Śpiąca królewna. Pieprzony los kataryniarzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa





Książki Rafała A. Ziemkiewicza wydane nakładem naszego wydawnictwa:

1 Viagra mać

2 Cała kupa wielkich braci

3 Frajerzy

4 Polactwo

5 Ognie na skałach

6 Coś mocniejszego

7 Czas wrzeszczących staruszków

8 W skrócie

9 Walc stulecia

10 Michnikowszczyzna

11 Śpiąca Królewna, Pieprzony los Kataryniarza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Śpiąca Królewna

Pod wieczór na wzgórzu pojawiły się wozy pancerne i ciężarówki. Zjechały z drogi na rozciągającą się tuż pod szczytem polanę. Wypaloną słońcem, rachityczną trawę znaczyły tam czarne plamy po ogniskach i zastarzałe kałuże oleju, a granicę obozowiska wyznaczały pryzmy odpadków. Sterty opróżnionych plastikowych kanistrów, butelek i folii pozdzieranej z racji żywnościowych odgradzały polanę od czegoś, co kilkanaście lat wcześniej było lasem, a co od dawna już stanowiło tylko gąszcz usianych śmieciami suchych gałęzi, skłębionych wokół martwych pni, niczym zapory z drutu kolczastego wokół stalowych kozłów.

Szczęknęły rygle włazu, z górnego luku pancerki wyszedł oficer. Ześliznął się po bocznym pancerzu i podszedł do miejsca, gdzie przez wał odpadków przełamywała się w dół piaszczysta, polna droga. Przez chwilę przypatrywał się jej, ale aż do zakrętu nie znalazł żadnego znaku, aby ktokolwiek tędy ostatnio jeździł. Zresztą zdjęcie satelitarne nie mogło mylić – droga była czysta aż do Czarciego Wirażu. Wystarczyło depnąć po pedałach, aby dojechać na miejsce w osiem minut.

– Pawlik, jak tam nasz delikwent? – zapytał oficer wprost do wmontowanego w baniasty hełm mikrofonu.

– Stanęli w Bojarce na dobre. Chyba zanocują – odezwało się w słuchawkach.

– No, to i my tutaj zanocujemy. Każ wysiadać.

Oficer, oprócz okrągłego hełmu, bardziej przywodzącego na myśl strój kosmonauty niż żołnierza, miał jeszcze na sobie bojową kamizelkę, której naramienniki i szeroki napierśnik, służący przy okazji za jeden z glideboksów osobistego komputera, czyniły go jeszcze szerszym niż w rzeczywistości – chociaż major Fedor Stupak, przez przyjaciół zwany po prostu Grubasem, i bez tego w pełni zasługiwał na swoje przezwisko.

Nie zwracając uwagi na krzątaninę, jaka zaczęła się za jego plecami, wpatrywał się w oświetlony wiszącym nisko słońcem zdewastowany krajobraz. Musnął palcem sensor przyłbicy; na twarz spłynęła mu przejrzysta tafla. Ułamek sekundy później w szkle rozjarzyły się zielonkawe, fosforyczne linie, nakładając na wyrudziały pejzaż widmowy panel sterowania. Oficer sięgnął ku piersi i pociągnął po pancerzu dłonią. Ten ruch sprawił, iż świetlista plamka kursora, skryta dotąd w kącie pola widzenia, drgnęła i przesunęła się ku wyrysowanej bladą, przejrzystą farbką listwie poleceń przy dolnej krawędzi obrazu. Naprowadziwszy kursor na ikonę ze stylizowanym obrazkiem lornetki, potwierdził komendę stuknięciem w pancerz.

Pośrodku pola widzenia pojawił się charakterystyczny obrys dwóch częściowo nachodzących na siebie kół. Część obrazu na zewnątrz zmatowiała i ściemniała, jak za przydymionym szkłem. To, co pozostało pośrodku, zaczęło gwałtownie rosnąć, aż w końcu kolejne stuknięcie palca w pancerz, przy kursorze naprowadzonym na suwak powiększenia, uczyniło obraz bliskim i wyraźnym.

Oglądany ze wzgórza pejzaż przecinała wstęga drogi, momentami ginąca za wzniesieniami terenu lub skupiskami budowli. W lewą stronę wiodła ona do Żytomierza, dalej do Lwowa i wschodniej granicy Europy. W prawo – do Kijowa, a potem ku zachodnim obłastiom Rosji. Oficer przez długi czas przepatrywał drogę od jednego horyzontu po drugi, wiązka kamer na jego hełmie poruszała się ledwie zauważalnie. Kilkakrotnie zatrzymywał się przy nędznych zabudowaniach lub kawalkadach samochodów i podkręcał zoom do maksimum, na ile można to było zrobić bez połączenia z komputerem pokładowym pancerki i posłużenia się jej telewizyjnym okiem, daleko potężniejszym od tego na hełmie.

Ruchem dłoni wywołał na bocznym, przyciemnionym polu panel sterowania długości fal i pochwyciwszy kursorem tkwiący mniej więcej pośrodku skali suwak, przeciągnął gwałtownie niemal do samej góry.

W ułamku sekundy przyłbica hełmu zamieniła się w arkusz nagrobkowej czerni. Nawet panele sterowania straciły barwy, zamieniając się w pajęczy ścieg złotych nici. Wokół majora Stupaka zapadła nieprzenikniona noc.

Powolnym, płynnym ruchem zmieniał częstotliwości. Mógł wejść od razu na tę, której potrzebował, ale nie śpieszył się nigdzie.

Pierwsze światło zapłonęło na niebie, kiedy w oknie wskaźnika częstotliwości pokazała się liczba 453. Chwilę po nim rozjarzyły się następne. Wiedział bez liczenia, że jest ich dwanaście, przytwierdzonych nieruchomo do firmamentu. Dwanaście punktów zaczepienia dla świata, może ostatnich, których stałości i niezmienności można było być zawsze pewnym. Każdy oznaczał jedną z orbitalnych radiolatarń, na jakie orientowały się wszystkie systemy naprowadzające i nawigacyjne. Poszczególne satelity emitowały sygnały na osobnych, zastrzeżonych wyłącznie dla nich częstotliwościach i w przyłbicy widział je nad sobą jako różnobarwne ogniki mrugające z nieba, każdy swoim specyficznym pulsem.


Poruszył kursorem i radiolatarnie zgasły niczym zdmuchnięte świece na urodzinowym torcie. Skrócił zakres odbieranych fal jeszcze bardziej, aż przestrzeń dookoła wypełniła się przeraźliwie silną, bladą poświatą – jakby księżyc w pełni zawisł nagle tuż nad samą ziemią. Pojawił się znowu pejzaż; bezlitośnie obnażony w potokach bijącego z nieba, ostrego światła miał teraz w sobie coś upiornego. Każda szczelina w ziemi, każda nierówność, utraciwszy osłonę traw, mgły lub choćby tylko nieprzejrzystego powietrza, raziły w oczy niczym naga kość, wyzierająca spod ciała.

Był teraz w zakresach najkrótszych fal radarowych, a lejący się z firmamentu blask pochodził z wojskowych satelitów teledetekcyjnych, od lat pracowicie zbierających dane dla coraz mniej nimi zainteresowanych mocarstw. Oficer ruszył w przeciwną stronę, ku niższym częstotliwościom. Co chwila wokół i ponad nim rozpalały się barwne ognie, słupy i tafle fal radiowych. Magiczne światło drgało i wibrowało, oscylowało w setkach przeróżnych rytmów, przeświecało na różne sposoby pejzaż i przedmioty, to zatrzymując się na matowych powierzchniach, to zmieniając je w zeszklone okrycia dla krystalicznych struktur. Radiowe reflektory rozbłyskiwały w różnych punktach widmowego krajobrazu niczym iskierki światła na śniegu, przemykały po niebie, nawiercały rzadkim ściegiem zbocza i płaszczyzny, skupiając się na drogach i wokół ich skrzyżowań. W zakresach ultrakrótkich feeria świateł sięgnęła pełni, zatapiając wszystko w oślepiającym blasku, by potem nagle, gwałtownie, zwinąć się w ciemność i przejść w zielonkawobury, marsjański krajobraz, szkicowany podczerwienią.

W czasie tej wędrówki po zakresach jeden z punktów odległej drogi co rusz mrugał wielobarwnymi ognikami. Było ich na tyle dużo, że choć ta część autostrady, na zachód od Czarciego Wirażu, nie wiązała się z zadaniem Stupaka, zwrócił na nią uwagę i kazał komputerowi odwzorować całość płynącej stamtąd emisji.

Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widział. Konwój świecił we wszystkich zakresach jak noworoczna jołka. Błyszczały czerwono emitery fal telewizyjnych, żarzyły się głębokim karminem cztery zakresy UKF, pulsowała charakterystycznym migotaniem boja pozycjonowania, drgały fioletowe ogniki bekapów pokładowych komputerów potężnych ciężarówek, odprowadzających na bieżąco kopie przetwarzanych informacji do swojej centrali.

A na drugim wozie, licząc od czoła konwoju, aż raniła w oczy iskra migocząca wszystkimi barwami, od ciemnego fioletu po jasnożółty. W ten sposób prezentowały się w odwzorowaniach spektrowizualnych szyfrowe radiotelefony satelitarne, których emisja przeskakiwała bezustannie z jednej częstotliwości w drugą, tak aby maksymalnie utrudnić jej wyskanowanie wszystkim poza właściwym odbiorcą, którego przez owo szaleńcze miotanie się po częstotliwościach prowadzono na osobno szyfrowanym paśmie pomocniczym.

Zwykłe konwoje nie miały takiego sprzętu. Oficer polecił komputerowi przeanalizowanie ruchu wielobarwnej iskry i nałożenie na zapisaną w pamięciach zewnętrznych mapę. Po chwili złote ściegi wyszyły na wewnętrznej stronie przyłbicy szkic orientacyjny. Wynikało z niego, że konwój minął Parachowkę, najdogodniejsze na tej trasie miejsce na nocleg, i posuwał się powoli dalej.

Stupak zapytał komputer o sugestię. Dostał identyfikację boi pozycjonowania i części nadajników. Z rejestru wynikało, że należą do firmy zarejestrowanej we Lwowie, w ich poufnych zapisach wiązanej z niejakim Stawyszynem.

 

Ten Stawyszyn nie okazał się, z punktu widzenia majora, nikim ważnym ani groźnym i Fedor stracił zainteresowanie sprawą. Odruchowo przelał dane do komputera swojej pancerki, jednej z dwóch, nakazując mu dalsze obserwowanie odcinka między Bojarką a Czarcim Wirażem. Kamery na wieżyczce ożyły, poruszyły się nieznacznie. Dokładnie w tym samym momencie przyłbica oficera uniosła się z ledwie słyszalnym szelestem, znikając w podwójnym pancerzu hełmu.

Fedor Stupak zmrużył oczy. Znowu był słoneczny wieczór po upalnym sierpniowym dniu, znowu była otoczona zwałami śmieci polana pod szczytem wzgórza i wyrudziały krajobraz, w którym z najwyższą trudnością dawało się odróżnić wstęgę odległej drogi.

›››

Nazwa Czarci Wiraż nie pojawiała się na żadnych mapach. Używali jej tylko ludzie przemierzający tę drogę bez ustanku w obu kierunkach – czumacy, kurierzy i tacy jak Perhat: zarazem przewoźnicy, piloci i strażnicy, wynajmujący się do prowadzenia konwojów.

Oczywiście, wyjaśniał zirytowany Perhat, nie zamierza tamtędy dzisiaj przejeżdżać. Tylko skończony idiota pchałby się ciężarówkami na Czarci Wiraż po nocy. Dlaczego więc nie zatrzymał się na noc w Parachowce, jak miała to w zwyczaju większość przejeżdżających na Kijów karawan? – chciał koniecznie wiedzieć głos po drugiej stronie telefonu satelitarnego. Ma swoje powody i nie musi ich wyjaśniać, odpowiadał na to Perhat. To on prowadzi konwój, nie siedzi w biurze geschäftsführera pod Kolonią, tylko jest na miejscu, a zresztą zna tę okolicę jak własnych pięć palców. Nie, nie zamierza również zjeżdżać na Radomyśl, nie ma żadnego powodu zbaczać z szerokopasmówki. Czy biuro może wiedzieć? Pewnie, że może. Na opuszczonym parkingu, za jakieś piętnaście kilometrów. Tak, właśnie w szczerym polu. Nie jego interes. Oczywiście, niech informuje. Owszem, Perhat wie, jakie są jego obowiązki, Perhat zna wagę i szczególną sytuację tego zlecenia, owszem, zleceniodawca może domagać się wyjaśnień, ale on nie będzie się co pół godziny opowiadał każdemu dupkowi, który akurat dosiadł się do centralki, korzystając z faktu, że wszyscy starsi koledzy poszli już do domu. A informuj sobie, pies ci mordę lizał, i kończmy tę rozmowę, zanim będę zmuszony wyjaśnić, kto cię począł i w jakich okolicznościach.

Odwiesił słuchawkę, waląc nią z całej siły o druciane zaczepy na skóropodobnej wyściółce kabiny. Milczał, parując mijającą z wolna złością.

Czemu się właściwie tak wściekł? Że próbują go pilnować jak dziecko? Mógł się tego spodziewać, kiedy się godził do tej roboty. W gruncie rzeczy nawsadzał temu kretynowi jedynie za to, że wybrał się dzwonić akurat w momencie, gdy rozmowa z Francuzką zaczynała wreszcie zmierzać w tym najbardziej pożądanym kierunku.

Teraz nastrój prysnął. Doskonale wiedział, że jeśli tylko na nią spojrzy, nie uniknie wyjaśniania, dlaczego i na kogo krzyczał – i znowu zejdzie na głupoty. A wolałby nie. Skupił uwagę na zamocowanym w kącie pomiędzy przednią szybą a lewymi drzwiczkami dwunastocalowym, cienkim niczym kartonik wyświetlaczu. Ustawiony, jak zazwyczaj w podróży, na telewizję, pokazywał jakichś wygarniturowanych platfusów, zajadle udowadniających sobie nawzajem, że światowy obrót walutami i papierami wartościowymi wcale nie przeżywa kryzysu, a tylko odzwierciedla naturalne sprzeczności interesów okresu przejściowego.

Przez długą chwilę poza ich głosami kabinę wypełniał jedynie ledwie słyszalny szum silnika. Perhat myślał rozpaczliwie, jak pominąć nieszczęsny telefon milczeniem i podjąć przerwany wątek.

Siedzącą obok niego kobietę miliony ludzi rozpoznałyby na pierwszy rzut oka. Nazywała się Jacqueline Tenard, miała ciemne, lekko pofalowane włosy i właściwie nie była w jego typie. Wolał blondynki, niechby nawet farbowane, z dużymi piersiami i ładnymi buziami – mniej więcej takie, jak striptizeriny kręcące się na rurze w kijowskim „Potiomkinie”, gdzie najczęściej trwonił z kumplami zarabiane z narażeniem życia pieniądze. Tymczasem u Francuzki biustu było niewiele więcej niż u niego, jej ciało, choć zgrabne, było jakby nieco zbyt silnie zbudowane, a śniada twarz miała w rysunku nosa i podbródka coś męskiego. Nie rozumiał, dlaczego zaprosił tę Tenard do kabiny swojej ciężarówki, wykorzystując jako pretekst wyregulowaną niedawno klimatyzację, ani dlaczego nie potrafił się opędzić od obsesyjnej myśli, jak przyjemnie byłoby zerwać z tej kobiety bluzkę i zielone, polowe spodnie, a potem rzucić ją na wąski materac w tyle kabiny i wydusić z niej jęki rozkoszy. Każda taka myśl sprawiała, że mimo klimatyzacji robiło mu się gorąco i musiał czym prędzej skupić uwagę na czymś innym.

– A ci dwaj? – zapytała Jacqueline, zanim zdążył coś wykoncypować. – Ci dwaj w pierwszej ciężarówce... Skąd te dziwne przezwiska? Wielki Piątek i Tłusty Czwartek?

– Chyba widziała pani Czwartka. – Zdecydowanie to nie był ten temat rozmowy, o który chodziło. – Sto trzydzieści kilogramów żywej wagi.

– Ale dlaczego Czwartek?

– Jakoś tak wyszło. Bo tłusty i jeździ razem z Wielkim Piątkiem.

– No a Piątek?

– Też go pani widziała. Kawał chłopa, dlatego Wielki. A Piątek to po prostu jego nazwisko. Piątek. Po polsku to przecież właśnie – przeszukiwał przez chwilę swój zasób francuskich słówek – vendredi. Nie wiedziała pani?

Fundacja miała swoje główne biura na Europę Środkową w Polsce i Jacqueline, jak mógł się przekonać, rozumiała po polsku całkiem dobrze, choć nie potrafiła mówić.

– Ach, tak, rzeczywiście. To on też jest Polakiem?

Perhat skinął głową.

– Był w policji, to znaczy w politycznej policji, coś jak wasza Sûreté. Ale pewnego dnia pozmieniały się układy i musiał na gwałt szukać innego miejsca pobytu.

Jadąca na czele kawalkady ciężarówka błysnęła dwukrotnie światłami stopu. Machinalnie, bez udziału świadomości, powtórzył sygnał dla kierowców następnych wozów i ujął gazu. Jakiś czas temu wybuchł w tym miejscu transporter z amunicją i kilkanaście metrów nawierzchni do dziś pozostawało pokruszone. Oznaczało to, że do parkingu było już tylko paręnaście minut.

Jacqueline milczała.

– Zresztą opowiem pani. Pozmieniały się układy i nowym komendantem głównym został facet szukający gości, którzy kiedyś wykończyli mu kumpla. Wie pani, chodziło o takiego jednego działacza narodowokatolickiego. Bruździł w budowie kapitalizmu, więc kiedyś posłali do niego Piątka z ekipą, oczywiście bez żadnych rozkazów, wszystko na gębę, żeby gościa zgnoili.

– Zgnoili?

– Tak to się u nich nazywa. Najpierw wychędożyli go w tyłek, a potem poderżnęli gardło. Ciekaw jestem, czy Piątek sam to wymyślił. Sprytne, rozumie pani: stary kawaler, dziewczynek nie używał, wszystko doskonale pasowało. Obdukcja lekarska, parę dyskretnych przecieków do gazet, no i wyszło, że proszę, taki niby Polak-katolik, a naprawdę zwykły pedał, któremu jakiś tani chłoptaś z miejskiego szaletu dał brzytwą po gardle. To się właśnie u bezpieczniaków nazywa „zgnoić”. Zabić człowieka każdy głupi potrafi, ale trzeba to umieć zrobić z głową, żeby nie przysporzyć światu kolejnego męczennika.

Obserwował kątem oka wyraz jej twarzy, ale nie potrafił z niego nic odgadnąć.

– A w Polsce być gejem to coś hańbiącego, prawda?

I dobrze. Zebrało mu się na opowieści, kto toruje drogę przed jej ukochanym konwojem i Śpiącą Królewną, a ona akurat zrozumiała, co najważniejsze.

– Pewnie pani wie lepiej, jak jest teraz w Polsce – odparł oschle. – Ja tam rzadko bywam i zawsze na krótko.

Lekki zakręt; poruszył kierownicą, a potem, nie puszczając jej, przeciągnął się, wyginając grzbiet do tyłu, aż coś w nim chrupnęło. Do diabła z tą grubokościstą babą. Czego się właściwie na nią tak napalił?

W końcu, o co jak o co, ale o seks było na autostradzie łatwiej niż o cokolwiek innego. Parkingi i pobocza roiły się od panienek, każda szczęśliwa, jeśli wybrałeś akurat ją. Cała rodzina – albo parę rodzin – składała się na burdelową bieliznę i kosmetyki, żeby przejezdny klient wziął właśnie tę, nie inną. Bo jeśli nie, to cała rodzina będzie żarła otręby.

Perhat rzadko z nich korzystał. Stać go było na dziewczyny Kuklata, sprawdzane i dobrane. Na tym odcinku, wezwane przez net albo CB, pojawiały się w piętnaście minut, zawsze charakterystyczną furgonetką, z urządzonym do pracy tyłem i dwoma osiłkami na przedzie. A miał szanowny klient jakieś wymyślniejsze życzenie – proszę bardzo, no, może nie w kwadrans, ale za pół godziny wszystko będzie pod sam nos. Perhat jeździł tą trasą czwarty rok, sam by nie zliczył, ile już prowadził karawan różnym fundacjom jak ta, i trochę się dobroczyńcom stamtąd i ich upodobaniom zdążył przyjrzeć.

Do diabła z tą babą. W Kijowie weźmie sobie najbardziej cycatą i najlepiej wyćwiczoną blondynę, jaką Kuklat... Szlag! Dość myślenia o tych sprawach. Czy on ma, do cholery, piętnaście lat, że nie może dojść do ładu z własnym wzwodem?

– Nie chciał pan powiedzieć temu człowiekowi z biura, dlaczego będziemy nocować w szczerym polu – zmieniła wątek po chwili milczenia. – Ale mnie pan chyba może powiedzieć? W końcu...

W końcu to ja jestem szefową całej tej imprezy, pewnie to miała na myśli.

– To wcale nie takie szczere pole. Od dwóch miesięcy stoi tam posterunek Skrebeca, a z nim mało kto się w tych stronach odważy zadzierać. Będzie można spać bezpieczniej niż w mieście.

Znowu przerwało mu buczenie słuchawki, tym razem to nie był telefon satelitarny. Czerwone światełko sygnalizowało połączenie na interkomie. Przepraszając kobietę gestem, sięgnął ku skrytej pod tablicą rozdzielczą klawiaturze.

Dzwonił Claude, kierownik ekipy telewizyjnej, której jaskrawo pomalowany wóz jechał tuż za śnieżnobiałym, szpitalnym furgonem Śpiącej Królewny. Do wieczornej transmisji zostało czterdzieści minut i Claude zaczął się niepokoić, czy aby przewodnik konwoju o tym nie zapomniał.

– W porządku – uspokajał Perhat. – Zaraz stajemy na noc.

– W razie czego możemy to zrobić z pobocza. Przygotowanie sprzętu to kilka minut, ale musimy być gotowi dokładnie o czasie...

– Powiedziałem, nie ma problemu. – Po lewej stronie drogi mignął Perhatowi wielki billboard, machinalnie odwrócił za nim głowę, zanim sobie przypomniał. – Dojeżdżamy do parkingu, będzie kupa czasu.

Ile już razy mijał tę reklamę, a za każdym razem nie potrafił się oprzeć, żeby choć na ułamek sekundy nie skupić na niej uwagi. Kątem oka, przy pobieżnym spojrzeniu, widziało się na przydrożnej tablicy nabite na rożen niemowlę otoczone otchłanią piekielnego ognia. Oczywiście nic takiego tam nie było, tylko stojąca pośród kolorowych owoców szklanka soku i napis „naturalnie zdrowo”. Perhat doskonale wiedział, że to reklamowa sztuczka, że sztab fachowców od fizjologii wzroku wspartych tęgimi komputerami długo układał kolorowe linie i plamy w taki właśnie sposób – ale że wiedział, to swoją drogą, a głowa sama się obracała, wiecznie z tym samym, instynktownym niedowierzaniem i potrzebą sprawdzenia. Po cholerę ktoś przed laty ustawił tę reklamę w kraju, gdzie owoce i warzywa spożywano wyłącznie po uprzednim sfermentowaniu i destylacji, nie miał pojęcia, ale z jakiejś przyczyny billboard, choć nieco wyblakły, pozostawał prawie nienaruszony. Nikt niczego na nim nie namazał, nikt go nie przewrócił. Tylko parę przestrzelin zaznaczało się czarnymi kropkami tuż przy górnym skraju, jakby ktoś kiedyś sypnął garścią pieprzu. Igłowe pociski kałasznikowa mogły urwać nogę lub zmienić tors w krwawą masę, ale musiały w tym celu natrafić na jakąś znaczącą przeszkodę, która wprawi je w koziołkowanie. Cieniutki płat tablicy przebiły jak kartkę papieru, zostawiając kilkumilimetrowe dziurki.

Tak czy owak, znaczyło to, że zaraz będzie zjazd na prawo, na rozległy, wysypany żużlem plac u stóp niewielkiego pagórka. I że Jacqueline za chwilę opuści kabinę ciężarówki. Perhat nie potrafił zrozumieć, jakim sposobem to się stało – kiedy ruszali, miał pewność, że tę noc spędzi w jej furgonetce, a oto gadali przez cały dzień o niczym i był od tego równie daleki jak rano.

Zresztą właściwie nawet stracił ochotę.

Nie miał zupełnie pomysłu, co powiedzieć. Był na nią zły. Właściwie był na panią doktor zły cały czas, odkąd pierwszy raz zobaczył ją we Lwowie, i fakt, że z jakiegoś powodu ogarnęła go obsesyjna potrzeba, by zedrzeć z niej ubranie i poczuć pod sobą, tylko tę złość wzmagał. A najbardziej wzmagało to uczucie niejasne wrażenie, że próbując zainteresować sławną panią doktor swą osobą, robi z siebie błazna.

– A poza tym z takim kierownikiem jak pani nie możemy obozować w pobliżu jakiejkolwiek miejscowości. – Coś go podkusiło, żeby wrócić do sprawy, kiedy Claude się wyłączył.

– Słucham?

 

– Nocleg. Pytała pani, dlaczego w szczerym polu. No więc dlatego, że inaczej zaraz się zlecą tłumy żebrzących dzieci i kobiet, zaczną lamentować, odgrywać komedie, a pani, zamiast je pogonić w kibini mater, zacznie rozdawać ładunek. Tak jak ostatnio. Domyślam się, że to przyjemne, czuć się przez chwilę dobrą wróżką z bajki, ale gdybym tak pani pozwalał, przywieźlibyśmy do Kijowa tylko puste skrzynki.

Zacięła usta.

– To przecież w ogóle do pana nie należy.

– Owszem. Odpowiadam za ładunek.

– Ładunek jest przeznaczony właśnie dla tych ludzi. Nie widzę powodu, żeby...

– Ładunek jest przeznaczony dla fundacji charytatywnej w Kijowie – przerwał Tenard z naciskiem. – Podpiszą mi cargo, to proszę bardzo, nic mnie więcej nie obchodzi. Pani sobie wróci do swojej wesołej Francji, a ja tu zostaję i nie zamierzam się im narażać.

Teraz Jacqueline patrzyła na Perhata ze zdumieniem.

– Zupełnie nie rozumiem...

– Wielu rzeczy pani nie rozumie.

Ugryzł się w język. Do diabła z nią, myślał. Do diabła z tym wszystkim. Obejdzie się. Dzisiaj nie jest sobą i tyle. Pójdzie wieczorem do wartowników na pagórek, skręcą jakiś flakon, to ulży duszy.

Zjazd w prawo. Przyhamował. Powinien powiedzieć coś przez interkom, że tutaj będą nocować i że koniec na dziś, ale właściwie po co? Oczu nie mają? Samochód zakołysał się na wybojach. Jacqueline milczała, on też. Wolał się jej nie przyglądać. W telewizji platfusów zastąpił wielki Murzyn z wygoloną w borsucze paski glacą, który skandował coś rytmicznie, jednocześnie ocierając się tłustym brzuchem o chórzystki.

To był fakt, ona nic nie rozumiała. I zresztą właściwie po co by miała rozumieć? Przyjechała z innego świata, odegra tu swoje i wróci tam, gdzie jej miejsce. Trudno mieć o to pretensje. I trudno wymagać, żeby stało się inaczej.

Wysypany żużlem, ogromny plac był już pusty – nikt się tutaj nie spodziewał o tej porze klientów. Perhat, zwalniając do minimum, zawinął jedenastometrowym cielskiem ciężarówki i ustawił się burta w burtę obok Wielkiego Piątka, przodem w kierunku wyjazdu. Potem zgasił silnik. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w wyschnięte zarośla, dzielące parking od szosy.

– No, to wszystko na dziś – powiedział wreszcie.

– Tak... Dziękuję. – Skinęła głową. – Pójdę już. Muszę się przygotować do wieczornej transmisji.

Nieoczekiwanie dla samego siebie dotknął jej dłoni – szczupłej, wypielęgnowanej dłoni, która znieruchomiała pod tym muśnięciem. Zdobył się, żeby spojrzeć kobiecie w oczy. Nie, chyba nie była na niego zła.

– Przepraszam. – Nie miał w zwyczaju używać tego słowa zbyt często. – To znaczy za to, co powiedziałem.

Potrząsnęła głową.

– Nie musi pan przepraszać. To chyba prawda. Czasem mam takie wrażenie, że czegoś tutaj naprawdę nie rozumiem.

– I niech tak zostanie. Lepiej dla pani.

Tak, teraz wreszcie mógłby zacząć tę rozmowę, do której przymierzał się od rana i którą ostatecznie udaremnił telefon z Kolonii.

– Pójdę – powtórzyła po długiej chwili. – Muszę się przygotować...

Odwracała się już, kiedy ktoś otworzył drzwiczki po jej stronie. Nie trzymał Tenard za rękę od dobrych paru sekund ani nie patrzyli sobie w oczy, a mimo to poczuł się jak przyłapany.

– Zbieraj się, kochanie – zawołał nienaturalnie wesoło mówiący po francusku głos. – Ciuchy, makijaż i wchodzimy na antenę! Cześć, szefie – rzucił ponad jej kolanem do Perhata, któremu nie chciało się na to odpowiedzieć nawet najbardziej niedbałym skinieniem głowy.

Claude. Przez otwarte drzwi w przyjemny chłód kabiny wdarł się natychmiast powiew upalnego, rozgrzanego w piecu sierpniowego dnia powietrza. Perhat wolał nie myśleć, co się teraz dzieje w kilku nieklimatyzowanych wozach, które musiał wynająć we Lwowie, kiedy okazało się, że po powiększeniu karawany o ekipę telewizyjną ładunek nie mieści się na jego truckach.

– Drzwi! – wycedził na wszelki wypadek, kiedy Jacqueline przy akompaniamencie trajkotania Claude’a zsunęła się z siedzenia wprost na ziemię. Przymknęła je nieumiejętnie, musiał przechylić się i trzasnąć porządnie. Klimatyzacja zaszumiała ze zdwojoną siłą, poruszona nagłym wzrostem temperatury.

Siedział długo, zastanawiając się, po diabła żabojad wyskoczył ze swojego wozu i przybiegł w podskokach otworzyć Tenard drzwi. Obracał w mózgu rozmaite przyczyny, ale żadnej nie dało się obronić, poza jedną. To cherie było przeznaczone dla niego. Najwyraźniej Claude chciał przypomnieć Perhatowi, że mówią sobie z tą kobietą per „kochanie”.

Zachciało mu się śmiać.

Trzeba się brać do pracy. Zakrzątnąć wokół obozowiska, dopilnować ludzi, wyznaczyć służby... Otworzył drzwi i, rozprostowawszy z westchnieniem ulgi kolana, zsunął się po stromym błotniku na szurgoczący pod podeszwami żużel.

›››

Budynki Świętego Mykoły, roztasowane w sosnowym lesie nieco ponad dwadzieścia kilometrów na południe od Lwowa, zajmowały dobrych kilkanaście hektarów. Projektowali je i budowali jeszcze Sowieci, z właściwą sobie pogardą dla racjonalnego gospodarowania ludzkim wysiłkiem, materiałami budowlanymi czy przestrzenią. Ogromne gmaszyska, mające w sobie coś z egipskich piramid, oddzielone były jedno od drugiego szerokimi na kilkadziesiąt metrów placami. Później, kiedy już szpital zmienił patrona z bohaterów pracy socjalistycznej na świętego Mikołaja, place te zaczęto jak popadnie zabudowywać. Najpierw pojawiły się niskie budynki z dodatkowymi izbami chorych, pomieszczeniami gospodarczymi i gabinetami diagnostycznymi dla nieprzewidzianej w pokracznych gigantach nowoczesnej aparatury. Potem, kiedy u Świętego Mykoły rozpoczął swe rządy profesor Jurij Kostyszyn, resztę wolnej przestrzeni wypełniło mrowie mniejszych i większych baraczków oraz parterowych domków z charakterystycznymi, amerykańskimi elewacjami z plastikowych listew. W miarę jak ranga szpitala wzrastała, przybywało na jego terenie mieszkań, sklepów i magazynów, aż w końcu pomiędzy sowieckimi marmurami wyrosło niewielkie miasteczko.

Miasteczko to, siedziba wybrańców losu, zazdrośnie strzegło swego dobrobytu przed nieproszonymi gośćmi. Otaczający teren dwumetrowy mur podwyższono i wzmocniono podwójnym płotem z drutu kolczastego, wzdłuż którego krążyli ubrani w czarne uniformy wartownicy. Mówiło się o rozmieszczonych gęsto czujnikach, kamerach i śmiercionośnych pułapkach, które czekały na intruzów, nikt jednak nie wiedział o nich nic pewnego. Ani z zewnątrz, ani od strony budynków otwartych dla pacjentów nie dało się zbyt wiele zobaczyć, a strażników mądrzej było nie pytać. Gdyby zresztą ktoś przejawiał nadmierną ciekawość, zajęliby się nim sami pobliscy mieszkańcy. Szpital w ten lub inny sposób zapewniał utrzymanie całej okolicy, wszelkie ludzkie nadzieje na względne bezpieczeństwo opierały się wyłącznie na budzącym powszechny szacunek ordynatorze. Kostyszyna nie nazywano tu inaczej niż „nasz profesor”, a za samo wymówienie tego bez należytego szacunku bito bez pardonu w pysk.

W kruchej równowadze sił Kostyszyn zdołał sobie wywalczyć pozycję udzielnego księcia. Najstarsi lekarze twierdzili zresztą, że feudalny system rządów obowiązywał w kompleksie szpitalnym od zarania dziejów, a Kostyszyn jedynie rozwinął go stosownie do możliwości, o jakich nie mógł śnić żaden z poprzedników. Kostyszyn miał układy ze wszystkimi drużstwami, zmieniał je zależnie od tego, które w danej chwili kontrolowało kluczowe ministerstwa, ale nigdy nie pozwolił, aby którekolwiek przejęło większościowy pakiet udziałów. Nawet wszechpotężny Potapow musiał powściągnąć zapędy do objęcia ściślejszą kontrolą Świętego Mykoły. Szpitala potrzebowali wszyscy i już samo to stawało się gwarancją jego niezależności – ktokolwiek próbowałby naruszyć stan rzeczy, tworzył przeciwko sobie zwarty front pozostałych. Kostyszyn z kolei okazał się wystarczająco rozsądny, by nie wykraczać poza swoją dziedzinę. Zadowalał się dochodami, jakie dawało mu prowadzenie wzorcowej kliniki, korzystającej ze specjalnej życzliwości rządu i organizacji międzynarodowych. Poza tym pozwalał swoim ludziom działać tylko w kilku branżach, ściśle związanych z ich podstawową specjalnością.

Mało kto wiedział, że profesor już od dobrych kilku lat coraz rzadziej opuszczał swą luksusową willę. Prowadzenie interesów powierzył najstarszemu z synów, wykształconemu starannie w Ameryce, w specjalności niemającej nic wspólnego z medycyną. Bieżącymi sprawami kierował natomiast Kuziew. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że tak naprawdę to Kuziew był zawsze prawdziwym mózgiem i że to jego spryt zadecydował o powodzeniu szpitala w trudnych latach. Kuziew okazał się wystarczająco przebiegły i bystry, żeby dołączyć do grona najpotężniejszych. Ale sama przebiegłość nie wystarczała. Potrzeba jeszcze było odpowiedniej pozycji do startu, koneksji, fortuny, którą można by pomnożyć, a wreszcie charyzmy, pozwalającej pociągnąć ludzi za sobą i rosnąć na ich wysiłku. Kuziew nie miał żadnej z tych rzeczy, Kostyszyn – wszystkie. Obaj polegali na sobie niemal bezgranicznie, na ile ludzie mogą na sobie polegać, i wydawało się oczywiste, że młody Kostyszyn będzie na Kuziewie polegał nie mniej niż ojciec.