HłaskoTekst

Z serii: Biografie
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hłasko
Hłasko
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Hłasko
Hłasko
Hłasko
Audiobook
Czyta Grzegorz Feluś
39,90  34,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA BIOGRAFIE

Już w księgarniach:

Beata Chomątowska Lachert i Szanajca. Architekci awangardy

Aleksander Kaczorowski Havel. Zemsta bezsilnych

Małgorzata Czyńska Kobro. Skok w przestrzeń

Angelika Kuźniak Stryjeńska. Diabli nadali

Aleksander Kaczorowski Hrabal. Słodka apokalipsa

Stanisław Bereś Gajcy. W pierścieniu śmierci

Olga Szmidt Kownacka. Ta od Plastusia

Mariusz Urbanek Makuszyński. O jednym takim,któremu ukradziono słońce

Wojciech Orliński Lem. Życie nie z tej ziemi

Klementyna Suchanow Gombrowicz. Ja, geniusz

Anna Bikont Sendlerowa. W ukryciu

Jakub Socha Żebrowski. Hipnotyzer

Aleksander Kaczorowski Ota Pavel. Pod powierzchnią

Małgorzata Czyńska Berezowska. Nagość dla wszystkich

Andrzej Skalimowski Sigalin. Towarzysz odbudowy

Radosław Młynarczyk
Hłasko
Proletariacki książę


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by akg-images / EAST NEWS

Wybór zdjęć Daria Będkowska

Copyright © by Radosław Młynarczyk, 2020

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Katarzyna Juszyńska, Gabriela Niemiec

Skład pismami Secca i Charter ITC Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-124-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Legenda

Zatoka szczęśliwej przygody

Stalin to znaczy człowiek ze stali

Najlepsze lata naszego życia

Kawiarnia przy pięknej ulicy

Była ciepła jak chleb

Lombard złudzeń

Umarły sad

Pójdź za nim przez dolinę

Droga wszystkich ludzi

Podziękowania i bibliografia

Nota edytorska

Kolofon

Dla Ani

Port lotniczy na warszawskim Okęciu był pełen ludzi. Z głośnika co jakiś czas dochodził głos informujący o kolejnych rejsach, strażnicy sprawdzali paszporty podróżnych. Mimo mroźnego powietrza panowały dobre warunki: słońce ogrzewało pas startowy, a po niebie krążyły nieliczne chmury. Niewielki czarterowy samolot stał gotowy na przyjęcie pasażerów. W hali odlotów na swoją kolej czekali podróżni, wśród których można było dostrzec też stewardesy i pilotów.

Warszawa powoli podnosiła się ze zniszczeń wojennych. Zabudowa Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej już od kilku lat cieszyła oczy, nad miastem górował Pałac Kultury i Nauki, w hali Torwar po tafli lodowiska sunęli łyżwiarze. Na czele partii stał Władysław Gomułka, premierem był Józef Cyrankiewicz, sprawami kultury zawiadywał zaś Karol Kuryluk. Józef Różański i Roman Romkowski z niesławnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego odsiadywali kary w więzieniu, w kinach wyświetlano Eroicę Andrzeja Munka, a „Trybuna Ludu” donosiła o kolejnych sukcesach na polskiej drodze do socjalizmu.

Wysoki jasnowłosy mężczyzna ubrany był w płaszcz z kożuchowymi wykończeniami. Kołnierz postawił według ówczesnej mody, pozując na lekkoducha i watażkę. Za bagaż służyła mu jedna walizka, w kieszeni parzył w palce pokątnie zdobyty bilet, a w portfelu znajdowało się pięć dolarów, najwyższa legalna suma dewizowa. Odprowadzali go drobna blondynka, wpatrzona w niego jak w obrazek, oraz wierny przyjaciel, darzący go równie płomiennym uczuciem. Pożegnanie nie było długie ani rzewne, wszak mężczyzna wyjeżdżał ledwie na parę miesięcy. Pragnął zobaczyć świat inny od szarości bloku wschodniego, świat kolorowych świateł i wolnej sztuki.

Człowiek ów leciał do Paryża, pozostawiając w kraju ukochaną matkę, własne mieszkanie (co było wówczas wartością nie do przecenienia) oraz liczną rzeszę zarówno wielbicieli, jak i zapalczywych przeciwników. Wyszedł na płytę lotniska, wspiął się na podstawione do maszyny schody, zerknął jeszcze na majaczące w oddali ukochane miasto i zniknął w samolocie.

Tego dnia – 21 lutego 1958 roku – dobiegła końca kariera Marka Hłaski, jedna z najszybszych i najbłyskotliwszych w polskiej literaturze. Narodziła się natomiast jego legenda.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Legenda

Przyszedł na świat przed 1939 rokiem na lumpenproletariackim Marymoncie, wśród krzywych piaszczystych uliczek pozbawionych latarni, w jednym z walących się parterowych domków. Była to dzielnica rzucona poza obszar metropolii, wciśnięta między Wisłę i Las Bielański; wspomnienie po dawnym majątku królewskim, po którym ostała się jedynie nazwa. Prezentowała mniej znane oblicze dwudziestolecia międzywojennego, to z dalszych stron gazet. Na Marymoncie nie było prądu ani bieżącej wody, kanalizację doprowadzono tuż przed wybuchem wojny.

Podobnie jak na uboczu leżała sama dzielnica, tak na marginesie życia dryfowali jej mieszkańcy – w znakomitej większości pracownicy okolicznych zakładów i warsztatów, niewolnicy bezwzględnych fabrykantów i ciułających każdy grosz ubogich prywaciarzy. Nic zatem dziwnego, że Marymont był, obok Powiśla i Czerniakowa, ostoją przedwojennego komunizmu.

Wśród takiej biedy i nieszczęść urodził się Mareczek, od dziecka wpisany w wersy pieśni Stanisława Grzesiuka: „Syn ulicy, przeklęty apasz, zbój, / który od najmłodszych lat, / postrach siał, rabował, kradł”. Ale jakie miał wyjście, skoro pieniędzy nie było, a wokół sami pijacy czy przestępcy. Tak więc powiła matka syna, z ojca robotnika i alkoholika, który parę lat później zaginął w wojennej zawierusze. Albo i nie było ojca – cóż to za różnica? Faktem jest, że Marek nie miał łatwo i od maleńkości wiedział, czym jest prawdziwe życie. Dzieciństwo spędzone zatem na ulicy, przegłodzone i ze wszech miar patologiczne. A potem wiadomo – wojna.

Nastały lata pięćdziesiąte, okres rozkwitu Polski Ludowej i triumfu ludzi pracy. Stolica wstawała z kolan, proletariusze wspólnym wysiłkiem budowali dom za domem i kładli drogę za drogą. Świat był radosny i kolorowy, szczególnie na początku maja. Co prawda z zaspokojeniem przyziemnych potrzeb – mieszkania, jedzenia, ubrania… – bywało różnie, ale ważne, że razem, że do przodu, że rewolucja. Do odbudowy Warszawy potrzebne były materiały budowlane, a najłatwiej zdobywało się gruz, którego nadmiar zalegał w całym kraju. I tak stolicę podnosiło z ruin każde polskie miasto i miasteczko, a nawet wsie. Pomiędzy placami budowy nieustannie krążyły ciężarówki. Na takich właśnie wozach jeździł nastoletni już Marek.

Ten blondyn o twarzy zarazem dziecka i zawadiaki przemierzał kraj wzdłuż i wszerz swoim wielkim, zakurzonym, wydającym potworny huk dżemsem, trąbiąc donośnie na zawalidrogi albo młode dziewczęta. Nosił wiecznie ubrudzony smarem drelich, a w kąciku ust trzymał nieodłącznego papierosa. Z pewnością nieraz gołymi rękami naprawiał na środku szosy przedziurawiony tłumik czy chłodnicę – bez niczyjej pomocy, bo twarda szkoła młodości nie pozwalała mu o nic prosić. A gdy wracał z trasy do domu albo podczas przerw w kursach – pisał. Ciosał zdania szorstkie, proste i szczere, prawdziwie robociarskie, zostawiając tłuste czarne ślady po oleju w zeszytach (a gdy zarobił na maszynę do pisania, także na maszynopisach), które wyciągał zza równie poplamionego kombinezonu i podrzucał redaktorom. Tak wykluła się pierwsza powieść – „o szoferach”, jak to ujął Bohdan Czeszko, dziś niemal zupełnie zapomniany autor zekranizowanego przez Wajdę Pokolenia. Na początku lat pięćdziesiątych Czeszko stał się prawdziwą gwiazdą świata literackiego i autorytetem młodzieży, a jego powieść była niezwykle popularna. To on, wraz z Igorem Newerlym, twórcą jeszcze poczytniejszej Pamiątki z Celulozy, odkrył talent młodego Marka i rozpowiadał o nim po całej Warszawie. Ta pierwsza powieść, Sonata marymoncka, została napisana w trzy dni, na desce do prasowania rozstawionej w kuchni należącego do matki młodzieńca maluteńkiego mieszkania – tym ciaśniejszego, że żył w nim także znienawidzony ojczym Marka, pozbawiony jakiejkolwiek wrażliwości i uznania dla twórczych zapędów pasierba.

 

Warunki do rozwoju nie najlepsze, trzeba było zatem jak najszybciej wydobyć chłopca z żoliborskiej kamienicy przy Mickiewicza. Najpierw dostał stypendium na przerobienie chropowatej powieści na opowiadanie, potem wypłatę za debiut wydawniczy, czyli Bazę Sokołowską, i kolejne stypendium, by trochę odpoczął, a przy okazji zwiedził kraj, otrzaskał się z terenem, wreszcie bez góry materiałów budowlanych albo części samochodowych na pace. Podczas tych wojaży z obiecującego pisarza wyszedł proletariacki Marymont i trochę narozrabiał na Mazurach. Niby nic wielkiego – burda po pijanemu z miejscowymi – ale już się znalazł na celowniku władzy, co oznaczało napiętnowanie mianem chuligana. No ale Mareczek był bardzo urodziwy i budził zainteresowanie wielu wysoko postawionych literatów, więc sprawa rozeszła się po kościach, a on dalej tworzył i łobuzował.

Wkrótce cała Warszawa mówiła o cudownym talencie z Marymontu, bohaterskim szoferze, który mimo wszystkich przeciwności znajduje czas, by poświęcić się pisaniu, mniej lub bardziej w służbie socjalistycznej ojczyzny. Na ogół raczej mniej, ponieważ to, co publikował w gazetach, dalekie było od zadekretowanego optymizmu, coraz bliższe natomiast kontestacji polskiej rzeczywistości. Zaczął dobrze: Baza Sokołowska opowiadała o współzawodnictwie pracy, kolektywnym wyciąganiu z bumelanctwa – ale im pewniej się czuł w nowej roli społecznej, tym bardziej stronił od socrealistycznych tematów i tym większe zdradzał skłonności egzystencjalno-pesymistyczne. Organizację partyjną, przodowników i socjalistyczne moralitety zastąpiły w opowiadaniach relacje damsko-męskie i bolesna diagnoza współczesnej Polski, w której robotnika wcale nie obchodzą wyrobione procenty i normy, lecz wódka i piękna dziewczyna. Taka postawa daleka była od odgórnie zalecanych standardów, niemniej różni znawcy literatury i koledzy po piórze Marka chwalili i utwierdzali w przekonaniu, że to, co robi, jest dobre, a jeśli jest dobre, to trzeba to robić nadal. Hłasko zachłysnął się powodzeniem i znikał z rodzinnego domu coraz częściej, nocując czy wręcz pomieszkując to u Wilhelma Macha, to u Jerzego Andrzejewskiego, to znowu u Henryka Berezy. Adorowały go również kobiety, z czego Marek skrzętnie korzystał, choć jego najsłynniejsze miłosne historie są tragiczne. Miał tę słabość, że zakochiwał się w partnerkach starszych od siebie i ze skomplikowaną sytuacją życiową, z mężem czy dziećmi. Marek obdarzał je gorącym uczuciem, natychmiast deklarując gotowość do małżeństwa. Tajemnicza Wanda z Wrocławia, słynna w stolicy łamaczka męskich serc Hanka Golde, służąca Andrzejewskich, której Marek podobno nie tylko zawrócił w głowie, ale też zmajstrował dziecko – to tylko przykłady romansów, w jakie uwikłany był młody gniewny.

Podsumowując zatem: alkohol, rozróby i związki z osobami obojga płci – a to wszystko dotyczy chłopca, który na razie opublikował zaledwie kilka opowiadań. W latach 1954–1956 stał się prawdziwą gwiazdą, brylował w warszawskich knajpach i salonach. Nie zapomniał jednak o swoim największym marzeniu: awansie społecznym poprzez twórczość. Mimo wszystkich awantur i dość hulaszczego trybu życia ciągle pracował nad warsztatem. Owocem tego bardzo intensywnego okresu artystycznego był tom Pierwszy krok w chmurach, który przyczynił się do ogromnej popularności Marka. Jeśli wcześniej znał go światek literacki, to teraz usłyszał o nim każdy. W czasopismach pojawiały się listy od czytelników: robotników, gospodyń domowych, lekarzy i inżynierów. Tę książkę czytały tłumy, pierwszy nakład rozszedł się na pniu, a o młodym pisarzu mówiło się na ulicach i w tramwajach, restauracjach i barach, na prywatkach i wystawnych rautach, w mieszkaniach i ministerstwach. Jak to zwykle bywa, autora utożsamiano z dziełem, co przełożyło się na równomierny wzrost liczby wyznawców i krytyków samego Hłaski.

Ponieważ nie bardzo chciał korzystać z wytycznych podsuwanych przez władze i marksistowskich krytyków, zyskał opinię buntownika występującego przeciw głównym nurtom literackim. Tak mogłaby wyglądać wymarzona promocja, lecz w Polsce lat pięćdziesiątych wyróżnianie się z tłumu nie było dobrze widziane. Liczył się lud pracujący miast i wsi – ważny to mógł być górnik czy murarz, a nie jakiś „blady krętek”, o którym pisał Andrzej Bursa: „jeden z detali / ogromnej sumy / identycznych detali / detal właściwie zbędny / o wiele bardziej zbędny / od cyfry pod którą jest zapisany”. Niezwykłość zwalczano, szczególnie gdy będąca jej efektem popularność niosła ze sobą negatywne konsekwencje, w przypadku Marka – utracjuszowski tryb życia.

Ubecja zaczęła więc podążać w ślad za młodym autorem, gdziekolwiek się ruszył, czarne auta wyczekiwały pod domem. Z drugiej jednak strony władza doceniała pisarza – przyznano mu nawet mieszkanie w nowo zbudowanym bloku na Ochocie. Wprawdzie spał tam może kilkanaście razy, ale to nieistotne. Prasa literacka równie często go wychwalała, co ganiła. Był jednocześnie cudownym dzieckiem polskiej literatury i jej enfant terrible.

Jaki wpływ na młodego człowieka miał cały ten szum? Niby zgubny, bo jeszcze więcej pił, jeszcze więcej imprezował i „kosił baby jak ułan” (jak donosił pewien TW). Ale jednak nadal pisał, tworzył, obnażał postalinowską już rzeczywistość. Tylko co to było za pisanie? W przypadkowych barach, cudzych łóżkach i mieszkaniach, pomiędzy jedną eskapadą a drugą, na serwetkach, skrawkach zalanego wódką papieru, na pożyczonych, nigdy nieoddawanych maszynach. Jedną ręką kreślił gorzkie zdania, drugą podnosił papierosa do ust. Pogubił się w swojej nowej roli, przerosło to wszystko chłopca z Marymontu, oszołomiło i otumaniło. W nowych utworach, których domagała się publiczność, jeszcze bardziej odszedł od etosu socjalistycznej pracy, aż stał się – nie ma co ukrywać – wrogiem ludu, oczerniał bowiem partię. A partia w latach pięćdziesiątych wciąż była bytem doskonałym. Tymczasem w Ósmym dniu tygodnia doszukać się można kpin z tej najwyższej wartości w państwie, nie mówiąc już o publikowanej w odcinkach powieści Głupcy wierzą w poranek, w której Hłasko dość otwarcie opisywał społeczne niesprawiedliwości i zaznaczał umowność walki klas. Marek zaczął kąsać rękę, która go karmiła, pozwalała zarobić, oferowała stypendia i lokum, a gdy trzeba, także prycze w milicyjnej izbie wytrzeźwień.

Dlaczego to robił? Oczywiście przez kobiety i alkohol. Ale jakie kobiety! Gdy romans z Hanią Golde skończył się fiaskiem, kochliwy młodzieniec znalazł pocieszenie w ramionach Agnieszki Osieckiej, studentki dziennikarstwa i błyskotliwej dziewczyny ze Studenckiego Teatru Satyryków, która wkrótce zostanie królową polskiej piosenki. A także Sonji Ziemann – niemieckiej gwiazdy filmowej. Nie mogły się bardziej różnić. Osiecka tworzyła studencki ruch kontrkulturowy, czarowała dziewczęcością i ciętym językiem. Ziemann natomiast miała status niedostępnej heroiny, cechował ją pewien rodzaj oschłości czy też wyniosłości w stylu Ingrid Bergman.

Pierwszą rozkochał w sobie Osiecką. Wyjechali razem do Kazimierza, spędzili kilka upojnych dni i pisarz już chciał się żenić. Na drodze stanęły jednak liczne obowiązki: trwały prace nad scenariuszem Bazy ludzi umarłych, do tego cenzura nie chciała puścić Następnego do raju i Cmentarzy. Trzeba było zacząć kręcić Ósmy dzień tygodnia – a tam na planie poznał Sonję.

Sukces literacki sprawił, że prozą Hłaski niemal natychmiast zaczęło się interesować kino. To jeden ze znaków tamtego czasu – Kanał Jerzego Stefana Stawińskiego, Pokolenie Bohdana Czeszki i Pamiątka z Celulozy Igora Newerlego także szybko doczekały się ekranizacji. W przypadku Marka były to opowiadania Pętla, Ósmy dzień tygodnia i Następny do raju, czyli wspomniana Baza ludzi umarłych. Trzy filmy, trzech znanych reżyserów: młody, świetnie się zapowiadający Wojciech Jerzy Has oraz Aleksander Ford i Czesław Petelski – czołowi popularyzatorzy socrealizmu i „słusznej” wizji polskiej historii w kinie. Ekranizacje na podstawie prozy Marka miały też szczęście do aktorów. Zagrali w nich między innymi Gustaw Holoubek, Aleksandra Śląska, Zbigniew Cybulski, Emil Karewicz, Teresa Iżewska, Leon Niemczyk, Tadeusz Łomnicki – no i Sonja Ziemann. Wszystkie scenariusze tworzył autor pierwowzorów. Uczestnicząc w przenoszeniu własnych dzieł na ekran, Hłasko spełniał młodzieńcze marzenia z czasów, kiedy w przykrótkich spodenkach i dziurawych butach biegał do kina Roxy na Woli oglądać kowbojów. Wówczas fantazjował pewnie o tym, że filmowy bohater porwie go ze smutnego, ubogiego Marymontu – teraz sam tworzył historię, o której śnić miały nowe pokolenia. Nieprzypadkowo kreował swój image na wzór Jamesa Masona i Jamesa Deana – aktorów wcielających się w postacie z góry przegrane, lecz podejmujące próby buntu. Sam się takim widział, pisząc swoje życie jak filmy. Bo to przecież nie Stachura wymyślił życiopisanie, tylko Marek.

Wracając do kobiet: trwało właśnie czytanie scenariusza, gdy do dusznego, siwego od dymu pokoju weszła tajemnicza dama w białej chustce na głowie. Marek pochylił się do asystenta reżysera i spytał na tyle głośno, by wszyscy słyszeli: „Co to za kurwa?”.

Albo: zwykła krzątanina w studiu filmowym, na krzesełku siedzi Aleksander Ford, gdzieś w pobliżu kręci się Zbyszek Cybulski, obok w towarzystwie charakteryzatorki stoi oświetlona reflektorem Sonja Ziemann. W tym momencie na plan wpada pijany Marek, potyka się na schodku, zatacza błędnym spojrzeniem po sali, po czym wskazując palcem na Sonję, zawodzi: „Wyrzućcie stąd tę niemiecką kurwę!”.

Albo jeszcze tak: narada nad trudną sceną, trwa żywiołowa dyskusja, piękna aktorka spogląda z uśmiechem na młodego pisarza, próbuje mu coś wyjaśnić, a ten zwraca się do tłumacza: „Powiedz tej niemieckiej kurwie, że nie będę z nią rozmawiał!”.

Jedno spotkanie, a tyle historii. I wszystkie prawdziwe.

Wulgarny chłopiec nie od razu przypadł Ziemann do gustu. Miał jednak iskrę w oku i był diabelnie przystojny. A że na planie widywali się niemal codziennie przez kilka tygodni, to od słowa do słowa, od spojrzenia do spojrzenia – stało się. I tak zaczął adorować naraz dwie kobiety; gdy Sonja wróciła do Niemiec, utrzymywali kontakt korespondencyjny. Całkiem niezły układ – tam Ziemann, tutaj Osiecka.

Rok 1958 przyniósł w życiu Marka największe zmiany. Otrzymał Nagrodę Wydawców, jedną z najbardziej cenionych w dziedzinie literatury, a także uzyskał zgodę na wyjazd za żelazną kurtynę. Nie dość, że zaprosił go do Paryża sam Jerzy Giedroyc, to jeszcze równocześnie dostał państwowe stypendium twórcze. Trochę żal było zostawiać w Warszawie dziewczynę, ale jak kocha, to poczeka. Przyszła pora ruszyć w świat, wyrwać się z ponurej socjalistycznej rzeczywistości, zobaczyć coś więcej niż bazy transportowe, Marymont i Kameralną. Był wtedy u szczytu popularności.

Na lotnisku Orly Hłaskę powitała miejscowa Polonia, z Giedroyciem i rezydentami z Maisons-Laffitte na czele. Przybył jako celebryta i tak go traktowano, co Markowi nad wyraz pasowało – pławił się w komplementach i rozdawał autografy. „Kultura” wydała w jednym tomie Cmentarze i Następnego do raju, co umocniło pozycję pisarza, ale zarazem rozwścieczyło władze w Polsce. Rozpoczęła się trasa promocyjna, spotkania autorskie w całej Europie, salony, bankiety, high life. Zachwyt Zachodem nie trwał jednak długo. Po kilku miesiącach Marek zdał sobie sprawę, że funkcjonowanie poza krajem przychodzi mu z trudem. Zaczął więc zasypywać podaniami o umożliwienie mu przyjazdu do Polski wszelkie instytucje, od ministerstw po ambasady. Równolegle w kraju zabiegały też o to matka i Agnieszka. Wszystko na nic. Władze spisały już niepokornego pisarza na straty. Był niewdzięcznikiem szkalującym ziemię ojczystą, zdrajcą, szpiegiem, zbrodniarzem – tylko nie obywatelem Polski.


Marek Hłasko, Berlin, 13 października 1960

Andrzej Czyżewski Collection / East News

Zamknięcie drogi powrotu źle wpłynęło na Marka. Pogrążył się w rozpaczy, pił, próżnował. Znalazł też nowe hobby – podążał wszędzie za Sonją Ziemann. Aktorka kręciła filmy w różnych krajach, a wraz z nią do Hiszpanii, Włoch, Anglii i Niemiec podróżował pisarz. W końcu trafił do Izraela, gdzie zatrzymał się na dłużej. Nie wiadomo dlaczego. Może miał już dość towarzystwa Sonji, może musiał odpocząć albo potrzebował nowych bodźców, inspiracji. W każdym razie osiadł w tym kraju w środowisku polonijnym i powrócił do korzeni, czyli do pracy fizycznej. Pieniądze ze spotkań autorskich i tłumaczeń szybko się rozeszły, wiadomo – wydane lekką ręką; trzeba się było jakoś utrzymać. A może stwierdził, że skoro sława i luksus nie pomagały w pisaniu, to harówka coś zmieni?

 

Emigracyjny okres w życiu Marka jest nieporównywalnie mniej interesujący niż krajowy. Przez jedenaście lat stale podróżował, mało pisał, jakieś powieści, te izraelskie nie były już jednak tak popularne jak warszawskie. Owszem, Sowa, córka piekarza jest genialna – bo opisuje Wrocław, stalinowskie piekiełko, powraca do dawnego typu bohatera. Ale Marek bez Polski to już nie ta sama jakość. Zdaniem krajowej krytyki skończył się z chwilą wylotu do Paryża, dla krytyki zagranicznej szybko przestał być atrakcyjny. Bo cóż miał opisywać? Swoją największą miłość, niespełniony sen o pięknej Esther, młodziutkiej Żydówce poznanej w Ejlacie? Choć to musiała być niezwykła znajomość, skoro zadedykował jej opowiadanie, tak jak kiedyś tajemniczej Wandzie. Niewiele o niej wiemy, ale z pewnością daleko jej było do gwiazdy niemieckiego kina czy pierwszej damy polskiej piosenki. Ot, zwykła dziewczyna z dalekiego Izraela.

No i jeszcze ta sprawa z Komedą. Tworzyli z Markiem Nizińskim trio wiernych przyjaciół, bywali w Hollywood, pili z celebrytami, demolowali pokoje w najlepszych hotelach, aż do dramatycznego końca. Pisarz wracał z kompozytorem z suto zakrapianej imprezy, wygłupiali się, Marek popchnął Komedę i ten niefortunnie runął ze skarpy. Uderzył się w głowę, stracił przytomność, po kilku tygodniach zmarł w szpitalu. Tragedia, niepowetowana strata dla polskiej i światowej kultury. A wszystko przez Hłaskę. Czy to rzeczywiście był nieszczęśliwy wypadek? Kto wie, co pijanemu do głowy strzeliło.

Marek przeżywał śmierć przyjaciela, obwiniał się. Zapadł na ciężką depresję, łykał coraz więcej proszków, musiał uciec z Ameryki. Postanowił wrócić do Izraela, do ukochanej Esther, dać tej miłości szansę – widział w niej odkupienie własnych grzechów. Ale nie dotarł na Bliski Wschód. Zmarł w Niemczech w okolicznościach równie tajemniczych, jak zagadkowy był wypadek Komedy. Znaleziono go w pokoju hotelowym, na stole leżały różne medykamenty i alkohol. Umarł we śnie. Omyłkowo czy specjalnie? Pech czy samobójstwo? Z pewnością samobójstwo, był zbyt wrażliwy dla tego świata. Tylko pozował na twardego i brutalnego macho z własnych powieści. Jim Morrison, Janis Joplin, Jimi Hendrix i nasz Marek. Geniusz polskiej literatury. Odszedł samotnie, tak jak żył – a wszyscy byli odwróceni.

Tak widziała go ulica, tak czytała go krytyka, w takiej postaci wielbiły go kolejne pokolenia. Hłasko stał się zlepkiem legend, wyobrażeń wyniesionych z opowiadań i powieści, a także kilku popularnonaukowych opracowań, które na jego temat powstały. Ich autorom zdarzało się powielać półprawdy, naginać fakty do odgórnie przyjętych tez bądź epatować opinię publiczną informacjami o skandalicznym pijaństwie czy skrywanym homoseksualizmie.

Próbując dociec prawdy, należy bardzo uważnie odsiewać historyjki od historii, plotki od faktów, pomówienia od kontrowersji. Do każdego wspomnienia i świadectwa trzeba podejść ze szczególną ostrożnością. Hłasko jest dziś produktem popkultury, kliszą prezentowaną jako symbol polskiego Października. Przedstawia się go jako rodzimego Jamesa Deana, wymienia jednym tchem z Rafałem Wojaczkiem czy Edwardem Stachurą, stawia w szeregu z postaciami tragicznymi, a nawet wyklętymi. Przypisuje się mu życie hulaszcze i beztroskie, naznaczone buntem i nonkonformizmem, a także bezwzględnością wobec kobiet. Traktując teksty literackie jak autobiograficzne, stworzono kulturowy fenomen – zawadiakę, który przez niecałe trzy lata brylowania na warszawskich salonach wpadł w więcej tarapatów niż Hemingway, Miller i Iredyński razem wzięci. Stał się więc Marek pijakiem, bawidamkiem i karierowiczem. Wątek związków z mężczyznami okazał się szczególnie zaskakujący: pisarz miał sypiać z literatami, którzy w zamian publikowali jego opowiadania, załatwiali stypendia i nagrody, a po wyjeździe z Polski nagle o swoim biseksualizmie zapomnieć, odnajdując stabilizację w ramionach najpierw niemieckiej żony, a potem izraelskiej kochanki.

Zdementowania mniej i bardziej niedorzecznych opinii o Hłasce podjął się Andrzej Czyżewski, jego książka Piękny dwudziestoletni była jednak zbyt oczywistą próbą wybielenia wizerunku krewnego. Cioteczny brat Marka zdementował nierzadko absurdalne historie, zarazem widział w pisarzu niewinną ofiarę okrutnego świata, której cynizm służył jedynie do obrony własnej czystości. U Czyżewskiego Hłasko pił tylko po to, żeby się przypodobać, kobiety właściwie same mu się pchały do łóżka, a zalotów mężczyzn w swojej naiwności nie był świadom. I choć ogromną zasługę biografa stanowiło przybliżenie rodzinnej historii Marka, to ten brak dystansu był zbyt widoczny.

Na składanym przez lata z kawałków obrazie Hłaski wciąż widać pęknięcia, prześwity, miejsca wymagające dopełnienia. Trzeba go nakreślić od nowa, na chłodno, bez zachwytu, ale i bez łatwego moralizowania. Oddać pisarzowi to, co jego, a resztę włożyć między piękne bajki o niedostępnym już świecie furmanów i butów na słoninie.