Jakie piękne samobójstwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jakie piękne samobójstwo
Jakie piękne samobójstwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Jakie piękne samobójstwo
Audio
Jakie piękne samobójstwo
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Przeszłość trzeba leczyć

Trzy Polski

Między Prezesem a Komendantem

Kwadratura „wersalskiego bękarta”

Mocarstwo z ducha

Katastrofa

Dorzynanie

Życie w micie

Rafał A. Ziemkiewicz

Karta redakcyjna

Okładka


Kiedy Don Kiszot wędrował przez świat...

Akacja – jabłoń – czarne wąsy w winie –

Wciąż świszczał za nim okrutny bat,

Mszczący się srogo na chudej oślinie.

Don Kiszot przebył wiele, wiele dróg...

Kobiety, dzbany, rude włosy nocą –

A Sanczo osła tłukł, tak jak mógł,

Osioł zaniemógł. A Pansa szedł boso.

I wtedy rycerz napotkał Ją –

Biodra – księżyce. Oczy – ostre piki...

Sanczo żarł kiszkę z bydlęcą krwią,

Oczyszczał gnaty zagiętym nożykiem.

I wreszcie rycerz obumarł. Klap!...

Trumna i wieńce. Świece do nieba,

A Pansa spłodził szesnaście bab,

Pięciu chłopaków do tego, co trzeba.

I ten, co domy – i ten, co cię wiezie,

I ta, co idąc, nie idzie, a tańczy –

I nawet w sklepie obwiną ci śledzie

W moje liryki – wnuka Sanczo Pansy

Stanisław Grochowiak

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przeszłość trzeba leczyć

Po raz drugi w swej pisarskiej działalności (pierwszym było „Polactwo”) czuję się zmuszony rozpocząć książkę nie od zapowiedzi, o czym ona będzie traktować, ale właśnie przeciwnie – czemu poświęcona nie jest.

Otóż nie jest to, wbrew recenzenckim streszczeniom i zapowiedziom, które zapewne już do czytelnika dotarły, książka o tym, że trzeba było w 1939 roku dogadać się z Hitlerem. Że wobec znikomości środków, jakie Polska była w stanie przeznaczyć na wojsko, należało zaakceptować przyłączenie do Rzeszy w 95 proc. niemieckiego i w trzech czwartych nazistowskiego Gdańska, zwłaszcza że i tak nie byliśmy w stanie sprawować nad Wolnym Miastem zwierzchnictwa. Że trzeba było podpisać wzajemne eksterytorialne tranzyty, no i przede wszystkim – zerwać nieszczęsny sojusz wojskowy z Francją, a tym bardziej nie podpisywać go z Anglią, gdyż oba te kraje wywiązywać się z sojuszniczych zobowiązań wobec Polski nie miały ani możliwości, ani interesu, ani najmniejszej chęci.

Nie jest to również książka o tym, że gdy już zostaliśmy we wrześniu 1939 roku rozgromieni, należało przyjąć to do wiadomości, skapitulować i wycofać się z wojny, jak Francuzi. Ani o tym, że na zagranie przez Niemców wiadomością o zbrodni w Katyniu należało zareagować dokładnie odwrotnie, niż to nasz rząd emigracyjny zrobił. Ani też nie jest to książka o tym, że skoro w końcu oczywiste się stało, iż wojna przebiegła w sposób dla sprawy polskiej maksymalnie niekorzystny i wszystko zostało przegrane, w żadnym wypadku nie należało dawać rozkazu do akcji „Burza”, a szczególnie wywoływać powstania w Warszawie.

Owszem, te stwierdzenia – dla wielu obrazoburcze, ale w istocie oczywiste, co zostanie na dalszych stronach bez trudu udowodnione – także się tutaj pojawią. Ale naprawdę chodzi o sprawę znacznie głębszą i ważniejszą. O pytanie, czy jako Polacy w ogóle jesteśmy zdolni do samodzielnego państwowego bytu i co nam w tym przeszkadza.

Na usprawiedliwienie tych, którzy spłaszczać będą moje wywody do „trzeba było iść z Hitlerem na ruskich”, mogę przyznać, że praca niniejsza u zarania wychodziła właśnie z podobnych założeń. W istocie, pod wpływem lektur, pierwszych przemyśleń i niezwykle inspirujących rozmów z nieodżałowanej pamięci profesorem Pawłem Wieczorkiewiczem zabierałem się przez wiele lat do włożenia kija w mrowisko książką stawiającą mocno tezę, iż w 1939 roku należało przyjąć ultimatum Hitlera. Ale zanim się do tej pracy wziąłem, wykonał ją kto inny – mój młodszy redakcyjny kolega Piotr Zychowicz. Spotkał się, jak można było oczekiwać, z falą krytyki, niekiedy merytorycznej, częściej histerycznej i przeważnie w małym stopniu odnoszącej się do faktów. Jednak parę ważnych, a wcześniej uporczywie odrzucanych tez zostało wreszcie dzięki niemu trwale wprowadzonych do debaty publicznej. Tym skuteczniej, że mniej więcej równolegle zaczęły także trafiać do polskiego czytelnika prace historyków zagranicznych nowego pokolenia – niemieckich, włoskich, rosyjskich, amerykańskich – podważające mit, w którego kadzidłach wychowano kilka kolejnych pokoleń, mit opowiadający o jedynie możliwym przebiegu heroicznego starcia demokracji ze złem wcielonym w osobę Hitlera.

Mit ten wciąż trzyma się mocno ludzkich głów. Rosyjski historyk Mark Sołonin – jeden z tych, na których ustalenia będę się tutaj często powoływał – napisał, że ilekroć na publicznym spotkaniu, nawet z wyselekcjonowaną, inteligencką publicznością, czy nawet w gronie historyków, stwierdzi na przykład fakt, że Wehrmacht i Waffen SS były doskonale wyszkolone, bitne i do samego końca wojny zachowywały wysokie morale, słyszy natychmiast buczenie i gniewne okrzyki, a potem odpowiadać musi na pytania zaczynające się od słów: „Pan tu twierdzi, że hitlerowcy walczyli w słusznej sprawie... pan tu gloryfikuje nazistowskich zbrodniarzy...”.

Podobnie jest i u nas. Obserwowałem ludzi z naukowymi tytułami, poważnych dziennikarzy, wnikliwych analityków życia politycznego, którzy słuchając logicznie zazębiających się argumentów Zychowicza, dostawali małpiego rozumu. Hańba, zaczynali krzyczeć, tu się poniża Polskę, pluje się na groby bohaterów, tu się twierdzi, że jesteśmy idiotami, a cała nasza historia nie ma sensu, tu się przyznaje rację rewizjonistom z Berlina i napędza agitację wrogich Polsce ośrodków... Emocje wywołane łamaniem tabu chroniącego wspomniany wyżej mit odwracają racjonalną kolejność rozumowania od przyczyny do skutku. Nie z takich a takich przesłanek wyciągamy taki a taki wniosek, ale – ponieważ wniosek musi, MUSI być taki, do jakiego przywykliśmy jak do powietrza i wody, odrzucamy wszelkie argumenty, które mu przeczą, i kolekcjonujemy te „za” bez badania ich logicznej spójności, bez poddawania ich krytyce, nawet bez odróżniania sensownych od jawnie bzdurnych, bo każdy się przyda – im więcej argumentów zgromadzę, tym łatwiej nimi oponenta przysypię. W dyskursie obrońców mitologii II wojny światowej wszystko miesza się ze wszystkim i cokolwiek z czymkolwiek. Miałkość wywodu skłania do podnoszenia głosu i szarpania emocjami, z nieśmiertelnym „komu to służy, kto za tym stoi” i jeszcze bardziej nieśmiertelnym „w obecnej sytuacji, w obliczu zagrożeń dla polskości, to nie jest dobry moment...”.

Odrzucam wszystkie te okrzyki. Bez złości, bo rozumiem przyczynę i siłę emocji skłaniających zacnych ludzi do zachowań histerycznych – ale stanowczo. Począwszy od ostatniego.

„To nie jest dobry moment”, bo Niemcy kręcą załgane filmy o antysemickiej jakoby Armii Krajowej, bo środowiska żydowskie eskalują oszczerstwa o rzekomej obojętności czy wręcz współudziale Polaków podczas holocaustu, bo Kreml oficjalnie podtrzymuje stalinowską propagandę o „koniecznym” pakcie Ribbentrop-Mołotow i przyjściu z pomocą na ich własną prośbę prześladowanym przez „polskich panów” mniejszościom narodowym, bo Zachód ochoczo podchwytuje i nagłaśnia Grossowe łgarstwa o Jedwabnem, a postkolonialne elity III RP nadskakują wszystkim wymienionym, stawiając pomniki krasnoarmiejcom, przepraszając oficjalnie za niebyłe winy oraz posyłając w świat zakłamujące historię, poniżające nas filmy. W takich czasach rozważać głośno alternatywy dla pięknego samobójstwa, jakie II Rzeczpospolita popełniła siedemdziesiąt lat temu w interesie Anglii, Francji oraz Sowietów i USA, znaczy pomagać najgorszym wrogom Polski w ich podłej robocie... Fakty dotyczące „polityki historycznej” Niemiec, Rosji i naszych byłych „aliantów” są niezaprzeczalne, więc trudno, wydaje się, odmówić racji brązownikom naszej historii, gdy – na stronie, w gronie wtajemniczonych, tonem pojednawczym – powiadają: „Kiedyś przyjdzie moment właściwy, gdy zabezpieczona zostanie należycie nasza pozycja międzynarodowa, a skołowane społeczeństwo otrząśnie się ze skutków bombardowania go przez całe dziesięciolecia ogłupiającą propagandą i tresowania »pedagogiką wstydu«. Wtedy będziecie sobie mogli do woli teoretyzować o Becku, Śmigłym-Rydzu i Sikorskim. Ale teraz nie czas na to!”.

Tylko w tym właśnie cała rzecz, że jeśli nie będziemy wracać do przyczyn naszego upadku, jeśli tego intelektualnie nie przepracujemy, nie zrozumiemy i wniosków nie wprowadzimy w życie, to ten moment właściwy nigdy nie nadejdzie. Dając posłuch mitotwórcom i brązownikom, stawiamy się w sytuacji tego dziecka z kawału, któremu nadopiekuńcza mama zabrania wchodzić do wody, dopóki się nie nauczy pływać.

 

Wszystkie przywołane powyżej antypolskie stereotypy i oszczerstwa mogą bowiem funkcjonować w najlepsze nie dlatego, żeby miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, żeby coś je uprawdopodobniało, ale dlatego, że jesteśmy słabi. A nasza słabość ma swe źródło między innymi właśnie w umysłowym paraliżu, którego decydującą przyczyną jest ucieczka powojennych pokoleń od obowiązku przemyślenia i zanalizowania tego, co się stało.

*

W znanym musicalu Tewje Mleczarz śpiewa, że gdyby był bogaty, to cokolwiek by rzekł, wszyscy i tak uważaliby jego słowa za tak mądre, jakby je wypowiedział sam król Salomon. Nader trafna obserwacja – tak właśnie zwykli ludzie myśleć. I nie tylko pojedynczy ludzie, lecz całe narody. Jesteś mądry – w oczach innych – dlatego, że jesteś bogaty, a nie dlatego jesteś bogaty, że jesteś mądry. Państwa silne, zwycięskie piszą swoją historię na miarę odniesionych sukcesów, niewiele patrząc na to, co faktycznie miało miejsce. Co więcej, tak samo piszą też historię słabym, biednym i przegranym. I to, co było kiedyś, dopasowują do potrzeb dzisiejszej sytuacji. Historia tych bogatych i silnych musi być historią bohaterstwa, prawości i poświęcenia. Historia przegranych – historią nikczemności i głupoty. Inaczej opinia publiczna pomyślałaby, że podłość i cynizm popłacają, a szlachetność jest karana. A przyjęcie tego do wiadomości wprawiałoby ją w dyskomfort, przez psychologię zwany „dysonansem poznawczym”.

To ten sam odwieczny mechanizm, który – sięgnę po przykład z innej zupełnie beczki – kazał naszemu narodowemu wieszczowi, Adamowi Mickiewiczowi, dopuścić się grubego oszczerstwa wobec nieżyjącego ojczyma drugiego naszego narodowego wieszcza, Juliusza Słowackiego. Ojczym ów, doktor Bécu, miał bowiem nieszczęście zginąć od pioruna. Piorun, jak wiadomo, to kara boża. A Bóg nie może przecież być niesprawiedliwy. Więc z Bogu ducha winnej ofiary porażenia piorunem zrobił Mickiewicz, dla morału, ku przestrodze potomnym i dla usatysfakcjonowania powszechnego poczucia sprawiedliwości, straszną kreaturę, zdrajcę, kolaboranta i nikczemnika. Choć w istocie wszystko, co o doktorze wiemy, wskazuje, że był to człowiek niewinny, w niczym nie gorszy od większości współczesnych, a może i lepszy. Ale jakie to ma znaczenie wobec przemożnej potrzeby morału, którą na użytek wielu pokoleń zaspokoił tak znakomicie Mickiewicz?

*

Polska, choć była pierwszą ofiarą Hitlera, choć pierwsza powiedziała mu „stop” i poniosła z tej racji ogromne straty, choć nie było frontu, na którym by Polacy nie przelewali krwi w walce z nazizmem i nie padali ofiarą jego zbrodni – do grona zwycięzców nad Hitlerem się nie załapała. Garstka polskich żołnierzy w maju 1945 wzięła wprawdzie z łaski Stalina symboliczny udział w szturmie na Berlin, ale jako jego niewolnicy, jako przepuszczone przez krwawą maszynę łagrów i egzekucji mięso armatnie Armii Czerwonej. A polskich żołnierzy na Zachodzie, równie symbolicznie, na niewypowiedziane głośno żądanie tegoż Stalina do londyńskiej defilady zwycięstwa zwyczajnie nie dopuszczono. Polska straciła miliony obywateli, zwłaszcza społeczne elity, połowę swego rdzennego terytorium, niepodległość i przynależność do cywilizacji zachodniej. Alianci, którym swój straszny los zawdzięcza, musieli i nadal muszą to w jakiś sposób uzasadniać. Muszą tę Polskę, dziwnie zawieszoną między stronami zmitologizowanego konfliktu, między jego zwycięzcami i przegranymi, odrzeć ze współczucia, z zasług i wytłumaczyć, że sobie na taki los zasłużyła. Inaczej potrzeba morału doznałaby uszczerbku i, jako się rzekło, młode pokolenia Amerykanów, Anglików i innych, karmione opowieścią o zwycięskiej, heroicznej walce dobra, reprezentowanego przez zachodnie demokracje i sprzymierzonych z nimi komunistycznych idealistów, ze złem, uosabianym przez Hitlera, mogłyby doznać przykrego uczucia dysonansu poznawczego.

*

Czasem zdarza się pech, czasem fart. Także całym narodom. Historyczny fart mieli na przykład Belgowie. U schyłku XIX i na początku XX stulecia dopuścili się potwornego ludobójstwa w Kongo. Faktem jest, że nie byli wiele gorsi od innych kolonizatorów, ale zamorskie imperium króla Leopolda ustanowione zostało na nader kruchych podstawach ekonomicznych i właśnie dlatego gdy kraje od Belgii potężniejsze zaczęły się zbrodni dokonywanych na czarnych „podludziach” wstydzić, Belgowie nadawali się idealnie na modelowy wzorzec do publicznego rozliczenia. Zaczął się wzbierający na sile ruch antykolonialny, w końcu doszło nawet do publicznego procesu, wskutek którego oburzona i zdumiona Europa oraz jeszcze bardziej zdumiona i oburzona Ameryka dowiedziały się o potwornościach dokonywanych w „jądrze ciemności” (czy raczej „sercu mroku”, bo tak sławny Conradowski tytuł noweli nawiązującej do zbrodni w Kongo należałoby tłumaczyć). No i już, już Belgowie staliby się na wiele lat ucieleśnieniem zła kolonializmu, gdyby nie wybuchła wojna światowa. Wojna, w której niesprowokowane w żaden sposób Niemcy pogwałciły brutalnie belgijską neutralność, co było pretekstem do przystąpienia do zmagań na kontynencie Wielkiej Brytanii, a pośrednio i USA.

Obywateli krajów anglosaskich trzeba było jakoś przekonać, że muszą iść masowo ginąć w okopach, a tych, którzy już dali się na to namówić, wprowadzić w bojowy szał. Rozpętano więc na Zachodzie istną propagandową histerię wokół szalonych okrucieństw, jakich dopuszczali się Niemcy na biednych Belgach. Niemcy oczywiście, jak to Niemcy, faktycznie, gdziekolwiek weszli, rozstrzeliwali cywilów, szczególnie z warstw wyższych, z zimną krwią i jak na owe czasy, na skalę masową, aby podbity kraj sterroryzować – ale anglosaska i francuska propaganda zwielokrotniły ich zbrodnie do absurdu, karmiąc społeczeństwa andronami o dzikich Hunach pożerających żywcem belgijskie dzieci.

Skoro zaś Belgowie potrzebni byli zachodniej propagandzie jako ofiary ludobójstwa, to przecież nie mogli być sami sprawcami innego, wcześniejszego ludobójstwa. Kto by szedł na wojnę ginąć za jakichś morderców, nawet jeśli sami są teraz mordowani? Więc z dnia na dzień problem zbrodni w Afryce zniknął. Wyparował. Osiem czy tam dziesięć milionów zabitych Afrykanów, wyniszczonych głodem i pracą nad siły, konających z obciętymi dłońmi, nie mówiąc o torturowanych i gwałconych, musiało się pójść czochrać – w końcu zresztą byli to tylko Murzyni. I po wojnie tak już zostało, także dzięki staraniom samych Belgów. Adam Hoschild, który po latach zrekonstruował cały ogrom Leopoldowego ludobójstwa w Kongo, zdumiewając naszą współczesność tą na śmierć zapomnianą historią, pisze, że gdy po kilkunastu latach starań o wpuszczenie go do belgijskich archiwów wreszcie uzyskał dostęp, był pierwszym – pierwszym! – który przeczytał dotyczące ludobójstwa dokumenty i zeznania, od czasu gdy je tam złożono.

Belgowie mieli fart, po prostu. Geopolityczny i historyczny. Nikt im niczego nie zarzuca, a król Leopold ma do dziś pomnik przed głównym wejściem do gmachu Europarlamentu. A na przykład my, Polacy, ściągnęliśmy sobie na łeb potwornego geopolitycznego i historycznego pecha, wskutek którego na podstawie paru nader wątpliwych oskarżeń cały świat chętnie sobie dziś opowiada o Polakach jako o ciemnych antysemitach, którzy wcale z Hitlerem nie walczyli, tylko gorliwie z nim kolaborowali.

„Kiedyś w Karlowych Warach byłem zaproszony na obiad z amerykańskim aktorem Rodem Steigerem. W pewnym momencie Rod wzniósł toast: »za bohaterską Czechosłowację, która jako jedyna w Europie stawiła tak długi opór faszystowskiemu najeźdźcy«” – wspominał Jerzy Stuhr. Można się śmiać, że to tylko hollywoodzki głupek, który wiedzę o wojnie czerpał z filmu „Casablanca”, ale kto zna Amerykanów, ten wie, że jest on reprezentatywnym przykładem stanu wiedzy ich elit intelektualnych. Wiedzy, która jest dla nich wygodna, przydatna do zachowania dobrego samopoczucia i przekonania, że historia ma sens, a ich kraj zawsze odgrywał w niej rolę szlachetną i − jak wbija się do głowy każdemu amerykańskiemu dziecku – „nigdy nie zdradził swych sojuszników”.

Mit. Dawniej powiedziano by „bajka”, „fabuła” – dziś mówi się na to „narracja”. Opowieść przykrojona do potrzeb tych, dla których jest przeznaczona, mająca coś uzasadnić, coś zilustrować. W świecie masowej komunikacji wszystko opędza się narracjami. Także historię wojny, która ukształtowała współczesny świat. I o tych narracjach, produkowanych na Zachodzie i Wschodzie, będzie w dużej części traktowała ta książka.

*

Narracją można zmienić kryzys w prosperity, kapusia w herosa, sprawców w ofiary i odwrotnie. Dla narracji fakty istnieją tylko jako materiał, z którego robi się dowolne wycinanki. Czechosłowacja stawiała faszystom bohaterski opór i ponosiła z ich rąk cierpienia – któż na Zachodzie nie słyszał o zamachu na Heydricha, o Lidicach, czeskich pilotach w bitwie o Anglię i obrońcach Tobruku? A Polska – zdaje się, było o tym w telewizji, że mieli jakieś paramilitarne oddziały... Armia Krajowa się to nazywało czy jakoś tak, które wraz z Niemcami prześladowały Żydów. Kto na Zachodzie słyszał o jakichś polskich aktach oporu? No, powstanie w Warszawie, tak, ale to byli przecież Żydzi.

A o „polskich obozach zagłady” słyszeli wszyscy wielokrotnie.

Jeśli historyczne fakty nie mają dla dzisiejszych narracji znaczenia, to co je ma? Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu przykładowi. Zobaczmy, ile miejsca w święcącej niedawno triumfy historii II wojny światowej pióra Anthony’ego Beevora zajmuje Armia Krajowa i inne formacje zbrojne Polskiego Państwa Podziemnego, a ile francuska Resistance. Jakkolwiek by patrzeć, wychodzi na to, że to ta druga była organizacją poważną, silną, która przysporzyła Niemcom problemów i znacząco ułatwiła ich pokonanie. Polacy zaś, no cóż, też się starali... Bóg zapłać Beevorowi i za tyle, bo i takie docenienie naszych ofiar jest w zachodniej historiografii ewenementem – na przykład w poważnym i poważanym opracowaniu „Monte Cassino” Davida Hapgooda i Davida Richardsona (dostępnym także w wydaniu polskim) na 270 stron o udziale w tej bitwie II Korpusu Polskiego traktuje tylko jedna.

A teraz weźmy do ręki – też niedawno w Polsce wydaną – monografię Amerykanina Roberta Paxtona „Francja Vichy”. I już we wstępie, na 15 stronie, trafiamy na liczby, które na przekór mitologicznej narracji przywracają faktyczne proporcje. Oto na podstawie niemieckich archiwów ustala historyk, że siły okupacyjne Hitlera we Francji liczyły sobie do 60 batalionów. Czyli – oblicza Paxton – w różnych okresach od 30 do 40 tysięcy ludzi.

Przypomnijmy, że Francję w roku 1939 zamieszkiwało (nie licząc kolonii) 45 milionów obywateli.

Ba, rzecz nie tylko w liczbie. Owe 60 niemieckich batalionów to były bez wyjątku tzw. Landesschützen, obrona terytorialna, formowana z poborowych niezdolnych do służby frontowej. Dość powiedzieć, że średnia wieku w owych okupacyjnych jednostkach wynosiła (wciąż opieramy się na tych samych, zgromadzonych z przysłowiową pruską sumiennością archiwach) 48 lat. Można się łatwo domyślić, że uzbrojenie i wartość bojowa Landesschützen były do niej adekwatne. Oczywiście na terenie Francji stacjonowały też doborowe jednostki bojowe, zwłaszcza wzdłuż północnego wybrzeża, ale Paxton słusznie wyłącza je z rachunku, udowadniając, że nigdy nie wykonywały one żadnych zadań okupacyjnych, skupione były wyłącznie na przygotowaniu obrony przed spodziewaną aliancką inwazją.

Słowem, jeśli ktoś szuka prawdy o niemieckiej okupacji we Francji i francuskim ruchu oporu, więcej jej znajdzie w popularnym sitcomie „Allo, allo” niż w opracowaniach historycznych.

Dla porównania – w Polsce, o połowę mniej ludnej i wykrwawiającej się nieustannie od pierwszych dni września 1939, Armia Krajowa liczyła sobie 380 tysięcy aktywnych konspiratorów.

Nawiasem mówiąc, jeśli się zastanowić – po cóż byłoby III Rzeszy utrzymywać we Francji cokolwiek więcej niż owe sześćdziesiąt podtatusiałych batalionów bez broni ciężkiej? Cóż właściwie mieli Niemcy w okupowanej Francji do roboty? Całą lokalną administrację, włącznie z zadaniami policyjnymi, mogli swobodnie pozostawić w dotychczasowych rękach, bez podejrzeń o sabotaż. Na mocy podpisanego w 1940 roku sojuszu francusko-niemieckiego, w ramach wstecznego poprawiania historii nazywanego dziś kapitulacją, Francja zachowała swój rząd, swoje siły porządkowe i siły zbrojne oraz wszelką autonomię. Niemcy nie musieli się nawet trudzić wyłapywaniem francuskich Żydów – listy do deportacji przez komin sporządzały stosowne miejscowe urzędy, potem według tych list aresztowała przeznaczonych na zagładę francuska policja i za pomocą francuskich kolei dostarczała wprost do Auschwitz lub innego obozu zagłady. Nie musieli Niemcy przeciwdziałać żadnym szczególnym akcjom partyzanckim, bo przez większość czasu, niemal do samej inwazji, prawie takowych nie było. Nie musieli przeprowadzać masowych akcji odwetowych z tej samej przyczyny. Nie trudzili się też żadnymi masowymi akcjami eksterminacyjnymi, jak Palmiry, Wawer i inne pacyfikacje w odległej Polsce. Na pomnikach, które Francuzi skrupulatnie wystawili ku czci każdego rozstrzelanego członka ruchu oporu, napisy głoszą „rozstrzelany przez nieprzyjaciela” (par les ennemies). Pewien mój znajomy, będąc tam na wycieczce, zaprotestował kiedyś przeciwko tej posuniętej do absurdu politycznej poprawności – dlaczego nie jest napisane wprost, że przez Niemców, przecież to historyczne fakty. Gospodarze wytłumaczyli mu z pewnym zawstydzeniem, że, hm, fakty to były takie, iż złapanych konspiratorów nie rozstrzeliwali wcale Niemcy. Robiła to francuska policja i tzw. rozejmowe wojsko.

 

Może ktoś odnieść wrażenie, że powyższe słowa pełne są jadu i goryczy i że należy je rozumieć jako dowód, iż autor niniejszej książki Francuzów nie lubi. Nic podobnego. Wprost przeciwnie – ja Francuzów, z racji sposobu, w jaki wykręcili się od tej samej wojny, która nam przyniosła zagładę, wręcz podziwiam. A w każdym razie im zazdroszczę. Zazdroszczę, że w trudnym historycznym momencie trafił im się u władzy Petain, a nie jakiś idiota, który by ogłosił, iż priorytetem francuskiej polityki zagranicznej ma być honor, bo honor to jedyna w życiu narodów rzecz bezcenna. I że dla tego honoru warto zaryzykować nie tylko istnienie państwa francuskiego, ale nawet biologiczną zagładę francuskiego narodu.

Czy Francja w II wojnie światowej honor straciła? Z naszego punktu widzenia pewnie tak, ale nie sposób zauważyć, by ktokolwiek na świecie tak ją kiedykolwiek traktował. Nie zauważam, aby ktoś dziś wyrzucał Francuzom łatwość, z jaką poddali się Hitlerowi – a Polakom owszem, chętnie i wbrew wszelkim faktom wypomina się, że „ulegli praktycznie w dwa tygodnie”. Nie do pomyślenia jest, by w hollywoodzkim filmie przedstawiono Francuzów jako współsprawców zbrodni holocaustu – a Polaków, wbrew wszelkim faktom, owszem. Nie mieści się w głowie, by niemiecka telewizja publiczna wyprodukowała parszywy propagandowy film prezentujący francuską Resistance jako bandę brudnych i prymitywnych antysemitów – a Armię Krajową tak. Nie, proszę państwa, Francuzi są w porządku, nikt nie wątpi, że w pokonaniu zagrażającej światu bestii mieli swój godziwy udział. I co tu mają do rzeczy fakty?

Francja dla ocalenia honoru nie rzuciła się na stos całopalenia. Tak jak Czechom paru pilotów i cichociemnych, tak jej wystarczył do tego zbuntowany przeciwko swym legalnym władzom generał de Gaulle, symboliczna konspiracja, trochę wojsk kolonialnych, które przeszedłszy w stosownym czasie na stronę aliantów, zasłynęły bardziej gwałceniem Włoszek niż dokonaniami na polu walki, i całe dwie – słownie dwie – dywizje, które Wolni Francuzi zdołali wystawić do wyzwalania własnego kraju u boku Amerykanów i Anglików (i które, nawiasem, samowolnie porzuciły front, zostawiając walkę z Niemcami innym, bo ich priorytetem było jak najszybsze zainstalowanie w Paryżu de Gaulle’a). Wystarczyło, że wyczekawszy do momentu, aż jasne się stało, kto tę wojnę wygrał, Francuzi wyszli na ulicę witać kwiatami wkraczających zwycięzców. Zważywszy, jaką cenę zapłaciła za swój honor, niczego za tę straszliwą cenę w świecie nie uzyskując, Polska – chapeau bas! Podwójne chapeau bas, gdy pomyśli się, że równie dobrze wyszłaby Francja z historycznej opresji, gdyby jakimś cudem to Hitler wygrał tę wojnę. Zdrajcą byłby nie Petain, lecz de Gaulle, powodem do dumy SS Charlemagne, a nie Druga Pancerna Leclerca – słowem, sięgnięto by nad Sekwaną po inną narrację, ale wino i sery smakowałyby tam nadal równie wyśmienicie.

Czemu tak różne są nasze wizerunki w świecie i tak bardzo odwrotne do tego, jak naprawdę historia wyglądała? Bo za cenę dania Hitlerowi ciała zachowała Francja realny potencjał, który sprawił, że i w czasie wojny, i w polityce powojennej pozostawała wciąż liczącym się podmiotem. Czy ktoś umie sobie wyobrazić Unię Europejską bez Francji? Czy można by było utworzyć NATO, gdyby nie pozyskano Francji do co najmniej życzliwej neutralności wobec tego projektu? A gdyby się obraziła i poszła na współpracę z Sowietami, czym de Gaulle wielokrotnie groził, tak jak w latach II wojny groził wycofaniem Wolnych Francuzów z walki z Niemcami, to co by było?

Tego, kto się liczy, nie depcze się i nie poniża, bo jeśli się za to obrazi, oznaczać to będzie realną stratę. Polacy zaś, postawiwszy wszystko od razu na jedną kartę, wszystko z punktu stracili na samym początku wojny. Od tego momentu liczyć mogli ze strony świata – i liczyli, i wciąż to robią – co najwyżej na wdzięczność i współczucie.

Ani jedno, ani drugie nie jest zaś, niestety, w światowej polityce walutą wymienialną. Jako w czasie wojny światowej, tak i dziś.

*

Tyle na razie w tej kwestii. Teraz co nieco o innej, równie ważnej. Przywołany wyżej Robert Paxton musiał swe badania Francji Vichy i jej „armii rozejmowej” oprzeć na archiwach niemieckich. Francuskie bowiem, jak pisze w swej książce, okazały się dla zagranicznego badacza zamknięte na cztery spusty. I o ile mi wiadomo, pozostają zamknięte do dziś. Bezpośrednio po wojnie urządzono liczne pokazowe procesy kolaborantów (załatwiając przy okazji polityczne porachunki i zlecenia sądowych mordów z Londynu i Moskwy), a potem wszystkie możliwe dokumenty, nawet stenogramy z owych procesów, zamknięto pod kluczem, odsyłając historyków z kwitkiem. Państwo francuskie wiedziało i nadal wie doskonale, że ułatwianie historykom opisywania spraw takimi, jakimi były naprawdę, jest sprzeczne z jego żywotnym interesem.

Podobnie Dania i Norwegia przez wiele lat bez szemrania wypłacały emerytury byłym ochotnikom Waffen SS (jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w samej Danii pobierało takowe sześć tysięcy osób), bo próba odebrania tych świadczeń, jakkolwiek by patrzeć, nabytych jak najbardziej legalnie, zwróciłaby uwagę świata na fakt i skalę ich zaangażowania w wysiłek militarny Rzeszy, niwecząc pielęgnowany obraz ofiar faszystowskiej przemocy i okupacji. Faszystowska przemoc w takiej na przykład Danii wyglądała zaś w ten sposób, że dzięki niestawianiu Hitlerowi oporu i zasileniu SS licznymi ochotnikami przez cały okres wojny zachowywała ona nie tylko swój rząd, administrację i siły porządkowe, ale nawet własne siły zbrojne. Armia duńska podlegała jedynie takiemu okupacyjnemu ograniczeniu, że kiedy chciała urządzić ćwiczenia poligonowe dłuższe niż 5 dni, musiała to zgłosić w niemieckiej komendanturze. Dobrze by było, gdyby wiedzieli o tym różni zawodowi mściciele holocaustu, którzy wyrzucając Polakom, że „nie postarali się” w obronie swoich Żydów, kłują nas w oczy przykładem odważnych Duńczyków, którzy swoich wszystkich sześciuset starozakonnych współobywateli odesłali zamiast do Niemiec do Szwecji. Dobrze by było, gdyby wiedzieli, ale nie wiedzą, bo przez wszystkie powojenne lata rząd duński prowadził przemyślaną i skuteczną „politykę historyczną”.

Tak jak wszystkie inne rządy. Narracja, mit, bajka, polityka historyczna – jakkolwiek to nazwiemy – jest elementem wizerunku państwa, wizerunek przekłada się na wymierne korzyści polityczne, dostarcza uzasadnień i usprawiedliwień. Więc jest normalną częścią państwowego pijaru. Wszędzie.

Poza Polską. III RP bowiem zamiast profesjonalnej „polityki historycznej” ma jakiś kuriozalny, bardzo silny instynkt „niezadrażniania” i „niekomplikowania”. Stąd polskie elity, zarówno polityczne, jak i intelektualne, na każde nawiązanie do historii zawsze, odruchowo reagują według kilku żelaznych zasad. Po pierwsze – nie wypominać Niemcom tego, że nas napadli, wymordowali i zrujnowali, by nie narażać świeżej przyjaźni z naszym najlepszym przyjacielem i adwokatem w Europie. Po drugie – nie wypominać tego samego Rosjanom, bo Niemcom i Europie bardzo zależy na tym, żebyśmy mieli z nimi przyjazne stosunki. Po trzecie – nie protestować, kiedy Żydzi dla podkreślenia wyjątkowości i spotęgowania blasku swego męczeństwa fałszują wspólną historię, negując cierpienia nieżydowskie i oczerniając naszych przodków, bo z Żydami po holocauście po prostu nie można się w żaden sposób spierać. Po czwarte wreszcie – nie wypominać Ukraińcom zbrodni na Wołyniu ani Litwinom wymordowania polskich lokalnych elit w Ponarach i nie prostować, gdy zakłamują oni i tę część naszej historii, bo to by zaszkodziło naszym jagiellońsko-giedroyciowym rojeniom o braterstwie z narodami, które odkąd zyskały narodową świadomość, nigdy do bratania się z nami nie przejawiły najmniejszej chęci.