przydać. Następny uciekający z tonącego okrętu. Swego czasu czołowy pampers, krzewiciel wartości chrześcijańskich i pogromca „kapitalizmu politycznego”, a teraz — czym dyskretnie się nie chwali, chociaż wszyscy wiedzą — facet pilnujący interesu jednemu z bardziej znanych oligarchów. Co znaczy, że wbrew powszechnemu przekonaniu, jednemu z tych kiepściejszych, bo o tych naprawdę ważnych żadne media się nie odważają wspominać. Wśród dziennikarzy mówi się zresztą ostatnio, że „Gruby Rychu” jest już wykończony, wojskówka wpuściła go w jakieś naft owe interesy u Ruskich, myślał, że jest ważny, przyjaciel przyjaciół, a wycyckali go na miliardy jak zwykłego leszcza. Kara za zdradę — jak wygrał Kaczor, to Rychu obstawił Kaczora, zgodnie z biznesową logiką postkomunizmu, że trzeba być zblatowanym z każdą władzą, opłacać się i rządowi, i opozycji, i sodomitom paradę zasponsorować, i prymasowi świątynię Opatrzności. Nie zrozumiał, że Kaczor to inny przypadek niż dotąd, że to coś takiego, jak rząd Olszewskiego: nie element normalnej politycznej karuzeli, ale ciało obce w systemie, groźne, horrendum, naruszenie fundamentalnych zasad projektu, porządku świata, ktoś spoza układu, kto wlazł, gdzie absolutnie wleźć nie miał prawa. Takiego kogoś nie dotyczą normalne zasady, musi być zniszczony, zdelegalizowany, jako zewnętrzne zagrożenie dla panującego porządku. No i „Gruby Rychu” wyszedł jak Zabłocki na mydle — Sekta i tak oferty nie doceniła i poszczuła go CBA, a Ferajna wykańcza teraz jako odstępcę. Nie żebym współczuł. Ale jakby się potwierdzało, bo skoro Wiesio próbuje się nagle wkupić z powrotem do polityki, to widać w „kapitalizmie politycznym” grunt pod nogami zaczął się zapadać.

Wkupia się zresztą w sposób prymitywny: donosząc na Kaczyńskiego. Kolejny skruszony prawicowiec łka, że straszny Jarosław zmuszał jego i innych do niegodziwych rzeczy, bo — teraz dopiero to biedaczyna odkrył — jest ponurym obsesjonatem, który wszystkich nienawidzi, wszystkich podejrzewa i bez ustanku intryguje. A Wiesio tak bardzo chciał zrobić coś dobrego dla Polski, że przez wiele lat zamykał oczy na tę straszną prawdę i teraz dopiero, gdy Platforma idzie już na pewniaka do władzy stuprocentowej i bez jej placetu nie będzie można zostać nawet dzierżawcą szaletu przy publicznym basenie, sumienie nie pozwala mu dłużej milczeć.

Ciekawe, czy coś Wiesiowi za ten wywiad skapnie. Platforma nie jest pamiętliwa i nie ma ideologicznych przesądów. To jest właśnie przewaga gangu nad sektą, przyczyna oszałamiających sukcesów Donalda i tego, że może pluć z piętra na wszelką przyzwoitość, o prawie nie wspominając, bo cokolwiek zrobi, słupki popularności twardo przekraczają pięćdziesiąt procent. Z Ferajną każdy może się zakumplować, jeśli przyjmie reguły gry i coś ma do zaoferowania. Katolik, socjaldemokrata, liberał — a nazywaj się jak chcesz, byłeś grał z nami. I Cimoszewicz się nada, i Krzaklewski, ostatnio w Krakowie wzięli czterech Wszechpolaków — parę lat temu chłopcy rzucali kamieniami w „gay pride” i byli diabłem wcielonym, ale teraz te cztery głosy dają Ferajnie większość w małopolskim sejmiku, więc świętoszki od Michnika nawet nie miauknęły. Poza takimi mamutami jak ja chyba już nikt nie pamięta, jakich konwulsji obrzydzenia doznawały kiedyś salony na Wałęsę czy Niesioła, a wystarczyło, że i oni się zblatowali — i proszę, prostak z siekierą już jest narodowym herosem, a religijny fanatyk i pośmiewisko autorytetem, zasłużonym działaczem opozycji.

 

Po co tu o tym piszę? W końcu od tego właśnie mam swoje felietony, komentarze, spotkania, przynajmniej, póki mi nie zamkną gęby — ale to łatwe nie będzie, za duży już wyrosłem, nawet jak mnie przytną tu, to im wylezę tam. Dziennik, myślałem, jeśli już, powinien służyć zapisywaniu tego, czego nie wykorzystuję w mediach, prywatności, uczuć. Ale weź to oddziel, kiedy cię po prostu najjaśniejszy szlag telepie, gdy widzisz na każdym kroku, jak się gangsterzy moszczą, jak triumfują, garną pod siebie, jak doją ten biedny kraj na potęgę i łupią frajerów do gołej skóry — i wszystko jest ich, nikt im nie podskoczy — „między Bugiem a Odromnysom to najważniejsze ze wszystkich my som!”. A bezmyślne stado cieszy się, że centra handlowe takie wielkie, tyle kolorowego badziewia w takich dobrych, promocyjnych cenach, i można zrobić karierę u Angola. Na zmywaku. Rządzący doją, ale i nam dają pożyć. A że to wszystko na kredyt, że cała ta władza siedzi na górze weksli i tylko coraz szybciej dokłada nowe — kto o tym chce wiedzieć? Sześćset sześćdziesiąt miliardów długu, przez ostatni miesiąc przybyło ponad siedem, to znaczy — cholera, aż mam kłopot z policzeniem — zadłużamy się w tempie dwustu milionów złotych dziennie. Przez dwadzieścia lat Polactwo marzyło, żeby było znowu jak za Gierka, i Donek im to marzenie spełnił. Tyle się pozmieniało, żeby w końcu wszystko wróciło do punktu wyjścia. Warto było? Marek siedział, ma prawo tak pytać, mnie, dekownikowi, nie wypada.

Co najsmutniejsze, jak mówię Irusiowi, w jaki gang polazł, to wcale nie próbuje zaprzeczać. On tylko: sam wiesz, że inaczej nie będzie. Tak wyszło, bo tego właśnie Polacy potrzebują, tego chcą, przez dwadzieścia lat próbowano ich uszczęśliwiać na siłę, i po Kaczorach nikt już więcej nie będzie próbował. Tak, Donald zrobił z władzy kartel, ale inaczej się nie dało, nie ma się co obrażać na rzeczywistość, trzeba w ten kartel wchodzić i pomału, stopniowo, tylko tak da się coś naprawić. Mojżesz musiał Żydów tyle lat prowadzać po pustyni, aż całe pokolenie zdeprawowane niewolą wymarło, i u nas też z czasem się w ludziach narodzi potrzeba uczciwości w życiu publicznym, prawdy, nieskłamanej historii. Ale na razie jedyne, czego potrzebują, to kiełbasy na grill i czegoś do popitki. Masz gwarancję na jeszcze tyle życia, żeby nadal czekać?

Pewnie dlatego kombinuję jak koń pod górę, żeby jakoś wykręcić się od kultywowania tej nieoczekiwanie odnowionej przyjaźni, wzdragam się nawet przed zastanawianiem się, co mu odpowiedzieć — dlatego, że ciężko mi z nim dyskutować. I on wie, bo mnie przecież zna, zna moje fascynacje Dmowskim i Popławskim, czytał te wszystkie publicznie ogłaszane pochwały politycznego realizmu, myślenia o konkretach, a nie romantycznych mrzonkach, sztuce osiągania celów i tak dalej — podpisałeś to własnym nazwiskiem, Rafalski, to teraz nie możesz go wyśmiać. A tymczasem publicystyka publicystyką, ale w środku widać siedzi jeszcze ten długowłosy osiemnastolatek, który jak patrzy na nową siłę przewodnią narodu, na tych wszystkich lokalnych Rysiów i Zdzisiów, którzy przy niej kręcą lody, na pana Purchla i jego mocodawców, i na takich nawróconych Wiesiów, robiących do władzuni maślane oczka i przebierających nogami, jak uświadamia sobie cały ten splot sitw, koterii i gangów, które się wiją u koryta, i jeszcze błogosławiących to wszystko celebrytów intelektu, ustrojonych w szaty mędrców i moralistów, to mu się po prostu zwraca. Tu polityczny realizm, a tu po prostu obrzydzenie. „Rzyg-rzyg”.

Dlatego trudno rozdzielić życie uczuciowe od zawodowego.

Pobawiłem się z dziewczynami, przeczytałem bajki na dobranoc, pogruchaliśmy sobie długo w noc z żonką — w końcu zasnęła, chyba uspokojona, tak myślę, że mi się ją udało uspokoić, że mi ta cukrzyca jeszcze wyjdzie na zdrowie, bo będę musiał schudnąć, zadbać o siebie, popracować nad kondycją.

A teraz mnie samego dopadł strach. Jak rzadko. Jutro świtem jadę na badania, a po południu do pani diabetolog. Rozsądek swoje, a organizm nie słucha, i co zrobisz. Nawet pisać się nie za bardzo idzie zmusić. Zresztą po diabła mi to całe zapisywanie? Chleba z tego nie będzie, do druku się nie nada, myślałem sobie — za jakiś czas z dystansem przeczytam, czy pamiętam, jaki byłem parę lat wcześniej. Ale niby warto? Kto to u licha pisał, że dziennik pisarza jest jak trening u sportowca, sam z siebie, nie ma się czym chwalić, ale pozwala utrzymać formę, żeby właściwe dzieła były wyczynem… Na pewno ktoś tak napisał, ale nijak nie mogę sobie przypomnieć, kto i gdzie. Rzadki jak na mnie wypadek, jestem z takich, którzy mogą nie pamiętać, gdzie odłożyli klucze, ale przeczytane książki cytują z głowy; widać zaczęło się już wapnienie mózgu. W każdym razie krzepię się tym zdankiem. Żeby brać się za poważne pisanie zbyt jestem rozbity, więc niech przynajmniej takie chlapanie słowami, jakie tam akurat do głowy się ciśnie.

Jestem przyzwyczajony do odgrywania twardego faceta, do tego stopnia, że czasem już nawet sam w to wierzę. Ale tak owertajm, całodobowo — czasem trudno.

Ubiorę się i pójdę połazić po nocnych ulicach. Szybki, długi marsz bardzo w takich sytuacjach pomaga.

Nazajutrz

Bomba! Cukier na czczo już tylko 215, a po półtorej godziny nawet poniżej dwustu. Norma 120, więc jeszcze trochę zostało, ale to przecież dopiero parę dni. Inne cholesterole też dużo lepiej, zwłaszcza trójglicerydy. Yes, yes, yes! Zapisuję od razu na gorąco, bo jednak wygląda, że się skończy na strachu. Dała Bozia sygnał, że czas o siebie zadbać, bo mnie zna, że inaczej bym się do tego nigdy nie pozbierał, ale zna mnie też, że jak się już zebrałem, jak się zawziąłem, to dotrzymam, więc…

Miseczka odtłuszczonego twarożku z pomidorami i lecę wydeptać trochę sadła. Do przychodni piechotą i z powrotem to też będzie parę kalorii mniej.

Zupełnie nie jestem w nastroju, więc z pełnym zrozumieniem ze strony Oli odpuściłem Bal Dziennikarzy. I tak zawsze byliśmy tam tylko przez parę godzin, potem — stały punkt wieczoru — zaczyna rzępolić dziennikarski zespolik, dla niektórych może atrakcja towarzyska, ale akustyczna na pewno nie.

Z blogowych relacji wynika, że straciłem możliwość obejrzenia nawalonego redaktora Ciołka, który wprawiał się w stan bliski orgazmu odgrażaniem, że wszystkich „pisowców” wy… powiedzmy, powyrzuca, i to w ogóle z zawodu. „Na kolei będziecie pracować!”, upajał się, „co do jednego!”. Chyba wierzy, że teraz naprawdę zacznie wreszcie coś znaczyć, że Ferajna powierzy mu czyszczenie mediów z wrogiego elementu. Nawet gdyby — to tylko gówniarze się odgrażają, straszą „zniszczę cię, zniszczę cię”… Mężczyzna tak nie robi. Jest zdecydowany i może — to zabije. A jak nie może, albo się boi, to trzyma jęzor na wodzy i nie robi z siebie pajaca.

W pętactwie Ciołka jest jednak coś pouczającego, wartego zapisania, bo choć służy im gorliwie, to i u dworu, i w salonie mają go w gruncie rzeczy za głupka i nieudacznika, używają, ale nigdy niczym nie nagrodzili. Po co by mieli, jak już i tak sprzedał się im cały, z gnatami? Sztuka kolaboracji polega na tym — nie interesuje mnie praktyka, ale znam dość przypadków, by teoretycznie mieć sprawę dobrze przerobioną — żeby sprzedając się, nigdy nie oddać wszystkiego, stale mieć coś jeszcze do sprzedania. Z czystego wyrachowania trzeba zachować jakąś odrobinę przyzwoitości, jako odnawialny kapitał. Całą maszynerią dystrybucji szacunku w III RP do dziś przecież zarządzają ci, którzy znaleźli punkt wyważenia — ile cnoty stracić z Partią, ile zachować dla „Solidarności”. Bo kto przegiął z pierwszym, popadł w niesławę, a kto był zbyt niezłomny, nie miał szansy zaistnieć i zginął kompletnie w niepamięci.

Przeczytałem, co przed chwilą napisałem, i odniosłem wrażenie, jakbym gardził redaktorem Ciołkiem za jego niepraktyczność, a nie za brak kręgosłupa. A tak oczywiście nie jest. Marny człowieczek, kiedyś uchodził za prawicowca, nawet za endeka, ale w końcu nie wytrzymał braku sukcesów i postanowił przytroczyć się do rydwanu zwycięzców; i to mu też marnie wyszło, może tylko po kielichu snuć przed samym sobą miraże, jak to niebawem zacznie wreszcie coś znaczyć i wszystkim nam załatwi wilczy bilet.

Piątek

Jazda na spotkanie do Ostrowca — co można poodwoływałem, ale nie wszystko się da. A zawodu ludziom sprawiać nie można. Oleńka przygotowała mi dietetyczną wałówkę, szczęśliwie w pociągu spokojnie jak rzadko, więc jakoś tam, skrobiąc co i raz zębami surową marchew jak królik, przetrwałem. Na miejscu jak na miejscu, nie chce mi się zapisywać, o czym konkretnie tym razem mówiłem — jak zwykle, po trochu o wszystkim, o postniewolniczym obciążeniu, pańszczyźnianej mentalności… Od czego bym zresztą nie zaczął, ludzie i tak wszędzie pytają mniej więcej o to samo. O co tu chodzi? Do czego to wszystko idzie? Co można zrobić? Staram się, jak się da, trochę ich odtruć z medialnego wrzasku, podrzucić sprawy do przemyślenia, zasiać parę pytań. Czasem przytłacza mnie ciężkie zwątpienie, czy cokolwiek z tego wynika; czy ludzi rozruszałem, czy tylko przyszli usłyszeć od pana redaktora z Warszawy to, co chcieli usłyszeć, i to właśnie usłyszeli, a nie to, co mówiłem? Ale nie ma co kombinować. Mówił tato: „trzeba orać”.

Natomiast jazda pociągiem dała mi okazję, żeby przeczytać najnowszą powieść Eustachego, dostałem jeszcze w szczotkach, bo wydawca liczy, że coś tam napiszę. Boże mój, jedyne co mogę napisać to: cóż by to był za pisarz, gdyby nie to wyziębienie serca! Gdyby oprócz tej wirtuozerii słowa i daru chwytania kilkoma zdaniami charakterów miał jeszcze Wiarę. Dlaczego ten skarb dostaje się tylko niektórym? Skąd się bierze, że jedni, jak tato, po prostu mają tę głęboką ufność i pewność, a innym Pan głodu Boga nie daje, jak nie daje muzycznego słuchu albo zdolności odróżniania barw?

Książka cała z zauroczenia Iwaszkiewiczem; dla Eustachego to, niestety, bratnia dusza w niewierze. Ja Iwaszkiewicza żywiołowo nie lubię. I nie za kolaborację z komuną, w kolaboracji to on był wirtuozem, Petroniuszem; na tle tych wszystkich cerowanych „autorytetów moralnych”, które świniły się po prostacku, pazernie, za kasę, przywileje i organizowanie im entuzjazmu na widowni, on się puszczał z prawdziwą klasą. Nie lubię go za pustkę. Tak, wspaniały styl, zmysłowość, intensywność — no i co? Piękne powtarzanie, że wszystko na świecie mija, psuje się, że życie przecieka między palcami, i że żal. Uh, żal… No tak, ładne to, ale beznadziejne jak ateistyczny pogrzeb. Nic w tym poza smutkiem, i nie tym smutkiem, który oczyszcza, ale tym, który uzależnia, wciąga jak w bagno w jałowe rozsmakowywanie się w samym sobie.

Możliwe, że było to sprzężone z homoseksualizmem. Cały świat ułożył mu się na wzór pedalskich amorów, pewnie jest z nich jakaś rozkosz, zakładam, ale nic nie wynika — poza pedalską starością, która musi być czymś najbardziej ponurym, co sobie umiem wyobrazić.

Ale, najbardziej interesująca rzecz, co Eustachego w tym Iwaszkiewiczu tak fascynuje? Strzelałbym, że właśnie jego niewiara, którą przykłada do swojej niewiary, chłodnego sceptycyzmu, któremu zwykł hołdować. Ciekawe, na ile ten chłód i sceptycyzm jest rzeczywistym brakiem łaski, a na ile wyborem, czy może nawet kreacją? Większość pisarzy wykuwa sobie rozmaite zbroje, nie dla pozerstwa, tylko z konieczności, bo własne skóry mają cienkie (ja mam grubą, i właśnie dlatego jako pisarz jestem słaby; coś za coś). Jeden pozuje na rzemiechę, co to tylko dla kasy, inny, że on produkuje literaturę rozrywkową i o nic tu nie chodzi, tylko żeby było ciekawie… Ale co jest przyczyną, a co skutkiem — dorabia sobie tę pochwałę „chłodu” do tego, jak go Pan Bóg poskręcał, czy właśnie wmawia w siebie niewiarę po doświadczeniach pokolenia, które się na różnych wiarach sparzyło? Nie rozgryzę, ale smakować dobrą prozę zawsze przyjemnie.

W każdym razie, tak na estetykę, to i tak milszy mi ten agnostyczny chłód niż różne niuborny, wywrzaskujące jak swego czasu Czaruś i inne pampersy „Jezus cię kocha, Jezus cię kocha!”. Może i w niebie jest wielka radość z neofitów, ale na Ziemi lepiej ich traktować z dystansem. Połowie się szybko nudzi i kierują entuzjazm gdzie indziej — co i raz trafiam na wiadomość, że ten czy tamten z głośnych w ostatnich latach nawróconych teraz już jest satanistą, radykalnym wegetarianinem albo publicystą „Krytyki Politycznej”.

 

W ogóle nie szanuję ludzi, którzy za bardzo drą mordę, a już w tych sprawach zwłaszcza. Nie potrafię sobie przypomnieć, żebym kiedyś rozmawiał o Bogu z tatą, a przecież jakoś mi wszystko, co trzeba, przekazał. Jako coś tak odruchowego i oczywistego, jak przeżegnanie napoczynanego bochenka chleba. Mam nadzieję, że moje dziewczyny też nie będą miały problemu.

Kiedy nie mam terminów nad głową i noża na gardle, to od razu robię się rozlazły. Zwłaszcza, jak jeszcze jest bodaj cień pretekstu, żeby się trochę nas sobą poroztkliwiać i poużalać. I teraz też, ogarnęło mnie od rana dojmujące poczucie bezsiły i bezwoli; gdyby nie wstyd przed rodziną, przeleżałbym bezmyślnie dzień na wyrze, gotów zawrzeć pakt o nieagresji z całym bulgoczącym wokoło łajdactwem, dopóki nie wyciągnie paluchów po mnie i moją rodzinę. A przecież wiem, jak się takie pakty kończą — tak, że kiedy wyciągnie, to już nie będzie nikogo, kto by mógł pomóc.

Uczucie nienowe, ale doświadczane po raz ostatni jeszcze w poprzedniej epoce, w, jak to nazwałem, „czarnej dziurze” po rozwodzie. Tylko wtedy nie było się przed kim wstydzić i faktycznie potrafiłem zmarnować cały dzień na bezmyślnym wodzeniu wzrokiem po suficie. W pewnym momencie nie chciało mi się już nawet przez cały dzień sięgnąć po butelkę, żeby sobie nalać, i wtedy doszedłem do wniosku, że jakoś się trzeba pozbierać, bo dno jest blisko.

Żeby nie pokazywać po sobie niepozbierania, wychodzę na spacer — ale to żaden spacer, bo potrzebuję solidnego, szybkiego marszu, przyspieszającego oddech i tętno, a po prostu się snuję z rękami w kieszeniach. W tym stanie dopada mnie sąsiad, żeby opowiedzieć o swoich kolejnych potyczkach z żoną. Z byłą żoną, z którą toczą wojnę o uczucia syna.

Kompletnie mi brak asertywności, żeby spuszczać takich rozmówców na drzewo. Próbuję to racjonalizować, że powinienem wysłuchiwać wszelkich ludzkich opowieści, będę przecież kiedyś pisał wszystkie te powieści, scenariusze, i przyda mi się. W istocie nie przyda się na nic, wpada jednym uchem, wypada drugim. Ludzie krzywdzą się nawzajem z godnym lepszej sprawy uporem, a jedyne, co potrafią robić zgodnie, to okaleczać swoje dzieci. Nie wiem, dlaczego tak jest. Prawdopodobnie kopiują swoich rodziców — taka sztafeta pokoleń, jak wojskowa „fala”. Ja miałem chore układy ze starymi, to teraz się odegram, urządzając emocjonalne piekło małemu.

Sąsiad jest z siebie dumny, bo po latach upokorzeń zaczyna być górą. Syn dorasta, więc naturalną koleją buntuje się przeciw matce, przeciw ojczymowi, a on korzysta z tej samej przewagi, którą ma kochanka nad żoną — jest tylko od święta. Na mój gust, psuje szczeniaka na potęgę, ale nie ma sensu mu czegokolwiek tłumaczyć. Zafiksował się, że baba próbowała nakręcić własnego syna przeciwko niemu, no to teraz on jej pokaże. Zresztą diabli go wiedzą, może rzeczywiście, jak uważa, cała słuszność jest po jego stronie. Dla losów kolejnego pokręconego psychicznie faceta, którego w ten sposób wychowują, jest to zupełnie obojętne.

I jak zwykle różne mętne aluzje, że o sytuacji takich ojców jak on powinno się zrobić jakiś program, powinien się tym ktoś z takim znanym nazwiskiem jak pan, panie sąsiedzie…

Uratował mnie telefon z domu: taciu, mozes psyjść się z nami pobawić? Dzisiaj środa, czyli jedyny dzień w tygodniu, kiedy dziewczynki nie mają żadnych dodatkowych zajęć. Wiem, że jakoś głupio to wychodzi, wkurzam się na rodziców z poprzedniego przedszkola Mani, którzy od trzylatka poganiają własne dzieci do wyścigu szczurków, a nasze też mają zagospodarowany tydzień po brzegi. Ale ile razy próbowaliśmy z czegoś odpuścić, choćby po to, żeby mniej było wożenia i wydatków na nianię, to okazuje się, że one same wszystkiego chcą. I tańczyć, i chodzić do filharmonii, i rysować w Zachęcie… z tej Zachęty zrezygnowałbym najchętniej, bo przed każdymi zajęciami dzieci oglądają wystawianą tam sztukę współczesną, z fachowym komentarzem pań animatorek, co im, boję się, może spaczyć gusty na całe życie. Ale potem jest zawsze lepienie, malowanie, wycinanie czy jakieś inne paczłorki, a to uwielbiają.

Właściwie, można zapisać, że ostatnim razem podczas przechodzenia przez salę ekspozycyjną, wypełnioną gigantycznymi odwzorowaniami genitaliów, pani zorganizowała dzieciom ćwiczenia w chodzeniu z zamkniętymi oczami — nawet promotorzy sztuki współczesnej okazują się mieć jakieś poczucie wstydu. Albo może po prostu nie chciała narażać się na pytania, co to niby za sztuka, takie badziewie; dorosłych już się dało wytresować, że takich pytań zadawać nie wolno, a z dziećmi nie wiadomo.

Więc wieczór spędziłem na wspólnych wycinankach, podziwiając umiejętności Oleńki w rozsnuwaniu czarodziejskiego nastroju. Nie mam pojęcia, skąd ona to ma, ale zawsze coś wymyśli — normalnie dzieci nie chcą jeść jarzyn, ale jak zupa z brokułów nazywa się „zupą shrekową”, a prosta kartoflanka zamienia się w czarodziejsko brzmiącą „zupę złoty ziemniaczek”, jeszcze z „magiczną wysepką”… Po takim wieczorze zawsze zazdroszczę dziewczynom ich wieku. I przypominam sobie, jak mnie gorszyło, że tato na moje żale, jak bardzo bym już chciał być duży i starszy od Filipa, śmiał się, że nie wiem, co wygaduję i nie ma się do czego śpieszyć.

Zadzwonił Pawlasty, który jeszcze broni publicystyki w jedynce, jak oblężonej twierdzy, z propozycją roboty — nie wypadało odmówić przynajmniej rozmowy, chociaż ostatnia rzecz, na jaką mam teraz ochotę, to jakieś nowe programy. Perspektywy beznadziejne; codzienna, na zmianę z Aśką i ewentualnie kimś jeszcze, publicystyka w niespecjalnie mocnym paśmie, w okolicach Teleexpresu, za marne pieniądze i w zasadzie przeciwko wszystkim, z jedynym wsparciem samego Pawlastego i Anity, którzy będą pierwsi do odstrzału, bo naprawdę chcą coś zrobić i wierzą w to, co robią, podczas gdy „pisowcy” w zarządzie kombinują już tylko jak się w porę zblatować z czerwonymi i nie wylądować „na kolei”. Pawlasty słusznie założył, że to właśnie jedna z takich spraw, w jakie zwykłem się pakować z entuzjazmem.

Wyjaśniłem z rezygnacją, że od paru dni już tak nie jest. Że nie wiem, czy nie trzeba się będzie położyć do szpitala, a nawet jeśli nie będzie trzeba, po prostu muszę zacząć się szanować, odpoczywać, a codzienny program to przecież masakra — dziesięć minut na antenie, a cały dzień przy telefonie albo w riserczu, a gdzie jeszcze pisanie, spotkania… Mówię to wszystko, i nagle sobie uświadamiam, że brzmi odrażająco szczerze — bo wcale się nie wykręcam, tylko naprawdę taki się czuję, zniechęcony, zmęczony i bezsilny.

„Zmęczenie jest najświętszym stanem człowieka”, pocieszał wielbiony na moim roku Stachura. Myśl słuszna, tylko on akurat — czym się niby mógł zmęczyć? Włóczeniem bez celu i młóceniem do białego rana w karty?

Telewizja — tkwię jeszcze myślami przy dzisiejszych sprawach — to codzienne wbijanie miliona gwoździ w milion desek, powtarzał swoim podwładnym towarzysz Szczepański. Niewiele się od jego czasu w telewizji zmieniło, nawet gwóźdź został mniej więcej ten sam: odnosimy sukcesy. Wtedy byliśmy dziewiątą potęgą gospodarczą świata, teraz zieloną wyspą sukcesu. Wtedy PRL była ukoronowaniem naszej tysiącletniej historii i walki z germańskim naporem, teraz III RP jest „największym bezkrwawym sukcesem w całej historii Polaków”, a Okrągły Stół, przy którym spotkali się najświatlejsi Polacy „z różnych stron historycznego podziału” — kulminacyjnym momentem naszych dziejów.