Co powiesz na spotkanieTekst

Z serii: Mała czarna
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Co powiesz na spotkanie
Co powiesz na spotkanie?
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,98  60,78 
Co powiesz na spotkanie?
Audio
Co powiesz na spotkanie?
Audiobook
Czyta Monika Chrzanowska
37,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Naprawdę? – zapytał sarkastycznie Monty. – Co ja bym zrobił bez swojej mądrej asys… – Przerwał nagle. – Wiesz – podjął ni stąd, ni zowąd niedbałym tonem – co za szkoda. Zanim wszystko zaczęło się walić, miałem zamiar ci zaproponować, żebyś się w to włączyła.

Co on mówił? Czyżby chciał awansować mnie na agentkę?

Puk, puk, puk. Aż podskoczyłam.

– Halo? Pani Summers? Jest tam pani jeszcze? – Rozpoznałam głos kelnera, z którym wcześniej rozmawiałam. Stał za drzwiami toalety. – Są tu dwaj panowie, którzy przyszli zobaczyć się z Montym. – Odkaszlnął. – Z jakiegoś powodu wydawało im się, że znajdą go w przestrzeni dla VIP-ów, ale nasz kierownik jest trochę przewrażliwiony na punkcie gości z zewnątrz. – Skrzywiłam się w poczuciu winy. – Bardzo przepraszam, ale oni twierdzą, że pomoże nam pani wyjaśnić to… nieporozumienie, a wtedy sobie pójdą.

– Nie mogą mnie zobaczyć uwięzionego w kiblu. Zrób coś! – syknął Monty.

– Jedną chwileczkę! – zawołałam do kelnera. – Monty – nakazałam mu szeptem – pchnij drzwi, kiedy ci powiem, dobra? Zaufaj mi. – Rozstawiłam stopy na podłodze.

Puk, puk.

– Niech się pani pospieszy, jeśli łaska!

– W porządku – rzuciłam do Monty’ego. – Na trzy. Raz. Dwa…

– Proszę pani! Nalegam, żeby pani wyszła, bo inaczej będę musiał wkroczyć do środka.

Potem już wydarzenia potoczyły się lawinowo.

Po pierwsze, Monty wpadł w panikę. Nie czekając, aż powiem „trzy”, natarł ze swojej strony na drzwi kabiny. Byłam tym tak zaskoczona, że ręce zsunęły mi się z gałki i aby złapać równowagę, uchwyciłam się sąsiedniej. W tej samej chwili, jak na komendę, jasnowłosy kelner wparował do łazienki w towarzystwie Sama-i-Maxa. A wtedy oczywiście drzwi kabiny się otworzyły i jak wystrzelony z armaty wyleciał zza nich Monty.

Poślizgnął się na zalanej mydłem podłodze, wywinął orła i upadł jak długi na terakocie u stóp kelnera. Trzeba mu jednak przyznać, że błyskawicznie się pozbierał i wstał. Był spocony i cały w nieładzie, ale szybko obciągnął kamizelkę i wygładził ciemne włosy, robiąc wszystko, żeby nie wyglądać na kogoś, kto właśnie opuścił kabinę damskiej toalety z szybkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Prawie mu się to udało.

– Sam, Max, co za niespodzianka. Właśnie pomagałem swojej asystentce. Toaletowe kłopoty – dodał sotto voce, wskazując w moją stronę.

Tak poróżowiałam, że stopiłam się z kafelkami.

– Dobrze, że cię złapaliśmy – powiedział chyba Sam. Najwyraźniej otrząsnął się z szoku i odzyskał pewność siebie. – Niemal dosłownie, co? Cha, cha. Chcieliśmy tylko pogadać o tym aneksie, bo obiecałeś, że do dziś go podpiszemy.

Do dziś? Jak długo Monty to w sobie dusił?

Mój szef machnął ręką, jakby to był drobiazg.

– Moja asystentka się tym zajmuje. Jest umówiona z Ezrą na poniedziałek z samego rana. Facet już nie może się doczekać, żeby pokazać, co napisał.

Popatrzyłam na niego. Ja? To musiała być jakaś pomyłka. Gbur nie chciałby ze mną rozmawiać. Dla niego byłam tylko od po pierwsze, umawiania spotkań i po drugie, nakłaniania go, żeby na nie przychodził. Po wypełnieniu swojego zadania mogłam odejść, pozostawiając Monty’emu płacenie jak gdyby nigdy nic za wszystkie drogie posiłki i popijawy, podczas których Ezra wygadywał różne nudne rzeczy, jakby dzięki temu miał się zmaterializować scenariusz, za który dostał forsę.

Monty uśmiechnął się uspokajająco. Na użytek producentów, nie mój.

– Rozmawiałem już z nim, zgodził się podpisać aneks, więc spokojna głowa, to tylko formalność. – Zwrócił się do mnie, żywe wcielenie mądrego, życzliwego agenta, który potrafi ugłaskać nerwowego podopiecznego. Praca asystentki polegała między innymi na tym, żeby nie mrugnąć okiem, kiedy szef wyjeżdżał z jakimś bezczelnym kłamstwem. – Masz tylko podać mu długopis. – W jego jasnoniebieskich oczach pojawił się błysk. – Przyda ci się takie doświadczenie… na przyszłość.

– Na przyszłość? – powtórzyłam. Monty niemal niezauważalnie skinął głową. – Oczywiście – odparłam gładko, czując przyspieszone bicie serca. Więc mówił poważnie. Miał zamiar mnie awansować. Jeśli agencja przetrwa.

– Czy coś jeszcze? – zapytał Monty. Obciągnął mankiety koszuli i obdarzył Sama-i-Maxa swoim firmowym uśmiechem, jakby wszystko było załatwione.

– Jeszcze tylko jedno. – Sam-i-Max zlustrowali go od góry do dołu. – Czym się tak ubabrałeś?

Gdy Monty spojrzał na siebie, uśmiech zniknął z jego twarzy.

Kelner podniósł z podłogi pusty pojemnik, zgnieciony w międzyczasie stopą mojego szefa.

– To oliwka do ciała, proszę pana.

Po tej odpowiedzi zapadła cisza.

W dochodzącym z restauracji świetle dostrzegłam lśniącą smużkę prowadzącą od drzwi kabiny do miejsca, w którym stał umazany oliwką Monty. Musiałam wziąć nie ten pojemnik. Po co jednak członek ekskluzywnego klubu miałby w toalecie smarować się oliwką? Ohyda. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. Sądząc z zażenowania na twarzach Sama-i-Maxa, wyciągnęli wnioski szybciej ode mnie.

– Wiecie co? – zapytał jeden z nich. – To chyba nie najlepsza pora na rozmowę.

Monty doszedł do siebie.

– To może pogadamy innym razem – odparł z taką godnością, na jaką było go stać. – Tylko wcześniej się umówmy.

3
Gbur

MIEJSCE I CZAS AKCJI: PIĘKNA, WYSADZANA DRZEWAMI ULICA W POŁUDNIOWYM KENSINGTON – PONIEDZIAŁEK, 19 LISTOPADA, GODZ. 8.55.

EVIE z tacką z dwoma kubkami kawy omija błyszczący czerwony sportowy samochód, zaparkowany przy chodniku. Ma zarumienione policzki. Prostuje ramiona, przybiera stanowczy wyraz twarzy i podnosi rękę, żeby zapukać do drzwi kamienicy.

Drzwi nagle się otworzyły, więc moja dłoń trafiła w próżnię, a kubki z kawą pod wpływem gwałtownego ruchu niebezpiecznie się zakołysały. Udało mi się ich nie upuścić. Spodziewałam się, że zobaczę Gbura, a zamiast niego ujrzałam wysoką blondynkę o truskawkowym odcieniu włosów, która o mało na mnie nie wpadła. Miałam dziwne wrażenie, że choć jej nie znam, gdzieś już ją widziałam, a potem mój mózg przetworzył to, co przekazał mu wzrok. To była Monica Reed, pochodząca z Yorkshire ulubienica Hollywood. Zaparło mi dech w piersi. Od paru lat była z Gburem – choć Bóg tylko wie, co w nim widziała. On był wiecznym chłopcem, podczas gdy ona prawdziwą kobietą, która zjawiła się w Hollywood, żądając równych płac i zróżnicowanych ról dla aktorek powyżej trzydziestego piątego roku życia. Mogłam spokojnie powiedzieć, że jestem jej fanką.

W ciągu ostatnich lat miałam przegląd dziewczyn Gbura. Podobały mu się młode blondynki, tuż po dwudziestce. Monica reprezentowała inny typ. Władcza, posągowa… starsza od niego. Strój do jogi podkreślał jej nienaganną figurę, a wijące się włosy do ramion lśniły jak różowe złoto w zimowym porannym świetle. Zauważyła, że jej się przyglądam, i oblałam się rumieńcem.

Z głębi korytarza dobiegła końcówka przeprosin, wypowiedzianych głosem z typowym dla Los Angeles akcentem. W głosie tym brzmiało obycie, jakby należał do kogoś, kto widział więcej świata, niż ty i ja kiedykolwiek będziemy miały okazję zobaczyć, i na dowód tego mógł pokazać zdjęcia uśpionych tygrysów. Był to dźwiękowy odpowiednik profilu na Tinderze.

– Monica, kotku, wcale znowu cię nie spławiam. Naprawdę. W moim życiu nie ma nikogo innego. Po prostu jestem umówiony na spotkanie, z którego nie mogę się wymiksować. Próbowałem, naprawdę.

Tylko Gbur mógł zwrócić się do Moniki per „kotku”. Typowano, że aktorka zdobędzie drugiego w swojej karierze Oscara za właśnie wchodzący do kin Kant, film kostiumowy, którego akcja toczy się w klasztorze, gdzie zakonnice prowadzą nielegalną destylarnię ginu. Podobno dla tej jednej roli nauczyła się włoskiego i mówiła nim płynnie.

Uśmiechnęłam się do niej nieśmiało.

Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem.

– W porządku, Ezra, wierzę ci! Na pewno chodzi o pracę! – odkrzyknęła.

O! Może jednak lepiej dobrana z nich para, niż mi się wydawało.

– Możesz mi wierzyć, asystentka mojego agenta to strasznie upierdliwa baba – przekonywał z korytarza Gbur. Czymś zaszeleścił. – Zawiadomiła mnie mejlem o tym spotkaniu w piątek, gdy byliśmy w klubie. Gdyby miała własne życie, ja mógłbym cieszyć się swoim. – Zza drzwi wyłoniły się jego zmierzwione włosy, gdy wręczał Monice komplet kluczy. – O, cześć, Stevie. – Nie mógł sprawiać wrażenia mniej speszonego swoją gafą, pewnie dlatego, że to samo mówił mi już wcześniej.

Na nasze spotkanie włożył spodnie od piżamy i nic więcej. Jeśli serce mocniej zabiło mi w piersi na widok jego muskularnego torsu, wyzierającego znad spodni kaloryfera i wręcz śmiesznej męskiej urody, jakby zszedł ze stron katalogu dla amatorów jachtingu, postanowiłam to sobie wybaczyć. Może i był dupkiem, ale na pewno przystojnym.

– Evie – poprawiłam go po kilku sekundach. I aby dowieść, że zupełnie straciłam godność, dodałam: – Ja też w piątek wieczorem byłam na mieście. – Ty palancie.

Gbur otoczył Monicę ramieniem. Ot, para atrakcyjnych młodych ludzi, wspaniałomyślnie przydających urody światu samą swoją na nim obecnością. Gdy tak stałam tam w sukience w stylu lat pięćdziesiątych, pięknie uszytej przez moją mamę, poczułam się, jakby pochodziła z zupełnie innej planety.

– A przy okazji… coś pani cieknie – zauważyła Monica, podsuwając wyżej na ramię torbę birkinkę. Spojrzałam na siebie. Kawa wylała się na tekturową tackę i ściekała z niej na moje martensy.

– Cholera – wyrwało mi się. Bardzo profesjonalne z twojej strony, Evie. – Przepraszam – dodałam.

Gbur był wyraźnie rozbawiony.

– Przynajmniej nie zostaną plamy – stwierdziła Monica. Potem się odwróciła, przyciągnęła Gbura do siebie i pocałowała go tak, że grana przez nią zakonnica byłaby bardzo zgorszona. Wytarła usta chusteczką, włożyła wielkie okulary przeciwsłoneczne i zeszła po schodach.

 

– Wyślę ci esemesa! – zawołał za nią Gbur. Na znak, że usłyszała, podniosła rękę.

Z irytacją przeniósł na mnie wzrok.

– Czego chcesz?

Z mojej twarzy nie schodził uśmiech.

– Przyszłam na spotkanie.

– A gdzie Monty?

Podczas rozmowy wyraźnie zaznaczyłam, że to ja się z nim umawiam.

– Nie ma go. Jestem tylko ja. I kawa. Mogę wejść? – Podniosłam tacę. – Cieknie mi.

Pozwolił, żeby to oświadczenie przebrzmiało, po czym uniósł brwi.

– Nikt nie lubi, gdy mu cieknie.

Uśmiechałam się dalej, mimo że w środku coś we mnie umarło.

Gbur skinieniem głowy wskazał tackę z kawą.

– Czy jedna z nich to bezkofeinowa sojowa latte z potrójnym espresso?

– Oczywiście.

– No to wejdź. – Oddalił się w głąb korytarza, więc ruszyłam za nim. Dobra, Evie. Załatw sprawę. Dasz radę. Od tego zależy twoja praca. I może awans.

Jeśli udałoby mi się skłonić Gbura do podpisania aneksu i oddania w terminie scenariusza, może wreszcie, wreszcie zostałabym agentką. Rozszerzyłabym zakres działania firmy, tak że przyjmowalibyśmy nie tylko białych mężczyzn, ale jeszcze… cóż, wszystkich innych, najbardziej jednak zależało mi na współpracy z utalentowanymi kobietami. Skończyłoby się stawianie wszystkiego na jedną kartę z wizerunkiem Gbura. Żeby się tak wyrazić.

W lśniącej czarnej kuchni, starając się nie patrzeć na zwielokrotnione odbicie swojej twarzy, podałam Gburowi jego kawę i wrzuciłam tackę do kosza na śmieci.

Gbur pociągnął łyk z kubka i skrzywił się wymownie.

– Jest obrzydliwa.

– Przecież pijesz bezkofeinową. – Wyjęłam z plecaka torebkę z lepkimi muffinami i chciałam zaproponować mu jednego. On jednak wyrwał mi ciastko, zanim zdążyłam położyć je na marmurowym blacie baru śniadaniowego.

– Hej! – Odsunął muffina od swojej wyrzeźbionej piersi, jakby zawarte w nim kalorie mogły go czymś skazić. Otworzył kosz na śmieci i wrzucił do niego ciastko. – W tym domu nie jada się glutenu.

Przełknęłam spory kęs, który w międzyczasie odgryzłam, a Gbur przyglądał mi się z niesmakiem, który według mnie maskował rozpaczliwą tęsknotę za węglowodanami.

– Ładnie się urządziłeś w nowym miejscu – rzuciłam w ciszy.

Wzruszył ramionami, tocząc wzrokiem po otoczeniu.

– Wynająłem tę samą projektantkę, którą zatrudnia Tom. – Usiłowałam zachować obojętny wyraz twarzy. Gdybym miała do czynienia z kimś innym, zapytałabym, jaki Tom. Ponieważ jednak to był Gbur, musiało chodzić o Toma Cruise’a. Spojrzał nad moim lewym ramieniem i dodał sucho: – Ma wyczucie. – Podążyłam za jego wzrokiem i uświadomiłam sobie, że patrzy na swoje odbicie w jednym z błyszczących kafelków.

– To widać.

Odkąd przed kilkoma laty Gbur zdobył Oscara za swój pierwszy – i jedyny – film, mieszkał w Los Angeles i w Londynie. Byłam ciekawa, czy to nowe lokum oznacza, że wrócił do Londynu na stałe. Potwierdzałyby to pudła do przeprowadzek.

Krzywiąc się, wylał resztę kawy do zlewu.

– Więc w jakiej sprawie przysłał cię Monty? – Tym pytaniem przypomniał mi, że ma mnie za nic. Przez te wszystkie lata nauczyłam się jednak ignorować jego zniewagi. Ciężko pracowałam w agencji. Ponieważ Monty cały swój czas poświęcał Gburowi – było to pełnoetatowe zajęcie – ja zajmowałam się pozostałymi klientami. Co bardzo mi odpowiadało. Od rozstania mogłam w jeszcze większym stopniu poświęcić się firmie. Przyjaciele radzili mi, żebym zachowała równowagę między życiem zawodowym i prywatnym, ale nie brali pod uwagę, że moje życie prywatne składało się głównie z jedzenia pizzy na wynos i oglądania Netflixa.

– Przyszłam porozmawiać o scenariuszu dla Intrepid Productions – wyjaśniłam. Czułam już mniejsze wyrzuty sumienia z powodu wiadomości, którą miałam mu do przekazania. Gbur odwrócił się i włączył ekspres do kawy, jakby wzorowany na tym śmiesznym sportowym samochodzie, który trzymał przed domem. – Producenci – ciągnęłam, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć warczące urządzenie – nie mogą się już doczekać, kiedy go zobaczą. Domyślają się, że ciężko…

– Co?!

– …że ciężko…!

– Nie słyszę?!

– …nad nim pracujesz!

Ekspres nagle ucichł i mój głos poniósł się echem po kuchni. Gbur wciąż stał odwrócony do mnie plecami. Lekko przekręcił głowę.

– Mówiłaś coś? – Zaczekał, aż otworzę usta, i znowu włączył ekspres do kawy. Z urządzenia z sykiem zaczęła wydobywać się para, tak że powietrze w kuchni stało się aż mgliste. Poczułam, że swędzi mnie skóra głowy. Moje włosy źle znosiły wilgoć. Rozprzestrzeniały się jak pianki w gorącej czekoladzie.

Nie dałam się zbić z tropu i znowu podniosłam głos.

– Żądają podpisania aneksu do umowy z ostatecznym terminem! – Który przekroczyłeś pół roku temu. – To bardzo wielkoduszne z ich strony! – Ekspres ucichł. – Masz trzy… – A potem znowu zawarczał, gdy Gbur użył jego ośmiuset pięćdziesięciu koni mechanicznych, żeby zaparzyć pojedyncze bezkofeinowe espresso w maleńkiej filiżance.

Nie wypił go jednak, tylko zostawił na blacie. Patrzyłam na to z rozdrażnieniem.

Wyjął z szafki szklankę. Otrzepałam okruchy z dłoni, wyciągnęłam z torby dokumenty i podeszłam do niego.

– Musisz tu podpisać. To tylko jedno proste zdanie… – Łup! Teraz zaczął wsypywać do szklanki lód z zamrażarki. – Mówi, że zgadzasz się dostarczyć gotowy scenariusz w terminie trzech miesięcy.

Tym razem Gbur chyba mnie usłyszał. Zatrzymał się na krótką chwilę, po czym wrzucił lód do blendera. Wrócił do otwartej lodówki, zaszeleścił czymś i rzucił mi to.

– Łap!

Chwyciłam w ręce torbę pełną awokado. Do tej pory nie zdarzyło mi się nic bardziej w stylu klasy średniej. Gbur zatrzasnął drzwi lodówki wyrzeźbionym na siłowni tyłkiem, trzymając naręcze rozmaitych owoców i warzyw, które następnie wpakował do blendera.

– Gdybyś mógł zerknąć na ten aneks…

Wyciągnął rękę.

Westchnęłam z ulgą i zbliżyłam się, żeby przekazać mu teczkę, ale on pokręcił głową.

– Awokado – powiedział jak do kretynki. Wcisnęłam mu je nieco mocniej, niż było to konieczne.

Zaczął zręcznie obierać i kroić owoce, usuwając pestki za pomocą noża szybkim ruchem nadgarstka.

– Gdybyś tylko… – uwijał się, jakby powierzchnia blatu go parzyła – zaakceptował treść.

Podsunęłam mu teczkę pod nos, otworzyłam i… zobaczyłam, że jest pusta. Gbur, patrząc na mnie, uniósł złote brwi. Rozejrzałam się dookoła w panice i zobaczyłam egzemplarze aneksu pod jego stopą. Pochyliłam się, żeby wyszarpnąć spod niej kartki, i rozdarłam je prawie na pół. Wyprostowałam się szybko, a wtedy znalazłam się nos w nos z Gburem. Z tej odległości dostrzegłam, że niebieska tęczówka jego lewego oka ma orzechową obwódkę.

Gbur sarknął. Potem, w chwili gdy znowu zamierzałam się odezwać, włączył blender.

– Mógłbyś, proszę…! – Wrrr. – Musisz podpisać…! – Wrrr.

Oddychając ciężko, wyciągnęłam rękę w stronę włącznika. Gbur chwycił moją dłoń, ale jej nie cofnęłam.

– Masz trzy miesiące – oznajmiłam stanowczo i wyciągnęłam przedarte egzemplarze aneksu do umowy. – To naprawdę wielkoduszna propozycja, biorąc pod uwagę, jaką mamy obsuwę.

Pluralis majestatis, który tak naprawdę miał znaczyć: „Ty masz obsuwę, ale nie chcemy powiedzieć otwarcie, że to wszystko twoja wina”. Bo tak było. I pieszczoty Monty’ego niczego nie dały.

– Wystarczy, że złożysz tu podpis. Potem zostawię cię z twoim blenderem.

– Jasne. – W końcu Gbur wziął filiżankę z espresso i pociągnął z niej łyczek. Miała jeszcze na spodzie metkę z ceną. Jak wszystko inne w tym domu była nowa. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego wrócił do Londynu. Czyżby w Los Angeles nie poszło mu tak dobrze, jak liczył?

Przez jakiś czas był scenarzystą, do którego zwracali się wszyscy reżyserzy filmowi pragnący wyrobić sobie nazwisko. Jednak nie wypuścił nowego hitu na miarę Krwotoku serdecznych kłamstw. To był mały światek. Pewnie facetowi ciążyły oczekiwania ze strony innych. Po tak wielkim sukcesie musiał mieć poczucie, że powinien się wykazać.

I może całe to jego zachowanie było reakcją na presję otoczenia.

– Na pewno jest ci ciężko…

– Rzecz w tym, Stevie… – tym razem ugryzłam się w język – że ja tego nie podpiszę.

Och, miałam ochotę uderzyć głową w jego nagą pierś.

Mimo to odezwałam się łagodnie:

– Niestety, nie masz wyjścia. Bo inaczej – odpaliłam pocisk, którego musiał się spodziewać – unieważnią umowę. Będziesz musiał zwrócić im pieniądze. Dzięki temu aneksowi zyskasz czas i możliwość wywiązania się z zobowiązań.

– Nie potrzebuję żadnego czasu – odparł ze złością. – Nie podpiszę i już.

Kilka razy odetchnęłam głęboko, żeby się uspokoić. W ciągu tych wszystkich lat, kiedy przynosiłam mu tę jego durną kawę, rezerwowałam stoliki w szpanerskich restauracjach, załatwiałam bilety pierwszej klasy na samoloty i pociągi, bo inną nie podróżował, i ani razu nie usłyszałam przy tym, żeby nie pomylił mojego imienia – nie dałam mu się złamać.

I postanowiłam, że teraz też się nie dam. Zachowując kamienną minę zawodowca, przypomniałam sobie, że chodzi o los agencji, nawet jeśli on o tym nie wie.

Odwołałam się do innej taktyki.

– Pomyśl o tej całej pracy, jaką w to włożyłeś. Nie poświęciłeś już na nią trzech miesięcy? – Słyszałam wszystkie wymówki scenarzystów, którzy opóźniali się z pisaniem. Czasami po prostu potrzebna im była świadomość, że ich rozumiesz. – Jestem tu, żeby pomóc ci skończyć ten scenariusz.

Gbur uśmiechnął się krzywo i już otwierał usta.

– Słyszałam – warknęłam, zanim zdążył powiedzieć jedną z tych rzeczy, jakich jeszcze do niedawna musieli latami wysłuchiwać asystenci.

Wzruszył ramionami.

– Na szczęście nie potrzebuję twojej pomocy.

– A to dlaczego?

– Bo, Stevie… – łyknął smoothie – jeszcze nawet nie zabrałem się do pisania.

4
Wyzwanie

MIEJSCE I CZAS AKCJI: KUCHNIA O BŁYSZCZĄCYCH LUSTRZANYCH POWIERZCHNIACH – PONIEDZIAŁEK, 19 LISTOPADA, MINUTA PO ODPALENIU POCISKU.

EVIE stoi przed GBUREM, opiera się jedną ręką o blat. Na jej twarzy widać walkę, jaką toczą w niej chłodny profesjonalizm i wściekłość. GBUR nalewa sobie drugą szklankę smoothie, najwyraźniej nieświadomy uczuć dziewczyny.

Usiłowałam zachować spokój, ale kiedy się odezwałam, w moim głosie nie było ani odrobiny zrozumienia.

– Co takiego?! – Ważyły się losy całej agencji, a on nie napisał ani słowa? – Monty mówił…

Zaśmiał się i upił łyk smoothie.

– Stary Monty twierdził, że piszę?

Teraz pojęłam, dlaczego szef nie chciał nikomu pokazać tekstu.

– Ty jednak… miałeś świadomość, do czego się zobowiązałeś. – Czułam, jak szyję oblewa mi fala gorąca.

– Ale się rozmyśliłem. – Wytarł ręce i zbliżył się do mnie. – Zdobywcy Oscarów nie pisują scenariuszy komedii romantycznych.

Zaschło mi w ustach. Mogłam stracić pracę, bo facet, który nawet nie raczył ubrać się przyzwoicie na spotkanie w sprawach zawodowych, uznał, że jest zbyt dobry, aby napisać komedię romantyczną.

– Zdobywcy Oscarów – wysyczałam – wkładają coś na siebie przed spotkaniem. Zdobywcy Oscarów patrzą na tego, z kim rozmawiają. Zdobywcy Oscarów dostarczają cholerne teksty, za które wzięli forsę.

Zapadła martwa cisza, podczas której Gbur chyba rewidował ocenę sytuacji. Spojrzał uważnie w moją stronę i po raz pierwszy mnie zobaczył.

O nie. O nie. O nie. Włączył się mój wewnętrzny system alarmowy i skóra zareagowała, przybierając wściekły odcień czerwieni. Co ty narobiłaś?! Żegnaj, awansie.

Gbur błysnął idealnie białymi zębami.

– No, no, Evie Summers. Wreszcie.

Zamrugałam. Spodziewałam się różnych odpowiedzi, ale nie takiej.

– Ja… jak to?

Skrzyżował ramiona na piersi i przy tym ruchu uwidoczniły się starannie wyrzeźbione mięśnie jego torsu.

– Znamy się pięć lat…

– Siedem. – O rany, Evie, przestań gadać.

Te jego brwi.

– Znamy się tyle lat, a pierwszy raz zobaczyłem, jaka jesteś naprawdę.

Mimo tej całej jego protekcjonalności… Gdy tak na mnie patrzył, nagle wyobraziłam sobie, jak by to mogło być, gdyby zainteresował się mną ktoś taki jak Gbur. Był, choć nigdy bym mu tego nie powiedziała, aż absurdalnie atrakcyjny. Złota skóra, oczy koloru nieba, wysokie kości policzkowe, wydatna szczęka jak u gwiazdora filmowego…

 

Jaka szkoda, że taki przystojniak był palantem.

– Naprawdę jestem znacznie bardziej uprzejma.

Gbur wyciągnął stołek spod baru śniadaniowego i gestem wskazał, żebym usiadła. Przez chwilę chciałam odmówić, ale ponieważ trzęsły mi się kolana, skorzystałam z zaproszenia i klapnęłam na czarną skórę.

– Chętnie posłucham o tych wszystkich laureatach Oscara, których tak dobrze poznałaś – zaczął, wciąż stojąc – ale najpierw skupmy się na rzeczywistości. Nie napiszę komedii romantycznej. To nie moja działka.

Skoro mowa o rzeczywistości…

– Dlaczego nie? – Przecież zgodził się ją napisać. Choć mogły go zwieść ogromna zaliczka i miesiące biesiadowania na koszt agencji (pełen wypas), to przecież od początku znał wytyczne. Producentom zależało na oryginalnej scenie poznania, czyli momencie, w którym bohaterowie spotykają się po raz pierwszy. Często do tego nawiązywali, jakby chcieli pokazać, że ten gatunek filmowy nie jest im obcy.

Gbur prychnął.

– Przedstawiam realne życie, nie fantazje. Komedie romantyczne to bezwartościowy kit dla ludzi, którzy są zbyt głupi, aby zdawać sobie sprawę, że wciska im się kłamstwa o miłości. – Spojrzał na mnie z roztargnieniem. – Masz straszną szopę na głowie.

Dotknęłam włosów. Pod wpływem pary z ekspresu do kawy skręciły się w loczki. Nic nie można było na to poradzić. Wzruszyłam ramionami, uznając, że była to z jego strony próba odwrócenia mojej uwagi.

– Komedie romantyczne dają im nadzieję, gdy najbardziej jej potrzebują. – Wróciłam pamięcią do czasów, kiedy po zerwaniu kompulsywnie oglądałam Masz wiadomość, żeby rzucać Tomowi Hanksowi w twarz tym, co tylko wpadło mi w rękę. Nieważne. – Są pokrzepiające i pomagają.

– Mówisz tak, jakbyś wierzyła, że mają coś wspólnego z życiem.

– Bo wierzę. – Czy może wierzyłam, kiedyś. Chociaż nie musiał o tym wiedzieć. Uwielbiałam, gdy Ricky mówił, że poznaliśmy się jak w komedii romantycznej. To nie było przeznaczenie, ale coś podobnego. Wypadłam na ulicę podczas jednego ze szczególnie męczących wieczornych spotkań asystentów, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, i poznałam faceta, który zrobił to samo – wymknął się z baru naprzeciwko. Gdybyśmy się minęli, gdyby któreś z nas wyszło wcześniej albo później, nie poznalibyśmy się, żadne z nas by nie wiedziało, że drugie, w króciutkim oknie czasowym, znajduje się kilka metrów dalej.

Powoli zaczerpnęłam powietrza. W ciągu ostatniego roku ból po zerwaniu stępiał, ale czasami jeszcze dawał o sobie znać.

Gbur parsknął śmiechem. Widocznie uznał, że moja mina jest wyrazem sentymentalizmu.

– To słodkie – skomentował. – Ale ja nie piszę scenariuszy do słodkich filmów, a tego chcą ode mnie producenci. Piszę scenariusze o miłości, jaką ludzie znają z życia. Obsesyjnej, zaborczej, toksycznej. O prawdziwej miłości, nie słodkiej.

Film. Jeden film. Szczególny. Nie była to jednak odpowiednia pora, żeby mu o tym przypominać.

Krwotok serdecznych kłamstw jest piękny, ale na świecie rozgrywają się jeszcze inne historie miłosne – nie dawałam za wygraną, świadoma, jaka jestem nieprzekonująca.

– O, widziałaś film według mojego scenariusza – zauważył, opierając się o bar. – I co, podobał ci się?

Para bohaterów tego filmu na koniec nie jest w stanie przyznać, że ich związek się rozpadł, i zostaje razem. Tak się poryczałam przy finałowej scenie, że aby poprawić sobie humor, musiałam potem odbyć maraton disnejowskich kreskówek.

– Oczywiście. Ale Narzeczony mimo woli jest widzom potrzebny tak samo jak Krwotok serdecznych kłamstw. Dobra scena poznania się bohaterów dowodzi, że w każdej chwili wszystko może zmienić się na lepsze.

Gbur pokręcił głową.

– Daj spokój. Żadna para nie poznała się tak, jak to pokazują w takich filmach. Te zbiegi okoliczności. Banały. Jeśli ktoś w prawdziwym życiu przypadkiem cię czymś obleje, jesteś wściekła, możesz go pozwać do sądu, jeżeli to było coś gorącego, ale się w nim nie zakochujesz. Miłości nie można sprokurować na zawołanie.

– Powiedz to tym na Tinderze – odcięłam się ze zmęczeniem w głosie. Nie po raz pierwszy nie mogłam się nadziwić tej ironii losu, że jakaś gromada mężczyzn zobaczyła w Gburze nową Norę Ephron.

Podał mi podarte egzemplarze aneksu.

– Przekaż producentom, że tego nie podpiszę. Już wolę oddać pieniądze niż położyć na szali swoje dobre nazwisko i napisać jakieś badziewie. – Odwrócił się ode mnie i nalał sobie kolejną szklankę smoothie. – O dziesiątej ma przyjść mój coach. Trafisz do wyjścia. – Tym samym zostałam bezceremonialnie odprawiona. Poczułam się tak, jakby nagle wyłączono reflektor, w którego świetle stałam.

Wzięłam dokumenty. Nie miałam wyboru – musiałam powiedzieć Monty’emu, że nie udało mi się uzyskać dla nas nawet trzech miesięcy.

– Od samego początku mówiłem twojemu szefowi, że tego nie chcę – dorzucił, kiedy szłam już w stronę drzwi. – Nie powinien być zdziwiony.

– To po co w ogóle zgodziłeś się napisać ten scenariusz? – warknęłam, odwracając się do niego. Wyrwało mi się to, zanim zdążyłam nad sobą zapanować, ale co tam, stwierdziłam. Czy miałam coś do stracenia, skoro los agencji był przesądzony?

Gbur zignorował moje pytanie. Stałam więc w miejscu, coraz bardziej wściekła. Wpakował nas w to przez swoje rozdęte ego, zgadzając się napisać coś, czego nie mógł…

Zaraz, zaraz. A jeżeli…? Czy to możliwe, że ten wspaniały, błyskotliwy Gbur ma jednak blokadę twórczą?

Nagle wszystko nabrało sensu. A jeśli miał szczery zamiar napisać komedię romantyczną… tylko że nie był w stanie? Został okrzyknięty jednym z największych młodych talentów w Hollywood, a od czasu, gdy zdobył Oscara, nie dostarczył Monty’emu ani jednego scenariusza, który można by sprzedać. Monty go tłumaczył, mówił, że geniuszy nie wolno popędzać. Ale wtedy zjawili się ze swoją propozycją Sam-i-Max. Może Gbur podpisał umowę, aby pokazać tam, w Hollywood, że wciąż jest na topie… ale się przekonał, że wcale nie tak łatwo napisać komedię romantyczną?

To by oznaczało, że prawdziwym problemem wcale nie jest gatunek filmowy, że to tylko wymówka z jego strony. A jeśli tak, wystarczyło po prostu znaleźć sposób, żeby zainspirować faceta do pisania. Najpierw należało doprowadzić do tego, aby przyznał, że myli się co do komedii romantycznych. Skoro miał taki pogardliwy stosunek do scen poznania się bohaterów, musiałam mu udowodnić, że naprawdę można poznać swoją miłość tak, jak Harry poznał Sally.

To nie może być trudne, prawda?

– Wiem, że możesz napisać tę komedię romantyczną.

Gbur obejrzał się, jakby ze zdziwieniem.

– O, jeszcze tu jesteś? – zapytał.

– Posłuchaj tylko. Miałbyś za trzy miesiące gotowy tekst, tak jak się zobowiązałeś. I zachowałbyś zaliczkę. Sam-i-Max wychwalaliby cię w Hollywood pod niebiosa. I wszyscy rozeszlibyśmy się zadowoleni. – Gbur przewrócił oczami. – Albo – dodałam, mierząc w jego słaby punkt – do końca miesiąca rozwiążemy umowę i poinformujemy media.

– Media?

– Żeby wyprzedzić producentów z Intrepid wyjaśniłam niedbale. – Zechcą ogłosić, że szukają nowego scenarzysty, bo Ezra Chester nie bierze już udziału w przedsięwzięciu.

Bez dalszych osiągnięć Gbur przestałby się liczyć jako zdobywca Oscara. Byłby scenarzystą, który nie potrafił napisać komedii romantycznej. Teraz to już nie jest głupi gatunek filmowy, co? – pomyślałam.

Przez kilka sekund nic nie mówił, a jego oczy przybrały nieobecny wyraz. Potem jakby nagle przypomniał sobie o mnie.

Wstrzymałam oddech.

– Wiem, że tego pożałuję – powiedział. Serce zabiło mi z radości w przewidywaniu zwycięstwa. – Ale słucham.

Dzięki ci, Boże, za jego próżność.

– Jeśli udowodnię, że dwoje ludzi może się poznać jak w komedii romantycznej, złożysz parafkę pod aneksem i napiszesz scenariusz, bo będziesz wiedział, że to realistyczny gatunek, jak dla ciebie stworzony.

Zmrużył oczy.

– A jak zamierzasz to zrobić?

Przeszłam ostrożnie przez kuchnię, jakby był dzikim zwierzęciem, a nie scenarzystą, który nie chce się przyznać, że ma blokadę twórczą. Ale właściwie co za różnica?

– Producenci chcą całkiem nowej sceny poznania się bohaterów – odrzekłam powoli, zbierając myśli. – Dostarczę ci przykłady par, które poznały się w życiu jak w filmie. – Byłam pewna, że znajdę takie historie. Każdy singiel (czy singielka) stale trafiał na nie w internecie. – Wtedy zrozumiesz, że jesteś… – arogantem, głupim arogantem, dupkiem – w błędzie, jeśli chodzi o ten gatunek.