Pycha i upadek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pycha i upadek
Pycha i upadek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,08  48,86 
Pycha i upadek
Audio
Pycha i upadek
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Wstęp

I. Pycha

II. Upadek

III. Śmieszność

Epilog: Nadzieja

Dodatek

Publicystyka Rafała A. Ziemkiewicza

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Zastanawiam się teraz, kiedy sam zauważyłem, że władza, która od lat wydawała się nie do ruszenia, zaczyna się sypać. Pamiętam dopiero moment, kiedy nabrałem co do tego pewności: pomiędzy pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich, właściwie nazajutrz po pierwszej turze, gdy Bronisław Komorowski ogłosił rozpaczliwe referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych.

Upadek władzy – oto temat tej książki. Upadek władzy bardzo konkretnej, partii zwanej Platformą Obywatelską, w bardzo konkretnym państwie, zwanym III Rzeczpospolitą. Ale nie poświęcałbym konkretnej zmianie rządów tak wiele uwagi, gdybym nie miał nadziei, że przez jej szczegółowy opis powiem coś o upadku władzy w ogóle.

Upadek władzy bowiem to coś takiego jak śmierć. By przywołać znane słowa Bułhakowowskiego Wolanda – wszyscy wiemy, że człowiek jest śmiertelny, a jednak to, że jest śmiertelny, zawsze okazuje się nagle. Upadek władzy zaskakuje nawet bardzo uważnych komentatorów. Spodziewałem się schyłku Polski Tuska, oczekiwałem tego, nie mówiąc już, że jak parę milionów Polaków, kierujących się w ocenie życia publicznego dobrem Polski i naszymi tradycyjnymi wartościami – życzyłem sobie. A jednak gdy lawina rzeczywiście ruszyła, tak jak wszyscy dałem się zaskoczyć. Dlatego po części odtwarzać muszę bieg wydarzeń z pamięci, posiłkując się notatkami do felietonów i publikacjami z ostatnich miesięcy.

Upadek władzy – proces, którego uważnym obserwatorem byłem już kilkakrotnie, a wciąż nie mogę go zrozumieć. Ta książka, poza oczywistymi celami każdej politycznej publicystyki – objaśnienia Czytelnikowi mechanizmów i prawidłowości, wymierzenia sprawiedliwości ludziom i środowiskom odpowiedzialnym za nasz los – ma również to dodatkowe, prywatne zadanie. Pozwolić także samemu autorowi przeżyć to i przemyśleć jeszcze raz. Stąd nowa w moim pisaniu technika montażu tego, co rodziło się NA ŻYWO, z tym, co widzę Z DYSTANSU.

Jakimi prawami kierują się demokratyczne rewolucje? Jak im się udaje niepostrzeżenie narodzić, wezbrać, dlaczego zawsze jesteśmy nimi zaskoczeni, nawet jeśli się ich od dawna spodziewaliśmy, dlaczego każdy polityk, każda partia czy innego rodzaju elita[1] reaguje na nie tak samo głupio – wyparciem, niezrozumieniem, groteskowym droczeniem się z rzeczywistością?

Nie wiem. Ale próbuję zrozumieć. Spróbujcie Państwo razem ze mną. Jeśli nawet nadal nie zrozumiemy, to przynajmniej zafundujemy sobie trochę złośliwej radości, rozpamiętując dzień po dniu, jak pycha została pokarana upadkiem, a upadek uwieńczony śmiesznością.

1 › Słowo to zawsze sprawia komunikacyjne kłopoty, bo pomimo naszych historycznych doświadczeń w potocznej polszczyźnie wciąż ma skojarzenie godnościowe: elita, czyli ci lepsi. Dlatego stale zmuszony jestem wyjaśniać, że używam słowa „elita” – jeśli nie zaznaczę wyraźnie odmiennego przypadku – wyłącznie w znaczeniu technicznym: elita, a więc ci, którzy zarządzają; państwem, jakąś dziedziną życia publicznego, korporacjami zawodowymi et cetera. To, co nazywam tu „elitą III RP”, jest nią w takim samym sensie, w jakim „elitę PRL” stanowiła partyjna nomenklatura, od której się zresztą wywodzi. Zastrzeżenie proszę uznać za obowiązujące w całej tej książce.

I. Pycha

Z DYSTANSU

Zawsze wygląda to podobnie. Rządzący establishment („grupa trzymająca władzę”, można rzec, by pozostać w zgodzie z konwencją III RP) bada, na ile sobie może pozwolić. Posuwa się coraz dalej, szukając granicy, i przekonuje się, że granicy nie ma. Wszystko przechodzi, wszystko można – „ciemny lud” kupuje każde kłamstwo i przymyka oczy na każdy przejaw bezczelności. Więc w końcu rządzący popadają w poczucie totalnej bezkarności, które szwarccharakter z Sienkiewiczowskiego „Potopu” („człowiek do szpiku kości zepsuty i rozzuchwalony”, jak go charakteryzował autor) wyrażał słowami: „spełniło się niejeden uczynek, za który powinien był piorun trzasnąć, a nie trzasnął”. Spieprzyło się wszystko, czego się tknęło, narobiło afer, było łapanym za rękę i reagowało na to bezczelnością i hucpą – „w normalnym kraju” dawno by się to skończyło jakimś impeachmentem, skandalem, poleciałyby głowy, ale wystarczyło parę pijarowskich sztuczek, wrzutek, kosmetyczna rekonstrukcja, pic-ustawa, „nowe otwarcie” – i „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!”.

Hulaj dusza, piekła nie ma. Jesteśmy „teflonowi” – nic się do nas nie przykleja i nigdy nie przyklei. Jesteśmy niezatapialni. Nie mamy z kim przegrać.

I nagle zdarza się coś z pozoru zupełnie drobnego, niegroźnego – i nastrój zmienia się gwałtownie. Jakaś prowincjonalna aferka w Starachowicach, jakiś posełek łapówkarz uruchomił szyderę w mediach, zażyczywszy sobie firanek w szykowanej dla niego limuzynie, i nagle ta duperela, te firanki, okazuje się boleć ludzi do żywego, rozpalać gniew mas, którego nie były w stanie rozpalić bezrobocie, katastrofa służby zdrowia, zamykanie stoczni czy kopalń. Co się dzieje, pani premier, dlaczego wszyscy się od was odwracają? „Nastała jakaś moda na krytykowanie Platformy” – odpowiada nabzdyczona pani premier, i widać, że istotnie, za grosz nie wie, dlaczego ją tak krytykują i dlaczego akurat teraz, choć przecież partia rządzi od ośmiu lat i przez te wszystkie lata wcale nie rządziła lepiej.

Politycy szukają wyjaśnień dostępnych ich umysłom, wytrenowanym w intrygach, podkładaniu świń i knuciu. Jeśli nie widać przyczyny zdarzeń, to przyczyną musi być spisek! Układ! Pierwszym podejrzanym są zawsze media. Media są przeciwko nam. Ale media, i w ogóle wszystko, są przecież pod czyjąś kontrolą. A więc spisek zawiązali ich dysponenci. „Ktoś przestawił wajchę”. Media to także internet, którego politycy nie rozumieją i który uważają za rodzaj gazety – a nad gazetami przecież panują – tylko wydawanej nie na papierze, ale na ekranie komputerów. Internet jest przeciwko nam? Ktoś za tym stoi. Opozycja opłaciła rzesze internetowych hejterów.

Agenci CIA i międzynarodowego imperializmu, suto opłacani judaszowymi dolarami, namącili ludziom w głowach i wmówili im kryzys, podrywając zaufanie do ludowej władzy. Przegraliśmy z bezprzykładną, brutalną kampanią oszczerstw prowadzoną przez media Układu. Padliśmy ofiarą fali nieopisanej agresji i chamstwa ze strony opozycji. Celowo mieszam cytaty z różnych zupełnie czasów i sytuacji, by wskazać podobieństwo, jeśli nie identyczność zachowań ludzi z pozoru zupełnie skądinąd.

Towarzysz Gomułka do końca życia nie wierzył, że masy ludowe go odrzuciły. Przecież nie mogły nie widzieć jego zasług, tego, że wytyczył im „polską drogę do socjalizmu”, że zabezpieczył zachodnią granicę, w sojuszu ze Związkiem Radzieckim wywalczył największy wyobrażalny w tej geopolitycznej sytuacji zakres autonomii! A Gierek? Jego „Przerwana dekada” powinna wejść do klasyki psychologii utraty władzy. Po doświadczeniu Sierpnia, Grudnia i upadku sowieckiego komunizmu w całym regionie były pierwszy sekretarz KC PZPR wygłasza pean na cześć samego siebie i swoich sukcesów. Gierkowska Polska wciąż jest w oczach Gierka rajem, jeśli nie do końca zrealizowanym, to dosłownie w przeddzień pełnej realizacji, krajem ogromnego cywilizacyjnego skoku – udaremnionego przez prymitywny, złowrogi spisek Jaruzelskiego, wspierany z Moskwy i Waszyngtonu.

Demokracja zmienia mechanizmy, ale nie zmienia psychologii. Lech Wałęsa wielokrotnie powtarzał, w różnych sytuacjach, że wcale nie przegrał wyborów z Aleksandrem Kwaśniewskim, przegrał tylko „liczenie głosów”, bo „Kwaśniewski sypał”, to znaczy „dosypywał” lewe głosy do urn, mówiąc wprost – sfałszował te wybory.

Wzlotowi i upadkowi Prawa i Sprawiedliwości poświęciłem kiedyś całkiem grubą książkę „Czas wrzeszczących staruszków”; kartkuję ją dziś z poczuciem, że wykonałem kawał naprawdę dobrej, solidnej, rzetelnej i nikomu – poza zwykłymi Czytelnikami – niepotrzebnej roboty. Ot, tyle, że po wydaniu „Staruszków” skontaktowało się ze mną kilku byłych polityków PiS, potwierdzając moje dedukcje co do tego, jak w konkretnych sprawach musiały wyglądać procesy decyzyjne, jaki był wewnętrzny rozkład sił, motywacje i zamierzenia Jarosława Kaczyńskiego. To oczywiście także pewna satysfakcja dla autora, ale na niej się skończyło. Obite PiS nie potrzebowało, żeby mu ktoś tłumaczył, dlaczego dostało baty, i to jeszcze z wrogich pozycji (wiem, że niejednego Czytelnika może to zdziwić, ale w PiS naprawdę nie jestem i nigdy nie byłem uważany za pisowca, tę etykietę starają mi się przykleić presstytutki pomagdalenkowej władzy, licząc, że mnie w ten sposób unieważnią). PiS samo to sobie wytłumaczyło – przegrali, bo byli za dobrzy, bo media były wrogie, bo Układ atakował z bezprzykładną brutalnością i chamstwem... znają to Państwo, nie ma powodu się powtarzać, a kto chce przeżyć raz jeszcze, niech sięgnie do wspomnianej książki.

 

Może ktoś powiedzieć, że utrzymanie morale w oblężonej twierdzy, jaką po utracie większości parlamentarnej i prezydentury stało się PiS, wymagało takiej właśnie linii, odepchnięcia od siebie świadomości popełnionych błędów – nie zgodzę się z tym, ale nie będę się teraz spierał. Nie domagałem się od PiS jakiegoś demonstracyjnego bicia się w piersi, choć elektorat, jak sądzę, właśnie czegoś takiego oczekuje od partii, którą odsunął od władzy. Chodzi o to, że PiS przez osiem lat uparcie odsuwało od siebie tę wiedzę – oczywistą, moim skromnym zdaniem – dlaczego przegrało, odurzało się mickiewiczowskimi kadzidłami, szlochało nad wierszami Rymkiewicza i Wencla i tarzało jak Rejtan po sejmowych posadzkach, zwłaszcza po tragedii w Smoleńsku. Ludzi niewrażliwych na piękno naszej patriotyczno-powstańczej tradycji, a takich w postpeerelowskim, po chłopsku kombinującym i cwaniakującym narodzie współczesnym jest większość, zamiast wzruszać, odrzucało to i śmieszyło. W efekcie PiS stale, uparcie startowało z tym samym niechcianym przez większość wizerunkiem i programem, czym zapewniło Platformie Obywatelskiej i Polskiemu Stronnictwu Ludowemu pięć lat możliwości niczym nieograniczonego demolowania i dojenia Polski. Uległo to zmianie, z przyczyn graniczących z cudem i wymagających uważniejszego rozważenia, dopiero w początkach roku 2015.

Analiza porażki PiS była zarazem analizą przyczyn sukcesu PO. Ale PO także nie potrzebowała, żeby jej ktoś tłumaczył, dlaczego wygrała, zwłaszcza z wrogich pozycji. PO miała własnych specjalistów – głównie wywodzących się z kręgu opisywanej przeze mnie w jeszcze innej książce michnikowszczyzny – którzy przedstawili jej narrację na tyle miło łechcącą, że została ona przez większość aparatu partii i oddanych jej elit kupiona bez zastrzeżeń: narrację o „młodych, wykształconych, z dużych miast” i o nieuchronności postępu. W tej opowieści wygrana PO była po prostu historyczną koniecznością, albowiem, jak uczyli już Nietzsche i Marks, jest tylko jedna droga postępu, po której ludzkość porusza się generalnie ku biegunowi dodatniemu – nawet jeśli na jakiś czas popchną ją wstecz siły reakcji, to ich sukcesy mogą być tylko czasowe, w końcu prędzej czy później reakcja musi „wymrzeć jak dinozaury”. Polska prawica, tradycjonalizm, patriotyzm i wszystko to, z czym utożsamia się PiS, to właśnie skazana na wymarcie reakcja. A partia elit III RP, czy się akurat nazywa Unia Demokratyczna, czy Sojusz Lewicy Demokratycznej, czy Platforma Obywatelska, to postęp – Europa, tolerancja, gender. Postęp jest dobry, a reakcja zła. Postęp jest estetyczny, a reakcja – brzydka. Postęp daje radość, więc PO nie dość, że dobra, mądra i piękna, jest na dodatek partią radosną, a reakcja do tego wszystkiego jest jeszcze ponura, zawodząca płaczliwie w kruchtach i zgrzytająca zębami.

Z przyczyn, które trudno mi zrozumieć, lizusowskie wobec Donalda Tuska i PO media ze szczególnym zaangażowaniem eksploatowały w swej propagandzie ten ostatni wątek. Tomasz Lis wmawiał swoim lemingom, że są „fajni” i że w ogóle Polska PO-PSL jest „fajna”, Jarosław Kuźniar czy Jakub „Kuba” Wojewódzki, szukając spontanicznie obelgi pod adresem swych krytyków, nazywali ich „smutną prawicą”. Być może, jest w tym echo przechowywanej w zakamarkach polskiej pamięci propagandy PRL, eksponującej uśmiechniętych, dziarskich robociarzy, włókniarki i dójki wymachujących radośnie na pochodach. Tyle że pochody pierwszomajowe jako święta „fajności” władzy zastąpiły mecze na Stadionie Narodowym i urządzane kilka razy do roku maratony.

Jest oczywiste, klarowała władzy jej własna propaganda, że Polacy chcą fajności – Europy, nowoczesności, tęczy i tolerancji, a nie katolicyzmu, patriotyzmu i całego tego obciachu, który tak mierzi „ludzi wykształconych i na pewnym poziomie”. W efekcie PO dała się przekonać, że nie tylko nie musi nic robić, ale też – że może robić wszystko.

To znaczy: nie musi robić nic, żeby utrzymać poparcie dla siebie, bo dopóki jest jedynym ugrupowaniem reprezentującym postęp i europejskość (a to jej gwarantuje ustawa o partiach politycznych, przyjęta swego czasu w pełnej zgodzie z PiS), to poparcie jest oczywiste jak dzień i noc. A zarazem – może robić wszystko, bo dopóki jedyną alternatywą dla niej jest „kościółkowe” i nielubiane w Unii Europejskiej PiS (jak wyżej), to nic, dosłownie nic nie jest w stanie spowodować odstawienia PO od żłobu; w najgorszym wypadku zmiana władzy dokona się w jej obrębie, w ostateczności w obrębie obozu, który za nią stoi, na zasadzie „odnowy” i porzucenia „błędów i wypaczeń”, do jakich niefortunnie doszło na jedynie słusznej drodze. Tak jak w PRL po Grudniu czy Sierpniu.

Proszę nie sądzić, że przywołuję tu swoje stare książki, by jojczyć, że wszystko przewidziałem, wszystko wyłożyłem jak na tacy, a głupie elity polityczne i opiniotwórcze się na moim geniuszu nie poznały. Nie boli mnie to aż tak, żebym nie mógł zapanować nad chęcią irytowania bliźnich powtarzaniem „a mówiłem!”. Staram się po prostu wpisać sytuację upadku Platformy Obywatelskiej, będącego głównym tematem tej książki, w ciągłość i rytm historii, którą obserwuję i na użytek Czytelników staram się objaśniać od ćwierć wieku.

„Jedyne, czego uczy historia, to że nikt nigdy się niczego z historii nie nauczył” – to popularne powiedzenie i zapewne zbyt kategoryczne, ale faktem jest, że ćwierćwiecze politycznej historii III RP naznaczone jest tak regularnymi, że aż nudnymi paroksyzmami pychy kroczącej przed upadkiem. Środowisko byłego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, skupione wokół Bronisława Geremka, było absolutnie pewne, że przejąwszy sztandar Solidarności, ma przed sobą „co najmniej dwanaście lat” niczym niezakłóconej władzy[2]. Pewność siebie Lecha Wałęsy była jeszcze większa: „No, to zostajemy tu do emerytury” – miał powiedzieć, wprowadzając się do Belwederu. Pycha i poczucie, że „nie ma z kim przegrać”, rozpierały postkomunistów z SLD, niesionych sukcesem reelekcji Kwaśniewskiego. I jeśli ktoś dzisiaj nie pamięta, to przypomnę, że na miesiąc przed wyborami roku 2007, tymi, które rozpoczęły ośmioletni okres „rządów autorskich” Donalda Tuska, praktycznie nikt poza nim samym nie wierzył, że możliwe jest odsunięcie od władzy braci Kaczyńskich w drodze uczciwie przeprowadzonych wyborów. Proszę zerknąć w ówczesne gazety – niemal wszystkie autorytety salonu rwą tam włosy z głów, że ta straszna IV Rzeczpospolita będzie trwać wiecznie, bo Polacy są z natury roszczeniowi, zawistni wobec lepszych od siebie i odnoszących sukcesy, po prostu taki straszny, nienawistny populizm, jaki prezentuje polska prawica, zawsze wygra tu z oświeceniem, przyzwoitością i wartościami reprezentowanymi przez światłe elity, zjednoczone ponad historycznym podziałem u Okrągłego Stołu. I to samo przekonanie, tylko opatrzone dokładnie odwrotnymi znakami wartości i odmienną retoryką, bez reszty panowało w PiS. Polacy są przecież patriotami, katolikami i chcą uczciwości w życiu publicznym, chcą polityków „nieumoczonych”, zwalczania korupcji i oligarchów, a to wszystko reprezentuje na scenie politycznej wyłącznie partia Lecha i Jarosława Kaczyńskich!

Z bliskiej, dzisiejszej perspektywy wydaje się, że tak przeraźliwa wtopa, jaką zaliczył Bronisław Komorowski, nie ma precedensu i musi trafić do przyszłych podręczników, jeśli nie do Księgi Guinnessa. Urzędujący prezydent, cieszący się według sondaży największym ze wszystkich polityków zaufaniem społeczeństwa, na cztery miesiące przed wyborami mający w sondażach 60, w porywach do 70 procent poparcia, stanął do rywalizacji z politykiem praktycznie nikomu nieznanym, rekomendowanym przez partię regularnie przegrywającą od lat wszystkie wybory, mającą ogromny negatywny elektorat. Na dodatek urzędujący prezydent miał na swoje usługi praktycznie wszystkie wiodące media, całą administrację państwową, partia rządząca przekazała mu na kampanię 19 milionów złotych (o cztery więcej, niż miał do dyspozycji rywal), a gdyby potrzebował więcej, to wystarczyło skinąć palcem na czołowych oligarchów, którzy wiedzą przecież doskonale, w jakim stopniu ich interesy zależą od życzliwości władzy. Trudno się dziwić Komorowskiemu, że uwierzył zapewnieniom swojego otoczenia i komentatorów medialnych, że już jest po meczu, i przy wielu okazjach wygłaszał wobec Andrzeja Dudy pogardliwe uwagi w rodzaju tej, że kto startuje w wyborach, których nie ma szansy wygrać, dopuszcza się nieuczciwości wobec wyborców.

Z bliskiej perspektywy – istotnie. Ale w gruncie rzeczy Komorowski nie różnił się od swoich poprzedników. Może tylko był od nich mniej zręczny. Może okazywał publicznie zachwyt nad sobą samym i pychę bardziej od innych, ale fakt, że wzbudza więcej niż oni śmiechu i lekceważenia, wiązałbym raczej z jego osobowością, niespecjalnie imponującą i skłonną do zachowań, które oddane mu media tuszowały figlarnym słówkiem „wpadka” – zachowań, mówiąc brutalnie, gamoniowatych.

Być może, o nieskrywanym zadufaniu decydował jego charakter i, w pewnym stopniu, życiorys człowieka, który do roku 2010, a tak naprawdę 2014, zawsze był na drugim planie i bardzo późno dostał szansę zapisania się w historii. Czasem tak właśnie mi się wydawało, a czasem sądziłem, że jednak miał do pewności siebie większe niż inni przesłanki. Z perspektywy czasu człowiekowi zwykle wydaje się, że to, co wie i sądzi teraz, wiedział i sądził zawsze. Na szczęście komentator ma na twardym dysku własnego komputera zapis swoich wahań i intuicji, także tych chybionych.

Nie będę przecież udawał – ja także u schyłku roku 2014 nie wierzyłem w możliwość wygranej Andrzeja Dudy, czy w ogóle kogokolwiek, w starciu z Bronisławem Komorowskim. Byłem i tak większym od innych optymistą, nie wykluczając możliwości, że po jesiennych wyborach parlamentarnych uda się odsunąć PO od władzy przez jakąś koalicję z udziałem PiS – ale nie aż takim, by sądzić, że układ rządzący Polską od roku 2007 może stracić Belweder i że ta niespodziewana wyborcza klęska już w połowie roku uruchomi proces szybkiego upadku kolejnej niewzruszonej potęgi polskiej polityki. Potęgi na każdym kroku podkreślającej z dumą, że dokonała sztuki przed nią niedokonanej przez nikogo: utrzymuje władzę i popularność już drugą kadencję, mimo społecznego niezadowolenia z funkcjonowania państwa i kolejnych afer, potencjalnie znacznie dla władzy groźniejszych niż sławna afera Rywina, która przetrąciła nigdy już potem nieodbudowaną potęgę postkomunistycznej lewicy.

Istotnie, zachłyśnięcie się władzą trwało w przypadku koalicji PO-PSL znacznie dłużej niż w przypadku poprzedników. Opiniotwórcze salony widziały w tym jednoznaczne, niezbite potwierdzenie swej pomarksistowskiej wiary, już tu przywoływanej, że postęp zawsze wygra z reakcją. A jeśli komuś to nie wystarczało, dodatkowych nieodpartych argumentów dostarczała pragmatyka rządów sprawowanych niepodzielnie przez jedną ekipę – coraz to kolejne tysiące rozdysponowywanych przez nią z każdym rokiem synekur i latyfundiów w administracji, spółkach samorządowych i Skarbu Państwa, instytucjach publicznych, potężniejąca z każdym miesiącem tych rządów pajęczyna wzajemnych powiązań, wyświadczonych usług, nieformalnych podległości i uzależnień. Bartłomiej Sienkiewicz, który zanim zbłaźnił się jako minister, wykazał wiele bystrości jako analityk, napisał to nawet wprost na łamach „Tygodnika Powszechnego” – PO w przeciwieństwie do poprzedników zbudowała władzę stabilną, trwałą i nie do ruszenia, ponieważ „trafnie odczytała układ interesów w państwie i skutecznie się weń wpisała”. Ładne zdanie, jeśli się zastanowić, jaka treść jest w nim naprawdę zawarta.

Zgrzytając zębami, napisałem wtedy jeden z najbardziej dołujących tekstów w mojej karierze, gryzącą ironią broniąc się przed popadnięciem w skrajną depresję:

NA ŻYWO

Dziesięć numerów Tuska

Największym sukcesem pijaru premiera Tuska było wpojenie wszystkim przekonania, że premier ma znakomity pijar. Tymczasem – jeśli przyjrzeć się bliżej – osławione sztaby rządowych marketingowców w ogóle nie zajmują się public relations we właściwym, profesjonalnym sensie tego słowa. Nie określają grup docelowych, nie obmyślają strategii budowania trwałej komunikacji z nimi, nie typują kluczowych kwestii pozwalających łączyć w tej komunikacji jak najwięcej szczegółowych oczekiwań et cetera. Zajmują się one wyłącznie propagandą – szukaniem skojarzeń i sformułowań budzących pożądane reakcje emocjonalne. A o propagandzie można powiedzieć dokładnie to samo, co bohater filmu „Wielki Szu” mówił o pokerze: „tu nie ma żadnych tajemnic, są tylko lepsze i gorsze numery”.

 

Po siedmiu latach rządów Donalda Tuska praktycznie wszystkie te numery już znamy. Można je skatalogować i na przyszłość operować w komentarzach liczbami porządkowymi. Na przykład, chcąc streścić najnowszy wywiad premiera, powiemy krótko: sześć, cztery, siedem i dwa. Albo nową konferencję: dwa, siedem, trzy i znowu dwa.

Numer 1: Ja jestem niegroźny

Istotą zjawiska znanego jako Donald Tusk jest bez wątpienia skupienie na wizerunku. Lepiej od innych zrozumiał on, że umęczeni i zdeprawowani komunizmem i całą swą historią Polacy najchętniej zaakceptują taką władzę, której nie odczuwają i która nie wtrąca im się w codzienne kombinowanie. Publicznie złożona deklaracja, że „chciałby zostać zapamiętany jako po prostu fajny koleś”, nie oznacza bynajmniej, by Tusk nie miał większych ambicji, niż być „fajnym kolesiem”, ale że wie on, iż wyborcy nie życzą sobie żadnych wzmożeń, żadnych więcej reform, ani czterech, ani nawet jednej, żadnego oczyszczania życia publicznego czy porządkowania czegokolwiek. Chcą, żeby polityka była jak najdalej od nich – nie przypadkiem liderami sondaży w 25-leciu byli swego czasu ograniczający się do przemawiania i przecinania wstęg Aleksander Kwaśniewski, a obecnie dorównujący mu charyzmą nicnierobienia Bronisław Komorowski.

Numer 2: Co złego, to nie ja!

Jeśli dochodzi do sytuacji kryzysowych, premier stosuje więc zasadę odwrotną niż obowiązująca w świecie i zalecana w podręcznikach marketingu: znika. Wbrew żelaznym regułom sztuki public relations, głoszącym, że w sytuacji kryzysu trzeba pojawiać się natychmiast i odpowiadać na wszelkie wątpliwości, zanim narosną – Tusk, gdy coś się zdarza, jest zawsze nieuchwytny. Jest problem, ale nie ma możliwości zadać o niego pytania Tuskowi, czyli nie ma czego cytować, więc Tusk się z danym problemem nie kojarzy. Stanowisko opozycji ogłaszają liderzy, a za władzę wypowiadać się musi jakiś poseł Protasiewicz czy Halicki, celowo zostawiony sam sobie. Poradzi sobie albo nie, jego problem – premier wróci, gdy sytuacja już się wyjaśni, a sondażyści podpowiedzą, co chce usłyszeć od niego większość społeczeństwa. Wypowie się w sposób podkreślający, że jest ponad to i ma ostatnie słowo.

Numer 3: Albo ja, albo ekstremiści

„Symetria jest estetyką głupców” – powiedział jeden z mistrzów pędzla. Gdyby zajmował się propagandą, ująłby to w słowach: „symetria jest mądrością idiotów”. Idiota, z przyczyn swego ograniczenia niebędący w stanie wyrobić sobie zdania w ważnych kwestiach, kieruje się prostym instynktem: nie być ani zanadto za, ani zanadto przeciw, tylko pośrodku. Pośrodku jest bezpiecznie, bo tam jest „zdrowy rozsądek”. Prostą sztuczką Tuska jest stałe podkreślanie, że tam, gdzie on, tam jest umiarkowanie i powściągliwość, a na prawo i lewo od niego – skrajności i ekstremizmy. Tam robią politykę, i to ideologiczną – a my tu robimy swoje. Kto z prawa i lewa nie chce być ekstremistą, tylko pragmatykiem, zapraszam do PO. W tej prostej sztuczce tkwi wyjaśnienie, dlaczego kaperując najbardziej cyniczny i napalony na stołki element z prawa i lewa, nie ściąga Tusk na PO odium partii cwaniaczków, oblepiającej się nieprzyjemną substancją niczym dno okrętu, tylko podkreśla wizerunek „centrowości”.

Numer 4: Bójcie się Kaczyńskiego!

To już rzecz tak znana i oczywista, że nie trzeba się wiele rozwodzić. „Kaczyński to małpa w klatce, ma się w niej rzucać, krzyczeć i straszyć przechodniów; a jak się uspokaja, to trzeba kopnąć w klatkę, żeby znowu zaczął” – tak, wedle relacji jednego z członków PO, szkoleni byli działacze tej partii. Gdy nadciąga jakieś zagrożenie, wizerunkowy kryzys, Tusk wysyła kogoś, kto wulgarną napaścią, poniżającą aluzją, znieważeniem nieżyjącego brata lub matki sprowokuje Kaczyńskiego do radykalnej wypowiedzi. Tusk sam nie stara się być agresywny, chyba że uzna, iż w danej sprawie wyrazi negatywne emocje większości. Jego prosty patent na rolowanie Kaczorów, bezbronnych wobec chamstwa żoliborskich inteligencików, polegał zawsze na tym, żeby demonstracyjnie, z uśmiechem podawać rękę, a pod stołem niezauważalnie kopać boleśnie w kostkę. A kiedy kopnięty podniesie głos albo się oburzy, Tusk przewraca oczami i rozkłada ręce jak włoski piłkarz – patrzcie, ja do niego z sercem na dłoni...

A do „kopania w klatkę” ma cały legion pomagierów.

Numer 5: Jutro, kochani, jutro!

Wyborca jest jednak istotą kapryśną i pełną sprzeczności, zachowującą się często jak podrywana niewiasta – świadoma, że może kaprysić, bo to jemu zależy. Z jednej strony polski wyborca nie chce, żeby władza coś wielkiego robiła, z drugiej jednak chce, żeby było zrobione. Jak przekonać ludzi, że się robi, nic nie robiąc? Jak w filmie Barei: „będzie zrobione, panie kierowniku, śniadanie kończymy i już robimy” – zapewnić. Gdy kierownik, zadowoliwszy się tą zapowiedzią, sobie pójdzie, można dalej spokojnie siedzieć, a nawet zagrać w karty.

Kto jest w stanie policzyć, ile razy, gdy społeczeństwo zaczynało oczekiwać jakiejś poprawy, uspokajał je Donald Tusk „nowym otwarciem”? Zapowiedzią „rewolucji legislacyjnej”, „specustawy”, wyznaczeniem terminu, do którego dany minister przedstawić ma założenia do podjęcia działań nakierowanych na kompleksowe rozwiązanie problemu... Będzie załatwione, uspokaja się wyborca i wraca do swoich spraw.

Numer 6: Car dobry, tylko samorządy złe

Tusk bywa bezlitosny w przerzucaniu winy na swoich ministrów, ale etatowym chłopcem do bicia są dla niego samorządy. Wszystkie nierozwiązywalne problemy, z którymi władza nie chce się kojarzyć, zostały oficjalnie przekazane „bliżej ludzi”. Szkoły, szpitale, drogi lokalne – niech się tym zajmuje gmina, powiat, miasto. Umyka uwadze ogółu, że zadania przekazano w dół, a pieniądze pozostały w centrali, w ministerstwach. Tym bardziej umyka im, że w ten sposób uruchomiony został niepowstrzymany proces upadku tak zwanych usług publicznych, z którymi pozbawione wystarczających narzędzi władzy i jeszcze bardziej od państwa podatne na korupcję samorządy zwyczajnie sobie nie radzą. Najważniejsze, że premier zawsze może powiedzieć: „takiego sobie wybraliście burmistrza”. Nawet wtedy, gdy burmistrz jest z PO, on za niego nie odpowiada.

Numer 7: Bliżej ludzi

Gdy kumulują się nastroje zniechęcenia, rozczarowania i wyborcy zaczynają dochodzić do wniosku, że ciągle tylko słyszą obietnice, a o ich realizacji głucho, premier rzuca na szalę swój największy atut: siebie samego, fajnego kolesia. Wzorem Edwarda Gierka (na prowincji to wzorzec pozytywny) przyjeżdża osobiście uścisnąć ręce, wyrazić zrozumienie, wysłuchać narzekań, wskazać winnych i złożyć nowe obietnice.

Legendarny „tuskobus” w oczach członków PO urósł do rangi symbolu: jakkolwiek by się waliło i paliło, Tusk zawsze może jeszcze pojechać do ludzi, „poszejkhendować”, poobiecywać i sondażowe trendy się odwrócą.

Niemiłym rozczarowaniem musi być dla nich, że od pewnego czasu premier jakby stracił serce do takich wyjazdów. Zapewne coraz trudniej mu ułożyć trasę tak, by nie trafić do miejscowości, w której już był i obiecał załatwienie takiej czy innej lokalnej sprawy, oczywiście niezałatwionej do dziś. Zamiast tego wysłał w teren partię. Z tego nic wyniknąć nie mogło – na zebrania z udziałem nawet znanych z telewizji ministrów przychodziło po kilkanaście osób, głównie miejscowi członkowie PO i ich rodziny. Na ostatnim zjeździe Tusk zażądał więc, aby platformersi zaczęli odwiedzać „zwykłych Polaków” w ich domach (sam dał przykład, i tak się przypadkiem złożyło, że akurat trafił na dom, gdzie czekały już na niego wszystkie telewizje i przeszkolona, jak się zachować, prosta rodzina przeciętnych Polaków). Jak na razie członkowie PO pielgrzymek „po kominach” nie zaczęli – liczą na to, że żądanie było tylko dla picu i może się rozejdzie po kościach.

Numer 8: Lobbyści, kibole, pijani kierowcy

Dyżurnym wyjaśnieniem niepowodzeń premiera Tuska są lobbyści. Za kłopoty w służbie zdrowia odpowiadają wielkie koncerny farmaceutyczne, które korumpują lekarzy. Za fiasko budowy autostrad też odpowiadają wielkie koncerny, które nie wywiązały się z warunków przetargów. Wielkie koncerny i ich lobbyści ponoszą winę także za kompromitację informatyzacji państwa. Mimo iż oskarżenia pod adresem wielkich koncernów (a kto by je lubił?) sypią się często, nikt nie jest w stanie podać jednego przykładu konkretnego działania rządu Tuska obliczonego na powściągnięcie apetytów koncernów, narzucenie im kontroli albo choćby zmuszenie do płacenia podatków. Premier, jak u Mickiewicza: „cóż stąd, że bije? nikogo nie zabił” – co tu mówić o potężnych ponadnarodowych koncernach, nie zrobił premier krzywdy ani handlarzom dopalaczy (obecnie zażywanych częściej niż przed „ostatecznym rozwiązaniem” tego problemu), ani organizatorom hazardu, ani kibolom (działania rządu zmniejszyły bezpieczeństwo na stadionach, zamiast je zwiększyć), a kastrowanie pedofilów w kontekście sprawy Trynkiewicza po prostu śmieszy. Ale przecież nie chodziło o poprawę, tylko o wskazanie winnego.