Co powiesz na spotkanie

Tekst
Z serii: Mała czarna
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Co powiesz na spotkanie
Co powiesz na spotkanie?
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,98  60,78 
Co powiesz na spotkanie?
Audio
Co powiesz na spotkanie?
Audiobook
Czyta Monika Chrzanowska
37,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gbur pozostał nieporuszony.

– Każdy potrafi korzystać z Google’a, Ruda. – Gdy zatchnęło mnie z oburzenia na to przezwisko, w głowie zaświtał mi pewien pomysł. Śmieszny, całkiem niedorzeczny pomysł.

Miał rację. Moja propozycja to było za mało. Nie chodziło o to, żeby nakłonić faceta do podpisania aneksu, bo to tylko pozwoliłoby mu odwlec nieuniknioną kompromitację. Musiałam namówić go do pisania. A w tym celu dostarczyć mu inspiracji. Mnóstwa inspiracji.

– Więc wezmę to na siebie – oznajmiłam.

Zamrugał.

– To znaczy co?

– Stanę się żywym dowodem. Podpisz ten aneks, a ja poznam kogoś tak jak w komedii romantycznej. Odtworzę sceny nawiązywania znajomości z tych wszystkich filmów. Podróże. Wakacje. Przypadkowe spotkania. Nie ustanę, dopóki jedna z nich nie przyniesie efektu.

Ale przecież nawet nie potrafisz poznać kogoś przez Tindera – odezwał się we mnie głos rozsądku. Uciszyłam go.

Gbur popatrzył na mnie z przebiegłym uśmieszkiem.

– Mówisz więc, że nawet ty możesz poznać kogoś w taki sposób. I przekonać mnie, że to realne.

Położyłam na barze śniadaniowym aneks do umowy.

– Czy to ma znaczyć, że zgadzasz się na taki układ?

Złote brwi znowu drgnęły.

– Niech ci będzie, Ruda.

– Evie.

– Jeśli podpiszę tę umowę, producenci razem z Montym będą siedzieć mi na karku przez następne trzy miesiące i przeszkadzać w pisaniu.

– I tu wchodzę ja – wyjaśniłam, starając się, żeby nie zabrzmiała w tym zbytnia gorliwość. Pokażę Monty’emu, co potrafię. – Powiesz im, że ci pomagam. A ja będę ich trzymać na bezpieczną odległość.

Gbur przez chwilę wpatrywał się w ścianę za moimi plecami.

– A jeśli faktycznie kogoś poznasz… Skąd będę wiedział, że nie kłamiesz i że on naprawdę się w tobie zakochał? Możesz go poprosić, żeby tak mówił. I musiałabyś znaleźć kogoś takiego dość szybko, żebym zdążył napisać cały scenariusz.

– To wszystko są uzasadnione obawy – odparłam i czym prędzej wyjęłam z torebki bloczek i długopis. – Więc spiszmy warunki.

– Czy nie po to są aneksy do umów?

Napisałam: „Jeśli Evie Summers (dalej Asystentka) dowiedzie G Ezrze Chesterowi (dalej Autorowi), że…”.

– Co tam przekreśliłaś?

– Nic.

„…że bohaterowie komedii romantycznych jako realistycznego gatunku filmowego zawierają znajomość (w tzw. scenach poznania) jak zwykli ludzie w życiu, on dostarczy gotowy scenariusz Intrepid Productions w wyznaczonym przez wytwórnię terminie, tj. do 18 lutego przyszłego roku”.

Gbur zerknął mi przez ramię.

– I się w sobie zakochują – dopowiedział.

Chyba nie mówił poważnie.

– Chodzi o to, żeby się poznali.

– Właśnie. – Wyraźnie świetnie się bawił. – Poznajesz kogoś i oboje się w sobie zakochujecie. Czy nie tak to wygląda w komedii romantycznej? Musisz znaleźć tego jedynego. Inaczej nici z umowy.

Ścisnęłam w palcach długopis. W grę wchodzi twoje życie, Evie. Od czasu zerwania z Rickym minął rok. Nie byłam pewna, czy jestem gotowa poznać kogoś nowego, ot tak, po prostu.

Gbur po prostu piętrzy trudności, uznałam. Na razie musiałam tylko skłonić go do złożenia parafki pod aneksem. A potem jakoś namówić do pisania. O miłość będę martwić się później, przekonywałam samą siebie.

– Okej. – Z pewnym niepokojem wprowadziłam poprawkę do naszej umowy. Jeśli on na tym zyska, to i ja.

„Autor zgadza się przystąpić do pisania scenariusza z chwilą podpisania tej umowy”, nagryzmoliłam. „I będzie regularnie wysyłał jego kolejne fragmenty Asystentce”.

Jego rozbawienie znikło.

– Jak to?

– Chcę mieć pewność, że zdążysz na czas – oznajmiłam. – Inaczej, dając ci to do podpisania, byłabym nieodpowiedzialna. Poza tym muszę mieć dowód, że pracujesz nad scenariuszem.

Skrzyżował ręce na piersi i w jego oczach pojawił się trudny do zinterpretowania wyraz.

– Zabiorę się do pisania, ale będę oddawał kolejne części Monty’emu. Jeśli dobrze pamiętam, to on jest moim agentem.

Zawahałam się, a potem wprowadziłam kolejną poprawkę do umowy. Najważniejsze, żeby pisał scenariusz. Zapewni to agencji bezpieczeństwo, a mnie – awans.

– Daj. – Wyrwał mi długopis z ręki. Dopisał zamaszyście: „Asystentka zgadza się składać Autorowi szczegółowe raporty z każdej zaaranżowanej przez siebie sceny nawiązania znajomości”. – Muszę mieć dowód, że coś robisz – powiedział, przedrzeźniając mnie, łącznie z akcentem.

Teraz ja odebrałam mu długopis i już miałam wykreślić to zdanie – ale się zatrzymałam. To może okazać się dla mnie korzystne. Gbur pewnie myślał, że zajęta tymi raportami, będę trzymała się z daleka. Ale być może to właśnie jeden z nich stanie się dla niego źródłem inspiracji.

– Jest jeszcze coś – powiedziałam i dopisałam: „Autor i Asystentka zgadzają się, że powyższe ustalenia zostaną zachowane w tajemnicy przed Montym”.

Gdyby mój szef dowiedział się o tej umowie – delikatnie mówiąc, ryzykownej – wpadłby w furię. Zapewniał producentów, że ma wszystko pod kontrolą. Gdyby odkrył, że cały ten układ zależy od życia miłosnego jego asystentki, poczułby się upokorzony. A do tego musiałby przyjąć do wiadomości, że udało mi się osiągnąć coś, czego on nie zdołał. Wyleciałabym z roboty, zanim jeszcze Gbur zawaliłby nowy termin złożenia scenariusza. Lepiej, aby Monty sądził, że nasz pieszczoszek pisze z własnej woli, pomyślałam. Dzięki temu będę miała na głowie o jedno zmartwienie mniej.

– Masz sekrety przed swoim szefem, Ruda? Dziś wciąż mnie zaskakujesz. – Gbur mi się przyjrzał. – Tylko potwierdzisz, że komedie romantyczne to stek bzdur, zdajesz sobie z tego sprawę?

– W ciągu trzech miesięcy wiele się może zdarzyć – odcięłam się.

– Zgoda. – Zrobił jakąś dziwną minę, która jednak zbyt szybko zniknęła, żebym mogła się zorientować, co wyraża.

– Wszystko omówiliśmy?

Wyciągnęłam do niego rękę. On ją ujął.

– Chcę usłyszeć odpowiedź.

– Ruda, jeśli udowodnisz, że można się zakochać jak w tych kretyńskich filmach, napiszę ten przeklęty scenariusz.

Podsunęłam mu egzemplarze aneksu. Wahał się przez krótką chwilę, a potem złożył na nich podpis.

– Może jednak się co do ciebie myliłem, Ruda. Nie jesteś wcale taka nudna.

Nie tylko w tym się mylisz, pomyślałam. Bo czy to mu się podobało, czy nie, zamierzałam doprowadzić do tego, żeby napisał ten przeklęty scenariusz. Choćby nie wiadomo ile miało mnie to kosztować.

5
Wsparcie moralne

MIEJSCE I CZAS AKCJI: MIESZKANIE EVIE, EAST DULWICH – PIĄTEK, 23 LISTOPADA, GODZ. 20.30.

EVIE pospiesznie idzie wyłożoną płytami chodnikowymi ścieżką przez malutki ogród i otwiera drzwi frontowe, poprawiając płócienną torbę na ramieniu. W torbie, z której wystają bagietka i pęczek bazylii, coś dźwięczy. W ciasnym korytarzu dziewczyna wsuwa klucz do zamka następnych drzwi i jednocześnie przegląda w telefonie wiadomości.

Maria: Evie, przyjechaliśmy. Stoimy przed Twoim domem.

Jeremy: Dlaczego nie odpowiadasz? Powiedz, że jesteś w środku. Ten weekend z planowaniem weekendu panieńskiego Wiadomo Kogo zapowiada się dość męcząco i bez konieczności zmagania się z Twoją współlokatorką.

Sarah: Dostaliście moje wskazówki?

Jeremy: O, cześć, Voldemorcie. Tak, dostaliśmy 19-stronicową prezentację w PowerPoincie i listę lektur. Bardzo się cieszę, że uwzględniłaś mnie w podziękowaniach.

Maria: Wpuuuść nas.

MASZ 10 NIEODEBRANYCH POŁĄCZEŃ OD MARIA NOWAK.

Maria: Halo, tu Twoi najlepsi przyjaciele, którzy mają nadzieję, że jesteś już niedaleko, bo Jane jest w domu i sądząc z odgłosów, nie sama. Ktokolwiek dotrzymuje jej towarzystwa, ma imponujące tempo.

Jeremy: Domyślamy się, że to nie Ty.

Maria: Evie Doris Summers, gdzie jesteś?!

Jeremy: Nie rób nam tego, Evie. O rany, Jane idzie.

Jeremy: Zbliża się do drzwi.

Bardzo się starałam zdążyć przed nimi. Kiedy ostatnio przyjechali, Monty ogłosił czerwony alert (klient spoza miasta zgubił się w metrze) i gdy dotarłam do restauracji, jedli już deser.

Tym razem się spóźniłam, bo Sam-i-Max potwierdzili, że dostali aneks do umowy, i Monty chciał ze mną o tym porozmawiać. Nie krył zdziwienia, kiedy w poniedziałek zjawiłam się w biurze z podpisanymi przez Gbura egzemplarzami, a nawet obejrzał pod światło kartki – nieco wymięte – żeby sprawdzić, czy podpis jest autentyczny.

– Wzięłaś na siebie dużą odpowiedzialność, Evelyn – orzekł w końcu, wygładzając je. – Jeśli to coś da, za trzy miesiące będziemy świętować nie tylko ukończenie scenariusza. – Uśmiechnął się, gdy zobaczył moją pełną nadziei minę, po czym sprowadził mnie na ziemię: dał mi pół tuzina umów do sprawdzenia przed wyjściem.

Wkroczyłam do salonu i najpierw zobaczyłam Jeremy’ego:, siedział na kanapie i trzymał się za głowę. Kręcone włosy opadały mu na czoło. Zazwyczaj schludny, miał na szczupłym ciele pomięte ubranie, które jakby odzwierciedlało jego desperację. Maria tuż obok, z gęstymi ciemnymi włosami zebranymi w koński ogon, potakiwała Jane, mojej rozgadanej współlokatorce, ściskając w ręce pusty kieliszek do wina, jakby to była jedyna przymocowana rzecz w czasie szalejącego sztormu. Wyraz wymuszonej grzeczności walczył na jej ładnej twarzy z przerażeniem w szeroko otwartych oczach, gdy Jane kończyła opowiadać jakąś barwną historię, wspomagając się mimiką, jakiej nie widuje się na dziecięcych przyjęciach urodzinowych.

 

– …i nagle to wylądowało na podłodze!

Maria się wzdrygnęła.

Potrząsnęłam torbą, żeby wszyscy usłyszeli wymowny brzęk, a wtedy Jeremy zerwał się na równe nogi.

– Och, Evie, dzięki Bogu, zabiję cię, moja ty bogini. – Pochylił się, żeby mnie objąć. – Jane właśnie tłumaczyła, dlaczego tak długo kazała nam czekać pod drzwiami.

Moja współlokatorka uśmiechnęła się za jego plecami. Następnie uściskałam Marię, starając się ukryć łzy, które na widok ich obojga napłynęły mi do oczu. Żałowałam, że nie ma z nami Sarah, ale w sobotę i niedzielę mieliśmy zaplanować jej weekend panieński – jakby sama go jeszcze nie zaplanowała.

Z powodzeniem ukryłam łzy przed Jeremym, Maria jednak, jak to ona, zauważyła je i zatrzymała mnie w objęciach nieco dłużej.

– Jak miło cię widzieć, więcej nam tego nie rób – powiedziała jednym tchem. Jeremy tymczasem wziął ode mnie torbę i nalał mi wina.

– Jane – zwróciłam się do współlokatorki, biorąc od niego kieliszek – masz gościa, prawda?

Wstała jednym płynnym ruchem i jej ciemne włosy zalśniły w świetle.

– Tak. Jest w łazience. No to na razie. – To ostatnie rzuciła pod adresem Jeremy’ego, który uniósł kieliszek z winem.

– Wciąż jestem gejem, Jane.

– Wcale mi to nie przeszkadza. – Uśmiechnęła się i szybko wyszła.

Jeremy pokręcił głową.

– Czy jeszcze ktoś poza mną czuje lekką odrazę i jednocześnie pewną zazdrość?

– Nadal siedzisz w pracy do wieczora? – zapytała mnie Maria niby od niechcenia.

Jeremy dolał nam wszystkim wina.

– Chyba muszę wypić więcej, żeby zapomnieć to, co właśnie powiedziała Jane. Ale jednocześnie gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że kiedy dorosnę, będę taki jak ona.

– Tylko dziś – odpowiedziałam Marii.

– Evie – rzuciła z przyganą, bo przejrzała mnie na wylot. Wiedziałam, że nie jest na mnie zła; było jej tylko przykro. Rzadko się widywaliśmy, a ja nie zdążyłam wrócić do domu na czas, żeby ich przyjąć. Kolejny raz. Zaprosiłam ich na kolację, tymczasem było już po ósmej, a warzywa, które kupiłam w przerwie na lunch, więdły w torbie. Nie mogłam się przyznać, że rzeczywiście na prośbę Monty’ego do późna przeglądałam umowy. Znowu zaczęłaby mnie namawiać do odejścia z agencji. Maria miała dobre chęci, ale czasami była zbyt wymagająca.

– Nic mi nie jest, zapewniam cię – nie ustępowałam.

Ze wszystkich moich przyjaciół Maria znała mnie najdłużej i w takich sytuacjach to było widać. Wciąż dobrze pamiętałam dzień, w którym mała dziewczynka o gęstych ciemnych włosach i wielkich szarych oczach przyszła mi z pomocą, gdy inne dzieci popychały mnie na placu zabaw. Od tamtego czasu była moją opiekunką. W szkole średniej do naszej dwójki dołączył Jeremy ze swoim cierpkim poczuciem humoru, które ułatwiało drogę przez życie. Gdy zaczęliśmy studia na Uniwersytecie Sheffield, doszła Sarah. Mieszkała razem z nami w akademiku i – może dlatego, że nikt inny nie mógł sobie z nią poradzić – przystąpiła do nas. Wszyscy czworo byliśmy sobie bliscy, ale Maria znała mnie chyba lepiej niż ja sama.

Ku mojej uldze nie drążyła tematu. Usiadła obok Jeremy’ego, a ja zagłębiłam się w swoim ulubionym fotelu, licząc, że wreszcie odetchnę. Postawiłam kieliszek wina na wytartym oparciu, które było od czegoś śliskie, więc oczywiście się przewrócił. Kiedy to coś wycierałam, Jeremy udał, że wymiotuje. Spojrzałam na niego, bo nie rozumiałam, o co mu chodzi, i jednocześnie potarłam palce. Przyjaciele popatrzyli na mnie z poczuciem winy na twarzach.

– Co?

Maria się skrzywiła.

– Och, kochanie. Nie słyszałaś początku opowieści Jane. Części, która rozegrała się na tym fotelu.

Jeremy machnął kieliszkiem wina.

– Paskudna historia. Tak paskudna, że najlepiej byłoby spalić ten fotel. Odpoczywaj w spokoju, foteliku, miło było cię poznać. – Stuknęli się kieliszkami.

– O Boże. – Zerwałam się z miejsca i pobiegłam w stronę drzwi. – Jane! – wrzasnęłam i popędziłam korytarzem do kuchni, żeby wyszorować ręce.

Muzyka w pokoju mojej współlokatorki przycichła.

– Tak, kotku?

Zanim odpowiedziałam, uspokajająco powtórzyłam w myśli jak mantrę: „Nie podniosła czynszu przez ostatnie trzy lata. Nie podniosła czynszu przez ostatnie trzy lata”. Właściwie nie chodziło o jej styl życia. Żeby uniknąć konfliktów, już na początku ustaliłyśmy zasady naszego funkcjonowania. Ja mogłam więc korzystać ze wspólnych pomieszczeń bez obawy, że natknę się na jakąś ostrą scenę erotyczną, a Jane przyjmować nocnych gości, których znałam tylko z jej niesamowitych sprośnych opowieści i z którymi stykałam się jedynie poprzez seksgadżety, sterylizowane przez nią w zmywarce. Krzepiąco starannie dbała o higienę, ale to mało przyjemne, kiedy rano sięgasz do zmywarki po kubek, a wyjmujesz dildo.

– Obiecałaś, że w salonie nie będziesz uprawiać seksu!

Wychyliła się zza drzwi swojego pokoju w jakiejś dziwnej bieliźnie.

– Oczywiście, kotku! W salonie tylko zaczęliśmy. – To była jakaś pociecha. – Skończyliśmy w kuchni.

Trochę ochłonęłam, po czym oświadczyłam, że idę po gąbkę, żeby wytrzeć wszystkie powierzchnie.

Oddalając się, usłyszałam zza otwartych drzwi niski baryton.

– Jeszcze jedno! – zawołała śpiewnie Jane. – Trev obiecuje, że tę gąbkę odkupi!

*

– Naprawdę chcesz to przeprowadzić? – Maria pochyliła się nad talerzem, żeby ugryźć kęs zamówionej pizzy.

Od chwili, gdy przyjaciele usłyszeli o mojej umowie z Gburem, prezentacja Sarah, precyzyjna jak plan operacji wojskowej, poszła w odstawkę. (Absolutnie żadnych typowych akcesoriów na wieczory panieńskie: 1) zakaz wstępu z wszelkimi penisami. – Jeremy: „To mnie nie będzie” – a) na sprężynach, b) dmuchanych, c) a już szczególnie jadalnych, d) Jeremy, Ciebie to nie dotyczy. – Jeremy: „Do której kategorii zalicza się według niej mój penis?”).

Jeremy machnął kieliszkiem wina.

– Więc wszystko jasne. Zamierzasz zakochać się w ciągu następnych trzech miesięcy, odtwarzając sceny poznania się bohaterów komedii romantycznych?

– Robię to ze względu na pracę, Jeremy, nie dla siebie. Muszę po prostu pomóc Gburowi w przełamaniu blokady pisarskiej. Mam nadzieję, że potem już jakoś pójdzie. – Milczenie. – W razie gdybyście mieli wątpliwości, zdaję sobie sprawę, że to kompletny idiotyzm.

– To taki… Gbur! – zauważyła Maria z przejęciem. Była najlepszą, najłagodniejszą, najbardziej wyrozumiałą osobą, jaką znałam. I nienawidziła Gbura z pasją nawet większą od mojej. – Evie, jesteś na sto procent pewna, że chcesz się w to władować? Nie daj mu się zmusić do czegoś, na co nie masz ochoty. Od faceta by podobnej rzeczy nie zażądał.

– Tak, przede wszystkim myśl o sobie. Bądź ostrożna – posłusznie zawtórował jej Jeremy.

– Wiem, jak to zabrzmi, ale z wyjątkiem części o zakochaniu się ta propozycja wyszła ode mnie. Nie chodzi tylko o ratowanie agencji. Monty obiecał, że mnie awansuje, jeśli Gbur napisze ten scenariusz.

– Naprawdę tak powiedział? – zapytała Maria z niedowierzaniem w głosie.

Kiwnęłam głową.

– Nigdy wcześniej o tym nie wspominał.

Między innymi właśnie dlatego moi przyjaciele nie mogli zrozumieć, dlaczego wciąż dla niego pracuję. Jednak rzadko szukano pracowników na stanowisko agenta i chociaż chodziłam na rozmowy o pracę, nigdy nie przeszłam do drugiej rundy. Musiałam udowodnić Monty’emu – i prawdę mówiąc, także sobie samej – że jestem wystarczająco dobra. Ricky to rozumiał. Chciałam, żeby i oni zrozumieli.

Jeremy i Maria wymienili spojrzenia. Nagle odniosłam wrażenie, że jadąc tutaj, rozmawiali o mnie.

– No co? – zapytałam, bo poczułam się osaczona.

Pierwsza odezwała się Maria:

– Zauważyliśmy, że od rozstania z Rickym Fiutem jeszcze bardziej angażujesz się w pracę. – Tak przezywali Ricky’ego, od kiedy ze mną zerwał. To było z ich strony bardzo ujmujące, ale nawet ja nie mogłam się zmusić, żeby tak o nim mówić. – Chcielibyśmy, żebyś miała trochę czasu dla siebie. Choćby na randki.

To mnie zastanowiło. Nie zdawałam sobie sprawy, że martwi ich stan mojego życia uczuciowego. Wydawało mi się, że są po przeciwnych stronach randkowego spektrum. Jeremy prawie zawsze się z kimś spotykał, Maria – nigdy z nikim. Ona i David byli ze sobą od szesnastego roku życia. Dla niej randkowa dżungla przypominała raczej starannie utrzymane patio.

Jednak wyglądało na to, że naprawdę ich niepokoi zastój w moim życiu miłosnym.

– Wiemy, ile znaczy dla ciebie praca zawodowa. To, że miałaś czym się zająć, pomogło ci w najgorszym okresie – powiedziała łagodnie Maria. Miała rację. Znalazłam zatrudnienie w agencji niedługo po śmierci ojca i rzuciłam się w pracę. – Ale może przerwa dobrze by ci zrobiła. Mogłabyś spróbować czegoś innego, co sprawiałoby ci przyjemność. Nawet znowu zacząć pisać. – Po odejściu taty przyjaciele namawiali mnie, żebym wróciła do pisania. Nigdy do końca nie rozumieli, dlaczego nie byłam już tą osobą, która do późnej nocy stukała w klawiaturę i wciskała im swoje ulubione filmy, żeby zobaczyli w dialogach sztukę. A ja nie umiałam im wyznać, czego dowiedziałam się od agenta. To było zbyt przykre. – Martwimy się, że nie dbasz o siebie pod tym względem.

Wzięłam następny kawałek pizzy. Czasami miałam niepokojące wrażenie, że według moich przyjaciół przestałam się rozwijać. Jakby wciąż istniały jakieś pozycje w formularzu, które należało odhaczyć, żeby stać się osobą w pełni dorosłą – na przykład wziąć jak oni pożyczkę, założyć rachunek oszczędnościowy, podjąć jakieś rozsądne decyzje życiowe.

Maria wyczuła moje zdenerwowanie.

– Uważamy tylko, że nie musisz tracić na takie rzeczy tej niewielkiej ilości czasu, jaka zostaje ci po pracy. Nie poświęcaj swojego życia prywatnego dla kogoś takiego jak Gbur… albo Monty. To on powinien robić wszystko, co tylko się da, żeby ratować swoją agencję.

Jeremy pochylił się i pogładził mnie po głowie.

– Maria mówi jedynie, najdroższa Evie, że powinnaś znać swoją wartość. Bo jesteś bezcenna.

Po raz drugi tego wieczoru łzy napłynęły mi do oczu. Kiwnęłam głową i kilka razy przełknęłam ślinę, zanim się wreszcie odezwałam.

– Dziękuję, że troszczycie się o mnie. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ale chcę już przez to przebrnąć. Zamierzam zdobyć ten awans. Poza tym… – uśmiechnęłam się słabo – wszystko jest lepsze od Tindera.

Przyjaciele objęli mnie, a ja przytuliłam się do nich mocno.

– Dobra – powiedział Jeremy, prostując się. – Skończyliśmy odgrywać troskliwych kumpli?

– Za umiar! – wzniosła toast Maria.

– Super! – Jeremy zerwał się z krzesła, wziął stojącą przy kanapie torbę z rzeczami na noc i wyjął z niej duży rulon kartek.

Postawił go na stoliku kawowym i podparł kolorowymi markerami. Na pierwszej kartce widniał nagłówek napisany charakterem pisma Marii: „Weekend panieński Sarah”.

– O nie. – Jeremy odwrócił stronę.

Ogarnęło mnie poczucie winy, że nie przygotowałam żadnego planu.

– Jeśli jesteś zdecydowana to zrobić, możesz na nas liczyć – powiedziała Maria. – Nakłonisz Gbura do napisania scenariusza.

– Evie – zaczął pompatycznie Jeremy. Zdjął skuwkę z markera i pokazał następną kartkę bloku. – Pomożemy ci się zakochać.